Co dzieli (i czy na pewno dzieli) pokolenia?

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: artykuły; WIEŚCI, utworzono: 1 Grudzień 2011

Poczytałem sobie blog Krzyśka Sokołowskiego Lapsuscalami.pl Nie żebym miał za dużo czasu, raczej go nie mam na serfowanie, co może wydać się dziwne, bo sam obsługuję 7 stron w sieci. Ale rzecz dotyczyła spotkania z Lechem Jęczmykiem w W-wie z okazji wydania Rakietowych szlaków i Krzysiek dotknął tam jednej, bardzo ważnej rzeczy – międzypokoleniowej komunikacji wśród fanów fantastyki. Boleje tam Krzysiek nad faktem, że na spotkaniu była grupa zaawansowanych wiekiem i stażem, a reklamując spotkanie nie dotarliśmy do młodego pokolenia czytelników fantastyki, bo takie spotkanie, i taką książkę, trzeba pokazać właśnie im.

Jechałem na spotkanie mając w głowie dwa scenariusze, zależne od tego, jaka przyjdzie publiczność. Jeden – i ten scenariusz miał miejsce – zrobienia spotkania wspominkowego, na luzie, dając możliwość rozmowy na różne tematy, wcale nie wokół antologii, i drugi – w razie gdyby pojawiła się młoda publiczność – zaaranżowania debaty na temat starej, dobrej fantastyki, i dlaczego trzeba ją poznać.

Spotkanie zostało zareklamowane na wszelkich portalach fantastycznych, w prasie lokalnej, na plakatach i na FB. Może to mało, ale przyznam się, że nie mam pomysłu, jak zareklamować spotkanie z nestorem Lechem Jęczmykiem, by zechciało nań przyjść najnowsze pokolenie czytelnicze.  W Paradoksie było sporo ludzi tego dnia, ale my siedzieliśmy w gronie starych wyjadaczy  na dole (w gronie przekonanych, których nie trzeba przekonywać), a na górze była młodzież , ale miała spotkanie gdzieś, zajęta opróżnianiem kufli i swoimi sprawami.

Ten młodszy czytelnik musi chcieć sam przekonać się do przyjścia, a wtedy zostanie przekonany.

Mam cały czas kontakt z młodszymi czytelnikami i nie jest tak, jak napisał Krzysiek, że to oni do nas wyciągają dłoń nad przepaścią pokoleniową. Raczej to my ją wyciągamy, starzy fandomowcy i ludzie w średnim wieku. Korespondujemy z tymi czytelnikami w księgarni, robimy akcje na konwentach (jak ten na Falkonie, dając kupony 20 zł dla każdego, kto zechce nabyć klasykę SF), rozmawiamy, debatujemy. Robię festiwal w Nidzicy, gdzie fantastycznych młodych ludzi jest w bród, a kontakt ze starszymi od siebie mają stały.

Ja mam wrażenie, że młodzi są po prostu trochę nieśmiali w tych kontaktach, choć nie wiem czego się obawiają. Ale pamiętam siebie sprzed lat, powiedzmy, trzydziestu i to uczucie onieśmielenia, gdzie chęć uściśnięcia ręki Jęczmykowi, Zajdlowi, Boruniowi graniczyła z poczuciem paniki, że gdzie ja taki szczyl do tych gwiazd, pisarzy przez P, ludzi, co o fantastyce wiedzą wszystko. Podchodziłem jednak, zadawałem pytania, czytałem wszystko, co napisali, chłonąłem ich słowa, chciałem przez to wiedzieć o fantastyce więcej i więcej, czułem, jak i mój zasób wiedzy rośnie, że stać mnie na coraz ciekawsze pytania. Jak mi było miło, kiedy Oni przy kolejnym powitaniu mówili mi już po imieniu. Pamiętali mnie! To było dla mnie ważne.

I tak być powinno też z młodym pokoleniem. Widzę w nim wiele bardzo ciekawych osób. Oni mają trochę inny punkt widzenia, ale to przecież inne pokolenie, urodzone w innej Polsce. szanuję to. I zazdroszczę tych możliwości. Myślę też, że antologiami Rakietowe szlaki wyciągamy do nich dłoń, tak jak Fabryka Słów, kupując antologie redagowane przez Ashleya. To facet bardzo podobny do mnie, zresztą we naszej wspólnej korespondencji szybko to wyszło. Młodzi czytają dzisiaj innych autorów, ze swego pokolenia i oni są dla nich guru. Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było, ale że ta generacja nie zna klasyki, więc tego nie widzi. To trzeba im pokazać. Więc dobrze, że Fabryka robi te antologie, bo jak się komuś spodoba Ellison, czy Cadigan, to zacznie szperać i sięgnie po moje książki.

