Transylwania 2010

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE, utworzono: 9 Luty 2011

RUMUNIA, BUŁGARIA, TURCJA, GRECJA 2010

Śladami Draculi i Turków osmańskich

Pięć lat już mija, jak rzucona w gronie przyjaciół mimochodem uwaga, że można by pojechać wspólnie na Eurocon do Kijowa, a przy okazji pozwiedzać Krym i Podole, spowodowała powstanie inicjatywy Solaris Travel. Okazało się, że podobnych mnie pasjonatów (czyt. wariatów) jest więcej, a moja niereformowalna natura, pragnąca wciąż sięgać dalej, organizować lepiej, szukać mocniejszych wrażeń – pociągnęła mnie, moją rodzinę (początkowo niechętną) i podobnych mnie szaleńców w wir przygotowań kolejnych wypraw. Krymska, Alpejska, Katarska, Szkocka, a teraz Bałkańska. I pomysłów na kolejne coraz więcej. Cóż, świat jest wielki i piękny.

Bałkany są ogromnie zróżnicowane. Generalnie mieszka tu ludność słowiańska, choć nie brak społeczności spoza tego kręgu (Rumuni, Romowie, Wołosi itd.), podzielona na wiele małych nacji, wyznających rozmaite religie. Do Bałkanów zalicza się to, co na południe od Dunaju, ale my pozwoliliśmy sobie wciągnąć w ten obszar tajemniczą, dziką i przepiękną Transylwanię.

Na Bałkanach ścierały się dwie strefy wpływów: Polacy, Węgrzy, Austriacy i największe państewka słowiańskie (Serbia, Bułgaria, Macedonia) walczyły z potęgą osmańską, która po opanowaniu Konstantynopola w 1453 roku (co uznano za koniec ery średniowiecznej) ruszyła na północ. Silne też były wpływy prawosławia i kościoła grekokatolickiego. To wszystko powoduje, że ten region był zawsze wielkim tyglem narodów, interesów i wiary, kuźnią wielu wojen (także światowych), wojenek, powstań, buntów.

Czynów okrutnych i strasznych, choć Vlada Draculę Tepesa należy zaliczyć do okrutników największych. Potrafił wsadzić na pal 20 tysięcy Turków, tworząc jedyny w swoim rodzaju, przerażający las.

I śladami tych właśnie wydarzeń chcieliśmy się udać w tym roku.

Wyprawa zebrała 34 uczestników, jechaliśmy autokarem specjalnie dla nas przystosowanym, prowadzonym przez dwóch panów Z (Zenka i Zdzisia). Okazali się zawodowcami, przez co spadł ze mnie obowiązek stałego śledzenia map.

W Rumunii wylądowaliśmy po 20 godzinach ciągłej jazdy, w miejscowości Hunedoara, co po rumuńsku znaczy Hunyady. Ten potężny węgierski ród wybudował tu zamek Korwina. Zamek jest zewsząd otoczony blokowiskami i ruinami fabryk, jakie zbudował Caucescu po odkryciu w pobliżu rud metali. Niesamowite miejsce. Można by kręcić „Mad Maxa” czy „Terminatora” bez scenografów. Trochę zwiedzam rudery, robię zdjęcia, omijam ogniska Romów. Obcieram boleśnie nogę, w drodze powrotnej podwożą mnie furmanką Cyganie. Ciemno, pełne zadupie, sam pośród barbarzyńskich gąb, a czuję się bezpiecznie.

W hotelu trwa w najlepsze impreza z właścicielem hotelu, który częstuje Solarycha śliwowicą destylowaną przez jego dziadka. A z samego rana jedziemy na zamek, by potem ruszyć w głąb Transylwanii, po drodze zwiedzając Albę Iulię, miasto wybudowane jeszcze przez Rzymian. Transylwania, zwana w Polsce Siedmiogrodem to piękna kraina. Lekko pofałdowany teren, lasy, rzeki. Władcy tej krainy, m.in. ród Batorych, ściągnęli tu osadników saskich, a ci wspaniale zagospodarowali te żyzne ziemie. W świadomości niemieckiej Transylwania jest ostatnią mierzeją ich cywilizacji przed ciemnym i dzikim wschodem, a miasto Braszów ostatnią latarnią.

