O pewnym ciekawym spotkaniu

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 15 Lipiec 2014

W ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił Bohdan Petecki przed swoją śmiercią (patrz Marek Żelkowski Lista nieobecnych) , autor skarżył się na niezrozumienie polskiej krytyki dla jego książek. Wyraźnie bolało go, że pomimo sukcesu czytelniczego, jego powieści są ostro traktowane przez krytyków – chodziło tu najprawdopodobniej o recenzje Macieja Parowskiego i Marka Oramusa w „Fantastyce” (mowa jest, że ci krytycy to też autorzy). To rozżalenie spowodowało, że pisarz skierował swoje książki ku młodszemu czytelnikowi, co nieźle mu wychodziło – vide Bal na Pięciu Księżycach.  Niewątpliwie było w tej wypowiedzi sporo racji, bo recenzenci – znając przecież dobrą opinię samych czytelników – nie szczędzili mu razów. A to za sztampowość postaci, a to za kalki fabuły, a to za gloryfikację komunizmu. Petecki nigdy swoich lewicowych poglądów nie ukrywał, pozostał socjalistą do końca życia.

Co do pozostałych zarzutów, po odrzuceniu wtrętów komunistycznych (które nie były wcale nachalne) książki Peteckiego były traktowane jako znakomite czytadła. Ekologiczna fantastyka w Tylko cisza, opisy lotu i nawigowania przez zniszczoną sferę Dysona w Kogga…, psychoataki w Strefie zerowej, opis kontaktu w Messier 13 to były pomysły, które czytelników zachwycały. Potrafiliśmy wtedy oddzielać ziarno od plew, czytać między wierszami i z lektury wyciągać to, co chcieliśmy. Petecki był jedynym stricte kosmicznym autorem w PRLu (nie licząc Borunia i Trepki w trylogii) i to docenialiśmy. Śmialiśmy się z socjalizujących wstawek, traktując je raczej jako ustępstwo autora wobec wydawcy, nie przeszkadzały nam powtórki i umięśnieni herosi z kart jego powieści.

Tym kierowałem się, wybierając do APF kolejne tytuły Peteckiego, a będzie ich jeszcze kilka w serii. A temat wypłynął, gdyż w trakcie spotkania z Krzyśkiem Sokołowskim w Nidzicy, w trakcie polecania przez niego książek w księgarni, w tym powieści Peteckiego, wtrącił się Maciek Parowski i wyjaśnił, skąd brały się ostre recenzje twórczości tego pisarza. Jego tłumaczenie było takie, że Petecki – w odróżnieniu do zdecydowanej większości autorów – był w obozie władzy, nie kontestował jej i dawał temu wyraz w swych książkach. Że on sam (Maciej) nie mógł czytać opisów wypraw mięśniaków w kosmos, bo jawili mu się jako ubecy w kosmosie, że to, co działo się na ulicach Polski, stan wojenny, śmierć górników w Wujku, zakatowanie Przemyka, było wówczas tym, co miało na nich, w redakcji „Fantastyki”, wielki wpływ. A każdy przejaw poparcia dla systemu nieprawości, wywoływał w nich sprzeciw.

Dyskusja nie przeistoczyła się w wykład Macieja, bo do sali zajrzał Marcin Wolski, posłuchał i wtrącił swoje trzy grosze, a spór zaczął iść w innym kierunku.

Wiele słów Maćka było prawdziwych, podobnie myśleliśmy wtedy i my, czytelnicy, dlatego nie każdy chwalił się tym, że kocha książki Peteckiego. Ja potrafiłem w nich znaleźć to, co w fantastyce lubię najbardziej. Świetne opisy obcych światów, startów i lądowań pojazdów, akcję i oderwanie od rzeczywistości. Pochwały komunizmu nie ruszały mnie. Dzisiejszy czytelnik, młodego pokolenia, nie obciążony życiorysem w komunie, czyta powieści Peteckiego z zachwytem, nie zauważając tego, co nam kiedyś przeszkadzało.  Petecki się broni. Bez dwóch zdań.

wpolowiedrogi2-1000 strefy zerowe front-1000 tylko_cisza-1000 messier13-1000

 

Komentarze (28)

vattghern76:

15 Lip 2014 o 8:03.

Broni i dobrze go mieć w swojej biblioteczce!