Brakuje tu roli edukacyjnej, forum do wymiany poglądów, jaką pełniła kiedyś „Fantastyka”. Dzięki niej wszyscy znali wypowiedzi, eseje, publicystyką Jęczmyka, Oramusa i innych. Potem zostali tego pozbawieni (może i dlatego, że redakcja pozbyła się tak znakomitych publicystów, straciła zaufanie czytelników?). To są, Krzysztofie, nazwiska nieznane młodemu pokoleniu.  Na wspomnianym Falkonie spotkanie z Peterem Wattsem zgromadziło ledwie kilkunastu czytelników, tymczasem prelekcja na temat seksu w średniowieczy wypełniła salę po brzegi, a prelegent był w wieku słuchaczy.

Widać dziś gołym okiem, że czytelnicy identyfikują się z jakimś autorem bądź wydawnictwem. Obserwując raporty sprzedaży w księgarni, mógłbym o tym napisać dysertację. Młodzi kupują np. Fabrykę, tu – uważają – są ich autorzy, tu są książki dla nich, z oprawą przemawiającą do ich wyobraźni. Mija ok. 3-4 lat, a przechodzą do innej oficyny. W większości. A ich miejsca zajmują inni, młodsi. Potem następuje już etap bardzo świadomego wyboru lektur. Obserwując archiwum czyichś zakupów, dość łatwo jestem w stanie stworzyć profil czytelnika. Ale w takiej dysertacji znalazło by się też miejsce dla rzesz ludzi, którzy po pierwszej, młodzieńczej fascynacji w ogóle przestają czytać. Nie tylko fantastykę. Bo rzeczywistość zabija w nich wyobraźnię.

Ale to już jest inna bajka.

Komentarze (30)

vanrad:

1 Gru 2011 o 18:58.

Tak się zastanawiam – o jakim właściwie przedziale wiekowym tu mówimy? O młodzieży, która jak słyszy o Dicku, to ma co najwyżej nieprzyzwoite skojarzenia, czy starszymi jeszcze? Czy to już pokolenie gimnazjum? Sam jestem z rocznika ’85 i do czytania klasyki sf i fantasy nikt mnie nie musi zachęcać. Gdzie więc umownie chociaż wyznaczyć tę granicę międzypokoleniową? Prosta opozycja starzy-młodzi jest raczej niewystarczająca.

Andrzej:

1 Gru 2011 o 21:02.

Wojtku, spotkanie autorskie Petera Wattsa na Falkonie zgromadziło ponad stu słuchaczy. Pod koniec drugiej godziny, gdy salę opuściło już kilka osób było ich 103 (statystyka organizatora). Drugiego dnia konwentu godzinnego wykładu autora wysłuchało natomiast ponad 150 osób. Skąd więc informacja o „kilkunastu czytelnikach”?

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 8:49.

Gratuluję skrupulatności. W moim tekście chodzi jednak o proporcje. Na spotkaniu z wyśmienitym poniekąd Wattsem widać – mam zdjęcia – puchy na sali (bo i sala olbrzymia), a na tym drugim, błahym wydawać by się mogło wykładzie, pełny ful, ludzie siedzieli na schodach i pod katedrą. I jest to potwierdzenie na moją tezę, że młode pokolenie ma inne priorytety. Bawi ich i wciąga coś innego. A my powinniśmy robić wszystko, by swoje horyzonty jeszcze poszerzali.

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 8:58.

To dobre pytanie, ale bez odpowiedzi. Myślę, że chodzi raczej o świadomość. Znam ludzi po 50-ce, którzy zaczytują się Gwiezdnymi Wojnami i reszta SF ich nie interesuje. I ja ich za to nie potępiam.
Ale przykład z Dickiem jest dobry. Chodzi o KONTEKST KULTUROWY. Może to wynik złego nauczania, skupiania się na szczególe i nie dostrzegania, że wszystko co tworzone dziś ma korzenie w przeszłości i to dzisiejsze też będzie kiedyś klasyką (oczywiście, co dobre) dla przyszłości.
Tu brak porozumienia.
Myślę jednak, że ta przepaść zostanie pogrzebana. Od tego jest fandom. Konwenty. Blogi. Fora. Portale. Jestem optymistą.

Mortimer:

2 Gru 2011 o 9:32.

Jestem z rocznika ’76, więc fantastyką zainteresowałem się od połowy lat 80. Wtedy gusta wielbicieli science-fiction kształtowała trudna do zdobycia „Fantastyka”. A jakie nazwiska zajmowały się tym modelowaniem czytelniczej świadomości, to pan Wojtek Sedeńko po części wymienił. To były autorytety, pasjonaci, a nie ludzie z przypadku, którzy tak jak dziś dla kasy, stosując reklamę i marketing i w ten sposób kreując sztucznie zapotrzebowanie, wcisną czytelnikowi wszystko. Co równie ważne, „Fantastyka” nie miała wtedy konkurencji. To tak jak gdyby dzisiaj istniało tylko wydawnictwo Solaris i młody czytelnik musiał czytać „Rakietowe Szlaki”, bo nie byłoby setek kiepskich tytułów zasypujących to co istotne. Wtedy świadomość czytelnicza tych 10-15 latków byłaby kształtowana przez równie dobrych nauczycieli, tak jak świadomość miłośników „Fantastyki” w latach 80. Chociaż może się mylę… Może to nie jest takie proste.

