Krótka historia SF, tom 3

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: artykuły; WIEŚCI, utworzono: 26 Kwiecień 2012

Ponieważ piąty tom RSz jest już rozsyłany od dwóch dni (stajemy na uszach, żeby dzisiaj zakończyć wysyłkę tomu do wszystkich chętnych), a w nim znajduje się ostatni, 4 szkic o science fiction, to spokojnie mogę już uwolnić do sieci szkic 3. W sumie wyszedł porządny artykuł na 60 stron, zupełnie niezamierzenie, ale w trakcie pisania przypominałem sobie o tym, bądź o tamtym, a i tak – z racji objętości – z pewnością zabrakło w nim wszystkiego. Ale nie sposób objąć tak wielkiego zjawiska, jakim była dwudziestowieczna science fiction w jednym artykule.

Gdybym wcześniej wiedział, że zrobimy jeszcze tom 6 i 7 pewnie inaczej bym rozłożył elementy, ale może dobrze się stało, gdyż w następnych tomach będzie miejsce na wskazanie kanonu.  W dodatku, w związku z publikacją szkicu otrzymałem sporo listów (mejli), w większości bardzo pozytywnych, ale kilka było zabawnych bądź irytujących, i do nich odniosę się jutro lub pojutrze.

A teraz zapraszam do lektury szkicu numer 3.

Krótka historia science fiction

Szkic 3

W poprzednich dwóch szkicach doszedłem do początku lat 70., kiedy to literatura science fiction zaczęła wchodzić w swój najlepszy czas. Apogeum popularności tego gatunku (cały czas mówimy o SF, a nie gatunkach pokrewnych, jak fantasy czy horror) przypadło właśnie na lata 70. i 80. oraz początek 90., i tym ćwierćwieczem chciałbym zająć się poniżej. Bo w połowie lat 90. pojawiły się zjawiska literackie i pozaliterackie, które sprawiły, że na monolicie, jakim były jasno określone granice gatunku, pojawiły się rysy.

Fantastyka postapokaliptyczna

W poprzednich szkicach nie wspomniałem o fantastyce postapokaliptycznej – wydaje się to być oddzielny gatunek literacki, wywodzący się od powieści katastroficznej. Ten nurt był obecny w fantastyce od samego początku, wydając kilka wybitnych książek, takich jak Kantyczka dla Leibowitza Waltera M. Millera (1959), Poczwarki (1955) i Dzień tryfidów (1951) Johna Wyndhama, Ostatni brzeg Nevila Shute’a (1957), Śmierć trawy Johna Christophera (1956), Testament Overmana (1971) czy Zdobywca przestworzy (1973) Edmunda Coopera, Siwobrody (1964) Briana W. Aldissa, Na skrzydłach pieśni (1979) Thomasa M. Discha, Jestem legendą (1954) Richarda Mathesona, a także kilka powieści J.G. Ballarda. Wydaje się też, że sporo antyutopii można by umieścić w tym gatunku, ponieważ pokazują światy zwichrowane, w ten czy inny sposób okaleczone przez jakiś kataklizm. Dalekie echa postapo można dostrzec też w polskiej fantastyce socjologicznej.

Autorzy tego gatunku upatrywali zagrożeń dla cywilizacji ludzkiej w różnych czynnikach. Wojna atomowa, zmiany klimatyczne, katastrofa kosmiczna, bezpłodność, ślepota, głód, śmiertelny wirus. Postapo miała różne oblicza, w zależności od czasu i miejsca powstania. Początkowo rej wodzili Brytyjczycy, dla których dwie wojny światowe były czasem wielkiej próby i wyrzeczeń. Amerykanie z kolei najwięcej uwagi poświęcali zagrożeniu atomowemu – zwłaszcza w czasie zimnej wojny – a potem terrorystycznemu.

Koniec XX wieku zmienił optykę autorów postapokaliptycznych powieści – teraz dominują raczej ostrzeżenia przed degradacją środowiska, głodem, zagrożeniem terrorystycznym, kryzysem gospodarczym.

Nadchodzą najgłośniejsze powieści nowożytnej SF

Science fiction w latach 70. weszła na salony literackie, pojawiły się fakultety na amerykańskich uniwersytetach, zaczęła być omawiana przez „poważną” krytykę mainstreamową, wpuszczano ją na łamy głównych pism. Wokół fantastyki zrobił się dobry klimat, a zaowocowało to pojawieniem się powieści i opowiadań, które weszły do kanonu gatunku.