KBKBKB:

15 Lip 2014 o 8:33.

„książki Peteckiego były traktowane jako znakomite czytadła”
Ja to nazywam solidną fantastyką 🙂

„Dzisiejszy czytelnik, młodego pokolenia, nie obciążony życiorysem w komunie, czyta powieści Peteckiego z zachwytem, nie zauważając tego, co nam kiedyś przeszkadzało. Petecki się broni. Bez dwóch zdań.”

Ale nie tylko się broni przed czytelnikiem młodego pokolenia. Nie miałem wcześniej do czynienia z Peteckim, a jego „Tylko cisza” przeczytana dwa tygodnie temu to naprawdę „solidna fantastyka”.
Naleciałości komuszych nie znalazłem, ale z drugiej strony to w „nowożytnych” powieściach jest tak dużo totalitaryzmu, że już się chyba tego nie dostrzega nawet…

Kruk Siwy:

15 Lip 2014 o 9:08.

Dobrze, że był Petecki, jego „Strefy zerowe” czytane w trójce urwały mi klejnoty. Stękanie Macieja w tym przypadku mam za niespecjalnie mądre. Kurczę, nie każda fantastyka musi być zaangażowana. Petecki tworzył dobrą fantastykę przygodową nie pozbawioną pewnych ciekawych pytań.
Szkoda, że go krytycy podgryźli, bo dziecięce utwory autora miały dla mnie zasadniczą wadę. Były dziecięce.

Wojtek Sedeńko:

15 Lip 2014 o 10:36.

Taki był klimat. Co pachniało komuną było be. „Tylko cisza” tez jest opisem operacji o rozmachu komunistycznym. Czy ktoś może sobie wyobrazić – bez dyktatury i odgórnego rozkazu – że cała ludzkość idzie potulnie spać do hibernatorów, żeby Ziemia na nowo się zazieleniła? Na kilometr pachnie Kanałem Białomorskim. Ale pomysł był chwytliwy i jeden z oryginalniejszych w polskiej SF.

Daretzky:

15 Lip 2014 o 12:59.

Wszystko fajnie, tylko „chromologia” się nie zgadza. Petecki publikować swoje młodzieżowe książki w roku 1977 („X-1 uwolnij gwiazdy”, następnie :Królowa kosmosu” 1979; „Bal na pięciu księżycach” 1981) czyli na długo przed powstaniem „Fantastyki” gdzie Maciek Parowski pisywał recenzje. Marek Oramus recenzował Peteckiego na łamach „Przeglądu Technicznego”, (jeśli mnie pamięć nie myli to „Wyposażenie osobiste” wzięło swój tytuł od jednej z tych właśnie recenzji) ale są one raczej wyważone – punktują słabości książek Peteckiego (a tych nie brakowało), ale nie zapominają o tym co jest siłą tej twórczości: rozmach, pomysłowość, umiejętność wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom mniej wyrobionego czytelnika – elementy powszechne w zachodniej literaturze SF, ale w Polsce przełomu lat 70-tych i 80-tych stanowiące ewenement. Przypominam – mówimy o czasach, kiedy w księgarniach na pytanie „Czy jest cos z fantastyki?” sprzedawczyni wyciągała „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”, „Ataraksję” albo „Kreksa”. Dwie ostatnie miały przynajmniej te zaletę, że okładki zrobił Żwikiewicz.
Petecki naturalnie miał prawo czuć rozgoryczenie i żalić się na brak zrozumienia u krytyków głównonurtowych, ale mam wrażenie, że kojarzenie tego z recenzjami Maćka Parowskiego i Oramusa jest błędem. Źle byłoby żeby przylepiono im łatkę ludzi, którzy „zadziobali” Peteckiego.

Wojtek Sedeńko:

15 Lip 2014 o 13:44.

Darku, i chronologia i wszystko inne się zgadzają. Publikować młodzieżówki zaczął w 77, gdy miał już napisaną Koggę (publikacja 78), która jest jego przedostatnią dorosłą powieścią. Potem próbował powrócić jeszcze Pierwszym Ziemianinem, bez powodzenia. Cała reszta to młodzieżówki.
W tym ostatnim wywiadzie wyraźnie pije do recenzentów z F. Maciej przyznał się zresztą w trakcie tego spotkania, że rugali Peteckiego mocno. Może niesłusznie, ale jednak. Recenzje MO mam czytane na bieżąco, z Wyposażenia właśnie, nie były pochlebne i autor mógł się czuć urażony. MO akurat mniej na politykę wchodził, bardziej na ewidentny schematyzm postaci i fabuł, ale dla pisarza to i tak cios.
Ja człeka bronię, Peteckiego czytałem wszystko i z przyjemnością. I nie idzie o przypinanie łatki Maciejowi, pisał jak czuł – on i inni recenzenci tamtych czasów (Bugajski to dopiero po Peteckim jechał) – chciałem tym wspomnieniem pokazać, że kiedyś polityka miała wielki wpływ na odbiór czytelniczy i krytyczny. A pisarz był ziarnem w tym młynie.

