Bawaria 2011

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE; WIEŚCI, utworzono: 2 Grudzień 2011

Melduję wszystkim globtroterom solarisowym i miłośnikom podróży, dalekich i bliskich, że na stronie www.travel.solarisnet.pl zamieściłem relację z wyprawy do Bawarii, z września tego roku. Ale część zdjęć i relację możecie też przeczytać tutaj.

Bawaria 2011

Z dużym opóźnieniem w stosunku do terminu wyprawy, ale w końcu zamieszczam sprawozdanie. Przepraszam, że tak długo to trwało.

Nasza wyprawa do Bawarii została zaplanowana jako trzy etapowe zwiedzanie największego niemieckiego landu. Po spędzeniu 14 godzin za kółkiem, wylądowaliśmy na północy Bawarii, w słynnym mieście Bamberg, o którym kroniki wspominają jeszcze w X wieku. Miasto kupieckie, bogate, położone na siedmiu, jak Rzym, wzgórzach. Starówka bardzo ładna, katedra zacna, z ołtarzami Wita Stwosza, i znak szczególny Bambergu – ratusz, położony na małej wyspie, połączonej z lądem dwoma pięknymi mostami. No i niewątpliwą atrakcją jest wędzone piwo, według klasztornego przepisu – skosztowaliśmy go w firmowej kamienicy. Kilka gatunków, w tym pszeniczne, dunkel i lager, a wszystkie z łatwym do wychwycenia posmakiem wędzenia, dymu. Oczywiście obkupiliśmy się natychmiast, bo rzecz bardzo oryginalna. Ale już po jednym kufelku ma się dość.

Następnie udaliśmy się do naszej bazy wypadowej na dwa dni, czyli Erlangen. Okazało się być miastem uniwersyteckim, pełnym młodych ludzi zapełniających ładny i bardzo długi deptak. Duża i pozytywna niespodzianka, w dodatku trwały jakieś imprezy studenckie, sporo było koncertów, więc ci z nas, co mieli jeszcze siły na przebieżki pieszo, lądowali wieczorami na deptaku.


W drugi dzień rozkoszowaliśmy się średniowieczną Bawarią. Niech nie wydaje się wam to dziwne – w Rothenburgu nad rzeką Tauber, czas zatrzymał się w XVI wieku. Miasto otoczone murami z licznymi basztami, barbakanami, bastejami, i zachowaną szachulcową architekturą urzeka miliony turystów. I rzeczywiście jest ich tu mnóstwo, ale my, starzy globtroterzy, przybyliśmy do miasta, zanim pojawiły się dziesiątki zorganizowanej stonki turystycznej, a wyjechaliśmy, nim zaczęła być dokuczliwa i przesłaniająca wszelkie budowle. Obeszliśmy blanki, zwiedziliśmy basteje, ratusz z wysoką wieżą, klasztor. Podziwialiśmy liczne kamienice. Było czym oko ucieszyć. Zjadłem też pierwszego schneeballa, cukierniczy rarytas Bawarii. Smakuje jak stary faworek rzucony za szafę i odnaleziony po roku. Fotografujemy się też pod paroma starymi gruchotami, zwanymi kiedyś automobilami.


Trzeci dzień to przenosiny na południe Bawarii, pod samą granicę austriacką i wysokie góry. Ale aby tam dojechać, postanowiliśmy co nieco pozwiedzać. I padło na dwa zamki wielkich rodów niemieckich, leżące w paśmie jurajskich Alp Szwabskich, administracyjnie w Badenii – Wirtembergii.

Pierwszy był zamek rodowy książąt Liechtensteinu, pod tą samą nazwą, wciąż w rękach książęcych. Zamek zawieszony na skalnej iglicy i wręcz bajkowy. Do tego park i wspaniałe widoki. Cudo. Jakże odmienna okazała się siedziba Hohenzollernów w Sigmaringen – potężna, dająca znać wszem i wobec, że z tym rodem lepiej nie zaczynać. Miasto i twierdza położone są nad Dunajem, który tego dnia sforsowaliśmy w trójkę, Krzysiek, Paweł i ja, brodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Dunaj też…



A potem był już przelot do Nesselwangu, gdzie czekał na nas przytulny pensjonat Alpejska Róża, a w miasteczku jedyna gospoda, za to z własnym piwem. Pycha. Beata zamówiła próbkę piw, w nagrodę dostała ankietę do wypełnienia na temat smaku, przejrzystości i takich tam.


