Kończymy prace nad Wyposażeniem osobistym Marka Oramusa. Dzisiaj skład książki idzie do zatwierdzenia przez autora, robimy indeks nazwisk i rzucamy na maszyny. Jak dobrze pójdzie, premiera we wtorek, środę. Jak już tu pisałem, to książka w polskiej krytyce fantastycznej wyjątkowa. Obrazowy, lekki styl Oramusa sprawia, że tę pozycję czyta się jak literaturę niemalże. Wydanie drugie jest znacznie poszerzone, przede wszystkim o wywiady. Jeśli ktoś chce porównać, to na Encyklopedii Fantastyki umieściliśmy dokładne spisy treści.
Jeśli idzie o recenzje, to bardzo polecałbym przeczytanie tej książki różnej maści autorom recek w sieci. Może wreszcie zaczną pisać recenzje, a nie recki. Podejście do tematu, kontekst, tytułowanie recenzji związane z jej treścią, swobodne poruszanie się w historii SF, dygresje – jest się czego uczyć od Mistrza. Na dodatek, większość omawianych książek wraca dzisiaj do sprzedaży, więc recenzje są jak najbardziej aktualne i może wpłyną na czytelnicze wybory i gusty.
Dla zachęty, za zgodą autora, poniżej przedmowa do nowego wydania. Sama w sobie perełka.
PRZEDMOWA DO WYDANIA 2013
Dziwne stany nawiedzają duszę człowieka, który 30 lat temu postanowił zaprezentować na przykładach, jak jego ulubiony gatunek literacki przepoczwarza się ku większej atrakcyjności i wyższej jakości. Zapewne nad książką niniejszą zaciążyła młodzieńcza chęć widzenia perspektyw science fiction w iście świetlanej ornamentacji. Zdawało mi się wtedy, że w rodzimej fantastyce rzeczy zmierzają ku lepszemu: autorzy, świadomi swych możliwości i powinności, starają się pisać coraz ambitniej, czytelnicy zaś niestrudzenie poszukują produktów z górnej półki, bo z rzęchami obcować im nie w smak. Niestety, przyszłość zakwestionowała te mrzonki – ani gatunek nie wyrósł w żadne drzewo wiadomości dobrego i złego, ani czytelnicy nie wyrzekli się skłonności do słabizny literackiej.
Częściowym wytłumaczeniem straconych złudzeń i zawiedzionych nadziei jest specyfika drugiej połowy lat 80., kiedy ukazywało się „Wyposażenie osobiste”. Komunizm znajdował się w schyłkowej fazie, wykonując ostatnie podrygi, ale ze środka nie było widać, że idzie do przełomu, bo pięć lat wcześniej i dziesięć było tak samo ponuro. W Polsce trwała w najlepsze dekada stanu wojennego, fantastyka jednak miała się jak najlepiej: ukazywało się mnóstwo świetnych książek, z repertuaru kilku lat można było wystrugać tom, z którego lista tytułów i dziś może służyć za przewodnik po fantastycznej Bibliotece Babel. Było co czytać i omawiać, a działalności krytyka towarzyszyło żywe zainteresowanie zwolenników tej literatury.
Autor tej książki wyobrażał sobie wtedy – o święta naiwności – że jest to tendencja trwała, że znajdujemy się na krzywej wznoszącej, że gatunek SF po wyrąbaniu sobie miejsca na rynku i w repertuarze wydawnictw okrzepnie pod względem ilościowym i podejmie starania samodoskonalące. Nic takiego nie nastąpiło i odrażające oblicze fantastyki, pokryte liszajami i skrofułami gęściej niż tarcza Księżyca kraterami, najlepszym tego dowodem. „Wyposażenie” ukazywało się też w przededniu przesilenia innego niż polityczne: autor nie zdawał sobie sprawy, że trend przez niego preferowany właśnie idzie w odstawkę, a SF jest wypierana przez fantasy, aczkolwiek zauważył pierwsze oznaki tego procesu na rodzimym rynku.