Rusłan:

15 Lip 2014 o 16:16.

„Że on sam (Maciej) nie mógł czytać opisów wypraw mięśniaków w kosmos, bo jawili mu się jako ubecy w kosmosie”

Hę? To jest dopiero konstruktywna krytyka. A to podobno ówczesna władza szukała wszędzie wrogów i wszystko jej się kojarzyło. Widzę, że ta histeria była obustronna…

Daretzky:

15 Lip 2014 o 17:39.

Co się tyczy tego, że „kiedyś polityka miała wielki wpływ na odbiór czytelniczy i krytyczny” to sporu między nami, Wojtku, nie będzie, bo pewnie, że tak. Powiedzmy sobie wprost, że popularność Zajdla nie wynikała wyłącznie (ani nawet, zaryzykuję stwierdzenie, głównie) z jego biegłości warsztatowej. On był „nasz”.
Dzisiaj nawet pojęcie „prawicowy” oznacza, co innego niż wtedy. I nic w tym dziwnego, skoro od czasów, o których mówimy minęło ćwierć wieku i trochę.
Chronologia jednak to sprawa druga – jeśli dobrze zrozumiałem to Bohdan Petecki urażony złymi recenzjami odwrócił się od „dorosłej” fantastyki i zabrał się ksiązki dla młodszego odbiorcy. Daty sugerują, że ta zmiana zainteresowań nastąpiła na długo przed tym nim jakiekolwiek recenzje (złe czy dobre) w „Fantastyce” ujrzały światło dzienne. To raz. Nie bardzo wiem, czemu ta zmiana miała zresztą służyć – autor publikował nadal pod swoim nazwiskiem i wciąż SF, tyle, że do młodszego odbiorcy. To dwa. Od siebie dodam, że były to książki znakomite. Ani wcześniej ani później nie mieliśmy tak dobrych powieści SF skierowanych do młodego odbiorcy. Taka „Królowa kosmosu” na przykład, moim skromnym zdaniem, wciąga nosem dowolną wczesną powieść Heinleina. Więc, jeśli już, to czytelnicy odnieśli korzyść z takiej a nie innej taktyki autora i należy najwyżej ubolewać, że Petecki nie napisał takich książek więcej oraz, że nie doczekał się godnych następców.
I jeszcze jedno – czy tylko mnie dziwną wydaje sie sytuacja, kiedy popularny wśród czytelników pisarz, mający na swoim koncie kilkanaście tytułów pozwala, żeby parę recenzji autorstwa jakichś gryzipiórków (Maciek Parowski oraz Oramus byli ledwie po debiucie) zwichnęło mu karierę? Jeśli tak wziął sobie do serca te recenzje, to może zamiast odwracać się od zastępów wiernych czytelników powinien był się raczej wczytać w te recenzje? Maćkowi Parowskiemu pisarstwo Peteckiego nie pasowało bo i pasować nie mogło. Inne temperamenty, inny obszar zainteresowań. Zdarza się. Ale już Oramus, miał po prostu przytomne uwagi warsztatowe (chcesz zobaczyć jak wygląda „miażdżąca krytyka” w wykonaniu Oramusa? zobacz co robi z „Eskapizmem” Sawaszkiewicza, w tym samym tomie). Mógł Petecki Oramusa posłuchać. Mógł się na niego wypiąć, uznawszy, może słusznie, że znalazł swoją niszę i nie widzi potrzeby jej opuszczania. Mógł wreszcie, po przyjacielsku, zasugerować Oramusowi, żeby sam napisał powieść wedle własnej recepty. Zamiast tego przestał pisać książki, które były wówczas ROZCHWYTYWANE, w sensie, w jakim to pojęcie dzisiaj nawet nie istnieje. Czy tylko mnie wydaje się to osobliwe?

