W Polsce zawrotną karierę robi słowo „tak”. Dotąd zwykłe potwierdzenie, wyrażenie zgody, dzisiaj zyskało kilka dodatkowych znaczeń. W ostatnich latach namnożyło się różnego rodzaju szkoleń, na których szkoleni na innych szkoleniach nauczyciele wykładają różnorakie pierdoły posługując się okaleczonym językiem polskim. Mają do wyklepania ileś tam wyuczonych na pamięć formuł, wypowiadają je tym samym, monotonnym, znudzonym od ciągłego powtarzania, głosem. A swoje twierdzenia przeplatają owym „tak”, które nie stanowi w tym przypadku potwierdzenia, zgody, lecz… pytanie. Spotykałem wykładowców, którzy każde zdanie twierdzące kończyli owym „tak”, zawieszonym jakby to było pytanie. Robię coś tam, tak, ale żeby wyglądało to lepiej, tak, należy zrobić to tak, tak? Rozmiecie, tak? I tak dalej. Słuchający wykładu łykają tę manierę i już na korytarzu w przerwach zajęć słychać: Jolka dasz fajkę, tak? Człek nie zastanawiający się nad wypowiadanym słowami, czyli słowotokiem, łyka owe „tak” jak łapiemy gwarę przebywając za długo w Krakowie, Poznaniu, Kaszubach czy Kurpiach. Może jestem przewrażliwiony, ale wyłapuję owe „tak” machinalnie i nie mogę się skupić na słowach rozmówcy. Najczęściej zresztą poza owym „tak” nie mają oni za wiele do powiedzenia. Ostatnio pojawiła się nawet formuła podwójnego „tak, tak”, zapewne w pierwsze słowo ma tezę potwierdzać, a w drugiej pytać.
Jedno jest pewne. To „tak” stosowane jako znak przestankowy odróżnia mówców od słynnego polskiego „nie”, co było nie negacją, zaprzeczeniem, a również pytajnikiem. Bralim my, pani, siekiere, nie, i szlim rombać te świniaki, nie... Chociaż, czy naprawdę wiele różni tych ludzi? Z jednego korzenia się to wywodzi. Z kaleczenia mowy ojczystej.
Dodaj komentarz