Początek dziesięciolecia należał do Larry’ego Nivena, autora, który rozpalił wyobraźnię czytelników wymyśleniem gigantycznego artefaktu o powierzchni milionów planet wielkości Ziemi. Powieść Pierścień (1971) dała zajęcie wielu naukowcom, którzy nawet rozpatrywali teoretyczne podstawy budowy takiego tworu. Książka rozrosła się w kilka cykli, oraz opowiadań – dwa przedstawimy w Rakietowych szlakach. W tym samym roku ukazała się powieść Philipa José Farmera Gdzie wasze ciała porzucone, a rok później ostatnia wielka powieść Asimova – Równi bogom. Z obcym artefaktem czytelnicy zetknęli się nie tylko u Nivena, w 1973 roku ukazała się słynna powieść Arthura C. Clarke’a Spotkanie z Ramą. Zaraz po niej wielka powieść Le Guin Wydziedziczeni (1974) i znakomita książka Dicka Płyńcie łzy moje, rzekł policjant (1974)

W środowisku zapanowało wielkie ożywienie, rok w rok bardzo dobre książki, pojawiali się nowi pisarze. W Stanach narastał opór przeciw wojnie wietnamskiej, jej weterani zabierali głos – jak Joe Haldeman wyśmienitą Wieczną wojną, która w 1975 roku zgarnęła wszystkie możliwe nagrody środowiska.

Drugi oddech złapali starzy mistrzowie – Frederik Pohl opublikował w 1976 Człowieka Plus, a już rok później Gateway, bramę do gwiazd. Obie znakomite od strony psychologicznej i odkrywcze, jeśli idzie o pomysły.

Inne wielkie powieści z tego czasu to Alteracja Kingsleya Amisa i Gdzie dawniej śpiewał ptak Kate Wilhelm z 1976, debiutuje John Varley, sławę przynosi mu Uporczywość widzenia z 1978.

Gene Wolfe zaczyna pisać Księgę Nowego Słońca, która ustawi go w panteonie fantastycznych sław, a Orson Scott Carda Grę Endera (1985) i Mówcę umarłych (1986), które były rozwinięciem opowiadania „Ender’s Game” z 1976 roku, opublikowanego w „Analogu”.

Wrota wielkiej kariery otwierają się przed George’em R.R. Martinem. W 1975 otrzymuje nagrodę Hugo za „Pieśń dla Lyanny”, którą oczarował polskich czytelników, gdy opublikowano ją w pierwszym numerze „Fantastyki” w 1982. A już w 1980 Martin zgarnia aż dwie statuetki Hugo za „Drogę krzyża i smoka” i „Piaseczniki”. Wkrótce daje się jednak uwieść Hollywood i zajmuje scenopisarstwem, by w latach 90. powrócić do fantastyki cyklem fantasy Pieśni Lodu i Ognia.

Swoje dziesięć lat mają autorzy cyberpunku, mocno wietrzą środowisko, odświeżają stare dyskusje programowe – zasługują, by napisać o nich oddzielnie. W 1989 roku Dan Simmons publikuje głośnego Hyperiona. Greg Bear Koncert nieskończoności (1984) i świetnie przyjęty Eon (1985), a Kim Stanley Robinson Trylogią Marsjańską pokazał wszystkim, że fantastyka naukowa wciąż ma się dobrze.

Najlepszy brytyjski pisarz SF, Brian W. Aldiss rozpoczął w 1982 roku pisanie słynnej Trylogii Helikonii, a David Brin serii o Wspomaganiu w 1983.

Także w opowiadaniach dzieje się w tym czasie bardzo dużo dobrego, każdego roku, dzięki obfitości czasopism fantastycznych na rynku, powstaje tyle dobrych opowiadań, że jury nagród branżowych ma nie lada orzech do zgryzienia. „Opiekunowie” Richarda Cowpera, „Zdążyć na Zeppelina” Leibera, „Trzechsetlecie” Haldemana, „Pogranicze Sol” i „Gwiazda neutronowa” Nivena, „Człowiek, który żył dwieście lat” Asimova, „Samuraj i wierzby” Michaela Bishopa, „Mój ukochany wróg” Longyeara, „Dorsai” Dicksona, „Wariant jednorożca” Zelazny’ego, „Styczne” Beara, „Dziecko z Marsa” Davida Gerrolda, „Niedźwiedzie odkrywają ogień” Bissona, „Naciśnij Enter”, „Pchacz”, „Moczary Bitników” Johna Varleya.