Gdy dziś zwracam się ku tym grzeszącym nadmiarem optymizmu diagnozom sprzed lat 30, widzę, że od tamtej epoki zmieniło się wszystko. Spośród czołowych autorów zmarli w odstępie dekady Janusz Zajdel i Adam Wiśniewski-Snerg, obaj w dramatycznych okolicznościach. Wiktor Żwikiewicz złamał pióro i odpłynął ku innym zainteresowaniom. Od ośmiu lat nie żyje Stanisław Lem, ale rodzima fantastyka odczuła jego śmierć mniej dotkliwie, jako że beletrystyka spod jego ręki przestała wychodzić grubo wcześniej. Przyszli rzecz jasna nowi: Marek Huberath, Rafał Ziemkiewicz, Jacek Dukaj, a nade wszystko Andrzej Sapkowski, który swą twórczością zdominował rynek w Polsce i jako jeden z nielicznych fantastów wyszedł dzięki tłumaczeniom poza granice języka polskiego.
Książek z omawianej dziedziny wydaje się więcej, proces wydawniczy trwa tygodnie, a nie ciągnie się latami, spadły natomiast dramatycznie nakłady: dziś sprzedaż rzędu kilku tysięcy jest odbierana jako sukces, podczas gdy w latach 80. było to nierzadko 50 tysięcy i więcej. Już wtedy dały o sobie znać pierwsze oznaki kryzysu: ”Wyposażenie osobiste”, planowane w 10 tysiącach egzemplarzy, skończyło na nakładzie o połowę mniejszym, z dzisiejszego punktu widzenia jak na książkę krytyczną ogromnym – a i tak praktycznie nie pokazało się w licznych wtedy księgarniach. Dziś miejsce księgarń zajęły banki, punkty dystrybucji telefonów komórkowych, sklepy z butami wreszcie. Na ladach z książkami dominują poradniki, romanse i sensacje ostatniej konduity, po które nawet sparaliżowanemu nie chciałoby się wyciągnąć ręki. Książki produkuje się jak galanterię i jak galanterię sprzedaje – towar jest tym, co widać.
Jeszcze bardziej przygnębiające zmiany nastąpiły wśród czytelników. Niska sprzedaż książek wynika ze słabego popytu, lecz jak ma być inaczej w kraju z 60-procentowym analfabetyzmem, bo tylu obywateli deklaruje w badaniach, że w ciągu roku nie przeczytali nic. Nawet jednak wśród tych, co jeszcze pozostali przy książce , nastąpił spadek jakości czytania, przejawiający się w odrzucaniu rzeczy trudniejszych i kiepskim rozumieniu tego, co się czyta. Kto nie zna mitologii, nie pojmie aluzji do towarzystwa na Olimpie. Gdy dawniej na spotkaniach wymieniałem tytuły i autorów, towarzyszył temu błysk kojarzenia. Teraz chcąc mówić o jakimś dziele muszę najpierw opowiedzieć jego treść, inaczej nie pociągnie. Wadliwy system edukacji spowodował wzrost liczby absolwentów nie zainteresowanych niczym, a nauki ścisłe, stanowiące podglebie SF, znalazły się w głębokiej pogardzie. Szczególnie przyczyniło się do tego wycofanie swego czasu matematyki z egzaminów maturalnych; ta głęboko przemyślana decyzja odesłała migiem pół pokolenia między współczesnych inwalidów, słabujących nie na defekty ciała, lecz umysłu. Odnoszę wrażenie, że w populacji dominują osobniki uważające, że magiczne sposoby władne są odmienić im los – stąd chyba popularność literatury zaklęć, czarów, magicznych pohukiwań i guseł. W ciągu trzech dekad, jakie minęły od pracy nad „Wyposażeniem”, nastąpiło zatrważające ogłupienie społeczeństwa, co już chyba jest tendencją światową. W pozornie odległych dziedzinach, takich jak czytelnictwo i wynalazczość, Polska wlecze się w ogonie Europy.