Gorgona:

15 Lip 2014 o 17:45.

Jezu, wiecznego stękania Parowskiego (najlepiej o komunie) nie da się znieść. Ten człowiek powinien już dawno iść na emeryturę, bo zrobił się mega nieznośny i irytujący. Choć z drugiej strony taki zawsze był – jego pojmowanie fantastyki (Forrest Gump to fantastyka, czy mainstreamowe obyczajówki nie mające nic wspólnego z fantastyką puszczane nagminnie w NF za jego kadencji), to po prostu jedna wielka aberracja.

Wojtek Sedeńko:

15 Lip 2014 o 19:36.

Nie zgadzam się z tą opinią, ale każdy ma prawo do swojego zdania. 🙂

Wojtek Sedeńko:

15 Lip 2014 o 19:47.

To trochę nie tak. Byliśmy wtedy mocno zdołowani tym, co za oknem. Ginęli ludzie, żyło się ciężko, wyjechać nie można było, nikt nie marzył nawet o tym, co mamy dzisiaj. Kontestowanie władzy „ludowej” było naturalnym odruchem wszystkich ludzi, którzy nie chcieli mieć z komuną nic wspólnego. Nie chcieli wstępować do partii dla doraźnych korzyści, nie chcieli współpracować z UB. Ci, którzy sympatyzowali z władzą i uważali, że komunizm to najlepszy z ustrojów, byli niejako w uprzywilejowanej pozycji wobec większości społeczeństwa, bo byli wydawani, mieli stanowiska, dostawali jakieś tam talony, było im lżej w tym syfie, ale nie mieli naszego szacunku.
Nie tylko Maciejowi wydawało się, że jedynym ważnym odłamem polskiej fantastyki – poza Lemem, co był zjawiskiem samym w sobie – jest fantastyka socjologiczna. I był jej wielkim propagatorem.
Ale w sumie przykre jest to, że Peteckiemu, który wydawał się być idealistą, człowiekiem „chorym” na socjalizm, jak wielu intelektualistów (takim był mój ojciec, co nas od siebie oddaliło – to było najgorsze – podziały wewnątrz rodziny) dostało się po części dlatego, że był po ICH stronie. Ale konstruktywna krytyka Oramusa była zacna i obrała jego prozę dość dokładnie.

Wojtek Sedeńko:

15 Lip 2014 o 19:59.

Darku, polecam przeczytać samego Peteckiego. Tam rozżalenie przebija z całego wywiadu. Tu musiałby się wypowiedzieć Marek Żelkowski, który wywiad przeprowadzał, czyta nas tutaj, może się wypowie. Petecki był wtedy już ciężko chory, myślę, że można go zrozumieć. Zmienił się system i przestał być wydawany. On mógł mieć wrażenie, ze jest REPRESJONOWANY. Miał nakłady po 50 tys, a tu nagle sru – null. On nawet, poza Strefami zerowymi nie był wznawiany. Nie sięgały po niego Iskry, Nasza księgarnia, jego macierzyste wydawnictwa. Jak mógł to odebrać? Choć z drugiej strony, pracował w radiu jako dziennikarz, miał tam dobrą opinię, powinien chyba to lepiej przyjąć. Powalczyć. Żałuję, że nie doczekał moich wznowień. Wdowa po pisarzu jest książkami zachwycona.

Daretzky:

15 Lip 2014 o 22:11.

O, i tak do mnie, Wojtku, mów. Zmienił sie system, każdy chciał wydawać hity, polscy autorzy stali sie passe, kto mógł tłukł MacLeana i Ludluma, pozostali tłukli Guya Smitha i Kuttnera. Autorzy przyzwyczajeni do PRL-owskich nakładów (i tantiem) zostali na lodzie. Starych książek im nie wznawiano, a nowe, jak już publikowano, to z łachy. I nikt ich nie chciał kupować, bo wyposzczony naród wolał wspomniane MacLeany i Ludlumy. Poczuli sie zdradzeni o świcie i wydymani o zmierzchu. Przed wydawców, czytelników i podły los. I recenzentów, którzy nawet w lepszych czasach nie szczędzili im razów. To rozumiem. A nie jakieś „Petecki zaczął pisać dla młodzieży bo sześc lat później Parowski napisał o nim „komuch”, a Oramus zwrócił uwagę, że wszyscy bohaterowie Peteckiego mówią, zachowują się i myślą tak samo. Nawet nazywają sie podobnie.”
A wywiad, naturalnie, przeczytam. W ogóle jestem tej książki bardzo ciekawy. Może należałoby też strzepnąć kurz z książek samego Peteckiego, takiego „Messiera 13” i czy innej „Koggi…” (która wspominam bardzo dobrze), skoro twierdzisz, że się ładnie zestarzały. Może i do tego dojdzie…

Kruk Siwy:

16 Lip 2014 o 6:44.

Daretzky to nie tak, że ludzie nie chcieli kupować Polaków. To wydawnictwa autorytatywnie uznały, że czytelnicy nie chcą a w każdym razie, że bardziej będa chcieli autorów zagranicznych.