Znakomite opowiadania zaczynają pisać Mike Resnick (cykl Kirinyaga), Lucius Shepard, bardzo dużo publikują ich Silverberg, Willis, Haldeman, Le Guin.

Zmierzch tytanów – zmiana warty

Omawiane ćwierćwiecze to także zmiana warty jeśli idzie o autorów. Odchodzą tytani science fiction, którzy mieli dotąd wielki wpływ na gatunek, który przecież tworzyli. Umierają Philip K. Dick (1982), Robert A. Heinlein (1988), Isaac Asimov (1992), rzadziej piszą lub wręcz milkną inne tuzy SF, jak Jack Williamson.

Za to łapią drugi oddech pisarze, których w pewnym sensie spisano już na straty, cudowne dzieci lat 50. i 60.: Frederik Pohl i Robert Silverberg, w najwyższej formie jest wciąż Poul Anderson. Pierwszy pisze nie tylko Gateway, ale także sporo bardzo dobrych opowiadań („Fermi i Frost”), drugi kilka świetnych powieści (Umierając żyjemy, Księga czaszek, Czas przemian), a trzeci tworzy jak natchniony kapitalne opowiadania („Psychodrama”, „Pieśń pasterza”). W najwyższej formie są Fritz Leiber, Ursula K. Le Guin, Roger Zelazny, Harlan Ellison i wczorajsi nowofalowcy, ale za plecami mistrzów na swoje pięć minut czeka już nowa generacja autorów – George R.R. Martin, John Varley, Gene Wolfe, Orson Scott Card, Joe Haldeman, David Brin, Greg Bear, Dan Simmons, Kim Stanley Robinson. Zaraz ma rozkwitnąć cyberpunk. I następuje jeszcze jedna zmiana – SF przestaje być domeną mężczyzn.

Pisarki SF w ofensywie

Odbiorcą science fiction, literatury powstałej z zainteresowań nauką, byli głównie młodzi mężczyźni. Początkowo bardzo mało pisarek zajmowało się fantastyką, do wyjątków w Złotym Wieku SF należała Catherine L. Moore (prywatnie żona Henry’ego Kuttnera), Judith Merrill. I to przekonanie o SF jako literaturze dla mężczyzn funkcjonowało aż do lat 70.

Więcej autorek pojawiło się w latach 60, także w szeregach Nowej Fali, ale pełnym głosem kobiety w science fiction zaczęły mówić dopiero w latach 70. i 80. Pojawiły się pytania o płeć, jaki wpływ na cywilizację ma rozdział na dwie płcie, czy możliwy jest inny układ. Te pytania w swoich utworach zadawały nie tylko autorki, ale i autorzy, jak choćby Joe Haldeman.

Sztandar pierwszej pisarki SF poniosła Ursula K. Le Guin, ale tuż za nią postępowały inne pisarki. Alice Sheldon pisząca pod pseudonimem James Tiptree, autorka kilkunastu słynnych i głośnych opowiadań, jak choćby „Houston, Houston”, Vonda McIntyre, Joan D. Vinge (cykl Tiamat zapoczątkowany Królową Zimy), Joanna Russ, C.J. Cherryh (cykl Unia – Sojusz, z którego pochodzą jej dwie najsłynniejsze powieści – Stacja Podspodzie i Cyteen), Octavia Butler, Janet Kagan. Kilka bardzo dobrych powieści pisze Kate Wilhelm, aktywna są Anne McCaffrey, Julian May, Marion Zimmer Bradley.

