Praca wre…

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 23 Maj 2012

W Solaris maj jest bardzo pracowitym miesiącem. Na zdjęciu widać, jak z niebytu powoli wyłania się trzeci budynek (w tle), w którym stanie nowoczesna drukarnia cyfrowa.  Otwarcie pewnie we wrześniu. Mam już zamknięty program 19. Festiwalu Fantastyki, wkrótce na stronie festiwalowej zaczną się pojawiać informacje szczegółowe.  Encyklopedia Fantastyki zbliża się do 9000 stron, ale końca prac wciąż nie widać. To zresztą jest praca aż do grobowej deski.  Do sierpnia na pewno będą hasła polskie, leksykalne, fanziny, większość nagród, bibliografia czasopism. Najdłużej poczekamy na  hasła zagraniczne, choć i tutaj sporo już zrobiono – wielu znakomitych pisarzy, tych z wielkim dorobkiem, ma już hasła opracowane.

Niedawno ukończyłem takie wielkie hasło – Stanisław Lem. Na marginesie tej pracy zauważyłem, że o Lemie pisano ostatnio, iż  „jego proza się zestarzała”, „jego książek nikt już nie kupuje”, itp. Jak więc wytłumaczyć, że z pięciu edycji Dzieła Lema, jakie ukazały się dotąd na polskim rynku, aż trzy powstały po 1989 roku? W tym dwie kompletne, Literackiego i Agory. Wszystkie w pięknych edycjach. Jak wytłumaczyć fakt, że praktycznie co roku wychodzą wznowienia? I po 89 roku Lem miał więcej wydań niż za komuny? W nakładach pewnie wskaźniki wychyliłyby się w drugą stronę, ale dzisiaj wszyscy autorzy mają niższe nakłady. I gdzieś to musi się sprzedawać. Rzeczywiście, odbiór Lema u młodego pokolenia jest nieszczególny. Ale ja się temu specjalnie nie dziwię. Skoro komisja lektur wybiera do obowiązkowego czytania takie opowiadania Lema, które pisane są archaicznym, stylizowanym językiem, pełnym neologizmów, to uczeń (który i tak niechętnie sięga po książki) odbija się od nich jak od kamiennej ściany. On nie rozumie tego, co ma przeczytać. Dla niego takie stylizacje to język obcy (nawet sienkiewiczowska trylogia jest zbyt archaiczna) – trudno się więc dziwić, że umysł współczesnego ucznia szufladkuje Lema jako pisarza nie do czytania.

Dużo współpracuję z młodymi ludźmi, przy Encyklopedii, przy Festiwalu, sam mam trójkę młodych dorosłych w domu. Widzę, jak się uczą, jakich metod używają, jak zmieniła się edukacja i proces dydaktyczny (żeby nie powiedzieć, że już go nie ma). Nie są ci ludzie mniej inteligentni od nas w tym samym wieku, nie uczy się ich jednak ani pracy samodzielnej, ani pracy w zespole, ani myślenia. Poprzez magiczne funkcje: szukaj, kopiuj, wklej łatwo popaść w lenistwo.

A jednocześnie, i to mój króciutki wtręt do ogólnopolskiej dyskusji o absolwentach, jaka się rozpętała w mediach w zeszłym miesiącu, ich samoocena jest bardzo wysoka. Mieć niepotrzebną wiedzę teoretyczną (o ile się ją rzeczywiście posiada i czytało się skopiowane wypociny innych), papier ukończenia szkoły wyższej (a nawet parę tych bezużytecznych papierków), zero doświadczenia zawodowego i żądać na dzień dobry dyrektorskiej gaży, bo ukończyłem, jestem świetnie wykształcony i takie tam pierdu, pierdu, jak mawia ćwierć inteligent, Ferdynand K. Oto dzisiejszy styl. Ja bym się wstydził, ale jestem dzieckiem innej epoki.

