Latające miasta

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 12 Maj 2020

Cały czas przypominam sobie klasykę sf. James Blish nigdy nie był moim ulubionym pisarzem, ale Kwestię sumienia mam za dzieło udane. A Latające miasta… cóż, jeśli zawiesi się niewiarę, mocno przymruży oczy, to i ta seria może zostać uznana za przyzwoitą sf. Stanisław Lem nazwał cykl galaktyczną awanturą, ale poświęcił Blishowi sporo miejsca w Fantastyce i futurologii, chwalił autora zwłaszcza za pomysłowość w tworzeniu nowych broni i wynalazków technicznych, co – wg Lema – znacznie wywyższało Blisha ponad licznych autorów drugiej i trzeciej kategorii.

Punktem wyjścia jest oczywiście historia Ziemi. Blok wschodni zdobywa przewagę nad Zachodem i – według Blisha – Ameryka musi upaść. Dlatego ludzkość powinna wyruszyć w kosmos, aby tam przenieść swoje ideały i zacząć budowanie kolonii i nowych, wspaniałych światów. Do tego potrzebna jest długowieczność i odpowiedni napęd.

Blish rozwiązał to dwojako – badania nad lekami pozwoliły wynaleźć antyagatyk, przedłużający życie, jakby utrwalający stan fizyczny w momencie zażycia (oczywiście można zginąć w wypadku czy od kuli) a prace nad antygrawitacją dały napęd wiratorowy, pozwalający rozpędzać się do prędkości ponadświetlnych i utrzymujący nieprzepuszczalne pole wiratorowe wokół obiektu wyposażonego w taki napęd.

Dzięki napędowi i długowieczności, z Ziemi ucieka sporo ludzi, zakładając pierwsze kolonie. A gdy na Ziemi robi się smutno, okazuje się, że dzięki wiratorom można wyrwać z powierzchni planety całe miasto i unieść je w kosmos.

Jak Blish wymyślił, tak się i stało. Miasta i ich mieszkańcy, jeśli ich stać na napęd, opuszczają padół łez pod butem komunistycznym i uciekają w odległą przestrzeń, w pogoni za pracą, zamieniając się w Wędrowne miasta. Ja sobie zaraz wyobrażam tę powierzchnię naszego globu, z dziurami po wyrwanych masach i jaki ma to wpływ na ruch obrotowy czy samo fizyczne funkcjonowanie planety. W dalekich koloniach Miasta wynajmują swoje usługi, handlują, próbują przeżyć. Miasta wojują ze sobą, podbierają sobie kontrakty (choć praworządności i przestrzegania reguł niby pilnuje ziemska policja), niektóre stają się piratami – ale ogólnie pędzą żywot cygański. Takie tabory wielkości Manhattanu.

Czyta się to – gdy już zawiesimy co trzeba na kołku – jako całkiem przyjemną awanturniczą opowieść (łącznie cztery nowele, jedna rozwinięta w powieść). Nie ukrywam, że czasem takie przygody lubię poczytać. I wam radzę sięgnąć po tę klasykę.

cities

Komentarze (4)

vattghern76:

13 maja 2020 o 9:10.

Nigdy o tym nie słyszałem, dzięki za rekomendację.

vanrad:

13 maja 2020 o 13:14.

Panie Wojtku, więcej takich wpisów! Bardzo brakuje takiej retro krytyki. Jak się chce poczytać jakieś wartościowe, mniej znane starocie, to trzeba wybierać na chybił trafił.

Wojtek Sedeńko:

13 maja 2020 o 13:45.

Od wakacji. Ponieważ robię notatki do książki, więc takie skróty z lektur mi się przydadzą później. Wkrótce Diuna, ale muszę doczytać Dzieci, ale wstrzymało mnie przygotowanie kilku tytułów w wydawnictwie.

Alan:

18 maja 2020 o 22:15.

Ja z Blish’aa czytałem tylko Triumf Czasu. Nie wiem dlaczego ale bardzo mi zapadło w pamięć. Może dlatego, że to było jedne z pierwszych sf w moim życiu a może dlatego, że podobała mi się przedstawiona idea kreacji nowych światów. Czasem, jak mam dostęp do swojej starej biblioteki, lubię sobie sięgnąć po ten tytuł i przeczytać parę ostatnich stron 🙂

Zostaw komentarz