Poza Le Guin trzy pisarki przez prawie 15 lat zdominowały listy laureatów najbardziej znanych nagród w środowisku – Hugo, Nebuli i Locusa. Były to Lois McMaster Bujold, Nancy Kress i Connie Willis. Pierwsza zaczęła pisać niezwykle popularną Sagę Vorkosigan, Nancy Kress wsławiła się Hiszpańskimi żebrakami, cyklem opowieści o nieśmiertelności, a twórczość Connie Willis to jakby dwa oddzielne nurty, którymi zajmuje się na przemian. Pierwszy to bardzo dowcipne, ironiczne opowiadania, w których Willis piętnuje różne grupy, jak środowiska naukowe, feministki (genialne opowiadanie „Nawet królowa”). Drugi nurt to podróże w czasie, historia instytutu z przyszłości, który prowadzi żmudne działania na przestrzeni dziejów. Są to powieści raczej mało fantastyczne, poza przenosinami w czasie fantastyki w nich niewiele. To często żmudne badania jakiegoś okresu historycznego, będącego dla studentów np. pracą dyplomową. Ale w serii powstały głośne powieści, jak Księga Sądu Ostatecznego (1992) i opowiadania. Cykl ten Connie Willis pisze do dzisiaj powieść Blackout/All Clear otrzymała w ubiegłym roku sporo nagród.

Cyberpunk

Jeśli w poprzednich dekadach spore zamieszanie wywołała w środowisku SF Nowa Fala, tak i lata 80. miały swoją rewolucję – cyberpunk. Nie był on, co rzadko zauważają polscy krytycy, tylko nowym podgatunkiem w fantastyce, ale echem, odbiciem szerszych zjawisk kulturowych i społecznych, które na początku lat 80. odmieniły świat artystyczny: muzykę, malarstwo, sztukę użytkową, literaturę, film. Niewątpliwy był też wpływ ruchu Greenpeace oraz rewolucji informatycznej. Cyberpunk poszedł na szczycie pierwszej fali technologicznej, która tak szybko i tak dogłębnie odmieniła nasz świat. Był jednak cyberpunk, podobnie jak Nowa Fala, efemerydą, która po dwóch dekadach przestała być novum i rozmyła się w mnogich gatunkach literackich.

Cyberpunk był na początku lat 80. platformą, dzięki której silnym głosem mówili młodzi pisarze. Dla nich rewolucja informatyczna, Internet, komputeryzacja były czymś tak oczywistym jak oddychanie. Dostrzegali też zagrożenia płynące z zachłyśnięcia się technologią.

Pierwsze powieści, które pokazywały skomputeryzowaną przyszłość, pojawiły się jeszcze przed Internetem. Biblię cyberpunku napisał William Gibson, co zabawne, nie posiadający wówczas komputera i mający o nich niewielkie pojęcie. Neuromancera (1984) uważa się za pierwszą powieść cyberpunku, odniosła ona wielki sukces komercyjny. I choć Gibson pisał potem kalki tej pierwszej powieści, Neuromancer, niczym kamyk lawinę, pociągnął za sobą rzesze naśladowców.

Tu trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że wpływ na pokolenie cyberpunku miała nie tylko błyskawicznie postępująca komputeryzacja, ale również aura innowacyjności, szybko tworząca się subkultura programistów, mówiąca własnym slangiem, współzawodnictwo hakerów (tworu komputeryzacji i ery Internetu), a także muzyka. Nie darmo nurt muzyczny zwany new romantic kojarzy się z inną nazwą cyberpunku – neuromantics (od książki Gibsona), jakiej używa czasem krytyka anglojęzyczna. Słuchaczami tej muzyki (sztandarowe zespoły to Depeche Mode, Joy Division, Spandau Ballet, Ultravox) było pokolenie, które zaczytywało się cyberpunkiem, ubierało się odmiennie i wierzyło – jak każde młode pokolenie – że odmieni cały świat. Było zafascynowane nowymi technologiami, to pokolenie gadżeciarzy, którzy rzucali się na każdą nowinkę technologiczną.

Wraz z cyberpunkiem pojawiła się nowa wizja cyborgizacji. Tym razem nie chodziło – jak we wczesnej SF – o zamianę organów i części ciała człowieka na mechanizmy cybernetyczne, a pełną symbiozę umysłu z komputerem. Sprzężenie umysłu z siecią, przenoszenie osobowości w cyberprzestrzeń i funkcjonowanie w wirtualnej rzeczywistości jako wybrana postać to jedna z idei cyberpunku. Kwintesencją cyborgizacji à la cyberpunk, były kultowe filmy „TRON” i „Matrix”.

