Pytanie ważkie. Jestem nałogowym czytaczem. Książkę mam w samochodzie, przy łóżku, w wucecie i zamiast telewizora. Bardzo dużo czytam w maszynopisie, z cienkopisem w ręku. Ale ostatnio łapię się na tym, że wracam do lektur starych, bo z nowości nic ciekawego, co by mnie przyciągnęło, nie ma. Nie ma, i już.
Jak się wchodzi do księgarń ma się wrażenie wielkiej obfitości. Ale to złudzenie. Codziennie przeglądam przez godzinę nowości wydawnicze, aby wybrać coś do swojej księgarni. Są dni, że niczego nie wybiorę. Fakt, wybieram teraz tylko fantastykę, ale w ubiegłym roku, czy dwa lata wcześniej dni bez nowości się nie zdarzały. Podaż jest wyraźnie mniejsza, zamilkły niektóre wydawnictwa, inne ograniczyły liczbę nowych książek, skupiając się na dodrukach tego, co się sprzedaje. Mniejszą podaż bym przeżył, dobre książki w stosach grafomanii zawsze zdarzały się rzadko, ale teraz mam wrażenie, że wydaje się głównie grafomanię. Po prostu tragedia. Co czytać!?
Około 80% nowości fantastycznych to książki dla młodzieży. Są jak spod sztancy: wtórne do bólu, płascy bohaterowie, dramaturgia jak z bajki dla dzieci. Od początku wiesz, jak się historia skończy. Banał banałem banał pogania. Nadchodzą te książki falami: fantasy, wampiry, wilkołaki, horror, steampunk, postapo, mitologiczni herosi… I do bólu. Agenci i marketing wpychają to dziesiątkami do wydawnictw, same „bestsellery”, a te zarzucają rynek. Na Zachodzie oceniono, że książki czyta wyłącznie nastolatek, w wieku 13-18 lat, w wieku 19-35 lat głównymi odbiorcami słowa pisanego są już tylko kobiety – stąd fala pustaków w stylu erotycznych przygód pana Szarego. Ktoś mógłby powiedzieć, że to oburzające, iż wydawcy traktują potencjalnych czytelników jak dzieci, a umysł kobiety tak spłaszczają. Nie, ja myślę, że tam pracują idioci i wszystkich oceniają według siebie. Mądrzy ludzie przeszli na emeryturę albo zostali pogrzebani wynikami sprzedaży dzieł ambitnych.
Uznani autorzy, piszący ciekawą literaturę, chcąc dalej żyć z pisania, przerzucają się na przygodówki dla młodych: Bacigalupi, Valente, Eschbach. Większość autorów fantasy od lat odrabia pańszczyznę, ale cóż, sam gatunek jest tak skostniały, że wynaleźć w nim coś oryginalnego jest coraz trudniej. Może Sanderson jest tu wyjątkiem.
Starzy mistrzowie zamilkli, nowych nie widać, bo sprzedać dziś książkę jest bardzo trudno. Dobrą książkę. Z pomysłem, nieszablonową, w której poza akcją kryje się zaduma nad światem, ludzkim losem, przyszłością Ziemi. Pisze o tym w swoich felietonach Peter Watts, nie ukrywając rozżalenia.
A te 20%, nad którymi warto się pochylić to też nie arcydzieła. Książek bardzo dobrych, wartych nagrody, dyskusji znajdzie się 1-3 w roku. Nagrody, kiedyś wyznacznik tego, co fan fantastyki powinien przeczytać, najzwyczajniej zawodzą. Nagrody się dewaluują – i to nie tylko książkowe, bo nie jakość artystyczna jest brana dziś przy wyborze, a koniunktura i względy innej natury (nie szukając daleko, weźmy Oscary ostatnie – Di Caprio dostaje nagrodę za słabą rolę w „Zjawie”, bo należała mu się za całokształt, nagradza się bardzo amerykański film podsumowujący aferę pedofilską w USA, w Polsce pewnie nawet nie wejdzie do kin, nagrody poza reżyserskie zgarnia okropny „Mad Max” – wszystkie obrazy widziałem, żaden nie rzucił mnie na kolana). Nagrody stały się elementem manipulacji dla osiągnięcia lepszego efektu marketingowego. Ale może jest i tak, że jurorzy muszą wybierać spośród małowartościowych produkcji, bo tylko takie powstają. Jakby trafiło się arcydzieło, zgarnęłoby wszystko. A nie powstają arcydzieła, bo nie takie są oczekiwania decydentów.
W nagrodach fantastycznych to samo co w Oscarach – nagrodzone w ostatnich latach HUGO powieści nie zachwycają, Scalzi czy Lackie to po prostu przeciętniaki. Ich książki i tak odstają od średniej, ale jak się przeczytało setki tytułów, to oczekiwania rosną.
