Nie wiem czemu, ale lubię powieści o końcu. Może dlatego, że każdego z nas czeka koniec? Ostateczny. Śmierć i potem tylko popiół i robaki. Nie jest to wrodzony pesymizm, raczej pogodzenie się z nieuniknionym – myślę, że łatwiej wtedy żyć, zamiast rajcować się powieściami o nieśmiertelnych lub życiem po życiu, rajem, piekłem i całą resztą. Dla mnie szkoda na to czasu.
Fantastyka jest często pesymistyczna, co po części wynika z faktu, że będąc wnikliwym obserwatorem rzeczywistości trudno być optymistą co do przyszłości świata.
Książek o końcu jest dość sporo. Nie mówię o postkatastroficznych opowieściach rysujących obraz świata po kataklizmie biologicznym, kosmicznym, wojennym etc., ale o końcu. Bo koniec jest końcem, po nim nie ma nic. Jak w Drodze McCarthy’ego, wstrząsającej powieści o ojcu i synu przemierzających wyludnioną i zniszczoną Ziemię. Oj, ta powieść zryła mi mózg. Nie mogłem spać.
Przypomniałem sobie – stare wydanie – Ostatniego brzegu Nevila Shute’a, słynną, sfilmowaną w gwiazdorskiej obsadzie powieść o atomowej zagładzie, która kładzie kres ludzkiej cywilizacji, i jest też ksenocydem dla zwierząt. Poruszający to obraz, pisany w czasach, gdy możliwość wybuchu konfliktu atomowego uważano za realną, budowano liczne schrony, ludzi szkolono w sztuce przeżyci. Wojskowi uważali, że zmazując przeciwnika uranem i kobaltem z powierzchni ziemi oni sami przeżyją w schronach i wyjdą potem na słońce. Nic bardziej mylnego. Shute jasno i niezwykle sugestywnie pokazuje, jak może wyglądać koniec człowieka. Choć wojna wybucha na półkuli północnej, to skażenie jest tak intensywne, że wiatry spychają radioaktywną chmurę na antypody. I chociaż ci ludzie nie uczestniczyli w wojnie, to muszą zginąć. Wszyscy.
Shute niespiesznie kreśli landrynkowy obraz Australii – słońce, plaża, życie toczy się zwykłym trybem. Są braki w dostawie pewnych produktów, deficytowa jest benzyna, ale generalnie wszyscy się krzątają wokół spraw jak dotąd. Chociaż prognozy są nieubłagane, zostało im coraz mniej życia. Co ciekawe, u Shute’a nie ma paniki – zjazd do końca jest jakiś taki naturalny, łagodny, bez histerii. Na chorobę popromienną nie ma lekarstwa, apteki przygotowują dla chętnych kapsułki z trucizną. A na tle tego ogólnoludzkiego dramatu rozgrywa się flitr między oficerem amerykańskiej łodzi podwodnej a młodą Australijką.
Ta warstwa społeczna powieści też jest bardzo ciekawa, z dzisiejszego punktu widzenia bardzo archaiczna – stosunki damsko-męskie są dostojne, mężczyźni są szarmanccy i opiekuńczy, a kobiety to piękne i słodkie trzpiotki. Nie sprawdziłem, czy poprawiono to przy nowym wydaniu (choć użyto starego przekładu), mam nadzieję, że nie.
Inna kapitalna powieść, właściwie literacki żart na poważne tematy, to Wielkie solo Antona L. Herberta Rosendorfera. Tytułowy bohater pewnej czerwcowej nocy zostaje sam na świecie – wszyscy inni ludzie zniknęli bez śladu. Anton L., urzędniczyna niskiego szczebla, ale o wysokim mniemaniu o sobie, kryptoalkoholik, hipochondryk, „posiadacz” kilku zabawnych natręctw, staje się bohaterem monodramy niejako niechcący. Doskonała powieść.
Przypomniałem sobie też Brunatną rapsodię innego Austriaka, Otto Basila, ale o niej może przy innej okazji, w równie doborowym towarzystwie.
Dodaj komentarz