Rozmowa z Dominiką Oramus

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: DZIAŁALNOŚĆ; WIEŚCI; wywiady, utworzono: 26 Sierpień 2011

Mija drugi miesiąc rozpowszechniania 41 numeru SFinksa (można go dostać darmowo w paczkach z książkami z fantastyki zakupionymi w Solarisnet.pl) i powoli pracuję już nad numerem 41. Dlatego zaczynam udostępniać na blogu wybrane fragmenty ostatniego numeru pisma. Był już felieton Lecha Jęczmyka, teraz czas na umieszczenie wywiadu z Dominiką Oramus, autorką 6 książek o fantastyce.

– Dominiko, czy w Polsce istnieje grupa filologów, teoretyków literatury, zajmujących się zawodowo fantastyką? Czy nadal jest to gatunek traktowany z pogardą przez środowiska akademickie?

– Przede wszystkim brak jest „międzyfilologicznej” współpracy w fantastyce; nie mam pojęcia, czy i jakie prace o SF piszą moi koledzy romaniści, italianiści, germaniści czy rusycyści. Zainteresowanych SF polonistów znam kilku, i to raczej z konwentów i dawnej redakcji NF niż z życia akademickiego. Na płaszczyźnie zawodowej zetknęłam się tylko z prof. Jakubem Lichańskim (zapisałam się na jego proseminarium na warszawskiej polonistyce w końcu lat 90., a mój rodzimy Instytut Anglistyki uznawał te zajęcia, jako prowadzone na tym samym uniwersytecie) oraz prof. Antonim Smuszkiewiczem, który recenzował moją książkę dla Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Proseminarium, bardzo zresztą ciekawe i w dużym stopniu poświęcone fantastyce, nie miało SF w nazwie, ale jako sprytna studentka wiedziałam, czym zajmuje się Lichański.  Profesor Smuszkiewicz przysłał mi ostatnio numer „Polonistyki” poświęcony fantastyce w polskich szkołach, z którego wywnioskowałam, że czasy pogardy dla fantastyki już się kończą. Oczywiście sytuację na anglistykach znam dużo lepiej – wraz z rozwojem badań nad rozmaitymi aspektami współczesnej kultury (media, multimedia, film, komiks, kryminał, język prasy i Internetu) fantastyka także uznawana jest za odpowiedni przedmiot analiz. Ostatnio obserwuję aż nadmiar motywów ogólnofantastycznych w referatach młodszych kolegów, chciałabym dostawać 5 zł za każdy referat o zombie, wampirach czy superbohaterach, jaki słyszę na anglistycznych konferencjach.

– Które ośrodki mają jakieś tradycje w tym temacie? UAM, Gdańsk, UW, ktoś jeszcze?

– Oczywiście mój Instytut: mamy duży wybór kursów „fantastycznych” od analizy tekstualnej „Władcy pierścieni” przez ogólny kurs o fantastyce współczesnej po monograficzne kursy: o cyberpunku czy historiach alternatywnych. Ten ostatni nosi wdzięczny tytuł „What if Hitler won?”. Moi koledzy uczą także o fantastycznych motywach w literaturze angielskiego Średniowiecza w kontekście ich współczesnych ech, czyli innymi słowy o anglosaskiej fantasy, o parodiach w wykonaniu Pratchetta czy Adamsa, o angielskim gotyku (Bram Stoker, Mary Shelley) w odniesieniu do dwudziestowiecznego horroru (Peake, Lovecraft,  Carter). Niektórzy nie rozgraniczają między gatunkami „wysokimi” i „niskimi”, ucząc np. o adaptacjach literackich w anglosaskim filmie wybierają przykłady zarówno z adaptacji Szekspira jak i Arthura C. Clarke’a. Ja sama należę do tej grupy, prowadzę prace magisterskie o Dicku, Lovecrafcie, Carollu, Burgessie czy Orwellu na tym samym seminarium „Współczesna proza” co o Johnie Fowlesie i Ianie McEwanie.

Jeśli chodzi o inne miasta: wiem, że na lubelskiej anglistyce popularny jest cyberpunk, a w Krakowie fantastyka starsza, szalone i mniej znane teksty np. angielskich  romantyków. Ogólnie, na anglistykach uczy się i pisze o fantastyce całkiem sporo. O aktywność na polonistykach powinieneś zapytać kogoś innego.

– Nie jest to pocieszające. Brak publikacji powoduje, że nie wiesz co dzieje się na innych uczelniach. Czy można to jakoś zmienić? Czy lekceważona fantastyka doczeka się na polskich uczelniach równouprawnienia z innymi gatunkami?

