Bretonia 2011

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE; WIEŚCI, utworzono: 3 Grudzień 2011

A teraz trochę spóźniona relacja z tegorocznej wyprawy do Bretonii. Jednocześnie relacje pojawiły się na www.travel.solarisnet.pl Obie były wyprawy B (Bretonia i Bawaria) były dla mnie ciężkie logistycznie, i fizycznie (oprócz zwiedzania prowadziłem busa), ale było warto. W tym roku zdjęto przynajmniej z moich barków rozmowy z hotelami, rozdawnictwo kluczy, rozliczanie voucherów, wystawanie w kolejkach po bilety. Dzięki! Zawsze to ulga.

Wyprawa do Bretonii (lub jak niektórzy chcą, Bretanii) miała początkowo wyglądać inaczej. W tym roku grupa globtroterów podzieliła się – jedni wybrali wyprawę do Niemiec, inni do Francji. Plan zwiedzania najdziwniejszej części Francji, bo dwujęzycznej i z wielkimi aspiracjami autonomicznymi, był planem zwiedzania jej szlakami wodnymi. Chciałem wynająć barki i powoli się przemieszczać przez rzeki i sieć kanałów przez ten ciekawy kraj. Okazało się to przedsięwzięciem piekielnie drogim – po podliczeniu wszelkich kosztów, z paliwem i ubezpieczeniem, sprzątaniem barek itd. – koszt od osoby wynosił ca 80 euro za osobodzień. Bez wyżywienia. Słono. Po drugie, taka barka porusza się bardzo wolno, 5-7 km/h, w dodatku co chwilę spowalniają jej bieg liczne śluzy. W tym tempie zobaczylibyśmy Bretonii znacznie mniej, choć na pewno bardziej klimatycznie.

Dlatego padł wybór na busiki – autobus wszedłby stanowczo za drogo. Kierowcami mieli być – Darek (właściciel firmy przewozowej) i ja. Miało mnie zmieniać na trasie kilka osób, zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy pokonać mieliśmy morderczą trasę, ale już zanim dojechałem na miejsce zbiórki w W-wie, okazało się, że zmiennicy nie będą dysponowani. I tak zostałem wyrolowany z części przyjemności. Jeżdżę głównie dla zwiedzania i dla ludzi, więc zacisnąłem zęby i w 21 godzin dojechaliśmy do pierwszego przystanku, Strasburga w Alzacji. 1750 km jednym ciągiem.


Zaraz po zakwaterowaniu pojechaliśmy jeszcze zwiedzić stare miasto. Sam Strasburg sprawił nam wielki zawód – niby europejska stolica, miasto bardzo starożytne, a tu chaos komunikacyjny, rozkopy, budowle, prowizorka. Stara architektura sąsiaduje z blokowiskami bądź ohydnymi budowlami ze szkła i betonu.

Rekompensuje to trochę stare miasto, pięknie usytuowane na Renem i pocięte kanałami. Szachulcowe budynki, stare garbarnie. Niestety i tu trafiają się bloki wepchnięte pomiędzy zabytki. Piękna jest katedra. Symbolem Alzacji są bociany, które na pobliskich łąkach znalazły doskonałe żerowiska.

Wieczorem mieliśmy małą przygodę – oba busiki się rozdzieliły, mój został nazwany Żółty Czub, a Darka Szary Ogon. No i szary miał wrócić wcześniej. Jadąc już do hotelu zobaczyłem nagle we wstecznym lusterku busik Darka i tak zgłupiałem, że skręciłem nie w ten podjazd, co trzeba. Okazało się to wielkim błędem. Darek zresztą wrócił do Strasburga (i po drodze zobaczył nas wracających, więc ruszył w pogoń), bo się zgubił. No i zaczęła się gehenna, powrót na trasę w sieci autostrad był niemożliwy, gps wciąż kierował nas na zamkniętą drogę, zatrzymać się nie można było, gdyż wszędzie zakazy, kiedy system przeliczał, już byliśmy za daleko. Po pół godzinie krążenia bez sensu, wyłączyłem pomocny sprzęt, wjechałem na chama w starówkę i kierując się po „śladach” trafiłem na właściwy podjazd.

Potem zaczęły się nocne Polaków rozmowy. A już rano wyruszyliśmy na zwiedzanie Alzacji.

Dzień rozpoczął się niepomyślnie, nad Strasburgiem rozpętała się burza (i to bynajmniej nie z powodu posłów pewnej partii) i przez pierwszą połowę dnia lało niemiłosiernie. Ale nas to nie przeraziło, twardo realizowaliśmy wcześniej założone plany. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do Wenecji Alzacji, czyli Colmaru. Nasz wysiłek został szczerze nagrodzony – nad Colmarem na czas zwiedzania przestało padać. Miasto powitało nas statuą Wolności na rondzie – bo z Colmaru pochodzi jej twórca. A potem było jeszcze cudowniej – mało turystów, wspaniałe budynki, cała starówka pocięta kanałami, po których pływają gondole. Po prostu cudeńko.


Potem pojechaliśmy w pasmo Wogezów, podziwiać zamek Hochenzollernów – Koenigsbourg. Potężna twierdza jest przepięknie położona, a i wewnątrz nie rozczarowuje. Naprawdę jest co zobaczyć. Kiedy ruszyliśmy na północ Alzacji, w stronę Saverne, pogoda już się poprawiła i przemierzaliśmy kolejne kilometry otoczeni uprawami winorośli.

Przed Saverne wspięliśmy się do Haut du Barr, pięknego zameczku na wysokiej skarpie, zwanego Okiem Alzacji. Wspaniały zabytek, a Solarycho przełamał na nim swój lęk wysokości. Pewna kładka zawieszona nad przepaścią od dzisiaj nosi jego imię. Na zakończenie pojechaliśmy do Saverne, miasta książąt Rohanu, położonego nad kanałem łączącym Ren z Marną. Obejrzeliśmy ładny deptak, katedrę, pałac Rohanów (w jego parku trwały zawody – mogliśmy zobaczyć jak Francuzi lecą sobie w kulki), park różany oraz śluzy na kanale.


Następny dzień został przeznaczony na przelot nad Loarę. Co nie zraziło uczestników do intensywnej konsumpcji w pokojach hotelowych dwóch, najbardziej znanych francuskich specjałów – serów i wina. W sumie serów spożywaliśmy tak dużo, że powinniśmy wydawać już mniej ludzkie odgłosy, a skarpetek mógłbym nie zmieniać przez tydzień – i tak by nikt nie zauważył różnicy.

Wyruszywszy ze Strasburga przecięliśmy Szampanię i Burgundię, dwie wspaniale zagospodarowane krainy. Pojechaliśmy wyłącznie drogami gminnymi, przez doliny, lasy i piękne pagórki. Wokół rozciągały się tysiące hektarów uprawnej ziemi: kukurydza, winorośl i pszenica. Asfalt równiuteńki, mały ruch, malownicze i czyste wioski, pobocza dróg czyste, zadbane, trawa wykoszona, drzewa podcięte, aby nie zasłaniały zakrętów – widać rękę gospodarza. Jest połowa lipca, a żniwa zakończone, pola wyczyszczone.

Bonusowo zwiedziliśmy miasteczko Tonnerre, gdzie wypływa źródło z niezwykle głębokiej studni pod skałą. W średniowieczu uważano ją za wrota do piekieł. Współcześnie płetwonurkowie próbowali zbadać głębokość studni, doszli do 360 metrów i zrezygnowali. Trzech zginęło i władze na czas nieokreślony wycofały pozwolenia na eksplorację.

Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się w słynnej stolicy burgundzkich win – Chablis. Tu, zamiast testowania win w licznych wintubach, udaliśmy się od razu do spółdzielni skupującej wina z okolic i zaopatrzyliśmy się w co trzeba. Czyli wiedzę o produkcji wina, gdybyście nie wiedzieli. Tego jeszcze dnia wylądowaliśmy w Tours nad Loarą, które miało być naszą bazą wypadową przez trzy dni.


Pierwszy dzień nad Loarą, po nocnych Polaków rozmowach spędzonych nad trzema kilogramami serów zapijanych sokiem owocowym, rozpoczął się od ulewy. Nie zraziliśmy się, wyruszyliśmy na zwiedzanie najbardziej znanych zamków nad Loarą – po to, by kolejny dzień przeznaczyć na mniej znane obiekty.

Na początek Chenonceaux nad rzeką Cher, dopływem Loary. Cudo, a jeszcze piękniejsze ogrody, w tym ogród warzywny, gdzie ogrodzenie z poziomo rosnących jabłoni, wysokich na pół metra i obsypanych owocami, po prostu powaliło mnie na kolana. Same wnętrza, czy jak by powiedziała Bożenka – insajdy – trochę rozczarowujące. Największe rozczarowanie miało jednak dopiero nastąpić.

Był nim największy zamek nad Loarą, Chambord, duże rozczarowanie, choć duma Francji. Potężna budowla pośrodku wielkiego trawnika, zero ogrodów, za to tłumy turystów, których kasuje się tu za wszystko. Sam parking kosztował tyle, co wejściówka do piękniejszych zamków. Jesteśmy zniesmaczeni.

Kolejne jest Blois, cudowne miasteczko, zamek z klatką schodową zaprojektowaną przez Leonarda da Vinci, domem Houdiniego z pokazem smoków, schody lepsze niż w Odessie. Miasto bardzo klimatyczne, pokazy szermiercze, teatry uliczne.

A na koniec perła, wspaniały, niezdobyty zamek Amboise, a pod nim cudowne miasteczko. Brzeg Loary jest tu skalisty, wysoki, a na nim postawiono jeszcze twierdzę z donżonami na 10 pięter. Czy ktoś mógłby być taki głupi, by chcieć to zdobywać? Tu zakończył życie Leonardo da Vinci, tu go pochowano.


Powoli mamy przesyt zamków. Dolina Loary z nich słynie, w sumie to ponad 300 obiektów. W większości rezydencje renesansowe, z ogrodami. My staramy się poznać inne oblicze tej doliny. Zamki mniej znane i fakty zapomniane. Na przykład ten rejon kontynentu europejskiego był najgęściej zamieszkałym jeszcze w neolicie. W licznych jaskiniach, których tylko w rejonie Saumur naliczono kilkanaście tysięcy, mieszkali praludzie. Co ciekawe, w późniejszych wiekach, także współcześnie, te jaskinie są nadal wykorzystywane. Wioski troglodytów to miejsca, w których można zwiedzać jaskinie zaadaptowane na domy, mieszkania, piwnice itd. Te skały to materiał miękki, łatwy do obróbki. Cały rejon leży na skałach, wystarczy wbić łopatę, by się do nich dogrzebać. My pojechaliśmy do Duan La Fontaine, gdzie zobaczyliśmy tzw. katedry troglodytów, ciąg potężnych jaskiń, ciągnących się setkami metrów, pięknie oświetlonych.


To był punkt bonusowy, bo ten dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania Loches. I były to najlepiej wydane euro za zwiedzanie obiektu. Małe miasteczko tego ranka przeżywało najazd lokalnych wytwórców serów, mięs, rękodzieła, jako że był dzień targowy. Do słynnego donżonu doszliśmy w kilka minut, oprócz nas nie było żadnych turystów. Donżon sprawiał imponujące wrażenie (12 pięter), ale zastanawialiśmy się, czy warto wydać kilka eurasów na wejście. Opłaciło się. Bilet zapewnił wejście na donżon, skąd rozpościera się kapitalny widok, w drugiej wieży umiejscowiono liczne atrakcje, modele zamku, wystrój wnętrz. Do tego obszerne lochy, piękny ogród warzywny, w którym pojedliśmy jeżyn. A na koniec bilet gwarantował zwiedzenie kwater królewskich, w tym sali, gdzie Joanna d’Arc spotkała po zdobyciu Orleanu Karola VII. Znakomicie zachowane wnętrza. Cała dolina Loary związana jest z Joanną, następnym punktem, jaki odwiedziliśmy była twierdza Chinon, gdzie Joanna rozpoznała w tłumie dworzan delfina i tym samym przypieczętowała swój los. Niestety Chinon bardzo rozczarowuje, chociaż widok z twierdzy jest piękny.


Kolejnym obiektem tego dnia, kiedy już byliśmy znudzeni zamkami, jest opactwo Fontevraund, potężne założenie, gdzie w katedrze przechowywane są szczątki rodu Plantagenetów, w tym Elżbiety Akwitańskiej i Ryszarda Lwie Serce, który został zabity w Chinon. Przepiękne krużganki, wspaniała kuchnia i ogrody. W drodze do wioski troglodytów zatrzymaliśmy się jeszcze w Saumur (potężna i bardzo charakterystyczna twierdza nad Loarą). Wróciliśmy późno, a następnego dnia mieliśmy przemieścić się do Bretonii.

Ponieważ odległość nie jest wielka, to mamy czas na zwiedzanie. Z samego rana podjeżdżamy do Langeais, gdzie stoi zamek, z wnętrzami nieruszonymi od czasów średniowiecza. I wreszcie wspaniałe zwieńczenie zwiedzania doliny Loary – Angers, siedziba rodu Andegawenów. Potężne zamczycho nad Loarą, w miejscu zamieszkałym jeszcze w neolicie, potem twierdza i obóz rzymski, w końcu gniazdo rodu d’Anjou (Andegawenów). Wieże zamku miały kiedyś 60 metrów, czyli 20 pięter, aż trudno sobie wyobrazić łuczników, którzy z tej wysokości mogli celnie trafiać wroga. Wewnątrz wystawa arrasów przedstawiających apokalipsę. Było ich znacznie więcej, zachowało się ok. 150 metrów przedstawienia. Po zamku zwiedziliśmy jeszcze katedrę św. Maurycego. Angers to miasto związane z polskim rządem emigracyjnym, tu miał swoją siedzibę do czasu kapitulacji Francji w 1940 roku.


Kościoły we Francji wyglądają wspaniale, w Polsce ze świecą szukać podobnych budowli, mają jednak jeden feler – brak wiernych i duchownych. Czasem odprawia się tam msze, ale sprawiają one wrażenie misteriów odwalanych na potrzeby turystów. Sytuacja ta zmieni się dopiero w Bretanii, do której wyruszamy prosto z Angers.

Pierwszy przystanek to Vitry, cudowne miasteczko, takie małe Carcassonne, gdzie mnóstwo budynków jakby żywcem wziętych ze średniowiecza. Doskonale spędzone dwie godziny. Tu już mnóstwo oznak odrębności Bretonii – wszędzie czarno-białe flagi, pamiątki w babami w czepkach. Domy szachulcowe, przekrzywione i pochylone ze starości, stykają się dachami nad wąskimi uliczkami.


A potem pozostaje przejazd do Rennes, stolicy regionu, które będzie naszą bazą wypadową przez najbliższe cztery dni. Wieczorem jeszcze huczne urodziny Piotra Kosieradzkiego.

Bretonia to półwysep Francji głęboko wcinający się w wody Atlantyku, wszędzie do oceanu jest bardzo blisko, więc i klimat tu raczej angielski. My, na szczęście, właśnie tutaj mamy słońce, choć spodziewaliśmy się go raczej nad Loarą. W zachodniej części napisy na tablicach dwujęzyczne, poza francuskim także w języku bretońskim, który jest odmianą celtyckiego. Ten kraj był niepodległy aż do XVII wieku i bardzo dumny ze swej niezależności. Przeciwstawiał się Napoleonowi, to tutaj wybuchło krwawo stłumione powstanie szuanów. To stąd pochodzą opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu i Pani z Jeziora, to po tutejszych lasach przechadzał się Merlin. Bretonia to wreszcie kraj licznych megalitycznych zabytków, przy których Stonehenge to tylko sterta kamieni.

Wstaliśmy wcześnie, aby jak najszybciej dotrzeć do symbolu francuskiej tożsamości, benedyktyńskiego klasztoru St.Michel, na wyspie na pograniczu bretońsko-normandzkim. Klasztor bronił się długo przed Anglikami w czasie wojny stuletniej, odpierając wiele szturmów, tak jak kiedyś Jasna Góra.