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 9:55.

Dobry i w miarę obiektywny magazyn, jakim była w 80. „Fantastyka” z pewnością by się dzisiaj przydał. Kto zna Jęczmyka i Oramusa ten wie, że nie polecali nigdy książek złych. Choć się przyjaźnimy od lat, to wiem, że Oramus zjedzie mnie jak ostatniego chłystka, jeśli popełnię błąd, wydam słabą książkę, itp. „Fantastyka” nie miała wtedy konkurencji, ale i interesu w tym, żeby polecać coś niewartego uwagi. Zresztą książek było dużo, dużo mniej.
Sytuacja się zmieniła, kiedy „Fantastyka” została kupiona przez wydawcę, który wydawał książki fantastyczne. Tacy ludzie jak Jęczmyk czy Oramus, mający niezależne poglądy, przestali być mile widziani. To znak czasów. Dzisiaj prasa reprezentuje jakiegoś sponsora i włazi mu w szczelinę, ile może.
Ciekaw jestem, co by było, gdyby „Fantastyka” miała większą konkurencję. „Fenix” też był opiniotwórczy, ale szybko został kupiony przez tego samego wydawcę. Dwa koniki w jednym zaprzęgu, choć podgryzajace się w biegu. Tracił na tym czytelnik.

Brak dobrych opinii, ludzi, którym można zaufać.
Sam polecam książki i mam wielkie dylematy, bo jestem też wydawcą. Wybieram do swojej oferty książki, które mi się podobają. Więc polecając je czytelnikom czynię to z absolutnie czystym sumieniem, ale i tak wielu marszczy czoło i syczy: O, poleca swoje. Polecam innych wydawców, widzę dużo fajnej literatury na rynku. Ale bardzo bronię się przed wskazywaniem czyichś błędów, bo w tym kraju zaraz zacznie być to poczytywane jako walka z konkurencją i cios poniżej pasa. Dlatego w „SFinksie” dajemy tylko i wyłącznie pozytywne recenzje.
A i tak przeczytałem już opinię, że jak o czymś nie napisaliśmy w „SFinksie” to znaczy, że to chała i krytyka. I tak źle, i tak niedobrze.

Mortimer:

2 Gru 2011 o 10:30.

„Fantastyka” lat 80. to był fenomen. Ale też i dużo szczęścia w tym, że tyle właściwych osób znalazo się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Ciekawe jak by to było, gdyby w latach 80. oprócz „Fantastyki” było na rynku dziesięć innych magazynów science-fiction i np. pan Parowski w jednym, pan Jęczmyk w innym, pan Oramus w jeszcze innym… itd. I każdy z nich musiał samotnie walczyć z niechętnymi ich gustom fantastycznym rzeszom współpracowników pisma, przegrywając coraz częsciej wojnę o dusze czytelników. Na szczęscie tak się nie stało i wychowani na tym piśmie mogli wejść w lata 90. z niezłym rozeznaniem, czym prawdziwa s-f jest. W drugiej połowie lat 80. miałem 10-14 lat i za sobą doświadczenia czytelnicze w postaci „Księżniczki Marsa”, „Gwiazdy-moje przeznaczenie”, „Aleja potępienia” (teraz przypomniana w RSz, za co po wielokroć dziękuję i nie przeszkadza mi zupełnie, że mam numer „Fatastyki” z tą nowelką), wiele cudownych opowiadań, a co równie ważne, wartościową publicystykę: eseje, recenzje, krytkę! To naprawdę czyni różnicę. Później łatwiej było nam poruszać się w realiach tzw. wolnego rynku lat 90., bo – powtórzę raz jeszcze – gust czytelniczy został wcześniej ukształtowany przez najlepszych specjalistów i nauczycieli. Dziś młody czytelnik, chcący zacząć swoją przygodę z science-fiction, ma gorzej. Setki tytułów i nie wie co wybrać. A jak wybierze, to z dużym prawdopodobieństwem trafi na coś najwyżej przeciętnego.

Andrzej:

2 Gru 2011 o 11:18.

I po raz kolejny, Wojtku, o jakich proporcjach mówisz, skoro AULA II, na której odbyła się prelekcja nt. seksu w średniowieczu jest o ok. 100 miejsc mniejsza od AULI I, gdzie miało miejsce spotkanie z Wattsem. Już nawet pomijając kwestię, że użycie słów „seks” i „przemoc” w jednym zdaniu zawsze zgromadzi nieprzebrane rzesze słuchaczy, niezależnie od właściwego tematu prelekcji.

Z całym szacunkiem, nie neguję Twoich tez dotyczących przepaści pokoleniowej (bo ta była, jest i będzie zawsze), ale w kwestii porównań należałoby trzymać się faktów.

Bombacjusz:

2 Gru 2011 o 15:16.

Właśnie, tylko sie podpisać. Sam jestem z rocznika 73′. Co prawda moje pierwsze spotkanie z fantastyką to był „Kosmodrom” Fiałkowskiego przeczytany na wakacjach 1981. Rozpalił mi pod czaszką płomień, który nie wygasł do dzisiaj. Oczywiście „Fantastyka”, „Młody Technik” (tak tak, publikowali sporo niezłych opowiadań). SF ukazywało się niewiele, ale w bardzo dobrym wyborze, no, pominąwszy serię KAW. Dziś tytułów jest mnóstwo, ale dobrych niewiele. I brak właśnie pisma o takim ciężarze gatunkowym jaki miała stara „Fantastyka” jest bardzo dokuczliwy. Czytelnik zaczynajacy swoją przygodę z literaturą ogólnie a z SF i F szczególnie zdany jest na jakieś empikowskie Topki czy internetowe recki, którymi można sobie najwyżej sławojkę wytapetować. Tym niemniej żyję nadzieję, że dobra książka jakoś się przebije z fandomowską pomocą. Taka rola starszych czytelników: polecać dobre rzeczy młodszym. Może nie tyle narzucać własny gust, co podsuwając różne wartosciowe publikacje pomóc w wyrobieniu własnego. A RSz to świetne narzędzie do takiego zadania.

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 15:36.

I ja się pod tym podpisuję.

Wawrzyniec Podrzucki:

2 Gru 2011 o 16:08.

Szanowny Panie Wojciechu, pisze Pan o tym, że dzisiejsze młode pokolenie jest inne, niż nasze. Jednocześnie wspomina Pan, że na spotkanie z Wattsem przyszło na Falkonie niewiele osób, a na prelekcji o seksie w średniowieczu były tłumy. Otóż ja, jako biolog, osobiście bardzo bym się zaniepokoił, gdyby było odwrotnie. Ten przykład jest właśnie dowodem tego, że NIC się nie zmieniło i młodzież dalej jest taka, jaka była za moich młodych lat. Jestem zatem spokojny o przetrwanie gatunku.

Co do fantastyki natomiast, ja patrzę na to z zewnątrz. Nie jestem członkiem Fandomu, ba! nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje aż do 40 roku życia, kiedy wydałem swoją pierwszą powieść SF. Nie przeszkodziło mi to jednak w pochłanianiu literatury fantastycznej, tej starej, o której Pan pisze. Fandom nie był mi, jako czytelnikowi, do tego w ogóle potrzebny. I jako ktoś, kto patrzy na to wszystko z zewnątrz, chciałbym zwrócić uwagę na coś, z czego Państwo chyba nie bardzo zdajecie sobie sprawę, a mianowicie, że sami pogrążacie tę starą dobrą fantastykę mówieniem o jakimś gettcie i pragnieniu wyrwania się z niego. Przykład z Pana ostatniej polecanki: „I dwie książki Wita Szostaka. Chochoły bardzo mi się podobały i już je polecałem (teraz zdobyły nagrodę Żuławskiego – polską Nebulę), a tu już mamy kolejną powieść Dumanowski, o fikcyjnym bohaterze narodowym i jego wpływie na nasze dzieje. Czytam właśnie i jestem… zachwycony. Książki Szostaka to już nie fantastyka, to pisarz, który z getta się wybił. Byle o nas nie zapomniał.” Zdaje Pan sobie sprawę z tego, jaki to ma wydźwięk i jak może zostać odebrane? W wielkim skrócie: „Fantastyka to g…, liczy się tylko główny nurt”. Jeżeli Wy sami przedkładacie główny nurt nad fantastykę, to czemu się dziwicie, że nikt już starej dobrej SF nie chce czytać? W grudniowej NF Jakub Winiarski pisze w wstępniaku: „Od lat wierzę zresztą, że podział na świat „nasz” i ten mainstreamowy zniknie. Mam go za całkowicie sztuczny.” Ja natomiast, jako wielbiciel SF z prawdziwego zdarzenia od lat wierzę, że ten podział się właśnie utrzyma, bo jego zanik oznaczałby koniec piękniejszego, bo literacko bardziej zróżnicowanego świata. Jeszcze parę lat tego „zacierania granic”, tej waszej na silę forsowanej urawniłowki i zamiast kilku czystych rzek będziemy mieli jeden szary, błotnisty kanał polskiego “majnstrimu”. Pozostanie tylko hipokryzja wspominania starych, dobrych czasów.

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 17:00.

