Trochę czasu upłynęło od ostatniego wpisu, ale obiecuję częściej dawać głos. Kończę pilne projekty i będzie trochę oddechu, tak myślę.
Wróciliśmy tydzień temu z Falkonu w Lublinie, konwentu, który z małej imprezy wyrósł na wielotysięczny spend popkulturowy. Tak chyba już trzeba nazywać te imprezy, bo choć fantastyka wciąż jest na nich obecna, to coraz więcej uczestników nie ma pojęcia, że uczestniczy w konwencie fantastyki.
Wydaje mi się , że podobne imprezy w Polsce powoli wytracają tempo wzrostu. Połykają swój ogon. Cóż, taka jest ogólna reguła. Ci sami sponsorzy i fundatorzy nie będą dotować co roku, bo szukają innych wyzwań, nowych znaleźć coraz trudniej, a koszty rosną. Hale targowe też mają ograniczoną przepustowość. Istnieją więc granice rozwoju.
Widać to było w Lublinie. Ludzi więcej, ale punktów programu mniej. Przede wszystkim mało pisarzy i spotkań literackich. Miało w ogóle nie być zagranicy, ale w ostatniej dosłownie chwili potwierdził przyjazd Ian McDonald. Na zdjęciach poniżej korpulentny pan w panterce – podpisał nam kilka książek, Brasyl i Dom derwiszy.
3/4 uczestników to ludzie do 25 roku życia, dla nich była hala z grami, dla nich koncerty, konkursy, gry komputerowe i koncerty. Strawy intelektualnej niewiele. Fandom spotykał się wieczorami na pogaduchach, i łatwo było się spotkać, bo było nas niewielu. Ale dla tych spotkań warto było przyjechać. Bo są coraz rzadsze.




Dodaj komentarz