– Nie sugeruję, że fantastyka jest w jakiś specjalny sposób pokrzywdzona – nie wiem także, co w tej chwili piszą poloniści o np. średniowieczu europejskim i polskim. Może to i wstyd, ale nie jestem w stanie śledzić całego dorobku wszystkich polskich filologów. Wiem, co robią koledzy-angliści z innych miast dzięki konferencjom i wydawnictwom post-konferencyjnym, a tam o fantastyce jak już mówiłam, jest dużo.

Może rzeczywiście brak w księgarniach polskojęzycznych popularniejszych rozpraw o fantastyce, ale rynek książki ogólnie jest w kryzysie. Pojawiają się leksykony bohaterów czy światów fantastycznych pomyślane jako łatwa i przyjemna lektura, wzięłam kiedyś jeden z nich do ręki i jeszcze szybciej odłożyłam –  zawierał głównie  niby dowcipnie napisane charakterystyki bohaterów w rodzaju Harryego Pottera. Zapewne gdybym wzięła leksykon czy przewodnik z jakiejkolwiek innej dziedziny – psychologii, dietetyki, pedagogiki –  byłoby tak samo.

– Czytasz książki krytyczne amerykańskie, angielskie, recenzje. Czym różni się nasza krytyka od np. amerykańskiej? Metody badawcze są te same? Czytając eseje np. Gunna czy Aldissa odnoszę wrażenie, że jest inaczej.

– Z punktu widzenia mojej dziedziny metody niczym się w tej chwili nie różnią. Wykładamy i piszemy w ramach życia akademickiego wyłącznie po angielsku, odnosimy się do tych samych teorii co koledzy z innych krajów. Dominuje styl krytyczny zapoczątkowany przez i skoncentrowany wokół  grupy „SF Studies” z Veronicą Hollinger, Joan Gordon i Istvanem Cicsery-Ronayem na czele (dwie pierwsze wykładały niedawno przez semestr w Polsce) oraz brytyjski krąg teoretyków fantastyki z uniwersytetu w Liverpoolu. Ja rzeczywiście próbuję publikować także po polsku, ale jestem wyjątkiem (mam za sobą dziennikarską, nieanglistyczną przeszłość oraz polskiego męża fantastę) i, tu masz rację, potykam się wciąż o brak odpowiednich terminów i pojęć w moim ojczystym języku. Styl kolegów polonistów jest drętwy, dużo w nim pustosłowia. Z drugiej strony język potoczny jest zbyt kolokwialny. Wielką zaletą krytyki anglojęzycznej jest logika, prostota i przystępność, a nie im mądrzej tym lepiej.

Krytyka anglosaska w ogóle rozpada się na dwie części – do połowy lat 80. i później. Wcześniej miałeś tylko fandomowych entuzjastów i szalonych antologistów takich jak Gunn czy pisarzy próbujących przekonać, że SF jest OK., jak Aldiss czy Amis senior. Dzisiaj w anglistyce funkcjonuje poważny i kompetentny aparat badawczy, dostosowany do SF, można też zaobserwować rozmywanie się granic narodowych  – co to znaczy u nas? Co to znaczy w USA? Czy można powiedzieć, że Darko Suvin to Amerykanin? Czy w dobie Internetu i dużej kultury nauczania języka angielskiego na świecie jest tak ważne, w którym kraju stoi mój terminal komputerowy?

– Ale czy fakt, że angielski w tych kontaktach jest decydujący nie spowoduje, że poloniści odpadną z tej konkurencji? Że polska krytyka zaniknie? Chcąc być na bieżąco w dyskusji, będą pisali i konferowali po angielsku, nie będą powstawały prace po polsku.

– Większość fantastyki  była i jest pisana po angielsku, który również naturalnym biegiem rzeczy został językiem dziedziny literaturoznawstwa zwanego science fiction studies. Jest to klub „narodowo” otwarty, tak jak  np. szekspirologia, ale warunek wstępu to dobra angielszczyzna w mowie i piśmie, zwłaszcza że wymiana myśli ma charakter międzynarodowy. Nie zmienia to faktu, że – po pierwsze pewne dokonania warto popularyzować w językach narodowych (jak na początku lat 80. profesor Zgorzelski), po drugie pisana po polsku fantastyka powinna być przedmiotem zainteresowania polonistów nie dlatego, że jest SF, ale dlatego, że jest częścią powstającego w wiekach XIX-XXI piśmiennictwa w naszym języku (robiła to książka profesora Smuszkiewicza, również z lat 80.). Trzeba również spektakularne dokonania fantastów polskich przedstawiać na zewnątrz (krytyka poświęcona Lemowi), lecz w tym ostatnim przypadku potykamy się o barierę tłumaczeń i często nie trafiamy do odbiorców. Wszystkie te działania utrudnia jeszcze obecna godna pożałowania sytuacja finansowa nauki polskiej.

