Dune po latach

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 27 Lipiec 2020

d3W ramach odświeżania sobie klasyki (między innymi z myślą o książce) sięgnąłem po Diunę Franka Herberta. Uświadomiłem sobie, że minęło 35 lat od pierwszej lektury. W 1985 roku wszedł na ekrany kin zachodnich film Lyncha, książka ukazała się Fantastyce Przygodzie Iskier, w przekładzie Marka Marszała. Pamiętam, że książką byłem oczarowany, jechałem na Polcon opowiadając o niej współpasażerom pociągu do Poznania. W Błażejewku, na pierwszym Polconie królowało wideo, ale ten film został pokazany z 16mm taśmy wypożyczonej z amerykańskiej ambasady (często posiłkowaliśmy się filmami od nich, sam pamiętam jak jeździliśmy maluchem po filmy, a potem się okazywało, że szpule Blade runnera czy innego hitu – w kinach tych filmów nie było – zajmują tyle miejsca, że pasażer musiał jechać pociągiem, bo Fiacik był załadowany po sufit). Salka wypełniona po brzegi, na żywca przekładał Wiktor Bukato, ale niedokładnie, bo to trudna rzecz. Kto czytał lub znał jako tako angielski, ten kapował o co chodzi. Wspaniała muzyka Briana Eno i Toto brzmi w uszach mi do dzisiaj.

Po 35 latach – a po drodze ukazały się całe Kroniki Diuny, tom 7 rzekomo odnaleziony, i produkowane taśmowo książki z uniwersum autorstwa Kevina Andersona i Briana Herberta – powieść nadal wgniata w fotel.

I nie, nie są to bizantyjskie intrygi (w Bizancjum knuto znacznie mroczniej i zawilej – choć Herbert daje radę), nie są to także stylistyczne majstersztyki czy fabularne zawiłości. Herbert stylistą wielkim nie był, co wie każdy, kto próbował go w oryginale, zna opowiadania czy inne, słabawe raczej powieści. Ta powieść jest po prostu melanżem wielu składników, które wymieszane w odpowiednich proporcjach złożyły się na arcydzieło science fiction. Jedną z pierwszych powieści SF, które wyłamały bramy getta i weszły na salony.

d11Jakie to były składniki? Przemyślana wizja przyszłości ludzkości, rozbudowane tło, które nie bierze czynnego udziału w fabule, ale wiemy, że akcja funkcjonuje w dużym, trójwymiarowym uniwersum, gdzie Herbert czasem rzuca tylko jakieś określenie, regułę, sugerując istnienie czegoś intrygującego. Ciekawie rozłożone grupy nacisku, które sterują akcją – międzygwiezdna gildia mająca monopol na podróże między ludzkimi koloniami, imperator i wysokie rody – władcy planetarnych lenn to w sumie drugorzędna sprawa i dość trudno sobie wyobrazić feudalne imperium galaktyczne. Ważniejsze wydają się owe grupy – wiedźmy Bene Gesserit zajmujące się hodowlą d6genetyczną i potajemnym krzyżowaniem rodów, by na końcu drogi otrzymać superczłowieka. Bene Gesserit stoją za większością intryg w galaktyce, ale mają przeciwników w innych grupach czy zakonach. Są korporacje wytwarzające klony, szkolące wojowników czy ludzkie komputery – mentatów. A wszystko wiąże ze sobą substancja poszerzająca świadomość – narkotyk, przyprawa, melanż – która pozwala pilotom Gildii przewidywać przyszłość i kłopoty na kursie, mentatom szybciej myśleć, Bene Gesserit zaglądać w przyszłość. Problemem jest to, że narkotyk ten znajduje się tylko na jednej planecie, pustynnej Arrakis, zwanej Diuną. Wydobycie przyprawy, która staje się najważniejszą z walut galaktyki, jest priorytetom wszystkich korporacji.

d8I tu dochodzimy do składnika, który – moim zdaniem – najbardziej przyczynił się do sukcesu powieści. Ekologii. Interesowała Herberta od zawsze, na swojej farmie stworzył samowystarczalną enklawę, projekt był pokazywany przez wiele organizacji ekologicznych jako wzór do naśladowania.

Diuna jest planetą pustynną, ale występuje na niej tlen w ilości pozwalającej oddychać. Nie ma wielu zwierząt, a ogromne czerwie są wielką zagadką. Woda jest trudno dostępna, właściwie jest najważniejszą walutą na Arrakis. Nikt się nie zastanawia nad tym ekosystemem, ani w jaki sposób funkcjonuje – najważniejsze jest wydobycie melanżu. Tymczasem imperialny ekolog planetarny poznaje tę tajemnicę Diuny i postanawia, za pomocą tubylczych plemion, Fremenów, przekształcić ten świat. To jest najciekawsze pomysł Herberta – uczynienie z ludzi sprawnego i potężnego narzędzia do przemiany ekosystemu. Lata 60., kiedy Diuna została opublikowana, to początek ruchów eko i opinii, że planeta jest zdewastowana i trzeba zacząć myśleć o przyszłości.

