Przełom listopada i grudnia i przedświąteczne tygodnie to w księgarni dziwny czas. Wzmożona praca to rzecz normalna, ale chyba nigdy dotąd nie pracowaliśmy tak intensywnie. Głównie przez mnogość tych książek cyfrowych. Drukarnia pracuje na pełnych obrotach, maszyny się przegrzewają – a zamówienia zewnętrzne mają priorytet. W każdej przerwie dorabiane są SFinksy, dodruki potrzebnych książek czy kolejne partie nowych. Mam okno wychodzące na drukarnię i co kilkanaście minut widzę kolejnych świętych mikołajów (a prószy śnieg) przechodzących mi pod oknem z kartonami świeżo sklejonych książek. Jeszcze ciepłe idą od razu do pakowania, a pakujący ponaglają – szybciej nie możecie? Miły widok.
A ja robię redakcję tak, jak nigdy dotąd – Campbella mam na rozkładzie właśnie. Wziąłem się za remont łazienki. Normalka – kucie, cięcie, borowanie, mieszanie kleju. Kiedy pył w łazience ma stężenie takie, że nie widzę już rąk, wychodzę na korytarz, siadam na krześle i czekam aż pył opadnie. Na pokoje mnie nie wpuszczają, bo wyglądam jak pylasty czort. Więc trzymam na podorędziu maszynopis i kreślę znaczki (a w Campbellu jest co poprawiać, bo to tekst archaiczny – ale chcąc znać klasykę, jeden taki warto przeczytać). Zrobili mi zdjęcie w tym dziele, ale nie puszczę, bo się wstydzę.
Dziwny czas. A pies na mnie patrzy mądrymi oczętami i nic nie mówi. Ale już wkrótce zacznie.
Dodaj komentarz