Nie wydaje mi się jednak, by należało sztucznie wymagać pisania po polsku o anglojęzycznych autorach w życiu akademickim. Kilka razy, pisząc teksty popularyzatorskie, byłam w kropce próbując odszukać w polskiej wersji książki odniesienia, które pamiętałam z jej lektury po angielsku. Dam przykład. Pisałam niedawno o języku apokaliptycznym, w biblijnym tego słowa znaczeniu, u Williama Gibsona. W „Neuromancerze” ukryte w tekście aluzje do grzechu pierworodnego, upadku człowieka i pewności kary przywołują ważny dla tej powieści kontekst płomiennych kazań o końcu świata właściwych dla amerykańskiego milenaryzmu. W polskiej wersji duża część nawiązań zginęła, były zbyt związane z kulturą protestancką, „Rajem utraconym” Miltona itd., byłyby niezrozumiałe i obce dla czytelników. Rozumiem nawet tłumacza, który je usunął przygotowując tekst na potrzeby naszego rynku księgarskiego. Nie wymagano od niego np. piętrowych przypisów tłumaczących konteksty, tylko gładkiego tekstu. Nie trzeba dodawać, że z punktu widzenia analiz filologicznych zmiana była istotna.

– Pracę habilitacyjną pisałaś o Ballardzie. Skąd ten wybór?

– Postanowiłam wybrać sobie konkretnego pisarza i napisać o nim rozprawę monograficzną, gdyż bardzo mi to odpowiadało: niewielkie pole badawcze (nie np. „Współczesny horror – na wybranych przykładach” czy inny równie obszernie zakreślony temat, którego nie sposób ogarnąć) i przez dłuższy czas szukałam kandydata. Musiał to być ktoś na tyle fascynujący, bym  nie znudziła się obcując z jego tekstami bardzo blisko przez kilka lat, a do tego ktoś, o kim nie napisano za wiele do tej pory. Ballard okazał się idealny i udało mi się do niego znaleźć świetny klucz. Przeanalizowałam sposób, w jaki odnosi się w swoich tekstach do współczesnej cywilizacji zachodniej: jak ją krytykuje, przepowiada  jej kryzys, dywaguje o jego przyczynach i przejawach, a nade wszystko polemizuje z historiozofami (Toynbee, Spengler), psychologami i filozofami (Freud, Jung, Laing) czy kulturoznawcami (Baudrillard), którzy również dostrzegli nieuchronny upadek Zachodu. Takie ujęcie pozwoliło mi darować sobie debaty typu „czy Ballard jest fantastą, czy artystą” oraz teoretyzowanie na temat współczesnego życia literackiego czy mód krytycznych, a zająć się sprawami bliskimi memu sercu. Naszym światem, jego krajobrazem medialnym, miejskim krajobrazem, który „pożarł” naturę, dominacją maszyn czyli samochodowym „autogeddonem”, jak mówił o tym Ballard, podświadomym przeczuciem nadciągającej katastrofy, jakie zdominowało kulturę pop.

– Ten typ fantastyki, zaangażowanej, wieszczej, ostrzegającej, odchodzi właśnie do lamusa. Świat zachodni wali się, a nikt nie chce tego zauważyć, fantastyka rezygnuje ze swojej prekognicyjnej roli, coraz mniej dobrej SF, za to mnóstwo dekadenckich romansów paranormalnych, powieści o wilkołakach, zombich, wampirach. Znak czasów?

– Wymogi globalnej popkultury są dość niskie. Założę się, że ambitnych ostrzeżeń i przepowiedni powstaje co najmniej równie wiele jak kiedyś, ale nie docierają one do ciebie i nawet nie wiesz, że jakiś wizjoner w Portugalii, Peru czy Gdyni je zapisał.

– Możliwe. Choć o dobrych tekstach, nawet niszowych, dyskutuje się i trafiają, do wyczulonych uszu. To zasługa Internetu. Dzięki niemu poznaliśmy Bacigalupiego, Kosmatkę, Wattsa. Wydałaś (jeszcze pod panieńskim nazwiskiem) „Stację kontroli chaosu”, po habilitacji „O pomieszaniu gatunków”, teraz masz gotową książkę o religii i Bogu w SF. Możesz powiedzieć o niej kilka słów?