Co do pierwszego akapitu zgadzam się całkowicie. Wszystko wskazuje na to, że nie potrafimy docierać do młodzieży. Wystarczyło by, aby Watts (autor m.in. Wiru i Rozgwiazdy) zatytułował wykład, np. „Wirujący seks rozgwiazdy” i miałby frekwencję stadionową 🙂
Zgadzam się też, że fandom nie jest potrzebny do percepcji fantastyki, bo dopóki opiera się ona na literaturze, to potrzebne są nam tylko książki. Jest pożyteczny jednak do kontaktów z podobnymi sobie. Żaden blog czy forum nie zastąpi rozmowy na żywo.
Ze zdumieniem jednak przeczytałem, że chwaląc znakomite książki Szostaka, po które przecież młodzież nie sięgnie sama, bo nazwisko autora niewiele im powie, okładki jej nie zachęcą (za bardzo art), a myślę też, że mało wyrobiony czytelnik odbije się od nich jak od ściany – wpływam na czyjąś opinię, jakoby SF to g…. Na Croma, jeżeli tak mam być odbierany, to może faktycznie lepiej zaprzestać polecania.
Sprawa getta rozpala całe środowisko od wielu lat. Ja akurat od zawsze stoję z boku tych dyskusji, bo mam je za jałowe. Dla mnie literatura zawsze była jedna. A jedynym podziałem był ten, że jedne książki były złe, a inne dobre. Getto zostało stworzone przez pisarzy SF, nie czytelników, i tak zostało zaryglowane, że wielu doskonałym pisarzom było z niego trudno wyjść. A już w latach 60. wielu chciało z niego wyjść na szersze wody. Po co? Po większe nakłady, nowego czytelnika. Fantastyka mogła funkcjonować jak kryminał, jak romans, jak powieść przygodowa. Ale pisarze i getto doprowadzili do tego, że etykietka SF zamyka drzwi przed szerszym odbiorcą. Który nigdy nie sięgnie po SF mając ją za literaturę o oślizgłych stworach z kosmosu lub jednorękich łuczniczkach przedzierających się w negliżu fantasy przez cierniste krzewy.
A nie brak w fantastyce świetnych książek, których fantaści wcale nie musieliby się wstydzić. Czy Pańska, nota bene bardzo dobra trylogia, nie zainteresowała by miłośników mitologii nordyckiej, biologii? Ale oni widząc etykietę SF mogą po te książki nie sięgnąć.
Nie nawołując do zacierania granic obserwuję to zjawisko od jakiegoś czasu z satysfakcją. Jako samoistny i wcale nie sterowany proces. Zaczęło się od mody na postmodernizm, dzisiaj gatunki bardzo się przenikają. Dzisiaj fantastyki jest wokół nas mnóstwo, w grach, tv, radio, filmach, malarstwie, reklamie. Dzisiaj nie trzeba już dawać filmu SF w późnych godzinach nocnych, żeby nie obruszył się widz spragniony tylko Teatru TV.
Jedynym moim pragnieniem odnośnie fantastyki jest tylko, by procent dzieł dobrych był większy. Bo każdy gatunek ma arcydzieła, sporą grupę książek dobrych i wiele chłamu. A sprawą oczytanego pokolenia – WCALE nie mądrzejszego, ale właśnie bardziej oczytanego, mającego kulturowy kontekst, a to daje właśnie wiek i doświadczenie – pokazywać rzeczy dobre. Bo po pióro najczęściej sięga się w wyniku inspiracji lekturami. I oby te inspiracje pochodziły z najlepszych dzieł.

Wawrzyniec Podrzucki:

2 Gru 2011 o 17:30.

Chyba się nie zrozumieliśmy, mnie nie chodzi o to CZY Pan poleca książki Wita Szostaka, bo może Pan polecać wszystko, co się Panu podoba, tylko w jaki sposób: „Książki Szostaka to już nie fantastyka, to pisarz, który z getta się wybił.”

Jeżeli chcecie podtrzymywać „zacieranie granic” to oczywiście to będziecie robić, ja nie mam na to wpływu. Tylko dosyć nienaturalnie wygląda w tej sytuacji płacz nad brakiem zainteresowania klasycznym SF.

Nie zauważam tego, by czytelnicy wstydzili się czytania SF. Dostaję wiele maili od osób, które czytały moją powieść i mimo tego, że są to ludzie wykształceni, często na studiach doktoranckich, lub już pracownicy naukowi nie wstydzą się tego. Wręcz odwrotnie. Nawet Carl Sagan ani Stephen Hawking nie wstydzili się fantastyki naukowej ani czytać, ani pisać.

Wojtek Sedeńko:

2 Gru 2011 o 23:05.

No właśnie do takich dyskusji potrzebne są rozmowy na żywo, a nie wymiana postów w dłuższych odstępach czasowych. Bo faktycznie się nie rozumiemy.
Trochę zabolało to „wy” (jeśli chcecie); raz, że to moja własna opinia, dwa, stoimy po tej samej stronie barykady. Choć barykada to złe słowo.
Zacieranie granic przysłużyć się ma fantastyce wyjściu z cienia, zrzuceniu otoczki literatury błahej, niszowej, czyli gettowej. I nie chodzi mi o krytykę, ta może sobie wypisywać, co jej tam do głowy wpadnie. Chodzi mi o akceptację fantastyki przez ogół czytelniczy. Aby traktowali ją jak każdą inna literaturę i oceniano ją, czy się komuś podoba, czy nie.
Wtedy też czytanie klasyki SF byłoby tak naturalne, jak czytanie dzisiaj klasyki tzw. mainstreamu. Zresztą, nasze zdanie i opinie nie mają na to wpływu. Ten proces zaczął się dwie dekady temu i jest, jak napisałem, samoistny. Fantastyka nikogo nie dziwi.
I, myślę, nikt się jej już nie wstydzi. Naukowcy nie ukrywają się dziś pod pseudonimami, by nie zaszkodzić swojej opinii na uczelni. To też jest wynik owego zacierania, mieszania się gatunków.
Książki Szostaka to nie fantastyka. Nie tylko dla mnie. Jury Żuławskiego miało kłopot z interpretacją Chochołów, polegający na tym, czy powieść zaliczyć do fantastyki. Twórczość Szostaka wymyka się szufladkowaniu. Ale to chyba dobrze? Pisząc o niej w ten sposób, nie deprecjonuję tych gettowych. Jeżeli Pan to tak odebrał, to szkoda. Nie zrozumieliśmy się.

Wawrzyniec Podrzucki:

3 Gru 2011 o 0:10.

Rozmowy na żywo giną w czterech ścianach, a w sieci jest szansa, że więcej osób będzie mogło się z nią zapoznać.

Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie należę do Fandomu i moje postrzeganie fantastyki różni się dosyć znacznie od tego, w jaki sposób widzi ją Fandom (vide definicja „hard SF”, o której pisałem wielokrotnie – nie spotkałem się z nikim w Fandomie, kto rozumie to pojęcie tak, jak ja, czyli w sposób klasyczny). Pana poglądy na zacieranie granic są podobne, jak innych przedstawicieli Fandomu. Stąd „wy”. Oczywiście mogłem napisać „Fandom”, pewnie byłoby bardziej elegancko, choć bezosobowo.

Co do tego, że naukowcy ukrywali się pod pseudonimami, żeby nie zaszkodzić swojej opinii na uczelni, to jest to chyba specyfika tzw. nauki polskiej, gdzie ktoś, kto ma 5 cytowań na krzyż może mieć tytuł profesora. W innych realiach naukowych nie ma mowy o czymś takim jak wstyd i nie miało to nigdy nic wspólnego z zacieraniem się granic między fantastyką a głównym nurtem. Wspomniany wcześniej Carl Sagan – naukowiec znany i z reputacją – nie napisałby “Kontaktu”, gdyby się wstydził albo obawiał potępienia ze strony kolegów. Jego przyjaciel, relatywistyk i ekspert od czarnych dziur Kip Thorne nie dość, że mu koncepcyjnie w pisaniu tej książki pomógł, to jeszcze się tym później przechwalał. Stephen Hawking nie czuł się w najmniejszym stopniu zbrukany osobistym uczestnictwem w jednym z epizodów Star Trek. Gregory Benford pisał swój cykl o Centrum Galaktyki i inne opowiastki jednocześnie, i bez wyraźnej szkody dla kariery, partycypując w jak najbardziej poważnych przedsięwzięciach naukowych. Podobnie jak Catherine Asaro, Charles Sheffield, Geoffrey A. Landis.

Natomiast co do „deprecjonowania pisarzy gettowych”, to używanie słowa „getto” ich deprecjonuje.

Wojtek Sedeńko:

3 Gru 2011 o 14:18.

Tak, zostawmy to zacieranie granic procesom, na które nie mamy wpływu.
Sytuacja w polskiej nauce jest jaka jest. Wspomniany Szostak, czy Huberath to pseudonimy, chociaż myślę – mam nadzieję – że zaczęli pisać pod innymi nazwiskami nie z powodu ostracyzmów w środowisku zawodowym.
Wspomniani przez Pana pisarze (a można by ich wymienić jeszcze wielu) to całe pokolenie wyrosłe na twardej fantastyce, campbellowskiej, gdzie Science nie jest pustym dźwiękiem. Wychowanej na serialach typu Trek. A dzisiaj fantastykę coraz częściej piszą nie naukowcy lub ludzie wykształceni na uczelniach technicznych. Dzisiaj to domena humanistów. Fantastyka zachodnia zaczyna być sterowana przez wydawców, mnóstwo w niej wykonawców gotowych pisać na zamówienie powiastki, które pijar i marketing wykreują na kolejne „czytelnicze” mody. Stąd wampiroszmiry, nudnawe seriale fantasy, teraz steampunk, chodzą słuchy o kolejnych, tworzonych odgórnie, kierunkach.
Hard SF zeszła do sieci, dobrym i utalentowanym pisarzom, z wiedzą, by pisać SF coraz trudniej wydać coś w papierze. Chociaż, może rola SF jest właśnie taka, by wyznaczyć miejsce literatury na czytnikach, tabletach, a nie półkach?
Chociaż, nie wszystkim naukowcom udawało się przelać swoje idee dobrze na karty powieści. SF wymaga delikatnego wyważenia Science z Fiction. Dobra opowieść, poza pomysłem, musi być jeszcze dobrze podana.