Gibson wytyczył szlaki, pociągając za sobą rzesze naśladowców, a najbardziej znaczący w tym gronie byli Bruce Sterling (Islands in the Net, 1988), Pat Cadigan (Wgrzesznicy, 1991 i Głupcy, 1992) i Neal Stephenson. Ten ostatni znalazł się w gronie twórców cyberpunku trochę jak przechodzień – zaczynał od thrillerów ekologicznych, ujrzał coś atrakcyjnego dla siebie w cyberpunku, napisał dwie książki i poszedł dalej swoją drogą. Niewątpliwie jednak Zamieć (1992) i Diamentowy wiek (1995) to książki, które w całej rozciągłości pokazały możliwości cyberpunku. Obie powieści uwypukliły też drugą ideę cyberpunku – pokazały świat całkowicie pod panowaniem wielkich korporacji i pajęczyny szarej strefy, świat przerażający, ale już dzisiaj wiemy, że bardzo bliski realizacji. W cyberpunku, który – co warto zaznaczyć – jest fantastyką bliskiego zasięgu, bardzo często pojawia się opór wobec korporacji, przyszłość w neuromantics to świat bez narodów („Jestem obywatelem Coca Coli”). Stephenson jako twórca powieści eko wniósł ten element do swoich książek, inni go pochwycili, ale na pewno wielki wpływ miał też ruch zielonych, który w pierwszych latach 80. przeprowadził kilka spektakularnych akcji, jak choćby rejsy „Tęczowego wojownika”. Nawet utrata tego statku symbolu, zatopionego przez francuskie siły specjalne, zwróciła uwagę świata na dewastację środowiska – walka o ekologię weszła na nowy poziom.

Trzecim elementem charakterystycznym dla cyberpunku, wynikającym też z zatroskania o ekologię, była wizja społeczeństwa totalnie zurbanizowanego, mieszkającego w miastach molochach (w filmie najbardziej tę wizję urzeczywistnił „Blade runner”), otoczonego high tech. Sporo wzorów czerpano z Japonii, tamtejsza kultura anime miała znaczący wpływ na cyberpunk (filmy „Duch w maszynie” i „Akira”).

Twórcy tego nurtu SF, zwłaszcza Bruce Sterling, wdali się w spory programowe z autorami Nowej Fali, wskazując że tylko cyberpunk, z komputeryzacją, wirtualną rzeczywistością i cyborgizacją jest literaturą, która opisuje rozterki współczesnego świata.

Steampunk

Z cyberpunku wyszła jeszcze jedna odmiana SF, która obecnie jest wskazywana jako kolejna moda literacka, choć to wydaje się być zabiegiem czysto marketingowym. Steampunk, bo o nim mowa, opisuje światy umiejscowione w epoce wiktoriańskiej, fin de siècle, bądź w rzeczywistości alternatywnej, w której rolę technologii, która zmienia oblicze rzeczywistości nie pełnią komputery (bo ich być nie może przy tamtejszym stanie wiedzy), ale maszyny parowe – w tym odpowiedniki komputerów bez układów scalonych, jak maszyna Babbage’a w sztandarowym dla tego gatunku utworze – Maszynie różnicowej Williama Gibsona i Bruce’a Sterlinga (1991).

Fantastyka w Polsce – socjologia i polityka

Polska fantastyka także przeżywała w latach 80. i 90. największy rozkwit. Przyczyniło się do tego kilka czynników.

Przede wszystkim w połowie lat 70. właściwie zaprzestał pisania science fiction Stanisław Lem, już od pewnego czasu odżegnujący się od nadanej mu etykietki guru tego gatunku. Ale jego twórczość miała wpływ na większość pisarzy zaczynających swoją twórczą karierę, do Lema byli porównywani przez krytykę i tego nie dało się uniknąć, mając w kraju takiego tytana fantastyki.

Ale pierwszą jaskółką zmian był fakt, że w plebiscycie na najlepszą powieść fantastyczną trzydziestolecia wygrała debiutancka powieść Robot (1973) Adama Wiśniewskiego-Snerga. Kolejne ważne czynniki to powstanie pierwszego pisma branżowego „Fantastyka” (1982), pierwszej organizacji fanowskiej i fandomu w ogóle, i – najważniejsze chyba – rosnący opór wobec reżimu komunistycznego wszystkich środowisk, właściwie całego społeczeństwa, zakończony wreszcie wydarzeniami lat 1989-1990. Wśród fantastów wyraziło się to powstaniem kilkunastu dobrych powieści określanych mianem fantastyki socjologicznej.