Jedną z piękniejszych konstrukcji, jakie stworzył człowiek, jest sterowiec. Sterowce Zeppelina to było prawdziwie natchnione arcydzieło. Latały przez ocean z prędkością 100-150 km na godzinę, przewożąc pasażerów w komfortowych warunkach. Potrafiły latać na naprawdę wielkie dystanse – najdłuższy lot liczył ponad 11 tysięcy km bez lądowania. Wspaniałą karierę przerwała katastrofa LZ 129 w 1937 roku, prawdziwy cios dla faszystowskiej propagandy.

Kolejny dzień wyprawy rozpoczęliśmy od miasta, gdzie kariera Zeppelinów się zaczęła – Friedrichshafen nad Jeziorem Bodeńskim. Muzeum Techniki Zeppelina nie zapiera może tchu, ale daje wyobrażenie, czym były sterowce. Jak funkcjonowały, jak wyglądały wnętrza, jaką innowacją były sto lat temu. Po muzeum (jezioro spowijała gęsta mgła, rzecz normalna nad ranem nad wielkim zbiornikiem wodnym o tej porze roku) pojechaliśmy na lotnisko Zeppelinów, bo dzisiaj przeżywają one prawdziwy renesans. Trafiliśmy akurat na start lotu pasażerskiego. Przygotowania, obrót, ryk silników i przepiękny start – wspaniałe widowisko.


A drugą połowę dnia spędziliśmy w Lindau, jednym z piękniejszych (obok Bregencji i Konstancji), miast nad Jeziorem Bodeńskim. Położone na wyspie, ze ślicznym portem z charakterystycznym lwem i latarnią. No i z widokiem na jezioro, za którym czają się, wystając z mgły, szczyty szwajcarskich Alp.


Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie perły Bawarii, baśniowego zamku Neuschwanstein i jego okolic. Na miejsce przybyliśmy z rana i po kupieniu biletów do zamku Ludwiczka Szalonego i Hohenschwangau, okazało się, że mam cztery godziny wolnego (zamki widziałem już wcześniej). Wykorzystałem ten czas aktywnie, zgodnie ze swoim planem i samotnie.

Obszedłem cudowne (i niewielkie) jezioro Alpejskie, obfotografowałem zamek Hohenschwangau, kramy, domy i landszafty. Potem poszedłem pod Neuschwanstein, jeszcze raz zrobiłem kilka ujęć do swojego archiwum zamków, zszedłem do wodospadu i wdrapałem się na Marienbrucke, zawieszony na wysokości 80 m nad wodospadem. Wciąż miałem jednak dużo czasu, bo podane w przewodniku dystanse i czas ich pokonania nijak się mają do rzeczywistości. Zostały sporządzone dla beznogich pełzaczy, nie dla zwykłego piechura.

Dlatego zrealizowałem to, co zawsze chciałem zrobić – wszedłem na czerwony szlak na Tackelberg wiszący pionowo nad zamkiem i stamtąd zrobiłem piękne panoramy Schwangau. Niezła górka.


Drugą część dnia zaplanowaliśmy w klasztorze Andechs pod Monachium, najczęściej odwiedzanym klasztorze Niemiec. Kościół w nim jest piękny, ale powodzenie obiektu wzięło się ze znakomitego piwa warzonego przez benedyktynów. Robią 6 gatunków Andechsa, a wszystkie można spożyć lub zakupić na miejscu, w dodatku przekąszając grillowaną golonką. W karczmie mieści się jednorazowo kilkaset osób, a starzy bywalcy mają swoje kufle zamknięte w metalowych skrzynkach zamykanych na kłódkę. Piwo leje się z beczek specjalnymi szlauchami, widok niesamowity.

Musiałem siłą wyciągać uczestników wycieczki z klasztoru, tacy wierzący się nagle zrobili.


Dzień szósty wyprawy zakończył etap zwiedzania obiektów turystycznych, miast, zamków, katedr, muzeów. Teraz już pozostały nam tylko dwa dni wycieczek górskich. W tym celu przenosimy się na ziemię salzburską, bo stąd będzie nam najbliżej w wyższe partie Alp.

Ale po drodze nie możemy sobie odpuścić kilku atrakcji. Zaczynamy od jazdy do Linderhofu, bajkowej siedziby Ludwika Szalonego. Cóż, podobny kicz mógł projektować tylko ktoś szalony. Ale przynajmniej ogrody w Linderhofie są wspaniałe.