I wciąż jestem zaskakiwany.  Z miesiąc temu (a zachowuję sobie wszystkie podobne mejle, zebrało się na pokaźny plik) dostałem propozycję nie do odrzucenia od maturzysty, żebym napisał mu… prezentację. Z fantastyki, bo ja się na tym znał, a on nie. Zatkało mnie.

Napisał do mnie jakiś magistrant, bym ocenił jego pracę magisterską dotyczącą fantastyki. Temat był raczej mi obcy, zwykle jednak w takich przypadkach pomagam, ale akurat ruszyliśmy z Encyklopedią, a ta zabiera mi – naprawdę – ok. 10 godzin dziennie. Siedzę nad nią w pracy, popołudniami, po nocach. Nie mam czasu. Grzecznie odmówiłem. Zwrotnie otrzymałem mejl z pretensją, że raczyłem odmówić!

Jakaś panna zapytała mnie, po przeczytaniu eseju o historii science fiction, skąd czerpałem dane, z jakich prac, bo ona też musi coś tam  napisać. Odpisałem – zgodnie z prawdą – że wszystko wziąłem z mej biednej głowy, która po półwieczu jest składowiskiem takich nieprzydatnych informacji, a zebrały się w wyniku licznych lektur, rozmów itd. Nie odpowiedziała, może nie mieściło się to w jej głowie? Albo mi nie uwierzyła.

Kiedyś pomagałem różnym studentom, odpowiadałem na ciekawe listy. Teraz już raczej tego nie robię. Raz z braku czasu, dwa z powodu takiego właśnie podejścia młodego pokolenia do – jak by nie patrzeć – ich własnej pracy. To oczywiście uogólnienie, nie do wszystkich młodych absolwentów pasujące, ale – przyznacie – do wielu. Mam radę –  zacznijcie myśleć sami!

 

 

Komentarze (13)

Leszek Błaszkiewicz:

23 maja 2012 o 18:50.

A ja muszę dodać swoje trzy grosze. Nie dlatego, że się nie zgadzam z Twoimi słowami, ale by podzielić się informacja, że są na szczęście wyjątki 🙂
Studenci, których uczę sami – z własnej inicjatywy – molestowali mnie tak skutecznie, że społecznie przygotowałem dla nich cykl wykładów. I co najdziwniejsze, mimo dosyć późnej pory, niezbyt szczęśliwego miejsca [wiesz na jakim zadupiu jest mój wydział] i tego , że ciepło powietrza i zimno piwa kusi, przychodzą dzielnie i się interesują.
Może mam zwyczajnie szczęście, ale trafiają mi się całkiem inteligentni i samodzielni magistranci.
Wiem, że to wszystko tylko „wyjątki potwierdzające regułę”, ale jakże krzepiące :)))

Michał:

23 maja 2012 o 19:47.

Oj przykre ale prawdziwe słowa Wojtku.
Choć najbardziej przykre jest to, że przez postawę kilku baranów ludzie z głowami na karku, którzy będą chcieli robić coś w temacie nie będą mieli okazji czerpać z Twojej wiedzy.
Na obronę pokolenia dodam, że sam obecnie robiąc drugi kierunek mam kolegę o bardzo szerokiej wiedzy i wielkich możliwościach intelektualnych – też go ostatnio fantastyka pociąga. Nawet próbowałem go na Nidzicę namówić ale obawiam się, że obrona magisterium ważniejsza 😉
Nie pomagał argumenty, żeby się bronić później (cóż gdy broniłem się po raz pierwszy też chciałem mieć to szybko z głowy). Niemniej łamał się – i dobrze bo właśnie nasze środowisko potrzebuje ludzi, którzy pokażą, że da się myśleć samodzielnie i fantastyka to nie zabawa dla nastolatków.

Kornel:

23 maja 2012 o 20:51.

