Naciskał mnie Maciej Parowski o opinię o czwartym Funkym, zwlekałem do ukazania się całości. Na lubelskim Falkonie mieliśmy już w sprzedaży całą opowieść, cztery zeszyty, w pierwszych trzech kultowa opowieść z „Fantastyki”, w czwartym dorobiony ciąg dalszy, już bez udziału Jacka Rodka. Tamten pierwszy komiks był zabawny i przyciągał uwagę, byli tacy, co kupowali miesięcznik dla tej rysowanej opowiastki. Dzisiaj jest na odwrót – widziałem w kilku przypadkach zaskoczenie na twarzy fanów komiksu, że czwarta część została dopowiedziana i dorysowana – od lat nie kupują już miesięcznika „NF” i wydanie zeszytowe było miłą niespodzianką. Z kolei redaktor wydawnictwa chodził po księgarni i pytał, czy ktoś mu może wyjaśnić, o co chodzi w tym IV Kovalu.
Sięgnąłem więc po całą opowieść. Nie była to dla mnie podróż w przeszłość, nie odnalazłem tamtych, sprzed 30 lat uniesień. Zobaczyłem dobry komiks, miejscami nawet doskonały, ale smaczki, które tak bawiły nas przed laty (twarze przyjaciół w komiksie, hasła, teksty i podteksty polityczne, te wszystkie dygresje w nazwach typu Twinducks) dzisiaj wywołują nie emocje, a nikły uśmiech, ślad po dawnej zabawie. Widać dzisiaj, jak komiks powoli się rozkręcał, jak z zamkniętych historyjek na jeden numer gazety, zaczął snuć dłuższą opowieść, która żyła własnym życiem, dopowiadana i dyskutowana przez czytelników.
Tego wszystkiego zabrakło w nowej, dopisanej po latach części. Tak w warstwie scenariusza (wyraźnie brak smaczków science fiction, gadgetów, które podrzucał znawca SF Jacek Rodek), za dużo spisków w spisku (sądzę, że nowy czytelnik, dziecko lub wnuk pierwszych odbiorców, odbije się od historii, gubiąc wątki i orientację, który Funky jest prawdziwy, a który podstawiony), jak i graficznej. Brak w nowym rysunku Polcha tego szczegółu, tła i zabawy, która w trzech pierwszych częściach tak nas urzekła. Kreska też nie ta, postaci są jakby uproszczone, zatarto w nich niektóre indywidualne cechy. Można by to zrzucić na zestarzenie się bohaterów komiksu, ale akcja przecież jest kontynuacją poprzedniej historii.
No i straciła chyba cała opowieść na zwykłej ciągłości, linearności wątków. W ostatniej części akcja się rwie, a nawet trafiają się plansze jakby zbędne, nudne. Albumowe wydanie pozwalało przecież dopisać kilka plansz, choćby samych grafik, które wypełniłyby pewne białe plamy gazetowej historyjki, z racji samych ograniczeń objętości skróconej. W wydaniu książkowym takie skróty można ładnie wygrać, co widać po wielu albumach zachodnich. Dlatego ten czwarty Funky sprawia czasem wrażenie robionego na kolanie i w pośpiechu. A zakończenie… cóż, trochę mnie osłupiło. W sumie – zawód. Myślę jednak, że warto by poczytać opinie kogoś, kto przeczytał teraz części I-IV po raz pierwszy. Ja wolałbym zostać przy starych wrażeniach, teraz mnie z nich odarto.
Dodaj komentarz