Bretonia, dzień trzeci

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 24 Lipiec 2011

Powoli to, co dobre, kończy się. Dzisiaj ostatni dzień pobytu w Bretonii, od jutra zaczynamy powrót do kraju. Do czytających blog – zdjęcia zamieszczane na stronie są tylko wstępem do tego, co wkrótce pojawi się w relacji na stronie travel.solarisnet.pl czy na wystawie na przyszłorocznym festiwalu. Po prostu, jeszcze nie mam dostępu do wszystkich zdjęć. Robi je Małgosia, ja filmuję. Dokumentacja będzie zawierała jeszcze zdjęcia z dziesięciu aparatów, łącznie da to ca 10 tysięcy zdjęć. Część trzeba opracować.  A film będzie gotowy na sylwestra.

Co było dzisiaj? Plan był prosty, 4 atrakcje, 250 km do przebycia, aby odpocząć przed powrotem. Okazało się jednak, że wszystkie zaplanowane atrakcje były bardzo absorbujące. Zaczęliśmy od wczesnego wyjazdu, jeszcze przed ósmą, do zamku Combourg. Na autostradzie nikogo, jest niedziela, turyści ruszą się dopiero około 11. Combourg wita nas śpiące, fotografujemy się przy zamku i ruszamy w stronę St. Malo. ale Małgosia Luckner zauważa, że po drodze będziemy mijali największy menhir w Bretanii, więc odnajdujemy go, fotografujemy i ruszamy do stolicy piratów.

St. Malo było największym portem żaglowym Francji, tu stacjonowały statki korsarskie łupiące brytyjskie konwoje. Miasto jest cudowne, położone nad wielką zatoką, otoczone potężnymi fortyfikacjami, na każdej wyspie w pobliżu dodatkowe forty. W porcie stoją stare żaglowce, okręty wojenne i nowoczesne katamarany. Miasto jest dumne ze swojej korsarskiej historii. Wyjeżdżamy naprawdę zachwyceni.

Kolejnym przystankiem są słynne bretońskie klify. Wybór pada na  wybrzeże koło fortu Latte. Przejeżdżamy przez głęboką prowincję, piękne rezydencje, wrzosowiska. Klify witają nas psującą się pogodą (liczyliśmy na powtórzenie kąpieli w Atlantyku) i wspaniałymi widokami. Ścieżki otoczone płotami i roślinnością powstrzymującą erozję, nie pozwalają zejść do morza. Wreszcie trafiamy na skalną ostrogę, gdzie urządzamy piknik: w ruch idą korkociągi, na stół sery i inne francuskie specjały. Bryza przynosi wodny miał, jesteśmy mokrzy, ale po chwili wygląda słońce.  Jest super. Garstka ludzi na skalnej ostrodze, wokół przepaść, fale rozbijające się o skały, klif z pięknym zamkiem Latte, z drugiej strony latarnia morska. My i natura. Aż szkoda wracać, ale czeka nas jeszcze jedna znakomita atrakcja – Dinan.

Miasteczko jak Carcassonne. W stanie nienaruszonym od XV wieku. Położone nad głębokim kanionem rzeki. Mnóstwo zabytków, bretońskich grajków, starych kamienic, życzliwych ludzi, naleśnikarni i tego – odczuwalnego tylko w Bretonii – poczucia odrębności. Jesteśmy we Francji, a jakby poza nią. Niby słyszy się francuski, ale obok pobrzmiewa śpiewny celtycki, muzyka jak z Walii… Jest duch…

 

Zostaw komentarz