Następnie przejechaliśmy się do tutejszego Zakopca, czyli Garmisch-Partenkirchen. Stolica narciarstwa alpejskiego nie ma wiele do zaoferowania, podziwiamy z okien auta słynne landszafty, i lądujemy pod skocznią narciarską. Akurat trwa trening na igielicie, robi to wrażenie. A nasza grupa wchodzi na płytę skoczni i wykonuje telemark w stylu Adama Małysza.


Teraz pozostał nam tylko Salzburg, miasto Mozarta, czekoladek, pięknych kościołów. Spędzamy w nim pół dnia, naprawdę oglądając wszystko, co się da: twierdzę Hohenzollernów, Wzgórze Mnichów, klasztor franciszkanów, katedry, cmentarze, uniwersytet, deptak, dom Mozarta… czy o czymś zapomniałem?

Aaaa, i ogródek piwny, gdzie piwo kosztuje 3,20, ale jak się samemu umyje kufelek, to 2,90. Myją wszyscy…


Parę zdań o pogodzie. Magiczna parasolka Beaty, schowana w naszym busie, zapewnia nam super pogodę. Mamy cały czas słońce, 20-25 stopni, zero chmur. Ale to są góry, pełno tu jezior, które przy takich temperaturach strasznie parują, tworząc rankiem gęste mgły. A my mamy zaplanowany tego dnia rejs po Koenigsee. Gdy rano podjeżdżamy do przystani, widoczność jest zaledwie na 50 m. Z litością patrzę na wycieczkę Japończyków, którzy wyruszają na zakontraktowany planem wycieczki rejs – nie widać gór, ani samego jeziora.
Ja mam inny plan, kupujemy bilety na rejs o 15, potem startujemy w góry, gdzie nie ma mgieł i widoczność jest znakomita.

Podjazd zaczynam od jobów na polskie „przewodniki” turystyczne. Szukaliśmy drogi wjazdowej na Kehlstein, która jest zamknięta dla ruchu kołowego od kilkunastu lat. I nie dziwota, trasę obsługują specjalne busy, a droga jest tak karkołomna, że nie dalibyśmy rady. Sam dojazd do parkingu wymagał niezłych umiejętności, wzniesienia 24-40%, na zjeździe popaliłem trochę hamulce i jechałem z duszą na ramieniu. Ale w końcu zasięgamy języka i trafiamy na miejsce.

Półgodzinna przebieżka serpentynami i jesteśmy w Orlim Gnieździe, domu, który NSDAP podarowała Hitlerowi na urodziny w 38 roku. Dom wisi nad przepaścią, górując nad całą doliną Berchtesgaden. Panorama powala, widok na ponad 100 szczytów. Sama willa jest widoczna z wielu punktów Alp Bawarskich. Od Kehlsteinhaus podchodzimy jeszcze parę metrów, by wdrapać się na sam szczyt. Tu z Zenkiem zapalamy, ja cygaro, on fajkę.


Jak Adolf H. dostawał się na szczyt? Nie wiem, strach pomyśleć, jakiego trudu wymagało samo odśnieżanie trasy. Od parkingu wykuto poziomy tunel (124 metry), a następnie drugi tunel w pionie, na windę prowadzącą prosto do willi (też 124 metry). Winda jest luksusowa, lustra, błyszczący mosiądz, zjeżdżamy nią w drodze powrotnej.

O 15 ruszamy na rejs po Koenigsee – warunki wspaniałe, doskonała widoczność, zero wiatru, łodzie prują cicho wodę dzięki elektrycznym silnikom łodzi, jej szofer pod Ścianą Ech odgrywa (a zdrowo dusi kota) jakieś kawałki na trąbce, a góry odpowiadają pięknym echem. Następnie postój przy kościele św. Bartłomieja, istne cudo, czerwone kopuły, białe ściany, wokół lazur wody, szczyty pokryte drzewami w jesiennych barwach. Nic dodać. Ja jeszcze sprawdzam temperaturę wody – jest naprawdę ciepła, mam ochotę popływać, ale to park narodowy, wszędzie zakazy. Brodzę tylko po kolana, wywołując zgorszenie Niemców.


Na koniec dnia udajemy się do maleńkiego Ramsau. ładny kościółek, a pod i nad nim bardzo stary cmentarz. No i wspaniałe widoki na Alpy. Jedne z ładniejszych w Bawarii.