Wojtek Sedeńko:

16 Lip 2014 o 8:49.

Dokładnie. Odpowiedzią na zalew zachodniej makulatury był boom na polską fantastykę na przełomie wieków. Wydawało nam się, że każda zachodnia powieść to będzie objawienie. Szybko wyszło szydło z worka… Pamiętacie, co mówił Hollanek, a myśmy się z niego śmieli: „Dajcie mi więcej papieru, a zniszczę fantastykę”. Miał facet łeb.

Daretzky:

16 Lip 2014 o 12:27.

Tomku, różnimy się w tej materii opiniami. Pamiętam, że na stolikach leżały obok siebie książki Dicka, Harrisona, Sheckleya i Heinleina; rzeczy o których się co najwyżej słyszało oraz książki-legendy wywołujące ślinotok u każdego miłośnika fantastyki. Była fantasy, do tej pory znana z trylogii Tolkiena i „Czarnoksięznika…”. Był horror, z Kingiem na czele. Kim musiał być polski autor, żeby czytelnik sięgnął po niego chętniej niż po „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” albo wznowienie „Ubika”, które na rynku warte było nerkę i dwie zdrowe gałki oczne? To nie jest zarzut, ja to rozumiem, Jezu, sam dokonywałem takich wyborów. Co więcej, rozmawiałem wówczas z wydawcami, którzy polegli na krajowych tytułach. Polaków nikt nie chciał kupować, trzeba było poczekać aż się wydrenuje klasyka. Co w końcu nastąpiło i się „trynd” odwrócił.

KBKBKB:

16 Lip 2014 o 13:08.

@Daretzky
Dokładnie tak samo to pamiętam — wszedł zachód i my młodzi nie chcieliśmy kupować polskich autorów. Ale to nie był przełom wieków, a kilka lat tuż po 1990. Tłuste lata fantastyki, gdzie tylko się bombardowało wydawnictwa pytaniami kiedy to, a kiedy tamto. Ale sami to przecież wiecie najlpiej…

Juhani:

16 Lip 2014 o 17:18.

No nie wiem. Tak sobie czytam te głosy i dalej nie wiem, co myśleć. Też przecież żyłem w tamtych czasach, ale w fantastyce nie doszukiwałem się na siłę (lub nie) nawiązań do komunizmu czy innego systemu. Dla mnie to były to po prostu piękne książki, wycieczki w inne światy, nierzadko połączone z ucztą intelektualną (vide np. Lem).
Jeśli ktoś, jak na przykład p. Parowski, widział je przez pryzmat komunizmu, to było to, moim skromnym zdaniem, lekkie skrzywienie, brak umiejętności oderwania się od tej, co „skrzeczy”. Petecki dawał możliwość zanurzenia się w fantastyce i ja w pełni z tego korzystałem nie sprawdzając jak to się ma na przykład do wiadomości w „Dzienniku telewizyjnym”. Potem się chyba moda taka zrobiła, żeby na siłę „rozszyfrowywać” poszczególne dzieła lub autorów – zdaje się, że było to traktowane jako wyraz „dorosłości” krytyka. Dla mnie to głupie było.

bombacjusz:

16 Lip 2014 o 18:00.

Święta racja. Człowiek najpierw musiał przeczytać to, o czym dotąd tylko słyszał. Rany gorzkie, ileż tytułów, autorów. Polski pisarz musiał być superherosem by się z czymś przebić. Ale kiedy człowiek nadrobił zaległości, to zaczął szukać czegoś innego, może bardziej swojskiego. Dokładnie to samo zjawisko tylko w odniesieniu do Rosji opisuje Bułyczow w „Jak zostać pisarzem fantastą”.

