Tak sobie pomyślałem, wspominając dzikiego Korsykanina, że inni górale są bardziej otwarci na nowych ludzi. W latach 70., razem z rodzicami zwiedzaliśmy góry Bułgarii, a potem trzy dni przedzieraliśmy się do czarnogórskiej Budvy (poniżej jedyne zdjęcie tego cudownego miasteczka, rok później zrównanego z ziemią przez trzęsienie ziemi – teraz jest odbudowane, ale już nie stare). Młodszym czytelnikom, a także eurosceptykom trzeba wyjaśnić, że kiedyś na granicach stało się 1-3 dni. Trzy dni na przykład spędziłem na rumuńsko-sowieckiej limes, w skwarze, bez wody, kibli, żarcia – bu ruskim pogranicznikom nie chciało się odprawiać aut (pamiętam, że nauczyłem się wtedy grać w bridża – ojciec i dwóch znajomków na siłę szukali czwartego; słuchałem też po rosyjsku radiowego sprawozdania z meczu polskich szczypiornistów o brązowy medal montrealskiej olimpiady – wygrali z Niemcami 21:18). Teraz przejeżdżamy wiele granic nawet nie zdając sobie z tego sprawy – i nie chciałbym powrotu do tamtych koszmarnych czasów.
Bułgarzy i Jugosłowianie przetrzepali nas równo na okoliczność rzekomej kontrabandy. Kiedy wjechaliśmy do kraju Ojca Narodu Ziutka Tito, było już ciemno, wokół wysokie góry. Pamiętam nocleg w lesie, nad brzegiem rwącego potoku, nocne patrolowanie obozowiska, bo rysie czy niedźwiedzie w tych okolicach nie były rzadkością. Potem trzeba było jechać przez przełecze i góry Kosowa. Tutaj drogi już były słabawe, fiat naszych współpodróżników ledwo podjeżdżał na wzniesienia, dymiąc na potęgę. Potrzebny był kolejny nocleg w interiorze.
Zatrzymaliśmy się w małęj wiosce Ilirów, czyli kosowskich Albańczyków. Tu poznaliśmy zasadę goś w dom, Bóg w dom – czyli gościnność albańskich górali. Prawo gościnności jest tu najważniejszym prawem. Mężczyźni zaprosili ojca na raki, ja przez całą wioskę zostałem zaproszony do gry w nogę. Futbol tu jest religią jak we Włoszech. Grali wszyscy, w gumiakach, na bosaka, prawdziwa rewia obszarpańców. Po meczu młodzi zaprosili mnie do swojego domu – rodzice i brat spali już w namiocie. Większość Albańczyków to muzułmanie, choć nie mało praktykujący. Leżeliśmy w nędznym pokoju na starych materacach i siennikach, gospodyni przyniosła wielki półmisek baraniny zanurzonej w pływającym tłuszczu, rosole (?) i z ryżem dopełniającym obrazu. Nie było talerzy. Jedliśmy dwoma łyżkami podawanymi sobie po okręgu. Wszystko na ostro, z małymi papryczkami. No i tęgo popijaliśmy, prosto z bukłaka miejscową śliwowicę. Były śpiewy i mnóstwo śmiechu. Do namiotu to już mnie zaprowadzono, a rano ledwie byłem żyw. Następnego dnia odprowadzała nas cała wioska, a my pozbywaliśmy się wszelkich zbędnych rzeczy na prezenty – chusta i halka Mamy, scyzoryk Ojca, tuszonka, baterie, piłka do tenisa, rajstopy. Odjeżdżaliśmy zaopatrzeni w bukłak napitku, żegnani śmiechem i krzykami powodzenia w dalszej drodze.
Naszło mnie na wspominki, bo znalazłem trochę starych fotek, slajdów przetworzonych cyfrowo. Wtedy nie robiło się dużo zdjęć – klisze kosztowały. Z półtoramiesięcznej wyprawy na Bałkany przywieźliśmy 6 filmów. Potem trzeba było je wysyłać do laboratorium do NRD, a jak już powstała w Polsce filia ORWO, to do Łodzi. I czekało się 3 miesiące. Szkoda, że tak mało tych zdjęć, niektóre nie wytrzymały czasu. Ciekaw jestem, czy widoczna zdjęciu rodzina żyje, czy przeżyłą wojnę wyzwoleńczą i czystki z przełomu wieków. Pamiętam albańskich górali jako bardzo życzliwych ludzi. Choć wyznających zwyczajowe prawo kanun, w którym krwawa zemsta czyni z zabójcy kolejną ofiarę. Hakmarrja nadal jest praktykowana – giną wciąż ludzie. Jest trwale zakorzeniona w krwiobiegu tych górali. Zabójca osoby z klanu w czasie besy jest nawet zapraszany na stypę osoby, którą zabił, a potem czeka na swojego kata. Ale obowiązek gościnności, słynna zasada jest jeszcze ważniejsza.
Mam ochotę na ponowną wyprawę w dzikie i przepiękne góry Albanii, Czarnogóry i Macedonii. Następnego roku.





Dodaj komentarz