Mit o cyfryzacji

Ci, co serfują codziennie po sieci, mają profile na wszystkich portalach społecznościowych i są do nich permanentnie podłączeni (stacjonarnie bądź mobilnie), wiedzę czerpią z internetu i uważają, że jak czegoś w w nim nie ma, to po prostu to nie istnieje – wydają się być (w swoim mniemaniu) jedynymi żyjącymi ludźmi na tej planecie. W sumie piszę to do sieci, a będzie o ludziach, którzy żyją poza nią, więc i tak tego kawałka nie przeczytają.

Będzie o miłośnikach fantastyki, którzy są, najkrócej rzecz ujmując, nastawieni antytechnologicznie. Czy może raczej, nowoczesne technologie są im obojętne. Lubią poczytać o statkach kosmicznych, podróżach w czasie, dalekich cywilizacjach, ale niechętnie oglądają telewizję, nie mają internetu, często nawet komputera. Oni istnieją, uwierzcie mi, i niech was nie zmylą statystyki mówiące, że Polska tkwi już twardo w cyberprzestrzeni. Ponad połowa gospodarstw wciąż nie ma Internetu, a że stajemy się społeczeństwem coraz starszym, to te statystyki jeszcze długo się nie zmienią.

Do sieci przenosi się informacja niezależna, filmy, kultura, książki. Właśnie, handel książkami już ma miejsce głównie w sieci – stacjonarne księgarnie, sieciówki mają tylko bestsellery, chłam, a o dobrą, poszukiwaną książkę trzeba tam prosić. Dużej części produkcji nie mają. Ludzie bez komputerów o tym nie wiedzą. To dotyczy nie tylko  starszych, którzy nie chcą już nauczyć się obsługi Internetu, ale wielu takich, którzy najzwyczajniej tego nie potrzebują.

Nie można zapominać o nich, bo w ten sposób odcina się im dostęp do książek, a są czytelnikami o wyrobionych gustach. Bardzo dobrymi czytelnikami.

Pierwsza moja księgarnia powstała, jak Internet istniał tylko w książkach fantastycznych. Pisaliśmy listy do czytelników, rachunki były wypisywane ręcznie, informacje o nowościach i zapowiedziach w tzw. Suplementach do głównego katalogu, który klient otrzymywał na początku. Tych suplementów było ponad… 500. Kartoteki klientów były na papierze. Codziennie przychodził worek z listami, a w nich zamówienia.

Potem pojawił się komputer – Atari Falcon z jednomegowym twardym dyskiem (!), potem IBM 486, własne oprogramowanie, wreszcie internet. Ale nigdy nie zapominaliśmy o klientach, którzy w powstającej sieci nie zamawiają. Przestałem robić Suplementy, ale co parę lat przygotowujemy akcję dla tych, co poza siecią. Ładny katalog, miły list przewodni, zapewnienie, że o nich pamiętamy, prezent. I pakujemy parę tysięcy tych katalogów i wysyłamy tą staromodną, pocztową metodą.

Właśnie to zrobiliśmy. Po trzech latach od poprzedniej. W katalogu znalazła się nasza oferta cyfrowa. I od tygodnia spływają miłe listy od czytelników z podziękowaniami, że o nich nie zapomnieliśmy, obietnice powrotu na festiwal, zaskoczenie szeroką ofertą z klasyką. Telefon nie milknie. Czy to są książki papierowe na pewno? Ależ się pozmieniało! Koszt akcji jest wysoki, ale to najlepsza akcja promocyjna jaką można sobie wyobrazić. A podana przy okazji informacja o ebookach z tych serii, też przyciągnęła rzeszę klientów, co papierowe przestali kupować z braku miejsca, ale pikselowe biorą jak leci.

Same korzyści. A ja podbudowałem się w kwestii czytelnictwa. Warto było. Dziękuję tym, którzy i tak tych słów nie przeczytają, że istnieją i wciąż czytają fantastykę. 🙂

4 odpowiedzi na „Mit o cyfryzacji”

  1. Awatar Piotr
    Piotr

    My też dziękujemy za klasykę 🙂 Super, że jest takie wydawnictwo!

  2. Awatar marek
    marek

    Życie (tylko) w Internecie jest przereklamowane 😉

  3. Awatar severian
    severian

    Byłem kiedyś klientem Verbum 2, ale w międzyczasie zmieniłem adres zamieszkania i od wielu lat nie otrzymuję aktualizacji. Można się z powrotem zapisać i dostać nowy katalog?

  4. Awatar Wojtek Sedeńko

    Teraz już zapisów jak dawniej nie ma, każdy może kupować. Ale to faktycznie musiało być dawno, bo wysłaliśmy katalogi do wszystkich nieaktywnych klientów pomiędzy 2000 a 2013.
    Proszę wysłać mejla, z aktualnym adresem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *