Jak to jest z tym van Vogtem?

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: DZIAŁALNOŚĆ; WIEŚCI, utworzono: 2 Kwiecień 2018

Robiąc notatki do książki, przypominam sobie rozmaite kawałki z sf. Czyta się to po latach różnie, najczęściej lekko i z uśmiechem pewnego pobłażania dla własnych młodzieńczych uniesień. I szybko się to czyta, bo powieści pisano kiedyś cieniutkie…

Padło właśnie na Alfreda Eltona van Vogta. Klasyk ery dinozaurów fantastyki. Zbieżny z E.E. Smithem, choć AEVV jest od „Doca” o niebo lepszy w warstwie fabularnej i w pomysłach. Pisarz wychwalany pod niebiosa (Dick) i wyzywany przez krytykę (Knight). Wychowany przez mennonitów, jakiś czas wyznawca Hubbarda i scjentologów, w utworach zajmował się totalitaryzmem i mechanizmami władzy. Już w latach 50. twierdził, że największym mocarstwem przyszłości będą Chiny, które bardzo szybko prześcigną Amerykę i Zachód – a wystarczyło mu pobieżne przekartkowanie chińskiej filozofii.

W poniższych powieściach, pisanych w latach 1946-1952, dał pokaz pomysłowości. Mamy w Misji i Wyprawie  tak odległą ludzką przyszłość, że wszystkie gadżety dotyczące lotów z wielkimi prędkościami, teleportacją (wewnątrz statków, co później oglądaliśmy w Star Trek), telepatią, hipnozą, że do dzisiaj można to czytać z wypiekami na twarzy. Jednocześnie ramotne, i to bardzo, jest życie na pokładach tych statków. Naukowcy i wojskowi, koterie, każdy zna tylko swój, wąski wycinek wiedzy, biurokaracja na statku jak z koszmaru.  Neksjalista (czyli przedstawiciel nowej dziedziny paranaukowej, łączącej wiedzę wielu dziedzin, wykorzystujący najnowsze techniki uczenia) musi pisać notatki, następnie przekazywać je specjalnej komórce do przepisania, potem przez sekretarzy do odpowiedników władzy, itd. Śmieszne, ale i straszne.

Mają komputery, ale raczej jako maszyny liczące, kalkulatory. Do pisania meldunków i notatek potrzebne są sterty papieru i archaiczne maszyny do pisania. Slan z tych trzech powieści jest najbardziej naiwny, choć w warstwie panicznego strachu przed nieznanym i obcym wciąż aktualny. Zawsze będziemy się bali inności. Van Vogt wiedział, że droga do akceptacji prowadzi przez zrozumienie innegonie miał jednak wątpliwości co do natury ludzkiej, która będzie do końca broniła się przed zrozumieniem, wybierając drogę na skróty. Najpierw zniszczenie, potem próba zrozumienia. Jak w Enderze – najpierw ksenocyd, potem lament i anatema na wybawcę-ksenobójcę.

Zmienia się w fantastyce technologia, człowiek i jego problemy – nie. Van Vogt nie zramociał do końca dlatego, że w jego prozie stosunki pomiędzy władzą a społeczeństwem są piekielnie aktualne. Wyautowane z science fiction zostają powieści, z których po usunięciu gadżetowni sf – nie pozostaje nic.

vogt1 vogt2 vogt3

 

 

Zostaw komentarz