Wawrzyniec Podrzucki:

3 Gru 2011 o 19:24.

Prawdopodobieństwo tego, że szefami osób piszących pod pseudonimem były miernoty naukowe, jest dosyć spore. W naszym kraju jest to dość często spotykane. Natomiast jeżeli przełożony jest naukowcem z prawdziwego zdarzenia, to wie jak bardzo w naukach ścisłych cenna jest wyobraźnia. Dlatego tam, gdzie naukę uprawia się na serio, a nie na niby, osoby piszące fantastykę naukową (zwłaszcza twardą) są traktowane z szacunkiem, lub co najmniej ze zrozumieniem.

Co do zejścia hard SF do sieci, nie widzę w tym niczego złego. Sam rozważam wydanie swojej kolejnej powieści tylko w postaci elektronicznej. Środowisko naukowe posługuje się już od lat prawie wyłącznie formą elektroniczną publikacji. Ja sam właściwie już nie czytam prawie w ogóle na papierze.

Wojtek Sedeńko:

4 Gru 2011 o 11:10.

Podejście do książki elektronicznej prawidłowe. Parę lat temu, kiedy wydano pierwszy porządny czytnik, i kiedy zobaczyłem na własne oczy jego możliwości, struchlałem ze strachu i żalu nad papierową książka, wieszcząc nawet w jakimś kawałku jej bolesną przegraną w starciu z książką pikselową. Tak się pewnie nie stanie przez najbliższe dziesięciolecie, czyli nie będzie tak szybkiej rewolucji jak przejście z czarnej płyty na cd. Pozostawała wtedy nie załatwiona sprawa gaży oraz zabezpieczenia przed kopiowaniem takiej publikacji. Pierwsze powoli jest normowane, agenci zachodni już proponują godziwe warunki na publikację elektroniczną razem z papierową (jeszcze 3 lata temu proponowali straszne procenty), magazyny sieciowe w USA zaczynają płacić za publikację opowiadań, więc idzie ku normalności. W drugiej sprawie chyba zaczyna przeważać rozumowanie, że trzeba zdać się na uczciwość kupujących.
O ile ma to zaczepienie w mentalności mieszkańców wielu krajów zachodnich, u nas będzie trochę trudniejsze. Ale do wykonania. Bo zabezpieczeń żadnych nie da skonstruować w myśl zasady, co kto zakoduje, drugi odkoduje.
Wszystko schodzi do sieci. Gdyby recenzji Oramusa z Głosu Lema nie opublikowano w sieciowej wersji Dziennika, papierowej pewnie nikt by nie przeczytał, i nie wzbudziłaby tylu kontrowersji.

khsokolowski:

5 Gru 2011 o 2:39.

Tutaj odpowiedzi zrobiły się tak długie, że postanowiłem swoją zmieścić „na swoich śmieciach”.

http://lapsuscalami.pl/?p=3557

Na razie jest to reakcja częściowa i raczej jednostronna, czy może półtematyczna? jest o szklance na pół pustej. Proszę się nie urażać, o pół pełnej będzie po Nordconie. I w trochę innym tonie, bardziej koncyliacyjnym.

Aha, Wojtku, DO DIABŁA PRZYŚLIJ MI SFINKSA!!! 🙂 Ludzie już miotają we mnie wyzwiskami Ellisona, niech coś za to mam. Więcej niż jeden egzemplarz… proszę

Poza tym, dzięki za reakcję. Temat wart dyskusji

khsokolowski:

5 Gru 2011 o 4:26.

A propos ebooków przyznaję, Wojtku, że mnie zaskakujesz. Zajrzyj teraz do mojego pierwszego materiału opublikowanego w SFinksie… i może zaczniesz go wreszcie rozpowszechniać w wersji elektronicznej? Obrośniętego reklamami, masz co reklamować 🙂

Ola Skibińska:

5 Gru 2011 o 9:15.

Wychodzi na to, że jestem jedyną tu przedstawicielką „młodszej” części fandomu. Pozwolę wiec sobie stanąć w obronie nas, młodszych.
Odnoszę wrażenie, że „starsi” (nie mówię tylko o ludziach z fandomu) z pokolenia na pokolenie mówią to samo: że młodzież nie ta, że nikt nas nie nauczył, że nie czytamy klasyki… i ta młodzież, będąc już starsza, zaczyna mówić to samo. Błędne koło. A skoro już Sokrates narzekał, to znaczy, że tak naprawdę nic się nie zmienia.
Panowie, a może zamiast roztrząsać nad „sposobami”, po prostu spróbujcie zwyczajnie się do nas odezwać? Nie twierdze, że każdy, bo do tego trzeba dorosnąć, ale wielu z nas chętnie dowiedziałoby się o dobrej książce do przeczytania. (PS. Gdzieś jeszcze można dostać te książki o których Panowie wspominali?).
A tak poza tym: po tym, co nam robią teraz na lekcjach polskiego w szkołach, proszę nie spodziewać się, że słowo „klasyka” spotka się z pozytywnym oddźwiękiem, szczególnie wśród tych młodszych z nas.
A dla przykładu w kwestii spotkań autorskich: byłam ostatnio na konwencie (nie fantastycznym, mangowym), na którym kilku „współczesnych” polskich autorów miało spotkania autorskie i prelekcje. Na prelekcje przyszło tak 3x więcej osób niż na spotkania autorskie.
Może zamiast zastanawiać się, co zrobić, żebyśmy chcieli brać udział w tym, co Wy dla nas macie, pomyślicie, co zrobić, żeby to było i dla nas ciekawe? Po prostu spójrzcie Panowie od drugiej strony.

Wojtek Sedeńko:

5 Gru 2011 o 10:47.

Zaskakuję sam siebie.

Wojtek Sedeńko:

5 Gru 2011 o 10:53.

Witam „młodszą” przedstawicielkę fandomu na rozmowach tetryków. Bardzo jestem za rozmowami z nowymi czytelnikami fantastyki, prowadzę je na każdym konwencie, jaki odwiedzam. Z dobrym skutkiem, bo wymiana informacji i dyskusja jest korzystna dla obu stron. Ale przyznam się, że nie bardzo wiem, gdzie w sieci można na Was trafić i się wypowiedzieć. Chętnie pogawędzę w myśl sugestii, by się odezwać… Jakieś sugestie?

Wojtek Sedeńko:

5 Gru 2011 o 11:05.

No i prawdę napisałeś. Czas sięgnąć po dusze młode (mówię jak diabeł). Do czego to doszło! Stąd ta nostalgia w mych wypowiedziach, kiedy jako młody uganiałem się za autorami. Teraz mówisz, jest na odwrót. Koniec świata.
SFinksa przywiozę ci na Nordcon, szybciej dojdzie. To już Ellisonem w ciebie jadą? Fajnie.

khsokolowski:

5 Gru 2011 o 13:43.

Aha, teraz autor (wydawca, tłumacz) powinien „uganiać się” za czytelnikiem – klientem w końcu, przepraszam za brzydkie słowo. Zrobiłem próbę, wziąłem przekład nie tylko debiutanta, nie tylko steampunkowca, ale jeszcze dla… Fabryki Słów. Gorzej! Wspólnie z Tomkiem Staweckim pobawiliśmy się nieprzełożoną jeszcze książką na… Facebooku. Rezultaty były zdumiewające. Trudno nie podziwiać ciekawości młodych ludzi z pokolenia naszych dzieci 🙁 Jest o tym tu:
http://lapsuscalami.pl/?p=3050 Ostatnio przystopowałem, ale takie zabawy będę kontynuowane.

A w ogóle wbiłeś mi ostrogi w boki i tekst o tym, co się porobiło w szeroko rozumianej fantastyce pojawi się na Lapsusie zaraz po Nordconie. Fajnie, że będziesz.

Ostatni Ellisonem przejechał mnie Jarek Grzędowicz… 🙂

khsokolowski:

5 Gru 2011 o 13:52.

Olu, nie mogę być przedstawicielem młodszej części fandomu, ale mogę być jej rzecznikiem w rozmowach tetryków. Pora, co zauważył Wojtek, przestawić sposób myślenia, czyli stanąć na głowie. Spróbowałem, warto.
Nikt nie ma obowiązku kochać czegoś „bo TAK!”. Jeśli coś chce być kochane, to musi do kochania przekonać. A że jest gotowość, to ja już wiem.

Wojtek Sedeńko:

5 Gru 2011 o 13:54.

No to ciekawe jest. Ja chętnie z „młodzieżą” pogadam, tylko gdzie, kiedy… Kilka razy miałem fajne spotkania na temat książek na Falkonach, była i ciekawość, był odzew w tym, co wzięli potem w księgarni, a na końcu, po jakimś czasie, były podziękowania za ciekawe książki.
Tylko że to takie trochę od d… strony
Marketing zszedł do piwnicy.

khsokolowski:

5 Gru 2011 o 15:22.

O tym, co się stało, że się stało jak się stało będę właśnie pisał za tydzień, po Nordconie, do czwartkowego „upgrade’u” 🙂 Lapsusa. Bo wydaje mi się, że wiem, ale tu to by było długie i może nawet nudne? Na razie, do zobaczonka za dwa dni, Ja jadę już jutro, będę nawet przejeżdżał niedaleko ciebie 🙂

Zostaw komentarz