
Dwie z ostatnio przeczytanych przeze mnie książek należą do kategorii Young adults fiction. Według marketingowców to najlepiej rozwijający się kawałek rynku książki (a może jedyny). American Library Association definiuje tu literaturę dla nastolatków pomiędzy 12 a 18 rokiem życia. Ale badania wykazują, że aż 55% czytelników tych książek to ludzie powyżej 18 roku życia. Mamy więc kategorię (gatunkową i wiekową) wyjętą z literatury dla młodego czytelnika, przeznaczoną dla młodych ludzi wychowanych już na najnowszych technologiach, graczy komputerowych, dla których fantastyka nie jest oddzielnym bytem, a właściwie częścią ich życia. Dla ludzi wchodzących w dorosłe życie, ale – jak podejrzewam było to zamierzeniem marketingowców – którzy nie chcą się wyzbyć nastoletnich nawyków, chcą dalej grać na play station, w sieci.
Tematyka tych utworów często sięga po klimaty apokaliptyczne, a odmalowane w niej rzeczywistości są pesymistyczne: świat zburzony, zniszczony, wartości etyczne nie istnieją, dorosłych w tych książkach właściwie nie ma, a jeśli są, to jako antybohaterowie. Bo głównoplanowe postaci to młodzi ludzie, w wieku 13-16 lat, myślący już jak „dorośli”, operujący językiem prostym, zrozumiałym dla czytelnika w ich wieku, a jednocześnie dysponujący doświadczeniem 60-latków. Oni rządzą, decydują o losach świata. Nie tylko język bohaterów jest prosty, to samo jest z narracją. Nie warto szukać tu pięknych opisów, zdań złożonych, przemyśleń bohaterów, idei i pomysłów, które pobudziłyby zwoje mózgowe do wytężonej pracy. Fabuła także jak budowa cepa. Cóż, mamy w tym gatunku to, czego obawialiśmy się przed laty – autorzy rezygnują z własnych przekonań, nie chcą interakcji z czytelnikiem, nie chcą im niczego przekazać – piszą to, czego oczekuje czytelnik. A jaki czytelnik taka literatura. Tylko czy to jest literatura?
Segment Young Adults rozrasta się w błyskawicznym tempie, dla niewymagającego czytelnika zaczynają pisać autorzy, którzy kiedyś byli wymagający dla siebie i dla odbiorcy. Taki Paolo Bacigalupi i jego „Zatopione miasta” są najlepszych tego przykładem. Autor Pompy numer 6 tutaj mnie zawodzi, spodziewałem się dobrej intrygi, pesymistycznego przesłania, otrzymałem komerchę. Pierwsza połowa książki to wycieczki bohaterów z wioski do lasu i z powrotem, tak ze trzy razy, a jak już wioskę spalono, to udają się do miasta. Ekonomia świata przedstawionego jest mocno nagięta, finał jak dopisany z innej bajki. Ale książka odniosła sukces, młody czytelnik dostał to, czego oczekiwał – akcję, młodych bohaterów, okrutny świat, dużo strzelaniny. Nic poza tym. Young Adults.
Podobny sukces odniósł pierwszy tom Legendy – „Rebeliant”. Książka jest jak gra komputerowa. Proste algorytmy, autorka ponoć nawiązuje do „Nędzników”, ale jakoś tych związków z Victorem Hugo (poza płytkimi motywami) nie widać. Autorka jest specem od marketingu, daje dokładnie to, czego chce target. I nic więcej. Reszta to robota PR. Young Adults.
Me myśli dryfują sobie przy takiej lekturze daleko poza założenia tych książeczek i płytkie fabuły, które można śledzić bez stanów skupienia. Co poza forsą i lekką rozrywką jest celem takim książek? Wizje przyszłości, jakie pokazują, do przyjemnych nie należą. Żadnych autorytetów, przemoc jedynym argumentem, wokół zgliszcza… a może chodzi o to, by młody człowiek powoli zaczął się przyzwyczajać do takiej wizji i swojej, niedalekiej, przyszłości? By mu było lżej, gdy takie czasy nadejdą? Gdy korporacje pokroją ludzkość na trzy części: bogate elity, wykształconych i posłusznych wykonawców swojej woli i całą resztą, biedaków niewartych ocalenia. E, nie, za dużo Orwella, Zajdla, Wnuka, Sołżenicyna, Ballarda i innych…
Dodaj komentarz