Krótka historia SF, szkic 2

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: artykuły; WIEŚCI, utworzono: 16 Grudzień 2011

Poniżej drugi szkic o historii SF, jaki pomieściłem w Rakietowych szlakach, tom 3. Mogę go już udostępnić szerszej publiczności za pośrednictwem netu, bo pracuję właśnie nad kolejnym odcinkiem, który ukaże się w tomie 4 pod koniec stycznia. Szkic drugi dotyczy krzepnięcia literatury science fiction jako gatunku, pokazuje kierunki rozwoju i dyskyrsy prowadzone przez pisarzy. Szkic trzeci pokaże zaś apogeum popularności SF.

Chociaż zarzekałem się, że moje szkice są popularną i (tylko) próba przybliżenia dziejów popularnego gatunku literackiego, to spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem ze strony czytelników, a także (sic) akademików. Dziękuję wszystkim za miłe słowa i pozdrowienia.

 


Krótka historia science fiction

Szkic drugi

W pierwszym szkicu o historii literatury science fiction pisałem o powstaniu tego gatunku, próbach jego zdefiniowania, założeniu licznych czasopism, dostrzeżeniu fantastyki naukowej przez wydawnictwa (choć w większości były to oficyny zakładane przez ludzi z fandomu), dyktaturze redaktorów oraz zatrzaśnięciu drzwi getta.
Skupiłem się na fantastyce amerykańskiej, bo science fiction powstała w Ameryce (choć jej prekursor, Wells, był Brytyjczykiem), tam się rozwinęła, stamtąd emanowała na wszystkie kraje anglojęzyczne. Fantastyka naukowa miała zawsze ograniczony zasięg, jeśli myślimy w skali globu. Powstała w najbardziej rozwiniętym przemysłowo kraju świata, bo zaistniała z zainteresowań techniką i nauką. Popularność zdobyła w krajach cywilizacji zachodniej, bo tu trafiła na podatny grunt. Nawet w Europie są jednak kraje, gdzie SF nie wyszła poza nieśmiałe i amatorskie próby (choćby Grecja czy Turcja).
Fantastyka jest bardzo popularna w Niemczech, Francji, Skandynawii, Polsce, Czechach czy Rosji. We wszystkich tych krajach zyskuje jednak swoje regionalne, narodowe cechy. Np. w Rosji jest bardzo hermetyczna i skupiona na rosyjskich problemach, we Włoszech czy Hiszpanii bardziej popularna jest fantasy.
Poza Ameryką Północną i Europą science fiction właściwie się nie rozwinęła do poziomu nam znanego. Może jeszcze w Japonii, która po II wojnie światowej była okupowana przez Amerykanów i obowiązywał tam pewien amerykański model kulturowy. Poza tym, Japończycy żyją w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata, wynalazki high tech są u nich są wprowadzane w życie najwcześniej, Japończycy to urodzeni gadżeciarze, stąd SF jest tam dobrze rozwinięta, także w sztuce anime.
Fantastyka latynoska raczej skłania się ku poetyce fantasy, idzie ku literaturze magicznej, czy realizmowi magicznemu, co opisał znawca tematu, Tomasz Pindel w swojej książce Zjawy, szaleństwo i śmierć.
Z kolei w Afryce i krajach arabskich zjawisko literatury science fiction praktycznie nie istnieje. Twórcy afrykańscy tworzą fantasy, jako że mity i baśnie są podstawą ich kultury i społeczności.
Chiny doczekały się prób SF, ale i tutaj – co najbardziej widać po produkcjach filmowych – rządzi fantasy, wyrosła z tradycji kulturowej. Szybki postęp technologiczny, jaki ma miejsce w Chinach w ostatnich latach, fakt, że stają się powoli mocarstwem także w badaniach kosmosu, może spowodować u niektórych jej fantastycznych twórców chęć zamienienia mieczów na lasery, a rydwanów w statki kosmiczne. Poczekamy, zobaczymy.