Ja to się wypowiem odnośnie czytania książek.
Dużo rozmyślałem o tym, dlaczego w młodym środowisku czytelniczym (a w takim chyba jeszcze się znajduję) odchodzi się od takich pisarzy jak Lem, Zajdel, Le Guin, Dick, Aldiss itd. Doszedłem do wniosku, że zwrot „odchodzi się” nie ma tutaj żadnego uzasadnienia.
Należałoby raczej powiedzieć „dochodzi się”, a dokładniej, że się nie dochodzi.
Młodzi ludzie, chcący wejść w fantastykę, nie wiedzą od czego zacząć. Zaczynają więc od sitkowania bezwartościowych pozycji, które wręcz zalewają rynek. Potrzebna byłaby chyba tutaj jakaś propaganda. Wiem to z autopsji, bo sam w taki sposób zaczynałem, dopiero po jakimś czasie, będąc zdeterminowanym i szukając czegoś ambitniejszego, udało mi się odkryć wartościową literaturę. Ja wiem, jest Internet, są poważne blogi i recenzje, ale to dużo nie daje. Wielu moich znajomych, którzy uważają się za osoby zainteresowane literaturą fantastycznonaukową, nie wie kto to jest Aldiss, Silverberg czy inna tego kalibru ikona. Tragedia.
Poza tym, jak tutaj czytać książki (szczególnie te ambitne), jak wokół mnie nie czyta nikt; nie ma nawet z kim porozmawiać o książkach (mam na myśli bliższe i dalsze otoczenie znajomych); może najlepiej ulec hype’owi na bycie głupim, chwaleniu się zdawaniem egzaminów na studiach na samych ściągach („nie jestem frajer, bo nie musiałem się uczyć”) i ogólnemu minimalizmowi intelektualnemu. Wtedy przynajmniej nie wyróżniałbym się z tłumu, jako jajogłowy zadawacz-sobie-trudu, który i tak nie ma perspektyw po studiach. Pozdrawiam. 🙂

Salantor:

24 maja 2012 o 0:12.

Na szczęście nie wszyscy tacy są :]

radruf:

24 maja 2012 o 8:27.

Witam Pana serdecznie! 🙂

Przepraszam panie Wojtku, że odbiegam treścią komentarza od powyższych pana refleksji, niemniej pragnę zwrócić uwagę na istotny szczegół, który zapewne wymaga wydawniczej korekty.

Nasamprzód chciałbym wyrazić me najwyższe wyrazy uznania za cały projekt „Rakietowych szlaków”. Każda pozycja to prawdziwa podróż po znakomitych opowiadaniach, świetnie napisanych i bardzo dobrze przełożonych. Ponieważ intencją pana i pana Jęczmyka było przedstawienie najlepszych bądź najbardziej wartościowych w panów opinii tekstów science-fiction, wielce uradowała mnie wieść o umieszczeniu w tym znakomitym gronie George’a R. R. Martina (pisarz ów, znany obecnie z swego opus magnum – Pieśni Lodu i Ognia, to przecież drzewiej wyśmienity twórca opowiadań science-fiction) i jego opowiadania „Pieśń dla Lyanny”. W stopce informacyjnej o autorze przywołujecie panowie między innymi skrótowe przedstawienie twórczości tego autora, w tym również wzmiankę o fenomenalnym, wieloletnim cyklu Wild Cards (Dzikie Karty). I tu właśnie wkradł się błąd. Otóż informujecie panowie o wydanych dotąd kilkunastu tomach „Dzikich Kart”, kiedy w rzeczywistości jest ich już dwadzieścia jeden (ostatni – „Fort Freak” – miał swą wydawniczą premierę rok temu, kiedy Mistrz Martin był jeszcze w Polsce), zaś najnowszy, dwudziesty drugi tom, pod tytułem „Low Ball”, najprawdopodobniej ukaże się jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam ciepło i serdecznie – radruf (portal miłośników prozy George’a R. R. Martina „Ogień i lód”)

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 8:57.

Dlatego wciąż wydaję książki, choć to działalność raczej hobbystyczna…:D

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 9:17.