Kruk Siwy:

17 Lip 2014 o 9:44.

Daretzky nie chodziło o to by sięgać po polskich autorów chętniej, tylko by czytelnicy mieli jakąkolwiek po temu szansę. Ponieważ jestem autorem , który jak to dowcipnie ująłeś: poczuł się zdradzony o świcie i wydymany o zmierzchu miałem możność obserwowania jak ludzie kupowali moje książki leżące na stolikach obok Tolkiena i innych tuzów. Weszły wtedy na rynek moje dwie powieści świeżo wydane. I powiem ci, że sprzedały się bardzo przyzwoicie. Dwie trzecie PRL-owskiego nakładu. Nie dlatego, bym był równy mistrzom, ale głód książki był wtedy olbrzymi i Polaków też kupowano – jeśli akurat byli dostępni a wydani niezbyt szmatławo. Moje spostrzeżenia są – jak sądzę – prawdziwe, gdyż od 90’ roku przez kilkanaście lat sprzedawałem książki i rozmawiałem z klientami. Najpierw jako „stolikowiec” a potem księgarz. Ciekawość jakie to wydawnictwa poległy na Polakach?
Tak myślę, że nowy Petecki w rodzaju „Stref zerowych” wydany przyzwoicie (z odpowiednio krzykliwą okładką) spokojnie zawalczyłby z „innostrańcami”. Wspomnę, że w późniejszych latach dziewięćdziesiątych ostali się na rynku Sapkowski i Kres. Sapkowski, bo okazał się lepszy od większości zagraniczniaków i Kres bo był inny a wydawnictwo spokojnie w niego inwestowało. I – o ile wiem – nie straciło na tym.

Ale myślę, że dość o tym. Chwała Solarisowi za wznowienia Peteckiego, przyznam, że nie kupię – bo mam stare wydania. Ale teraz mogę już spokojnie polecać te książki, bo dotąd nie miałem odpowiedzi na pytanie ” ale gdzie to dostać”.

Daretzky:

18 Lip 2014 o 2:15.

Tomku, jak już napisałem, mamy różne doświadczenia związane z tamtym okresem i najwyraźniej różne opinie, co było przyczyną, a co skutkiem. I dobrze. To, co się wówczas stało jest zresztą dla mnie rzeczą zupełnie normalną – w Polsce istniał autentyczny głód literatury fantastycznej, ukazywało się kilka, a w najlepszym wypadku kilkanaście tytułów rocznie, z czego do czytania nadawała się może połowa (doskonałą ilustracją tego jak wyglądał rynek są komentarze do tzw. „Listy bestsellerów” w pierwszych numerach „Fantastyki”), a to połowa znikała z księgarń nim trafiła na ladę. „Ubik”, „Kryształowy sześcian Wenus”, trylogia Tolkiena, to były książki, o których co najwyżej się SŁYSZAŁO. Iskrowskie wydanie „Dnia Tryfidów” zobaczyłem po raz pierwszy na własne oczy dopiero kilkanaście lat temu. Kiedy więc runęła tama, wszyscy rzucili się nadrabiać zaległości. Tak czytelnicy i jak i wydawcy. Można się wprawdzie dzisiaj zastanawiać czy należało przedsięwziąć jakieś kroki żeby zabezpieczyć interesy krajowych twórców i jak by to miało wyglądać w praktyce. Wspomnę, że w latach 60-tych autorzy amerykańscy ostro zareagowali na rosnąca ilość przekładów literatury obcojęzycznej, ponieważ odbierały im chleb. I wymusili na wydawcach ograniczenie ilości przekładów (więcej na ten temat pisze Alastair Crowley w znakomitej książce „O sytuacji w literaturze”). Amerykanie to liberalni ludzie, pod warunkiem, że leży to w ich interesie.
Nie twierdzę, że w Polsce należało zastosować model amerykański, ale może należało zrobić cokolwiek. Zamiast tego nie zrobiono nic. A dzisiaj jest to co najwyżej temat na dyskusję przy piwie.
Pisząc o ludziach, którym zalew zachodniej literatury poprzetrącał kariery miałem na myśli, Tomku, ludzi takich jak Petecki (albo Sawaszkiewicz), publikujących regularnie przed rokiem 89, wrośniętych, że się tak wyrażę, w system. A nie kogoś, kto wydał jedną książkę, zanim się komuna zawaliła.
Osobiście bardzo się cieszę, że „Kurierzy…” i „Sen o złotym cesarstwie” (zgaduję, że te książki masz na myśli) dobrze wypadały w konkurencji z Tolkienem. Ale to niekoniecznie odzwierciedla ówczesną sytuacją na rynku.