Klasztor jest też jednym z najbardziej znanych zabytków Francji, chcieliśmy więc trafić doń przed tłumami turystów. Udało się. Klasztor, kościół i wszelkie atrakcje architektoniczne (budowla jest jedyną tego rodzaju na świecie – same budynki są jednocześnie przyporami pod wyższe kondygnacje) zwiedziliśmy dwa razy, a nawet trzy, bo wróciliśmy po śladach na najwyższy poziom tarasów, aby obserwować przypływ.


Potem pojechaliśmy do obronnego miasta Fougeres, które rozsławił Victor Hugo. Miał za żonę Bretonkę, ale nie lubił tego narodu, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Fortyfikacje są imponujące, samo miasteczko klimatyczne – można w nich kręcić filmy kostiumowe bez przygotowań. Piękne ogrody, kościoły.

Po wczorajszym spisie udaliśmy się jeszcze do centrum Rennes, obejrzeć pozostałości starówki (kiedyś to piękne, drewniane miasto, spalił pijany cieśla – z zabudowy ocalały pojedyncze budynki). Oprócz tego katedra, parlament bretoński, deptak.

Dzisiaj postawiliśmy na megality. Ruszyliśmy na południe Bretonii, w stronę Carnac. Po drodze zboczyliśmy do urokliwego Josselin, gdzie stoi nad rzeką piękny zamek. Dzień targowy, więc znowu mieliśmy okazję oglądać lokalnych wytwórców serów, warzyw, owoców, rękodzieła. Niektórzy rzucili się na pachnącą paellę.


Pogoda znakomita, w całej Francji leje, w Polsce nawałnice, a w deszczowej zwykle Bretanii świeci słońce. Coraz częściej widzimy już napisy w dwóch językach. Carnac to inaczej Karnag (nie mylić z karniakiem), miasteczko będące centrum wypadowym dla miłośników megalitycznych budowli, których w tym zakątku kontynentu jest po prostu mnóstwo. W samym Carnac na jednym polu, w równych rzędach blisko 3 tysiące menhirów. Zwiedzamy jeszcze kilka dolmenów.

Potem kilka chwil na odpoczynek na półwyspie Quiboron. Zimny Atlantyk wcale nas nie zraża. Kąpiel jest cudowna, a grupę śmiałków obserwują pozostali, ubrani w kurtki, bo choć jest słońce, to wiatr bardzo porywisty. Zimna woda ma moc przemieniania. Cohones w ziarnka fasoli.


Po kąpieli udajemy się do Vannes, stolicy małego, uzdrowiskowego regionu. Podziwiamy piękne parki, marinę oraz kamieniczki. Jutro wyprawa na północ Bretonii. To ostatni dzień zwiedzania tej pięknej krainy – plan jest więc prosty, 4 atrakcje, 250 km do przebycia, aby odpocząć przed powrotem.

Okazało się jednak, że wszystkie zaplanowane atrakcje były bardzo absorbujące. Zaczęliśmy od wczesnego wyjazdu, jeszcze przed ósmą, do zamku Combourg. Na autostradzie nikogo, jest niedziela, turyści ruszą się dopiero około 11. Combourg wita nas śpiące, fotografujemy się przy zamku i ruszamy w stronę St. Malo, ale Małgosia Luckner zauważa, że po drodze będziemy mijali największy menhir w Bretanii, więc odnajdujemy go, fotografujemy i ruszamy do stolicy piratów.


St. Malo było największym portem żaglowym Francji, tu stacjonowały statki korsarskie łupiące brytyjskie konwoje. Miasto jest cudowne, położone nad wielką zatoką, otoczone potężnymi fortyfikacjami, na każdej wyspie w pobliżu widać dodatkowe forty. W porcie stoją stare żaglowce, okręty wojenne i nowoczesne katamarany. Miasto jest dumne ze swojej korsarskiej historii. Widać to na każdym kroku. Wyjeżdżamy naprawdę zachwyceni.