– Chronologicznie: najpierw była „Stacja kontroli chaosu”, moja jedyna książka pod dawnym nazwiskiem, potem trzy książki po angielsku: szkice o Ballardzie i katastrofizmie w brytyjskiej powieści końca XX wieku; monografia o Angeli Carter oraz habilitacja o Ballardzie, a dopiero potem dwie książki po polsku. Jak już wspominałam, przygotowując się do  pisania o Ballardzie i czytając to, co pisywali o nim inni zorientowałam się, że pokutuje jedna i ta sama klisza krytyczna: Ballard zaczął pisać SF, bo był młody. Potem dorósł, przeszło mu fantazjowanie i napisał „Imperium słońca”, powieść po trosze historyczną, a po trosze autobiograficzną, czyli podwójnie godną szacunku. Świadomie zignorowałam takie uproszczenie i nie wdawałam się w dyskusje gatunkowe, jak zakwalifikować jego teksty. Było to ciekawsze spojrzenie, ale wykluczyło zajmowanie się SF, historią SF, podgatunkami SF itd. Trochę mi było tego szkoda i w weekend po kolokwium habilitacyjnym, wiosną ponad trzy lata temu zaczęłam myśleć, jak by tu uporządkować moją wiedzę o SF. W godzinę wiedziałam już, jakie działy musiałyby się w książce znaleźć: kontrowersje dotyczące definicji SF, historia SF, rozgraniczenie SF/fantasy/horror i stopniowe zanikanie tego podziału, zanikanie granicy fantastyka/główny nurt. Do tego fantastyka jako klucz do współczesnego świata. Potem bardzo dużo rozmawialiśmy o tym w domu, zastanawialiśmy się jak doprecyzować poszczególne rozdziały, jakie książki muszą być omówione, co je łączy, a co dzieli. Niepostrzeżenie miałam spis treści „O pomieszaniu gatunków”. To jedyny wypadek w mojej karierze, gdy od początku do końca wiedziałam co ma być w książce, nim jeszcze napisałam pierwsze zdanie.

Przez kolejne półtora roku po prostu zapisywałam rozdział za rozdziałem. Ale kiedy dotarłam do podgatunków SF i fantastyki religijnej, zrozumiałam, że nie mogę tego punktu opisać nie wdając się w dywagacje na tematy, którymi nigdy się nie zajmowałam – współczesne pojmowanie „duchowości”, medytacje, ruchy neopogańskie,  życie po życiu, Wielka Bogini itd.  Nigdy nie lubiłam takich klimatów, zrezygnowałam więc z rozpatrywania tej kwestii. Potem, gdy książka była już w druku, zaczęłam jednak podejrzewać, że aby na serio pisać o metafizyce w kulturze popularnej należy dobrze znać fantastykę – inaczej spłodzi się banały o degradacji duchowej naszego świata, a nie zauważy poważnych debat teologicznych „ukrytych” w powieściach Dicka czy Millera. Zaczęłam więc zbierać materiały do kolejnej książki, która w tej chwili jest już ukończona i nosi tytuł „Imiona Boga. Metafizyka w fantastyce drugiej połowy XX wieku”. Nie jest to książka o Bogu w SF, a raczej próba pokazania, jak na przestrzeni półwiecza zmieniało się podejście do bardzo szeroko pojmowanej religijności w kulturze popularnej. Od tekstów klasycznych – „obrony” Boga przed zarzutami o tolerowanie zła zawartych w powieściach C.S. Lewisa, przez zafascynowanie religią Dalekiego Wschodu u fantastów w latach 60., new age Franka Herberta, milenarystyczne apokalipsy katastrofistów amerykańskich, po „ducha w maszynie” u Gibsona. Napisałam przegląd metafizycznych motywów dominujących w kolejnych dekadach. Piszę także o popularnej wizji zaświatów – o ich geografii, mieszkańcach i historii – którą można sobie zrekonstruować oglądając hollywoodzkie filmy z ostatnich 30 lat.

– Kogo próbujesz zainteresować wydaniem tej książki?

– Kończę negocjacje z krakowskim Universitasem, książka pasowałaby do ich najnowszego repertuaru.

