Połowa lat 80., końcówka stanu wojennego. Jednym z nielicznych miejsc w Olsztynie, gdzie można było napić się zimnego piwa (Żywca, dodam) był bar olsztyńskiego Novotelu. Przysiadłem się tam z rana, po jakiejś studenckiej balandze, która zakończyła się na przystani nad jeziorem Krzywym – stąd do Novotelu było blisko. Piwo drogie, ale z bólem głowy się nie dyskutuje. Piję piwo z cytryną, co na kaca najlepsze. Nagle nade mną staje bardzo wysoki facet, długie włosy, nieogolony, zakola, skórzana kurtka, a na twarzy wyraz, jakby też mało spał poprzedniej nocy.
– Pomaga? – pyta się, widząc, jak moczę kolejną cytrynę w kolejnym piwie. Trochę mnie zatkało, jak zadarłem głowę do góry, bo natychmiast go poznałem.
– Noo – chrypię inteligentnie i elokwentnie.
On bierze plasterek cytryny z mojego talerzyka, wrzuca do swojej szklanki z piwem i idzie do stolika w głębi.
– Dzięki – rzuca przez ramię.
To był Marek Jackowski.
Dodaj komentarz