michał:

18 Lip 2014 o 7:37.

Bardzo ciekawa dyskusja – oby więcej takich.
Swoją drogą byłem obecny podczas tych polecanek. O ile uwielbiam polecanki Wojtka (zawsze znadzie coś czym mnie zaciekawi) o tyle te uważam za najbardziej wartościowe. Pokazały starcie dwóch stanowisk, żywą dyskusję. Wojtku może za rok polecanki w parach ?
Polecający mogli by prowadzić dyskusję ze sobą nad konkretnymi tytułami autorami. Dla mnie bardzo ciekawe było by starcie o Dicka… Nie wiem jak innym obecnym ale ta (bodaj godzina) uciekła jak z bicza strzelił. Miło było posłuchać jak pięknie potrafimy się różnić. Sam Petecki? Na pewno spróbuję, majac w pamięci ile konrowersji wywołał na tegorocznym festiwalu bo jak wiadomo, zdanie warto zawsze mieć ale na podstawie własnych odczuć.

Kruk Siwy:

18 Lip 2014 o 8:51.

Nie, no proszę mi tu gęby nie dorabiać – bo będę znany jako człowiek, który sprzedawał się lepiej od Tolkiena. Nic się lepiej nie sprzedawało – tanie, trzytomowe wydanie poszło w nakładzie stu czy nawet dwustu tysięcy egzemplarzy. Chodziło mi o to, że czytelnik mając Tolkiena na ladzie sięgał także po leżącego obok, nieznanego szerzej Polaka.

Ale dość o tym. To rzeczywiście temat na kombatanckie pogwarki przy piwe.

Daretzky:

18 Lip 2014 o 9:44.

Przepraszam – autorem książki „O sytuacji w literaturze” jest naturalnie Malcolm Crowley. Spać mi to nie dawało.

Wojtek Sedeńko:

18 Lip 2014 o 11:57.

No właśnie, chłopaki, kiedy kombatancki wieczorek?

Tomek, byleś zaproszony przez SOK w Suwałkach. Jest tam jakaś publiczność poza dzieciarnią? Taka, z którą warto pogwarzyć?

Kruk Siwy:

18 Lip 2014 o 12:31.

Impreza ma spory potencjał, ale powiedzmy sobie szczerze publiczność na całej imprezie niezbyt dopisała. Większość imprez miała być plenerowa, a tu trzask prask i deszcz lunął. Poza tym chyba mało skutecznie to było reklamowane. Ja wiem Wojtek, że to nie twoja broszka, ale gdybyś ty porozmawiał z panią to organizującą to przy ich możliwościach a twojej wiedzy na temat takich imprez mogłoby się okazać, że Suwałki wcale nie są tak daleko.
To oczywiście taka luźna refleksja, która mi w tej chwili przyszła do głowy. Sumując – publiczności o którą ci chodzi tam nie ma zbyt wiele. Ale potencjał jest, trzeba by tylko jakoś tych ludzi zwabić.
A co do piwa to he he, będę od piętnastego sierpnia w Kalborni…

Wojtek Sedeńko:

18 Lip 2014 o 14:09.

Jadę tam w tym roku, piękny obiekt, kasa unijna też solidna. Tylko rejon – choć cudowny – to pustynny jeśli idzie o fantastykę. Spróbowałem im coś pomóc, będę gadał o przyszłości imprezy.
Co do Kalborni. Daj znać – może byście podjechali do Stawigudy, przespać się też tu można.

liteon:

31 Gru 2015 o 19:20.

Wiele z tej wymiany zdań między wami się dowiedziałem.Zaczynam rozumieć co stoi,a może inaczej co miało wpływ na taką a nie inną sytuację związaną odbiorem twórczości Peteckiego.Nie mogłem zrozumieć dlaczego tak mało tego autora i o nim można znaleźć.Jako dzieciak wychowywałem się na jego książkach,zajmują poczesne miejsce w mojej bibliotece i miały duży wpływ na mój światopogląd.
Przyznam,że chciał bym coś zmienić tzn. na medium jakim jest Facebook – warto przybliżyć postać Bohdana Peteckiego.Jeśli ktoś znalazł by chęci to proszę o kontakt.

Zostaw komentarz