Popatrzmy na sytuację w Polsce. Regularnie fantastykę dostarczają: Mag, Rebis, Solaris, Drageus. Mają zapowiedzi, sukcesywnie je realizują. Mag ma serię Uczta wyobraźni z wartościową (nie zawsze) fantastyką, wciąż zapowiada, że serię zamknie, ale tytuły wciąż się ukazują. Drugą serią – Artefakty – z klasyką SF – ucieszyli mnie mocno, ale początkowy rozpęd i entuzjazm trochę wygasł. Czasem podają ciekawe rzeczy poza seriami – jak zbiór Wattsa. Rebis kontynuuje Dicka, Webera, ale nie poszukuje ciekawych powieści SF – może po prostu ich nie ma? Seria polska, Horyzonty zdarzeń, weszła w rynek, ale pokazuje tylko pewną grupę autorów, nie poszukuje nowych twarzy. To jej źle wróży. Drageus rozpoczął space operami, może nie są to arcydzieła, ale twarda SF, do czytania. Mocno wyciąga tę serię tłumacz, bo w oryginale te pozycje są ciut słabsze. Solaris produkuje na swój wewnętrzny rynek, ale każdy chętny może tu trafić i znaleźć coś dla siebie, głównie z klasyki.
Mocno ograniczyli podaż Zysk i Prószyński. Pierwszy stawia na klasykę (Haggard), horror, wznowienia Martina (które są bardzo zyskowne) i wszelkie jego redakcyjne robótki – antologie tematyczne. Byle było na nich nazwisko Martin. W Prószyńskim z fantastyki pozostali tylko Pratchett i Card. Na jednym koniu, by nie powiedzieć autorze, jedzie Supernowa. Saga wiedźmińska jest dojną krową, nie tylko na rynku polskim, ale rosyjskim, czeskim, niemieckim, hiszpańskim, angielskim (Gemmell Award), teraz amerykańskim (lista bestsellerów NY Timesa). Wszystko brzmi pięknie – ale Martin pisze jedną książkę na 3-4 lata, Sapkowski jeszcze rzadziej, Pratchett (którego książek nie lubię, i nie ukrywam tego) więcej niestety nie napisze, a Card… cóż, zrobił się bardzo nudny.
Ciekawa jest seria klasycznej grozy w C&T, ale tu książki także nie ukazują się za często.
Powstają nowi wydawcy, którzy stawiają na fantastykę: SQN, Uroboros (podkupił Star Wars m.in, i te nowe książki w uniwersum są lepsze od tych starych), Akurat (tu kupuje ciekawe tytuły Nakoniecznik, znany tłumacz i redaktor NF – stąd takie książki jak Lackie, Marsjanin, Scalzi), Czwarta Strona. Na ich okrzepnięcie trzeba poczekać. Jaguar to fantastyka dla dzieci i młodzieżowa, Galeria Książki podobnie – dla wymagającego czytelnika, oczytanego fana – nic.
W polskiej fantastyce boom mamy za sobą. To trzeba jasno powiedzieć. Fabryka wyhamowała bardzo mocno, jej sztandarowe cykle, które ciągnęły sprzedaż – Pan Lodowego Ogrodu, Achaja są pozamykane (Ziemiański ma jeszcze tom dopisać, jak słyszę, ale wydaje się to dorzynaniem konia). Andrzej Pilipiuk też nie zaskakuje, wydaje się, że nie ma ochoty więcej pisać o Wędrowyczu, wolałby nowe wyzwania – pamiętajmy o regule cyklu – każdy kolejny, dopisywany na siłę tom, działa na szkodę autora. Kuponów z pierwotnego sukcesu nie da się obcinać w nieskończoność.
Powergraph działa inteligentnie, spokojnie, wrzuca na rynek książki po przygotowanych kampaniach, ma przychylność czytelników, a także ludzi z branży dzięki uśmiechniętej i sympatycznej szefowej. Ale na nich też czeka kilka pułapek. Ambitne serie nie sprzedają się dobrze, więc czasem trzeba do nich dopłacać z tego, co chodliwe. Ale Wegner właściwie zakończył swój cykl, a Kosik ma – tak sobie myślę – kłopot ze swoją serią młodzieżową. Bohaterowie takich cykli starzeją się – każdy z pisarzy, którzy wymyślili takowych bohaterów (Bułyczow, Rowling etc.) natykali się na taką ścianę. Czytelnicy śledzili przygody nastoletnich bohaterów i razem z nimi dorośleli. Kiedy bohaterowie są dorośli i pokolenie ich czytelników też, to drogi przyjaciół się rozchodzą. Trzeba trafiać do nowego pokolenia, ale pisanie nowych książek o dorosłych bohaterach nie będzie już ciekawe.
Czy kogoś pominąłem? Chyba nie, choć pamięć już nie ta. Odpowiedź na początkowe pytanie? Krótko mówiąc: kicha.
Dodaj komentarz