Kolejnym przystankiem są słynne bretońskie klify. Wybór pada na wybrzeże koło fortu Latte. Przejeżdżamy przez głęboką prowincję, piękne rezydencje, wrzosowiska. Klify witają nas psującą się pogodą (liczyliśmy na powtórzenie kąpieli w Atlantyku) i wspaniałymi widokami. Ścieżki otoczone płotami i roślinnością powstrzymującą erozję, nie pozwalają zejść do morza. Wreszcie trafiamy na skalną ostrogę, gdzie urządzamy piknik: w ruch idą korkociągi, na stół sery i inne francuskie specjały. Bryza przynosi wodny miał, jesteśmy mokrzy, ale po chwili wygląda słońce. Jest super. Garstka ludzi na skalnej ostrodze, wokół przepaść, fale rozbijające się o skały, z jednej strony klif z pięknym zamkiem Latte, z drugiej strony latarnia morska. My i natura. Aż szkoda wracać, ale czeka nas jeszcze jedna znakomita atrakcja – Dinan.


Miasteczko wygląda jak Carcassonne. W stanie nienaruszonym od XV wieku. Położone nad głębokim kanionem rzeki. Mnóstwo zabytków, bretońskich grajków, starych kamienic, życzliwych ludzi, naleśnikarni i tego – odczuwalnego tylko w Bretonii – poczucia odrębności. Jesteśmy we Francji, a jakby poza nią. Niby słyszy się francuski, ale obok pobrzmiewa śpiewny celtycki, muzyka jak z Walii… Jest duch… A marina nad rzeką wprost cudowna.


Powrót został zaplanowany na dwa dni, do pokonania 2500 km. Nocleg zaplanowałem w górach Harzu, w przepięknej miejscowości uzdrowiskowej Bad Grund. Po drodze do Niemiec zaliczyliśmy godzinne zwiedzanie jednej z najpiękniejszych katedr gotyckich w Europie, katedry w Chartres. Widziałem wiele katedr, w tym słynne York Minster czy Kolonię, ale ta zrobiła na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że została wybudowania bardzo szybko, przez co nie zmieniano planów budowli na potrzeby modnych akurat stylów. Jest to katedra jednolita, nigdy nie zniszczona ani złupiona. Po prostu arcydzieło sztuki kamieniarskiej. Potężna, a jednocześnie ażurowa, delikatna konstrukcja. Ona będzie stała jeszcze przez stulecia, a patrząc na katedrę z dołu nachodzi człowieka smutna konstatacja, że wyroby tego wieku pewnie nie przetrwają więcej niż stulecie.


Potem przemieszczaliśmy się autostradami w stronę Niemiec, by dojechać do Harzu. Bad Grund wita nas ciszą, spokojem, i jedną knajpką, gdzie w końcu możemy zjeść coś, co nie przypomina francuskich rogali i dżemu. Wcinamy sznycle, wursty, zapijamy litrami piwa. A wszystko to w cenie kilkukrotnie niższej niż we Francji.

Następny, ostatni dzień wyprawy, zaczynamy od odwiedzenia słynnego Goslaru, górniczego miasteczka (kopalnie srebra), które przez 300 lat było siedzibą cesarzy niemieckich. Miasto ma ponad 1800 domów szachulcowych, większość pozostało w stanie nienaruszonym od XVI wieku. Wszystkie odmalowane, używane, w oknach pełno kwiatów. Wokół życzliwi ludzie. Nic dodać, nic ująć. Na ryneczku grają kuranty, a wszystko jak z obrazka.

A potem już tylko 3-godzinny przelot przez Niemcy, a następnie 10-godzinny (choć to ten sam dystans!) przelot przez słynne polskie autostrady. Czemu muszę się zawsze denerwować, gdy wjadę do ojczystego kraju?

Wojtek Sedeńko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze (2)

Flo:

24 Lip 2015 o 12:52.

Bretania, nie Bretonia. 🙂 Ale Bretończycy, bretońskie, itd. Pozdrawiam!

Wojtek Sedeńko:

24 Lip 2015 o 13:14.

Wszystko się zgadza! Ale ja mam swój prywatny powód do takiego „przekrętu” 🙂

Zostaw komentarz