W polityce wydawniczej doszło do radykalnych zmian, lecz w rezultacie nie zmieniło się nic. Nikt wprawdzie nie pilnuje, aby w zamian za jedną pozycję z fantastyki amerykańskiej ukazało się pięć sowieckich, jedna węgierska i ze dwie rumuńskie. Zniknęła cenzura i niby pisać można swobodnie o wszystkim, ale nie obrodziło to większą rozmaitością tematów czy odwagą w ich ujmowaniu. Raczej obserwujemy taplanie się w typowości i schematyzmie, hołdowanie modom i owczym pędom, bezkrytyczne powielanie wzorców zagranicznych. Wydawnictwa, uwolnione od partyjnej kurateli, same wtłoczyły się w gorset standardu, puszczając na rynek to, co ich zdaniem znajdzie kupca, a więc hołdując niskim gustom i nie próbując broń Boże oferować niczego spoza tzw. bezpiecznego pasma. Pod wieloma względami sytuacja na rynku wydawniczym jest dziś gorsza niż 30 lat temu. Książka niniejsza ma m.in. walor dokumentacyjny – odnotowuje, co i w jakich nakładach wydawano wtedy. W zestawieniu z repertuarem dzisiejszym wnioski są solidnie przygnębiające.
Zaskoczyło mnie, jak wiele z tych tekstów i wywołujących je książek nawiązywało do końca świata. Czasy, choć trudne, były wtedy pod wieloma względami bardziej zdatne do życia niż dziś, kiedy apokalipsa nabrała rumieńców i z bliska zagląda nam w oczy pod postacią już to technologii letalnych, już zabó
jczych odprysków spod walca cywilizacji technicznej (np. globalna katastrofa klimatyczna czy coraz powszechniejsze szczepy bakterii odporne na antybiotyki). Zarówno władza, jak i rządzeni starają się świadomość tych skutków spychać poza granice percepcji, żeby nic nie zakłócało pogodnego nastroju. Władza, jak widać choćby na przykładzie naszego pięknego kraju, porzuciła koncepcję samej siebie jako służby i przestawiła się na daleko idące manipulacje społeczeństwem, głównie za pomocą machinacji propagandowych. Środki masowego przekazu na czele z telewizją, która specjalizuje się w zakłamywaniu rzeczywistości, zamiast być piątą władzą godzą się chodzić na pasku polityki, a wszystko to w aurze obłudnych zapewnień, że tak się przyjęło w oświeconym świecie. Inwigilacja i wyzysk ekonomiczny społeczeństwa przez władze przybierają formy groteskowe, a ta wczorajsza groteska kamienieje w dzisiejszą normę. Potworne ogłupienie społeczeństwa powoduje, że ludziom nie tylko trudno myśleć o tym we właściwych kategoriach, ale nawet dostrzegać czy nazywać patologiczne zjawiska.
Ambitna fantastyka w takim krajobrazie nie ma już wiele do roboty. Nawet jeśli próbuje zabrać głos, jej pisk ginie w ogólnym tumulcie. Budzenie sumień czy umysłów, ze wszech miar niezbędne dla powstrzymania zgubnych trendów, uchodzi za dziwactwo i szukanie dziury w całym, skoro zewsząd słychać zapewnienia, jak to sprawy zmierzają we właściwym kierunku. Ludzkość okazuje się uczniem gorzej niż tępym, konsekwentnie odmawiającym uczenia się na własnych błędach. Coraz to gdzie indziej trwają przymiarki do ludobójstwa na większą skalę; wystarczy obejrzeć zdjęcia dzieci, ułożonych równym rządkiem po zagazowaniu w Syrii, albo wnętrza wypalonych kościołów chrześcijańskich w Egipcie czy Nigerii.
Dziś książka ta odżegnuje się od możliwości zmieniania świata na drodze czytania i pisania, jak skrycie wierzył jej autor 30 lat temu. W drugiej dekadzie XXI wieku wynika z niej tylko smutny w swej rezygnacji wniosek: patrzcie, czego należało uniknąć i czego uniknąć nie zdołaliśmy.
listopad 2013
Dodaj komentarz