– W naszym fantastycznym światku pojawiłaś się poprzez publikacje w NF. Pisałaś m.in. recenzje, razem z Ewą Popiołek. Skąd wziął się ten duet? Pisanie eseju czy książki wspólnie mogę sobie wyobrazić, ale recenzji już nie – książkę każdy odbiera indywidualnie. Ustalałyście wspólny punkt widzenia?

– Widziałam ostatnio wygrzebany przez mojego ojca z głębin Internetu spis moich publikacji – pierwsza z Ewą Popiołek jest datowana równo przed 20 laty! Domyślasz się więc, że słabo już to pamiętam, tyle robiłam i pisałam później… Byłyśmy w jednej klasie w liceum, wspólnie jako młode talenty trafiłyśmy do pisma „Literatura”, potem ono upadło. By sobie dodać odwagi razem poszłyśmy do NF, a tam konsternacja: nie dość, że dziewczyny i nie próbują jak wszyscy wepchnąć na łamy swoich opowiadań, tylko chcą pisać publicystykę, to jeszcze we dwie! Kierownik działu publicystyki od razu nadał nam wspólnego „tora”, czyli kończący się na -tor wspólny pseudonim i zaczęły się opowieści o dwugłowym krytyku. Było to zabawne. A recenzje pisałyśmy na zmianę, prócz paru pierwszych, które omówiłyśmy wspólnie.

– W „Pomieszaniu gatunków”  stawiasz tezę, że główny nurt  wchłania, czy może wchłonął SF, jej techniki, gadgety. Że zatarły się granice między gatunkami literackimi. W sumie oznacza to sytuację normalną, literatura jest jedna, pisarze mają wolność w doborze techniki, korzystają z elementów dowolnych gatunków…

– To raczej dość ewidentne, taka diagnoza obowiązuje od dwudziestu kilku lat. Prawdę mówiąc nie była to moja teza, ale punkt wyjścia, a próbowałam pokazać, że SF w świecie zacierania się granic nie jest ani wyłącznie literaturą, ani gatunkiem powieści, ani techniką pisarską, ani fenomenem socjologicznym, lecz każdą z tych rzeczy po trosze. W dzisiejszym społeczeństwie podział na fikcję i rzeczywistość rozpływa się na ekranach telewizorów i komputerów. Postrzegamy nie rzeczywistość, ale jej ulepszoną przez media i programy graficzne wersję, żyjemy wewnątrz fantastyki. „O pomieszaniu gatunków” pokazuje, jak można mówić o naszym świecie w kategoriach fantastycznych, stosując pojęcia takie jak cyborgizacja, cyberprzestrzeń, symulakry etc.

– Rozmawiałem o tym z Martinem na festiwalu w Nidzicy. On tego nie widzi na amerykańskim, największym rynku książki i pisarzy. Według niego zaszufladkowanie pisarzy do gatunków jest tak mocne, że aby pisać coś w innym gatunku niż dotąd, trzeba przyjmować pseudonim. I wydawcy wręcz odrzucają rzeczy międzygatunkowe. I bardzo by chciał, aby te podziały przestały istnieć.

– Mieszasz dwie rzeczy – trademark, jakim jest nazwisko wylansowanego przy dużym nakładzie środków pisarza i spontaniczne procesy rozwoju współczesnej kultury. Oczywiście, że wydawca wymaga od Martina, by pisał to, co chcą czytać wielbiciele jego poprzednich książek i oczywiście, że żyjemy wszyscy w środku medialnej fikcji.

– Dzisiaj, po tym jak przeżyliśmy zalew Harry’ego Pottera, sukces „Władcy pierścieni”, a kino nagminnie sięga po fantastykę, nikt się nie zżyma, że w filmie występuje jakiś czarodziej lub leci kosmiczny statek. Pełno ich w reklamach, książkach, serialach.

– Film od początku kochał fantastykę, a reklamy z samej swej istoty odwołują się do świata z marzeń, nie ma się więc czemu dziwić.

– Dominika, czy nie mamy aby do czynienia z końcem epoki SF? Należał do niej wiek XX, to stulecie będzie chyba należało do fantasy. Czyli nadchodzi Nowe Średniowiecze…

– Nadchodzi raczej czas post-ludzki, czas cyborgów. Ulepszeni przez implanty, różne komputerowe rozruszniki, szkła kontaktowe itd. będziemy żyć w pojedynkę w pokoikach oplecionych kablami. Zakupy, praca, rozrywka i stosunki międzyludzkie staną się domeną sieci, która również da nam iluzję przestrzeni i wydarzeń. Co się będzie działo poza takimi enklawami mieszkańców wystarczająco wykształconych i bogatych, by kupić sobie ochronę przed skażeniem i rozmaitymi bioformami, wolę nie myśleć. Jakieś gigantyczne plebsopolis technologicznych wysypisk zamieszkałe przez plemiona loteków?