Z grubsza mówiąc, bo nie ma tu miejsca niestety na szersze omówienie tego zjawiska, chodziło o utwory, które opisywały różne modele totalitarne. W sposób bardziej lub mniej zawoalowany pokazywały warianty chorych systemów politycznych i społecznych, niszczących jednostkę, nie tylko w sferze fizycznej wolności, możliwości przemieszczania się wewnątrz danego świata, ale niewolących umysł, możliwość wypowiedzi, realizowania się.

Drogę pokazali tworzący równocześnie Edmund Wnuk-Lipiński i Janusz A. Zajdel, który z twórcy klasycznych opowiadań SF, znanych z „Młodego Technika” i kilku zbiorów opowiadań, stał się pierwszym głosem zbuntowanego pokolenia. Wnuk-Lipiński napisał głośną trylogię Apostezjon (Wir pamięci, 1979, Rozpad połowiczny, 1988 i Mord założycielski, 1989), a Zajdel Cylinder van Troffa (1980), Limes inferior (1982), Wyjście z cienia (1983), Całą prawdę o planecie KSI (1984), Paradyzję (1984).

Inne ważne powieści to Druga jesień Wiktora Żwikiewicza (1982), Twarzą ku ziemi Macieja Parowskiego (1982), Senni zwycięzcy Marka Oramusa (1983). Uważny czytelnik natychmiast dostrzeże, że powieści te powstały pomiędzy 1978 a 1985 rokiem, a więc w czasie, gdy w Polsce coraz śmielej działał KOR, wybuchły strajki, powstała Solidarność, następnie próbowano stłamsić opozycję i społeczeństwo wprowadzając stan wojenny, który ostatecznie doprowadził do Okrągłego Stołu i przełomu roku 1989. Po którym to roku fantastyka w Polsce naprawdę rozkwitła.

Powstanie organizacji fanowskiej, OKMFiSF, a potem PSMF i możliwość zrzeszania się fanów fantastyki w kluby i stowarzyszenia, spowodowało – jak wiele lat wcześniej w Anglii i USA – olbrzymi „wysyp” debiutów, powstawały nielegalne (bo każde wydawnictwo bez pozwolenia cenzury i odpowiednich organów było nielegalne) fanziny, tłumaczono amatorsko dzieła zachodniej fantastyki i wydawano je jako tzw. klubówki – zjawisko absolutnie polskie i niespotykane w takiej skali nigdzie indziej. Zaczęto organizować liczne konwenty. Działacze OKMFiSF uruchomili przy Krajowej Agencji Wydawniczej serię, w której powstała możliwość debiutu. W serii antologii Spotkanie w przestworzach pojawiło się wielu młodych autorów, chociaż opóźnienia wydawnicze powodowały takie paradoksy, że debiutanckie opowiadania pokazywały się np. już po opublikowaniu przez danego autora jednej lub dwóch powieści. Nie wszyscy autorzy byli też warci debiutu, ale jednak takiego ożywienia w środowisku wcześniej nie było. Tu pokazały się książki Marka Baranieckiego Głowa Kasandry (1984) czy Wiktora Żwikiewicza.

Trochę autorów debiutowało w wydawnictwach regionalnych, nie stołecznych. W Poznaniu, obok Czesława Chruszczewskiego pisali Jacek Sawaszkiewicz, Witold Zegalski i inni, we Wrocławiu Andrzej Ziemiański, debiutował Mirosław P. Jabłoński.

Największy wpływ na polską fantastykę tego czasu miało jednak powstanie „Fantastyki”. Pracowali tam zawodowi redaktorzy, ogłoszono konkursy literackie, na które był taki odzew, że można było mówić o prawdziwej rewolucji. „Fantastyka” stała się platformą spotkań i sporów programowych. Stymulowała młodych pisarzy, powstała grupa twórcza TRUST, która stała w opozycji do redaktorów „Fantastyki”. Z niej wywodziło się pokolenie pisarzy, którzy już wkrótce mieli dyktować trendy w polskiej fantastyce: Rafał A. Ziemkiewicz, Jarosław Grzędowicz, Jacek Piekara.