To nasz ostatni dzień w Alpach i – wyjątkowo – nie spędzamy go w Bawarii, a w przepięknej krainie jezior, Salzkammergut. Zaczynamy od jezior Gosausee. Położone są pod szczytami lodowca Dahlstein, z tak pięknymi widokami, że przedłużamy nasz planowany godzinny spacer do pełnego okrążenia. Nie żałujemy. Pogoda piękna, mało turystów (bo znowu jesteśmy pierwsi).

Następny przystanek to ikona tej krainy – Hallstatt. Istne cudo, osada górnicza zawieszona na skałach nad pięknym jeziorem. Widok kościółka jest znany na całym świecie. Nasz gospodarz z Golling informuje nas, że w każdym domu japońskim znajduje się obrazek Hallstatt na tle ściany Dahlsteinu. Ale zapytany dlaczego, nie odpowiada. Tak samo na pytanie, czy w każdym austriackim domu wisi obrazek Fudżijamy. Faktem jest, że krzykliwych Japończyków spotykamy bardzo dużo. I niewątpliwie jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Mieszkańcy wioski, nie mając miejsca pod domy, a już tym bardziej na cmentarz, po kilku latach wykopywali swoich przodków, oczyszczali kości, czaszki zdobili i podpisywali – teraz te przedziwne ludzkie szczątki można oglądać w Kaplicy Czaszek. Ja bym sobie nie życzył, ale pieniądz jest pieniądz, jak widać. Nawet przewodniki piszą, że mieszkańcy Hallstatt nadal żyją z soli – cóż, na pewno każą sobie słono płacić za wszystko – także parkingi mają najdroższe. trzy euraki za pół godziny.


Jedziemy do Bad Ilsch, to miasto, które upodobał sobie, ze względu na źródła, Franciszek Józef, tu zaręczył się z Sissi, tu wypowiedział wojnę Serbii, zapoczątkowując krwawą pierwszą wojnę światową. Miasto nie robi jednak na nas takiego wrażenia, jak kolejny – i jednocześnie ostatni – punkt programu: St.Wolfgang.

Przepiękny kurort, full wypas, wszystko jak z obrazka. Można by tu mieszkać na stałe. Miasto schodzi łąkami do jeziora, zawiesza się nad nim. St. Wolfgang to miejsce komfortowe, tu przebywają gwiazdy filmowe, rockowe, a także politycy. Blichtr widać już na pierwszy rzut oka.


No i został nam już tylko powrót. Startujemy jeszcze ciemnym świtem, nim słońce wyjrzy zza szczytów, jesteśmy już na granicy austriacko-niemieckiej, w miejscowości Braunau, w której urodził się malarz Adolf Hitler. No i mści się na nas Adolf zza grobu, bo błądzimy trochę, są jakieś nieoznaczone objazdy, trzeba mocno kombinować, by trafić na graniczny most. A potem jeszcze tylko zakupy w Passawie oraz szybka przebieżka przez Czechy. To wszystko w bardzo dobrym czasie. Kłopoty zaczynają się, jak zwykle, po przekroczeniu granicy polskiej. Ale do tego się przyzwyczailiśmy.

Wojtek

 

Komentarze (2)

Andrzej Zimniak:

2 Gru 2011 o 23:55.

Piękne miejsca i ciekawa relacja. Rolą takich artykułów jest głównie zachęcanie do podróży, i tym razem zadanie zostało spełnione – w przyszłym roku zapewne wyruszę na bawarski szlak. Ważnym punktem przelotowym będzie klasztor Andechs, tyle że muszę tam zamówić nocleg, bo jak jechać po sześciu piwach – trzeba wszak spróbować każdego rodzaju. Na marginesie: chyba jeszcze Góry Harz są interesujące i można o nie zahaczyć.

Wojtek Sedeńko:

3 Gru 2011 o 14:01.

To cieszę się, że cię zachęciłem. Góry Szwarcwaldu mają jakieś wygasłe wulkany, a to pewnie cię zainteresuje. W Nadrenii z kolei kapałem się w zdrojach położonych w dawnych kalderach. Znakomite wrażenia. Niemcy, jak mi się wydaje, nie są popularnym w Polsce miejscem wyjazdów turystycznych. My jeżdzimy tam do rodzin, do pracy, lub jesteśmy tylko tranzytem. Tymczasem jest to kraj wspaniałych zabytków.

Zostaw komentarz