Sasi przyjęli luteranizm, nie zasymilowali się z tutejszą ludnością rumuńską, ale odmówili np. współpracy z nazistami. Mieszkańcy bogatych wiosek łączyli się wobec licznych najazdów tureckich czy wołoskich w większe grupy, wokół kościołów stawiali potężne mury i w nich się bronili.

Wioski obronne Transylwanii to jedyne takie obiekty na świecie, naprawdę robią niesamowite wrażenie. Kilka z nich wciągnięto na listę UNESCO. Zwiedzamy Biertan. Robi wrażenie, scenografia jak z niemych filmów grozy. Tu naprawdę mówią wieki.

Popołudniu lądujemy w Sighisoarze, gdzie mieszkał Vlad Tepes ojciec i gdzie – podobno – urodził się jego syn, zwany Draculą. Miasto niezwykle urokliwe, starówka wewnątrz potężnych murów, na wzgórzu. Zwiedzamy dom Draculi, strome schody szkolne, kościółek na górze z bardzo starym, saskim cmentarzem, rynek z pięknymi (choć zaniedbanymi) kamienicami, słynną Wieżę Zegarową. Chodzę z wieńcem czosnku na szyi, wywołując spore zainteresowanie zagranicznych turystów. Starówka przeurocza, a wieczorem pięknie podświetlona.

Rano zwiedzamy dalej Transylwanię, czeka nas zjazd w boczną drogę do innej wioski obronnej, Viscri. Niestety, po wjechaniu w głęboki interior, natrafiamy na drewniany mostek, uszkodzony, którego nasz 15-tonowy autokar sforsować nie ma prawa. Czeka nas kilkukilometrowy manewr cofania się tyłem.

Ja rozprostowuję nogi, podziwiam widoki, fotografuję zapuszczone cygańskie wioski, gdzie dym unosi się poprzez dziurawe dachy, szyb w oknach brak, ale jest TV sat. Obstępują mnie roześmiane dzieciaki, wyciągają ręce po cukierki, klepią po brzuchu. Są dwa wytłumaczenia tego zwyczaju – brzuchacz to człek zamożny, więc klepanie go przynosi szczęście. Druga – kiedyś klepanie w okolicy pasa dawało rozeznanie, gdzie ukryto sakiewkę. Wolę pierwszą opcję, zwłaszcza że dzieciaki są ładne, umorusane i uśmiechnięte. Nawiasem mówiąc, ciekawe czy przed akcesem do Unii urzędasy z Brukseli widzieli te wioski, jakby żywcem przeniesione z XVI wieku.

Teraz droga prowadzi do turystycznej wizytówki – zamku Bran.

Rzekomo zamku Draculi, co bezlitośnie wykorzystują miejscowi. Dracula nie był nawet w pobliżu zamku, ale to nikomu nie przeszkadza. Zamczycho urocze, trochę w węgierskim stylu, ale tłumy odbierają przyjemność ze zwiedzania. Całkiem odmiennie jest w Rasnovie, potężnym zamku chłopskim. Twierdza naprawdę robi wrażenie.

Wreszcie docieramy do Braszowa. Cudowne miasto. Piękny rynek, czarna katedra, najwęższa ulica świata – strada Sforia, tętniący życiem rynek. No i te kobiety – po prostu piękne. Potwierdza to męska, a nawet żeńska część wyprawy, a ja zauważam, że stereotyp Rumunii bardzo się po tej podróży wśród globtroterów zmieni.

Następny dzień to oczekiwana przez wszystkich wyprawa w góry. Ja wiem, czego się spodziewać, ale reszta otwiera buzie ze zdziwienia. Stajemy w uzdrowisku Sinaia i patrzymy na prawie pionowe, alpejskie granie. Sprawą oczywistą jest, że wdrapanie się na nie w jeden dzień nie wchodzi w rachubę. Dlatego wybieramy wjazd na pasmo Bucegi na wysokość 2000, a potem marsz w głąb pasma.

Ale nawet na górze, gdzie jest przyjemnie chłodno, grupa jeszcze się dzieli. Najwytrwalsi (tzn. moja rodzina i Student) docieramy do wys. 2400 i przechodzimy kilka kilometrów, pod sam najwyższy szczyt Omul. Tutaj zapada decyzja o zejściu, bo gromadzi się mgła. Wracamy piękną ścieżką, zupełnie sami w ogromnych górach. Pomimo wysokości na halach stada owiec, które wypasają oryginalni bacowie.

Tymczasem reszta zwiedza Sinaię, w tym pałac królewski Peles.