Z kolei z konkursów ogłaszanych w „Fantastyce” wyłonili się tacy autorzy jak Andrzej Sapkowski, Marek S. Huberath, Jacek Dukaj.

„Fantastyka” dała możliwość debiutu, publikacji kolejnych opowiadań, rozwinięcia skrzydeł, wciąż jednak o druk książki, zbioru czy powieści, było trudno (jak kiedyś w Złotym Wieku SF w USA). Ta możliwość pojawiła się dopiero na początku lat 90., kiedy w Polsce powstały prywatne oficyny wydawnicze. Wyczuły w fantastyce polskiej potencjał, a sami autorzy okrzepli, nabrali pewności siebie, i mogli pokazać swoje najlepsze utwory. Ale takie opowiadania jak „Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…”, „Kara większa” Huberatha, „Złota Galera” Dukaja, „Szosa na Zaleszczyki”, „Jawnogrzesznica” i „Źródło bez wody” Ziemkiewicza, „Muzykanci” Sapkowskiego, „Dzikus” Wiśniewskiego-Snerga to dzisiaj kanon rodzimej fantastyki. Świadomie pomijam tu dokonania rodzącej się w Polsce literatury fantasy, bo zajmujemy się tu SF.

Choroba objętości – seriale, cykle, tasiemce

Cykle powieściowe były obecne w fantastyce od jej zarania. Czytelnicy pulpowych magazynów chcieli czytać historie podobne do tych, które im się podobały. I autorzy starali się sprostać tym wymaganiom, tak powstawały wielkie serie, jak Fundacja Asimova. Niektóre liczą po kilkanaście tomów, najczęściej będących kalkami tomu pierwszego, z każdym numerem cyklu coraz słabszymi. Wydaje się jednak, że fantastyka to gatunek literacki skażony bardzo tą plagą, choć w SF nie jest to tak widoczne jak w fantasy.

Dzisiaj każdy pisarz ma na swoim koncie jakiś cykl, jeśli nie powieści to opowiadań, choć istnieją też chwalebne wyjątki od tej reguły.

Często też autorzy tworzyli własne historie przyszłości, ze spójną chronologią, w których umieszczali większość swoich utworów – tak czynili Heinlein, Le Guin, Cherryh, Niven i wielu innych.

Do najsłynniejszych cykli science fiction należą: wspomniana Fundacja, Dune Herberta, Helikonia Aldissa, Wspomagani Brina, Wieczna wojna Haldemana, Hyperion Simmonsa, Pierścień Nivena, Nowe Słońce Wolfe’a, Ender Carda, Gateway Pohla, Ekumena le Guin, Majipoor Silverberga, Świat Rzeki Farmera.

Koniec wieku

Rok 2000, nowy wiek, był we wczesnej science fiction datą symbolem, w 2000 roku ludzkość miała rozwiązać swoje wszystkie problemy, latać w kosmos, podróżować w czasie. Lub zniknąć z powierzchni Ziemi. Im bliżej tej daty, tym bardziej było wiadomo, że żaden ze scenariuszy SF, optymistycznych czy pesymistycznych nie wstrzelił się nawet w pobliże prawdy. Wydawało się, że science fiction straciła rozpęd, moc prekognicji. Pojawiły się głosy, że to już koniec tej literatury.

Czy naprawdę? O tym w kolejnym, ostatnim już szkicu.

 

Wojtek Sedeńko

 

 

 

 

Komentarze (2)

Tomek:

26 Kwi 2012 o 14:07.

RSz 5 już do mnie jadą 🙂 Panie Wojtku, mam pytanie odnośnie kanonu s-f, który znajduje się na blogu. Znajdują się w kanonie dwie książki Iana Mcdonalda – „Rzeka bogów” oraz „Brasyl”. Nie ma natomiast „Domu Derwiszy”, który w powszechnej opinii uchodzi za lepszą pozycję niż „Brasyl”. Czy brak „Domu Derwiszy” w pańskim osobistym kanonie to po prostu przeoczenie czy faktycznie uważa pan „Brasyl” za lepszą książkę??

Wojtek Sedeńko:

26 Kwi 2012 o 20:35.

Kanon był robiony kilka lat temu, wymaga odświeżenia, ale z tym poczekam, jak przysiądę do kolejnego tomu.

Zostaw komentarz