Nie, nie chodzi o słynny obraz Hieronima Boscha, gdzie na łodzi bawią się i ucztują postaci różnych profesji i sfer, nie zważając, że łódź płynie bez sternika. Boschowski moralitet i przestroga na brak umiaru i ludzką krótkowzroczność, był i jest wciąż przetwarzany w kulturze. I oto przed wami około kulturalny nieregularnik pod tym właśnie tytułem, którego redakcja nawiedziła waplewski festiwal. Nie była to jedyna redakcja obecna na festiwalu, obecni byli także przedstawiciele „Salonowca”, gdzie fantastyka pojawia się okazjonalnie, ale generalnie jest to pismo satyryczne, biorące na cel tylko jedną opcję polityczną. Najciekawsza jest w „Salonowcu” dobra szata graficzna, z pracami wielu uznanych twórców. Resztę można pominąć.
„Statek głupców” (do tej pory dwa numery) nad fantastyką pochyla się na poważnie. Głównie dostępny w sieci (pod adresem https://statekglupcow.pl/magazyn/), ale i w wersji papierowej. Graficznie cały numer ilustrowany pracami Pawła Armaty, ale czasem sprawia to wrażenie – jak powiedział jeden z zaglądających mi przez ramię czytelników – szlaczków rodem ze sklepu z artystyczną terakotą. Kolumny A4, dzielone na dwie szpalty, czcionka mikra (dla mnie). Szycie zeszytowe, 64 stron.
Najważniejsze w środku – proza, publicystyka, recenzje, wywiad z Markiem Oramusem. Duży artykuł o okładkach z PRLu i późniejszych – temat ostatnio modny, bo po książkach Nowakowskiego i Mogilnickiego, na których oparła się autorka, jest jeszcze druga książka Mogilnickiego – (kilka egz. w Waplewie wyprzedało się w mig) Conan Sp.z o.o. One wyglądają oldskulowo, siermiężnie, ale rysowali je artyści po ASP, często awangardowi, a także twórcy komiksowi. Mam sentyment do tych okładek, choć w wyniku słabej jakości druku w tamtych czasach, wyblakły, są porysowane (brak lakieru lub foliowania co wynikało z oszczędności), pogniecione, a chrzczony mocno klej powoduje, że byle przeciąg wyrywa dziś z nich pożółkłe kartki. Dostaje się trochę współczesnym twórcom okładek, ja lubię ich bronić, bo czasem stworzenie dobrej ilustracji do treści, w duchu realistycznym, a nie awangardowym, nie jest zadaniem łatwym (np. skrytykowana jest rebisowa okładka z człowiekiem tygrysem – ewidentnie wzorowanym na twarzy Marcina Podlewskiego 🙂 – do Gwiazdy moim przeznaczeniem Bestera. Cóż nie jest najładniejsza, ale należy pamiętać, że główny bohater miał tatuaż tygrysa, który uwydatniał się w chwilach wielkich emocji i był nie do usunięcia, że tytuł brytyjski brzmiał Tiger! Tiger!, nawiązując do słynnego wiersza Williama Blake Tygrys.). Ale to wszystko niuansiki.
Jest też w SG o komiksie, informacje i kawałek nostalgiczny Mateusza Szłapki.
Jest równeż artykuł, który by mnie mocno rozbawił, gdyby nie był śmieszny, o stanie fantastyki A.D. 2026 w Polsce, nawiązujący do mocno już przestarzałego artykułu Dukaja sprzed 20 lat. Autor artykułu wspomina o rewizji danych, ale dogłębnej analizy nie poczynił (w numerze 80 SFinksa, którego ten autor najwyraźniej nie zna, bo nie wymienił go wśród działających na rynku pism SF – jest choćby artykuł o rynku wydawniczym, z liczbami, które dobitnie przeczą tezom zawartym w rzeczonym kawałku). Dowiedziałem się z niego sporo o sobie, mianowicie, że jestem wydawcą w stanie wegetatywnym, czyli jak rozumiem ledwie dychającym. Dobrze wiedzieć, bo według liczb – najwięcej fantastyki wydaje Mag (w 2024 roku 76 ze wznowieniami, potem wspólnie Rebis, Vesper i moje wydawnictwo – po 41, dopiero dalej Zysk, WL, FS i SQN. W tym roku pewnie się miejsce na pudle zmieni, bo tylko w Stalkerze mamy już 49 pozycji w połowie roku. A gdyby odliczyć wznowienia, dodruki, i wliczać tylko nowości, to na podium stanęliby w 2024 roku: Mag (31), FS (31) i Stalker (30). Do tego robię okładki podobno rodem z lat transformacji. Cóż, zacząłem wydawać 10 lat po transformacji, Stalker Books powstał prawie 30 lat po niej, a okładki w seriach klasycznych pochodzą najczęściej z oryginalnych wydań amerykańskich z lat 40. i 50., oraz radzieckich lat 60. Ceni się te oldskulowe ilustracje, gdy próbowałem coś zmienić w seriach, dać ilustracje współczesne, posypały się gromy od czytelników.
Dowiedziałem się z artykułu, że WL to wydawca zajmujący się tylko Lemem i Dukajem i przetrwa wszystkie kataklizmy – to oczywiste, fantastyka w zasłużonym WLu to margines wydawniczy. Zgadzam się z autorem, że Supernowa to właściwie tylko wpis w KRS, bo czasem mijają lata, a żadnej nowości nie mają, ale nie zgadzam się, że kryzys zaczął się ze śmiercią Mirka Kowalskiego, bo to było świadome ograniczenie liczby wydań podjęte jeszcze przez Kowala, a kontynuowanie przez Wojciecha Płotka. Poza tym, liczby sprzedanych przez nich egzemplarzy Sapkowskiego biją na głowę nakłady innych wydawców.
Błędna jest teza, że Mag sprzedaje malutkie nakłady, nie są małe, a dodruki i wznowienia liczne. Cyklizacja nie jest nowym zjawiskiem, a dominuje od trzech dekad. Z czasopismami nie jest źle, kilka wychodzi w papierze, powstają kolejne. Czy się utrzymają, to inna sprawa, ale publicystyki w nich sporo. Od dawna jednak powtarzam – czas periodyków jest wtedy, gdy istnieje mała podać książek. I na odwrót.
Z nakładami książek fantastyki też nie jest źle, są tytuły choćby w Rebisie w Wehikule czasu, zwłaszcza te z pogranicza fantastyki, trafiające do odbiorców głównego nurtu, które mają już po kilka dodruków i sięgają parunastu tysięcy. To wszystko można było sprawdzić, zadać pytania i uzyskać odpowiedzi w odpowiednich miejscach.
Odnotowuję więc nowe pismo, chwalę, polecam do czytania. Do wzmianek o sobie odnoszę się z uśmiechem i bez urazy. W stanie wegetatywnym jeszcze nie jestem, ale wycofanym poza nurt fandomowy na pewno. Tu jest wygodniej.

Dodaj komentarz