Wyważyć drzwi getta

Science fiction pod koniec lat 50. i na początku kolejnej dekady była gatunkiem literackim ukształtowanym przez czasopisma pulpowe, kierowane twardą ręką redaktorów, których gusta kształtowały style pisarskie i tematykę. Była gatunkiem posiadającym wiernych czytelników w postaci fandomu, który jednak też chciał decydować o tym, co się pisze i co wydaje. Fandom był zapleczem pisarskim, prawdziwą wylęgarnią autorów, wydawców, krytyków i redaktorów, było więc naturalne, że chciał mieć wpływ na to, co czyta. Ale te wszystkie rzeczy, wpływające pozornie na bogactwo gatunku, bardzo go też ograniczały.
A przecież science fiction, która powstała z potrzeby czasów, w odpowiedzi na błyskawiczny rozwój technologiczny i zainteresowanie nauką wszystkich warstw społecznych, właśnie w latach 50. i 60. miała się czym karmić.
II wojna światowa obnażyła prawdziwe oblicze totalitaryzmów i pokazała okropieństwo wojny totalnej, zostawiając świat podzielony na dwa wrogie obozy, przekonane, że konflikt atomowy jest nieunikniony.
Rozpoczęła się eksploracja kosmosu, lot „Sputnika”, potem Gagarina i amerykańska odpowiedź na nie, następnie wyścig ku Księżycowi. Świat się wtedy tym fascynował, czego nie można powiedzieć dzisiaj, gdy loty kosmiczne całkiem publiczności spowszedniały, choć są rzadsze niż w tamtych „cudownych latach”. Amerykanie do dzisiaj mają wielki sentyment do lat 50., kiedy amerykański styl życia przeżywał apogeum – pomimo Zimnej Wojny i atomowego miecza Damoklesa nad głową, Ameryka rozwijała się w nieprawdopodobnym tempie, a z dobrodziejstw techniki korzystali wszyscy – nowe wynalazki rewolucjonizowały nie tylko przemysł kosmiczny czy zbrojeniowy, ale także gospodarstwo domowe.
Krytyka głównego nurtu patrzyła jednak na science fiction (i podnoszące wtedy głowę fantasy) raczej z pobłażaniem lub lekceważeniem. Poważne wydawnictwa czuły koniunkturę i w latach 50. uruchamiały serie fantastyki, ale na podłym papierze i w formie kieszonkowej – książki SF kosztowały wówczas maksymalnie 50 centów. Na wydania typu hardcover fantastyka wciąż nie miała co liczyć. Również w kinie wciąż dominowały banalne historyjki o inwazji z kosmosu, choć może powstawały one w wyniku obawy przed agresją ZSRR na Stany Zjednoczone. Jednocześnie jednak liczne seriale TV, typu Strefa mroku czy Star Trek przyciągały do science fiction coraz to nowych czytelników.
Getto powoli puchło, do grona uznanych mistrzów jak Asimov, Heinlein, Leiber, Clarke, Bradbury dochodzili nowi, którzy chcieli zmian. Chcieli pisać inne historie, o sprawach ważnych dla swego pokolenia.
Młode pokolenie burzyło się przeciwko narzuconemu systemowi wartości, sytuacji politycznej na świecie. Pojawiła się muzyka rockowa, która miała być oznaką buntu, protestu, odmienności, krzykiem nowej generacji, nie chcącej dalej żyć w cieniu wojen światowych i pod groźbą atomowej zagłady. Nadchodził czas rewolucji kulturalnej.
Także w science fiction.