Ja nie mam nic przeciwko dzieleniu się wiedzą, zwłaszcza, że jest ona hobbistyczna. Ale pisać za kogoś prezentację to jakieś totalne jaja. Co do kolegi – słusznie, magisterka najpierw, później przyjemności.

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 9:22.

Leszku, też mi zadupie, masz najlepszy dojazd z całego campusu, choć od dzisiaj musisz jeździć przez Brzeziny.
Co do pokolenia – gdybym miał o nim taką opinię, jak o tych kilku przypadkach, to pewnie nie wydawałbym książek. Kto chce, pracuje i ma ambicję, by coś umieć (nie osiągnąć, bo to można też nie umiejąc, :;) znajdzie się w grupie decydującej o kształcie świata. Dla reszty igrzyska, browar i pajda. Układ znany od tysiącleci.

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 9:25.

Ano tak, kilkanaście obejmuje ciąg od 11 do 19, więc skoro jest już tego 21 tomów, to jest to słowo niewłaściwe. Ale tak jest z tekstem drukowanym, że nie można go ciągle poprawiać, dlatego sprzęt u Lema chodzi na tranzystorach, a urządzenie podsłuchowe u Heinleina jest wielkości paczki papierosów. Martin jeszcze będzie w Rakietowych, więc z pewnością to poprawimy. 🙂

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 9:44.

Smutna konstatacja.
Problem z klasyką jest taki, że zwykle każde pokolenie ma nowych, własnych klasyków, a starzy mistrzowie są pakowani do panteonu wydawanego w twardej oprawie do postawienia na półkę (ale nie czytania), lub zapominani.
Mamy to w fantastyce. Starych klasyków czyta się coraz mniej, bo są kojarzeni z klasyką ojców i matek, albo babć. Starzy mistrzowie nie mają fabuł, których domaga się współczesny odbiorca – pisali w innych czasach, zwykle o problemach tychże właśnie czasów. Do zrozumienia tego potrzebne jest ogólne oczytanie i wiedza, pojęcie szerszego kontekstu. To jest ściana, od której odbija się młody czytelnik. Znajduje w książkach mistrzów rzeczy, których nie rozumie, i aby osiągnąć stan zrozumienia musiałby zagłębić się w dodatkowych pozycjach. A na to trzeba chęci.
Łatwiej znaleźć więc nowych klasyków, mówiących językiem zrozumiałym. I tu tkwi chyba sedno, bo ci nowi klasycy nie zasługują często na to miano lub ich nie sposób znaleźć. Bo literatura się rozmywa, spłaszcza, zlewa gatunkowo. Jeszcze kilkanaście lat temu z tej zlewni, morza książek wystawały dzieła pisane przez autorytety, pisarzy, których powszechnie (większością nigdy nie osiąganą przez polityków – chyba że na Białorusi) uważano za charyzmatycznych przywódców świata literackiego, których cytowano, słuchano z nabożeństwem itp. Dzisiaj zarzucasz w to morze sieci i nie wyławiasz nic poza płotkami.
Zresztą, dobra literatura zawsze była niszowa.
Mam jednak takie wrażenie, że dochodzimy do czasów, które pół wieku temu nakreślił Bradbury – czytelnictwo zejdzie do podziemi. Na powierzchni książki ze znakiem mamony, bzdety typu Dana Browna, pod brukiem Lem, Le Guin, Dick i inni.

Michał:

24 maja 2012 o 12:33.

Wojtku w tym miejscu (i po takiej dyskusji) po prostu muszę zapytać o Umierającą Ziemię Vanc’a.
W końcu to jedno z dzieł, które w poczet tych dobrych można zaliczyć. Stąd moja niesłabnąca nadzieja na wydanie ostatniej książki (to tylko 3 i 4 tom).

Wojtek Sedeńko:

24 maja 2012 o 14:10.

W tym przypadku praca nie wre…

Bombacjusz:

24 maja 2012 o 15:41.

Nie wre? jestem zasmutkowany 🙁

Zostaw komentarz