I na koniec trzeci składnik – religia. Trudno oczywiście sobie wyobrazić, że w kosmos zabierzemy ze sobą wierzenia, bo przecież nauka, technika stoi po drugiej stronie barykady w walce o rząd dusz. Przy lotach w kosmos paradygmatem powinna być nauka. Z drugiej strony, jak się dobrze zastanowić – gdyby dzisiaj d10istniała szansa na tanie podróże, a planet do zasiedlenia było sporo, to z pewnością znajdą się wspólnoty religijne czy państwowe, które wykupią sobie lot w jedną stronę na wskazaną planetę, gdzie będą robiły, co im się żywnie podoba.

Zakony, a zwłaszcza Bene Gesserit mają na wszystkich planetach swoje wysłanniczki, które u prymitywnych ludów zaszczepiają pewne idee, które mogą być w przyszłości przydatne. Im trudniejsze warunki bytowania na dalekich światach, tym bardziej mesjanistyczne idee padają na żyzny grunt. Łatwo takie ludy opanować, grając na ich świadomości, że są lepsi, dając mistycyzm tajnego przymierza, ducha wspólnie dzielonej niedoli. I nagrodę, która kiedyś przypadnie wnukom ich wnuków.

Powieść jest wielowarstwowa, wielowątkowa, trójwymiarowa. Niezwykle trudna do sfilmowania, bo wiele akcji w niej nie ma, a intrygi, przemiany duchowe – rozgrywają się w głowach bohaterów. Nie chcąc kręcić „Siedemnastu mgnień wiosny” i przemyśleń Stirlitza opowiadanych przez lektora, trzeba mocno pracować nad scenariuszemd8. Mimo to filmowców Diuna bardzo przyciągała. Powstał film Davida Lyncha i kilkuczęściowy serial obejmujący 3 tomy Kronik. Teraz powstaje nowy film, z dobrym reżyserem i sporym budżetem. Jaki będzie, zobaczymy wkrótce (pandemia premiery odwleka), ja jednak lubię wersję Lyncha. Barokową, wychwytującą niuanse powieści. Ekranizacja ta poniosła klapę, nie przypadły widzom do gustu efekty specjalne i dziwaczne stroje czy technologia, zdobiona jakby z epoki rokoko. Ja to tłumaczyłem sobie tym, że w tej rzeczywistości post butleriańskiej, gdzie zakazano stosowania techniki komputerowej, atomowej i wielu innych, trudno dostępne sprzęty wysokiej technologii, niezwykle drogie, powinny mieć „arystokratyczny” wygląd.

I tyle o Diunie. Wielka powieść, kontynuacje już mniej udane, o prequelach i sequelach Briana Herberta i Andersona właściwie nie ma co wspominać. Tomy 4-6 Kronik przemęczyłem, nie znajdując w nich tego pierwotnego zachwytu nad Diuną. A kolejne kalki zwyczajnie mnie znudziły.d12

Komentarze (1)

flamenco108:

28 Lip 2020 o 9:58.

Och, Diuna… Pierwsze zetknięcie to oglądanie lynchowskiego filmu w pirackiej 10 wodzie po kisielu, w sali świetlicy osiedlowej, na 14-calowym ekranie… Charakterystyczny dla tych piratów lektor, do dziś czekam, aż wypłynie, kim był ten człowiek?
Potem zaskoczenie: to było na podstawie książki! Książka jeszcze lepsza niż film. Ale w mojej wyobraźni stylistyka Lyncha już się wbudowała w uniwersum Diuny. Wyobraźnia tylko nieco to wszystko poprawiła (np. filtrfraki, nawigatorzy), żeby się lepiej sklejało. Potem Mesjasz Diuny – nudnawa nieco, podobnie Dzieci Diuny. I nagle Bóg Imperator Diuny – moim zdaniem majstersztyk nie gorszy od samej Diuny. Inspirujący do rozmyślań nad historią, polityką i filozofią, budujący wielkie napięcie, którego kolejne dwa tomy są tylko przyjemnym rozładowaniem, przez co również bardzo je lubię.
Oczywiście słabości wizji Herberta widać jak na dłoni. Ale w końcu to nie rozprawa naukowa tylko fantastyka, inspirująca rozrywka. A w tej kategorii to po prostu dzieło wybitne.

Zostaw komentarz