Nowa Fala – speculative fiction

Co dziwne, choć rewolucja kulturowa rozegrała się głównie w Ameryce, uwikłanej w konflikty zbrojne w Azji, to rewolucja w science fiction rozpoczęła się w Wielkiej Brytanii. Emanowała stąd na Amerykę, gdzie w rezerwach pisma If pod redakcją Frederika Pohla już czyhała na swoje pięć minut wataha młodych wilków. W USA powstała jeszcze inna grupa literacka mająca duży wpływ na SF tamtych lat. W dodatku stara gwardia wciąż tworzyła swoją fantastykę, a kilku wielkich pisarzy science fiction rozpoczęło własną drogę twórczą na uboczu mód i sporów literackich.
Grunt pod zmiany był już przygotowany: atmosfera zimnowojenna i sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, muzyka tak odmienna od muzyki dotąd popularnej, narkotyki, hasła anarchistyczne i pacyfistyczne oraz ogromna rzesza młodych ludzi, prawdziwy wyż demograficzny – efekt „euforii” po zakończonej wojnie. Po raz pierwszy konflikt pokoleniowy przybrał tak ostre formy – młodzi ludzie chcieli być inni od swoich rodziców, chcieli się wyróżniać, chcieli sami decydować o swojej przyszłości.
I podobnie część twórców science fiction zbuntowała się przeciw standardom narzuconym przez wielkich redaktorów. Nie chcieli już tylko fantastyki traktującej o nauce, chcieli pisać literaturę przez duże L, ale pod znakiem SF. Poza tym publikowane prace naukowe, rozwój fizyki i astronomii uświadomił ludziom, że kosmos nie jest po prostu łatwą do przebycia przestrzenią, ale nieprzebytą, nieskończoną i ekstremalnie niebezpieczną dla człowieka otchłanią.
Do nadania kierunku i siły tym wszystkim przesłankom potrzeba było iskry, impulsu, i tak się stało w 1964 roku, kiedy to w Wielkiej Brytanii chylące się ku upadkowi pismo New Worlds przejął nowy wydawca i zlecił jego redagowanie Michaelowi Moorcockowi, człowiekowi z fandomu, a jednocześnie należącemu do zbuntowanego pokolenia dzieci kwiatów.
Moorcock od razu zapowiedział, że Nowe Światy będą drukowały awangardę fantastyki, że interesują go nowe tematy i styl pisarski. Bardzo szybko wokół pisma zebrała się grupa doskonałych autorów brytyjskich: Brian W. Aldiss, J.G. Ballard, John Brunner, Charles Platt; Moorcock przyciągnął też interesujących twórców z Ameryki: Pamelę Zoline, Thomasa M. Discha, Normana Spinrada. Pojawili się u niego Roger Zelazny i Gene Wolfe. Moorcock i amerykańska pisarka Judith Merril przywrócili dla określenia fantastyki z New Worlds termin fantastyka spekulatywna (autorstwa Heinleina), ale nigdy się on na dłużej nie przyjął, za to awangardę Moorcocka zaczęto określać mianem Nowej Fali SF.
Twórcy toczyli spór programowy z innymi fantastami, którzy poczuli się nagle zagrożeni – a chodziło przecież o czytelnika i pieniądze – ale z grubsza polegał on na tym, że nowofalowa science fiction nie koncentrowała się na technologii, wynalazkach, odrzuciła przyjazny kosmos, a pisała o człowieku, jego miejscu we wszechświecie, w dodatku chętnie łączyła SF z fantasy. Język, osobiste poglądy autora, eksperymenty stylistyczne, szokująca tematyka – to było wyróżnikiem Nowej Fali. W gruncie rzeczy chodziło głównie o bunt pokoleniowy i w ciągu dekady Nowa Fala się wypaliła, rewolucja zakończyła, a jej program posłużył później innym „rewolucjonistom” w science fiction do wykuwania własnych idei.
Najważniejszym, co jednak po ideach Nowej Fali zostało to ich stosunek do technologii i przeczucie, że spycha ona człowieczeństwo na dalszy plan.
Na razie jednak Nowa Fala wprowadziła sporo zamieszania, New Worlds na parę lat stało się najważniejszym pismem w branży. Wspomniana Judith Merril, która redagowała serię antologii w USA, przeniosła idee Moorcocka na grunt amerykański. W tym samym czasie Damon Knight rozpoczął wydawanie antologii oryginalnych opowiadań Orbit, które z miejsca zdobyły wielką popularność, a zamieszczały amerykańskich autorów nowofalowych. Stanowiły też dobre miejsce do publikacji opowiadań, których nie chciały czasopisma.
W 1965 roku młody buntownik, Harlan Ellison, znany z kilku opowiadań i działalności fandomowej, ogłosił plan antologii Niebezpieczne wizje. Opublikował ją w 1967 roku i z miejsca stała się książką kultową. Wśród 32 autorów tam opublikowanych znaleźli się pisarze nowofalowi i – całkowite novum wówczas – pisarze mainstreamu. Ellisonowi udało się też włączyć w projekt kilku twórców ze Złotego Wieku. W wyniku tego powstała antologia uważana do dzisiaj za antologię wszech czasów. W roku 67 wszelkie nagrody zgarniali ludzie Ellisona.
W latach 60. nastąpił wysyp antologii oryginalnych opowiadań, ale próbę czasu przetrwały tylko, poza Orbit New Dimensions Roberta Silverberga i Universe Terry’ego Carra. Tu publikowali amerykańscy nowofalowcy: Samuel R. Delany, Thomas M. Disch, Roger Zelazny, Gene Wolfe, Judith Merril.
Najważniejsze powieści twórców należących do Nowej Fali to Obóz koncentracji (1968) Thomasa M. Discha, Zatopiony świat J.G. Ballarda (1962), Stand on Zanzibar Johna Brunnera (1968), Babel 17 Samuela R. Delany’ego (1966), Pan Światła Rogera Zelazny’ego (1967), The Saliva Tree (1965) i Mroczne lata świetlne (1964) Briana W. Aldissa, And Chaos Died Joanny Russ (1970), Bug Jack Barron Normana Spinrada (1969). Ta ostatnia powieść, napisana slangiem, była tak obrazoburcza, że w Wielkiej Brytanii zabroniono jej rozpowszechniania, a wydawca musiał publicznie przepraszać czytelników.