Czas pożegnać się z Rumunią, która zrobiła na nas wielkie wrażenie. Dobre jedzenie, piwo, wina, niezłe drogi, nowe hotele, mili ludzie. Wsie podupadłe, ale i tam powinno wkrótce coś się zmienić. Jakże inaczej wygląda za to Bułgaria, która jest naszym kolejnym punktem docelowym. Znana z plaż morskich i kurortów narciarskich, jakby zatrzymała się w epoce Żiwkowa. Biurokracja, bieda, ogólnie przygnębiające wrażenie. W drodze do Wielkiego Tarnowa zwiedzamy wieś Arbanasi, cudny artefakt po osadnikach greckich. Tarnowo zaczynamy zwiedzać stosunkowo późno (przez biurokrację w hotelu – nadal istnieje tu obowiązek zgłaszania zagranicznych gości na milicji), ale i tak miasto robi niezłe wrażenie, zwłaszcza nocny pokaz świateł na twierdzy chanów bułgarskich.

A następny dzień to już Turcja. Do granicy dojeżdżamy drogą oznaczoną jako nacjonalka (na mapie jest też autostrada, tylko że wciąż w planach), ale tak dziurawą, że jedziemy 20 na godzinę, co chwila omijając wyrwy jak leje po bombie. Droga przez mękę. Wjeżdżając na sześciopasmową autostradę Edirne – Stambuł dociera do nas, że właśnie opuściliśmy Unię Europejską.

O Stambule można by długo. Cudowne miasto. Cztery noce w nim to za mało.

Tysiące zabytków, zwiedzamy najważniejsze (Hagia Sophia, Blue Mosquet, meczet Sulejmana i wiele innych, most i wieżę Galata, cysterny bazylikowe, Wielki Bazar i bazar korzenny, resztki po hipodromie, Pałac Sułtana, płyniemy po Bosforze, mury Teodozjusza, akwedukt Walensa (przemianowany na Wałęsy) i wiele innych.

Poznajemy klimat miasta (trwa ramadan), choć w temp. 45 stopni to naprawdę wyzwanie, targujemy się o markowe podróby (choć zawsze pozostaje niedosyt, że jeszcze można by urwać parę lirów), kupujemy nargile. Niektórzy dają się nabrać na stare chwyty czyścicieli obuwia.

Stambuł to miasto, do którego na pewno warto wrócić, ale nas czeka długa droga do Tessalii, środkowej Grecji. To daleko, do Kalambaki docieramy pod wieczór. Ale – jak to w Grecji – wszystko jeszcze czynne. A z samego rana wyjeżdżamy zwiedzać dolinę Meteorów – podniebnych klasztorów pobudowanych na skalnych ostańcach, często przeczą one prawom grawitacji. Objeżdżamy wszystkie, do czterech wchodzimy – po kładkach przerzuconych nad przepaściami, schodkach wyciętych w skale. Pogoda i widoczność wspaniała, wszyscy są pod wrażeniem. Chętnie by nawet polatali.

Nie można być w Grecji i nie wykąpać się w morzu. W drodze do Macedonii Piryńskiej kąpiemy się w Morzu Egejskim, u stóp Olimpu i twierdzy Iraklion. A potem granica i zaraz za nią najmniejsze miasto Bułgarii – Melnik.

Stolica bułgarskiego wina. Upał jest niemożliwy, wszyscy chowają się po uśpionych restauracjach i pubach, tylko ja namawiam najwytrwalszych na wspinaczkę na wapienne ściany. Opłaca się. Trafiamy do groty piwnicznej, gdzie Mitko opowiada nam o winie, historii i polityce, mocno podlewając nas schłodzonym wspaniałym mielnickim winem. Nocujemy w wysokich górach Pirynu, nad górską rzeczką, a cały dzień przed powrotem spędzamy na zwiedzaniu cudownego monastyru Rilskiego,

krótkiej wycieczki w góry i odpoczynku. Bo potem czekają nas dwa dni powrotu do domu, przez góry Serbii, Węgry (nocujemy w Camelocie nad Dunajem, gdzie robimy zdjęcie podsumowujące), Słowację i Czechy.

Wojtek Sedeńko

Komentarze (1)

zielone imperium:

22 Lip 2011 o 15:42.

..melnik jest piękny! mały ale bardzo urokliwy. bardzo pozytywna relacja i piękne zdjecia. pozdrawiam

Zostaw komentarz