Miałem dzisiaj sen. Niesamowicie realny. Byłem z żoną w jakimś sklepie i stałem w straszliwie długiej kolejce po towar, którego po śnie nie pamiętam. Jakieś rurki, materiał – namiot, stolik, jakiś szajs. Czułem tylko, że tego potrzebuję. Ludzie się przepychali, krzyczeli. Obsługa miała wszystkich gdzieś. Kiedy dopchnąłem się – czułem, że jestem szczęśliwy – do lady, stwierdzono, że kasę się zamyka i trzeba stanąć do drugiej, na innym końcu lady. Ludzie biegiem, jak to u nas, zamiast ustawić się w kolejności stania w dotychczasowej kolejce – byle uprzedzić rodaka o te pięć sekund. Oczywiście znaleźliśmy się z żoną na końcu. Znowu minął jakiś czas, prawie już dochodzimy do kasy, a ja rozmawiam z jakąś sprzedawczynią, ona każe mi podejść do punktu, gdzie mnie obsłuży. Podchodzę, tracąc kolejkę, a ona wypisuje dane na jakimś papierku i każe z tym iść na zaplecze, tam zrobią paragon.
Na zapleczu tylko woźna i sprzątaczka, żadnej kasy. Obie dumne ze swojej pracy jak palacz w filmie Barei. Pada tekst na moje oburzenie: Bo my jesteśmy ostatni taki sklep w Polsce. Sklep z charakterem. Wściekam się, co daje impuls do wybudzenia się z tego koszmaru. Zegarek: szósta. Pora wstawać.
Czy sny są prorocze? Jeśli tak, to ten mój oznacza, że idzie stare.
Opowiadam żonie sen, ta się śmieje i mówi, że żyjemy w czasach z wizji Barei. Przypomina mi napad w naszym osiedlowym sklepiku, chyba już o tym pisałem:
O szóstej rano, ledwie sklepikarka otworzyła swój chram, czeka jeszcze na auto z piekarni, wchodzi menel, wyciąga scyzoryk i podtyka go pod nos dziewczynie.
– To jest napad. Wyciągaj kasę!
– Ale proszę pana, ja dopiero otworzyłam, nie ma utargu!
– A to przepraszam – i wychodzi.
Napadać też trzeba umieć.
Dodaj komentarz