Obok Nowej Fali

Żadna rewolucja nie jest w stanie zburzyć do końca ładu, przeciwko któremu się buntuje, szybko też tworzą się grupy, którym nie odpowiada program żadnej ze stron. No i pozostają autsajderzy, zawsze kroczący pod prąd zmian, mód i stylów.
Lata 60. i początek 70. to prawdziwy wysyp znakomitych autorów, którzy nie należeli do szkółek Campbella i nie identyfikowali się z Nową Falą. Joe Haldeman, George R.R. Martin, Michael Bishop, John Varley, Gardner Dozois, Jerry Pournelle, Joan D. Vinge, Jack Dann, Pamela Sargent, George Zebrowski i wielu, wielu innych.
Część z nich, z racji daty wspólnych spotkań była nazywana Labour Day Group, a wśród jej najważniejszych twórców był George R.R. Martin, który nie ukrywał, że nigdy nie chciał się identyfikować z żadną ze szkół, a pragnął po prostu łączyć to, co było dobre w starej fantastyce z tym, co ciekawego w nowych trendach. I chyba właśnie ten fakt przeważył, że Nowa Fala tak prędko umarła śmiercią naturalną, a iskra buntu szybko się wypaliła. Czytelnik pragnął dobrej opowieści, nie eksperymentów stylistycznych i w rankingach czytelniczych i na listach nagród okazało się, kto jest górą. Lata 70. to czas takich autorów jak Martin, Bishop, Swanwick i inni. Rzadko trafia się za to na nazwisko twórcy z Nowej Fali. Sam Moorcock do dzisiaj jest właścicielem firmy New Worlds, czasem publikuje jakąś antologię, bierze udział w dyskusjach, ale że zawsze szedł pod prąd, to jego dorobek powoli ulega zapomnieniu. Ta antologia przypomni kilka jego osiągnięć redaktorskich i autorskich.
Z tych pisarzy doskonale funkcjonujących obok Nowej Fali trzeba zwrócić uwagę zwłaszcza na George’a R.R. Martina, który odszedł jednak wkrótce od twardej SF i zajął się pisaniem intratnych scenariuszy telewizyjnych oraz fantasy, Johna Varleya, z powodzeniem odświeżającego utarte schematy SF w kilkunastu świetnych opowiadaniach, czy Joan D. Vinge i dwóch Michaelów: Bishopa i Swanwicka. Ale w latach 60. ich czas jeszcze nie nadszedł, do nich należała następna dekada.

Rola autsajderów

Pod prąd szli nie tylko tacy twórcy jak Moorcock. Poza głównymi nurtami fantastyki tworzyło ją w omawianym okresie wielu twórców, i mają pewien wspólny mianownik. Tworząc w getcie, próbowali się zeń wyrwać, wejść do literackich salonów, być wydawanymi przez wielkie wydawnictwa, znaleźć szerszą publiczność.
Oczywiście całe getto, choć samo zamykało się w kółku wzajemnej adoracji, o takim awansie marzyło. Z prostej przyczyny: etykieta SF na książce dawała publikację kieszonkową, za niewielkie pieniądze, a tym samym mały procent autorski. Zapewniała pewną wysokość sprzedaży, ale jednocześnie nie było możliwości podwyższenia nakładu, gdyż zdecydowana większość czytelników nawet nie tknęłaby książek opatrzonych etykietą SF.
Wśród autsajderów byli pisarze stricte fantastyczni, jak Robert A. Heinlein, Ursula K. Le Guin czy Frank Herbert, pisarze wstydzący się pisania SF i marzący o karierze mainstreamowej, jak Philip K. Dick, oraz pisarze głównonurtowi, którzy jednak fantastykę traktowali poważnie i chętnie czerpali z jej rekwizytorni, przy czym od razu mieli świadomość pisania mainstreamu – J.G. Ballard, Kurt Vonnegut.
Heinlein w latach 60. osiągnął apogeum popularności, głównie za sprawą powieści Obcy w obcym kraju (1960), która stała się niezwykle popularna w środowiskach hipisowskich i doczekała się wydań w twardej oprawie i kieszonkowych, i była chyba pierwszą powieścią autora SF, która zyskała szacunek krytyki „poważnej”. Drugą jego popularną powieścią z tego gatunku jest Luna to surowa pani (1966). Heinlein był pisarzem w pełni ukształtowanym, oprócz pomysłu miał też coś do przekazania swoim czytelnikom i potrafił znakomicie dostosować swoje pisarstwo do potrzeb odbiorców. Dlatego pisywał do różnych magazynów, dla młodego pokolenia, był chętnie czytany przez czytelników spoza getta. Potrafił jednocześnie pisać pacyfistycznego Obcego i militarystycznych Żołnierzy kosmosu. Podobną wszechstronność posiadł też Isaac Asimov, który coraz rzadziej pisywał już fantastykę, a poświęcił się propagowaniu nauki, pisząc liczne książki, występując w telewizji i radio.
Ursula K. Le Guin była pierwszą pisarką science fiction, której książka trafiła na listy lektur w amerykańskich szkołach średnich – była to Lewa ręka ciemności (1969). Pisarka doskonale czuła się zarówno w utworach science fiction, na potrzeby których ułożyła własną historię przyszłości, jak i fantasy.
Pierwszy naprawdę komercyjny sukces, wielkie nakłady, wydania w twardych oprawach i spore zaliczki dla pisarza, odniosła Diuna (1963) Franka Herberta, i jej kontynuacje: Mesjasz Diuny i Dzieci Diuny. Powieść w znakomity sposób połączyła tematykę ekologiczną, wątki mesjanistyczne z iście bizantyjskimi intrygami na skalę galaktyczną.
Najlepsze swoje książki napisał w tym czasie Philip K. Dick, dzisiaj jeden z najbardziej cenionych amerykańskich twórców science fiction, zwany nawet Dostojewskim SF. Współcześni go jednak nie doceniali. Dick pisywał jedna za drugą powieści mainstreamowe, ale wydawcy je odrzucali, niektóre przerabiał potem na fantastykę. Pisanie SF było jedynym jego źródłem utrzymania, ogarnięty obsesjami lekoman i narkoman, miewał okresy niesłychanej weny na przemian z czasem, kiedy pisywał straszne chałtury. Zawsze wstydził się pisania science fiction, był w tej pracy bardzo niedbały, ale i tak powstały w latach 60. powieści wybitne. Lubię myśleć, jakie powieści by powstały, gdyby Dick podszedł do science fiction na poważnie. W 1962 opublikował znakomitą książkę o alternatywnym zakończeniu II wojny światowej, Człowieka z Wysokiego Zamku (drugą, równie dobrą powieść opartą na zbliżonym pomyśle napisał nowofalowiec Norman Spinrad, The Iron Dream, 1972), a także Ubika (1969), Trzy stygmaty Palmera Eldritcha (1964), Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? (1968). Jego twórczość okazała się też wyborna do ekranizacji, na podstawie opowiadań i powieści Dicka powstało kilkanaście filmów, z których kilka weszło do kanonu filmowego i odmieniło podejście twórców kina do fantastyki (m.in. „Blade runner” Ridleya Scotta, „Pamięć absolutna” Poula Verhoevena, „Raport mniejszości” Stevena Spielberga).
Dobra fantastyka coraz częściej była ekranizowana – z omawianego okresu szczególnie dwa utwory miały wpływ na kino: Mechaniczna pomarańcza Anthony’ego Burgessa (1962) sfilmowana przez Stanleya Kubricka i opowiadanie „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa z 1966 (film „Charly” w reż. Ralpha Nelsona otrzymał Oskara za tytułową rolę Cliffa Robertsona). A „2001: Odyseja kosmiczna” Kubricka z 1968 (na podstawie opowiadania „The Sentinel” Arthura C. Clarke’a) jest uważana za prawdziwy krok milowy w historii kina.

Pogranicze w ogniu – fantastyka w ofensywie

Lata 60. to czas pierwszych sukcesów fantastów na podwórku głównego nurtu. Wyłomy w murze getta czynią J.G. Ballard (debiutujący u nowofalowców) oraz Kurt Vonnegut, który pierwsze powieści miał stricte fantastyczne, by potem odejść w stronę mainstreamu.
Obaj pisarze byli od samego początku świadomi, że fantastyka nie jest literaturą, którą chcieliby pisać przez całe życie, zdawali sobie sprawę z jej ograniczeń, ale bardzo cenili ten gatunek i wykorzystali jego elementy w swojej twórczości. Mainstream to docenił, ale myślę, że była to też zasługa rewolucji lat sześćdziesiątych. Odmienił się rynek czytelniczy, zwłaszcza jego potrzeby. Kilka dobrych filmów fantastycznych także miało wpływ na recepcję fantastyki. Literatura mainstreamowa dostała lekkiej zadyszki, a wielu twórców głównego nurtu chętnie sięgnęło po rekwizyty do tej pory uważane za SF. Pojawił się realizm magiczny w literaturze Ameryki Łacińskiej. Wielka popularność Tolkiena, Heinleina czy Le Guin na uniwersytetach amerykańskich też zrobiła swoje. Ogólnie koniunktura sprzyjała więc, by z getta mogli wypłynąć pierwsi pisarze. Oczywiście tylko uchylono drzwi, ale była to zapowiedź tego, że fantastyka wróci do kolebki matki literatury.
Wielu innych twórców tworzyło w tym czasie swoje najlepsze utwory, pozostając na uboczu trendów i szkół. Clifford D. Simak regularnie tworzył swoje wspaniałe opowieści umiejscowione w amerykańskich wsiach i miasteczkach (świetne opowiadania i powieści, jak Stacja tranzytowa z 1963 roku). Robert Silverberg pisał natchnione, czasem inspirowane kanonicznymi dziełami utwory (Człowiek w labiryncie z 1969, Czas przemian z 1971, W dół do ziemi z 1970), Fritz Leiber wciąż był w znakomitej formie (wyśmienity Wędrowiec w 1964 roku), a Anne McCaffrey udanie połączyła SF z fantasy w rozpoczętej w 1968 roku serii powieści o smokach z Pern. Podobnie łączył gatunki mistrz stylu – Jack Vance. Tych wszystkich autorów przedstawimy w kolejnych tomach Rakietowych szlaków.

Fantastyka w Polsce – Lem, Lem i jeszcze raz Lem

Polska SF w latach 60. dopiero zaczęła rozwijać skrzydła. Przede wszystkim swoje najważniejsze powieści fantastyczno naukowe napisał Stanisław Lem, rozpoczynając od Edenu (1959), przez Solaris (1961), Pamiętnik znaleziony w wannie (1961), Niezwyciężonego (1964), Głos Pana (1968), do tego doszły znakomite zbiory: Cyberiada (1965) i Opowieści o pilocie Pirxie (1968). Zagwarantowały one Lemowi pozycję najwybitniejszego polskiego pisarza SF, a dzięki przekładom (łącznie na 37 języków) zyskał sławę na całym świecie.
Lem pisywał również do „Młodego Technika”, pisma o przedwojennym rodowodzie, przeznaczonego dla techników i młodych ludzi interesujących się techniką i nauką. Kiedy jednym z redaktorów został tam Zbigniew Przyrowski, postanowił, na wzór amerykańskiej MIT, gdzie istniała już katedra fantastyki naukowej, wprowadzić tę literaturę na łamy, jako element poszerzający wyobraźnię. I tak – trochę niechcący – Przyrowski włożył kij w mrowisko i stał się polskim Campbellem. „MT” początkowo drukował przekłady, potem zaczęli do niego pisać Lem, Andrzej Trepka, Krzysztof Boruń, rozpisano konkurs na opowiadanie, w wyniku czego nadeszło mnóstwo tekstów. Na łamach „Młodego Technika” debiutowali wówczas Janusz A. Zajdel, Andrzej Czechowski, Wiktor Żwikiewicz, a pismo stało się odpowiednikiem amerykańskich pulpowych magazynów, przynajmniej dla fantastów. Co ciekawe, Przyrowski, choć redagował potem antologie oparte na opowiadaniach z „MT” nigdy nie pasjonował się fantastyką. Ale wykonał bardzo pożyteczną robotę.

Fantastyka rosyjska

Nie można pisać o historii science fiction nie wspominając o fantastyce rosyjskiej. Była ona obecna w rosyjskiej literaturze jeszcze przed rewolucją październikową, także w początkach państwa sowieckiego (m.in. Michaił Bułhakow). Jednak dopiero po wojnie zyskała ona przychylność władz komunistycznych, raz przez możność pokazywania społeczeństwa spełnionego komunizmu (co dzisiaj nazwalibyśmy fantastyką totalną), dwa – przez bardzo potrzebną władzy sowieckiej popularyzację techniki. I tak naucznaja fantastika rozkwitła w ZSRR do poziomów niespotykanych w żadnym kraju obozu komunistycznego.
W latach 60. pojawili się tam jednak twórcy, którzy w zakamuflowany, a często bardzo ryzykowny sposób szydzili z władzy. Byli to bracia, Arkadij i Borys Strugaccy z Leningradu, których utwory w latach 60. zdominowały tamtejszy rynek na skalę, jak w Polsce zrobił to Lem. Najważniejsze ich utwory tej dekady to: Poniedziałek zaczyna się w sobotę (1964), Trudno być Bogiem (1964), Drugi najazd Marsjan (1967), Przenicowany świat (1969). A w 1967 roku ukazała się powieść, którą polscy czytelnicy (wszystkich gatunków literackich) wybrali najważniejszą powieścią XX wieku – Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Pisana w latach 1928-1940 dopiero w tamtym roku doczekała się publikacji, w dodatku w wersji bardzo ocenzurowanej. W tej dekadzie debiutowali też Bilenkin, Bułyczow, Gansowski – autorzy, którzy mieli wytyczać drogę rosyjskiej fantastyki przez najbliższe dziesięciolecia.

Wszystko więc wskazywało, że fantastyka okrzepła jako gatunek, przeszła burzliwe przemiany, młodzieńcze bunty i programowe dyskursy, i zaczęła być dostrzegana przez krytykę. Nadchodził najlepszy czas dla fantastyki naukowej.

Wojtek Sedeńko

Komentarze (1)

bardzo fajna fretka:

28 Lut 2017 o 21:04.

Bardzo, BARDZO interesujący post. Przekopuję internet w poszukiwaniu informacji na temat sf i historii jej powstania i nie znalazłam jeszcze tak dobrego źródła jak Pański blog 🙂 .

Zostaw komentarz