– I ty to mówisz? Matka cudownej dziewczynki, która już w wieku przedszkolnym chce być powieściopisarką? Nie masz za grosz optymizmu co do przyszłości? Czy może to wpływ twojego męża, który koniec cywilizacji zapowiada od dawna?

– Berenika  wcale nie chce zostać powieściopisarką, ogranicza się do ilustrowania opowiadań, które pisze dla niej tata. Ponieważ oboje z mężem piszemy i wydajemy książki, sądziła, że tak postępują wszyscy rodzice. Kiedyś spytała, ile ma się lat gdy się pisze pierwszą powieść na komputerze, a z tego narodziła się anegdotka o jej artystycznych planach. Świadomie wychowywaliśmy ją jednak w kulturze słowa, do trzecich urodzin nie obejrzała żadnego filmu, a telewizor widziała gdy byliśmy u kogoś z wizytą. Dzięki temu pierwsze, starannie dobrane do wieku filmy obejrzała świadomie i nie przyzwyczaiła się do grającego w tle ekranu jako nieodłącznego elementu świata. Świadomie też przetrzymaliśmy ją w domu do piątego roku życia, stymulowałam jej rozwój intelektualny korzystając z doświadczenia jakie zdobyłam dając kiedyś dzieciom korepetycje i nauczyłam czytać zanim poszła do zerówki. Teraz wszystko zależy od niej – może da się ogłupić światu, a może nie, w każdym razie ma swoją szansę. Nie wiem, co będzie robić w życiu, obserwując jej rozwój i predyspozycje zgadywałabym, że pójdzie w kierunku zoologii lub botaniki, czegoś związanego z przyrodą. Może opisze ostatnie żyjące dziko gatunki, zanim je wymordujemy?

Masz rację nazywając mnie pesymistką, jestem nią od zawsze i już jako bardzo młodą dziewczynę irytowała mnie konieczność wiecznego udawania jak to jest świetnie, tak charakterystyczna dla kultury Zachodu. Wielką ulgę odczułam gdy poznałam mojego męża, pierwszą osobę, która nie tylko przeczytała równie dużo jak ja, ale reprezentuje równie głęboki pesymizm.

– Dziękuję za rozmowę.

 

DOMINIKA  ORAMUS, dr hab. filologii angielskiej, pracuje w Instytucie Anglistyki UW jako z-ca dyrektora ds. naukowych. Opublikowała książki: * Grave New World: The Decline of the West in the Fiction of J.G. Ballard (2007) * The Voices of Disaster: J.G. Ballard and the Disaster Story Tradition on England (2005) * Ways of Pleasure: Angela Carter’s Discourse of Delight  in her Fiction and Non-Fiction (2006) * Stacja kontroli chaosu. Zjawiska i pisarze współczesnej fantastyki (2004) * O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm (2010). W wydawnictwie: * Imiona Boga. Metafizyka w fantastyce drugiej połowy XX wieku (2011).

 

 

Komentarze (4)

jmpiszczek:

26 Sie 2011 o 20:54.

Smutne jest to, że autorka, która wydaje się być (albo jest na taką kreowana) czołową teortyczką i badaczką fantastyki w światku akademickim, bez zażenowania przyznaje, że nie wie co się dzieje (i publikuje) w badaniach na polonistykach. Czyżby uznawałała tyko badaczy – anglistów? Ograniczanie się tylko do poletka obrabianego przez znajomych dobrze o niej nie świadczy…A passus o rozdziale w książce dotyczącym „kontrowersji(…) definicji SF, historii SF” szczerze mnie ubawił. O tym pisano już w latach 80tych (no, ale po polsku i pewnie autorka nie czytała…)

Wojtek Sedeńko:

27 Sie 2011 o 8:28.

Ano, tak to wygląda dzisiaj, Janusz, że pisząc o anglojęzycznej literaturze i czytając opracowania w tymże języku, nie widzi się polskich badań. Ośrodki akademickie nie współpracują, a konkurują raczej. Filolodzy angielscy nie zauważają polonistów, i na odwrót.
Hm, myślę sobie, że dzięki takim enklawom więcej prac może być „odkrywczych”. Co my, po drugiej stronie barykady, zauważamy.

Zostaw komentarz