Krótka historia SF, szkic 1

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: artykuły, utworzono: 6 Październik 2011

Przy okazji antologii Rakietowe szlaki postanowiłem, celem przypomnienia oczytanym i uświadomienia młodszym czytelnikom, co do SF podchodzą jak do jeża i i czegoś zupełnie nowego, krótką historię gatunku. Szkic rozłożony będzie, chronologicznie, na tomy 2-5 (w pierwszym zająłem się wyjaśnianiem powodów, dla których ta seria antologii powstała). Ponieważ tom drugi jest już na rynku od kilku miesięcy, pozwalam sobie zamieścić pierwszy szkic na blogu.

Obejmuje on skrócone dzieje powstania i rozkwitu SF, drugi będzie opisywał lata 50. i 60., kolejny dociągnie dzieje twardej fantastyki do końca wieku, a w ostatnim zajmę się współczesną SF i jej przyszłością. Na zakończenie planuję jeszcze krótki przegląd podgatunków. Te szkice nie mają ambicji bycia akademickimi wywodami – są tylko skróconą, przeglądową próbą pokazania rozwoju bardzo szerokiego zjawiska literackiego. A jeśli ktoś będzie chciał pogłębiać swoją wiedzę w tym temacie, może sięgnąć po naukowe opracowania.

Krótka historia science fiction

Szkic pierwszy

 

Narodziny i Złoty Wiek

Mam wielką ochotę wygłosić w tym szkicu herezję. I to niejedną. Chcę odrzucić szeroką wizję fantastyki jako najstarszego gatunku literackiego, wywodzącego swoje pochodzenie od babilońskiego poematu Gilgamesz. Nie uważam też za fantastykę, jak chciałoby wielu literaturoznawców i krytyków literatury fantastycznej Odysei, Eneidy, czy mitu o Dedalu i Ikarze, który jakoby zawiera pierwsze elementy science fiction. Nie jest nią też, w moim przekonaniu, Prawdziwa historia Lukiana z Samosaty, choć opisuje podróż na Księżyc.

Badacz literacki, jak wspomniałem w „zstępniaku” do I tomu Rakietowych szlaków, musi stosować narzucone metody badawcze. Krytyk musi zaś dokonać rozbioru omawianego utworu na części składowe, odnieść go do kontekstu kulturowego, umiejscowić na mapie literackiej, dociec intencji autora i zinterpretować. Nie raz, nie dwa byłem świadkiem konsternacji pisarza, gdy od krytyka dowiadywał się, o co mu naprawdę chodziło w jego własnym utworze. Cóż, prawdziwa cnota krytyki się nie boi (choć prawdziwy krytyk cnoty też nie), ale klasyfikowanie, szufladkowanie, kategoryzowanie czy dzielenie utworów literackich zawsze prowadziło do sporów, kłótni, nieporozumień. Jakąż długą wojną (toporów wciąż nie zakopano) jest spór o podział generacyjny polskich autorów fantastycznych, dokonany przez Macieja Parowskiego. Jak śmiesznie wyglądał spór Beresia z Sapkowskim: pytany o wątki autobiograficzne w Wiedźmińskiej sadze pisarz odpowiadał twardo, że ich nie ma, a krytyk uparcie twierdził, że są, i basta.

Nie ma jednolitej definicji science fiction, fantasy czy horroru, czyli gatunków stricte fantastycznych, bo nie można zdefiniować, objąć jedną formułą tak obszernej grupy utworów. Ilu krytyków, tyle definicji. Nie ma też zgody – bo nie ma definicji – które utwory zaliczać do fantastyki i kiedy ten gatunek literacki się narodził.

Gdyby się uprzeć, to wszystkie mity, bajki, klechdy, opowieści o herosach i bogach (jak Gilgamesz) to czysta fantasy. Ba, idąc dalej tym tropem można powiedzieć, że SF to także fantasy, bo ta była pierwsza, a z chwilą rozwoju nauki wymieniono miecze na lasery, rumaki na statki kosmiczne, a magów na naukowców. Taką opinię wyraża wielu autorów fantasy, m.in. George R.R. Martin i Andrzej Sapkowski. To nęcąca propozycja, ponieważ obserwatorzy i komentatorzy cywilizacji w ostatnich latach coraz częściej ostrzegają przed nadejściem Nowego Średniowiecza, więc i triumf fantasy czy weird fiction jest w tym kontekście bardziej zrozumiały.

Długi poród

Wydaje mi się, że nie należy zaliczać do SF utworów pisanych w czasach odległych o stulecia od powstania samego pojęcia. Najważniejszym kryterium klasyfikacji – o ile jest komuś potrzebna, bo dla mnie literatura zawsze była jednością – powinien być sam pisarz, jego świadomość, co tworzy i jaki cel mu przyświeca. Czy Dickens pisząc Opowieść wigilijną zaliczyłby ją do fantastyki? Chyba nie. Czy Jonathan Swift opisując niezwykłe przygody Guliwera pisał fantastykę, czy satyrę na stosunki polityczne w Anglii? Czy utopiści, jak Tomasz More, Tomasso Campanella, Francis Bacon czy Cyrano de Bergerac uprawiali fantastykę, czy filozofowali na tematy społeczne i polityczne? Czy Pantagruel i Gargantua Rabelais’go to romanse satyryczne czy fantastyka? Myślę że nie, a podobne rozszerzanie granic gatunku to nadinterpretacja krytyków. Utopie i antyutopie, a także utwory satyryczne powstawały jako odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne, jako protest przeciwko istniejącym stosunkom społecznym, ekonomicznym czy politycznym. Często powstawały też na konkretne zamówienie i były szeroko reklamowane przez stronnictwa opozycyjne wobec władzy, przeciwko której były skierowane. To był osobny gatunek, jeden z elementów składowych literatury.

Podobnie powieść gotycka (pojęcie trochę mylące, bo to literatura XVIII-wieczna, zrodzona z zainteresowania gotykiem). Bardzo wielu krytyków i historyków fantastyki, jak Brian W. Aldiss czy James Gunn wywodzi nowoczesną science fiction od Frankensteina Mary Wollstonecraft Shelley. Powieść gotycka jest w Polsce doskonale znana dzięki serii Fantastyka Groza Wydawnictwa Literackiego, w której ukazały się takie klasyczne utwory jak Zamczysko w Otranto Walpole’a, Vathek Beckforda, Tajemnice zamku Udolpho Radcliffe’a i wiele innych. Historia o stworze powołanym przez Frankensteina za pomocą nauki nie jest jednak czystą science fiction, jak chcieliby wspomniani badacze, to opowieść o tym, że zabawa w Pana Boga może wypaczyć nasze zamiary i zamienić je w klęskę. Tak więc i powieść gotycką należałoby umieścić w osobnym koszyku; to pokrewne z fantastyką utwory, ale nie sci fi. Były po prostu literaturą swoich czasów, pisane, bo taka była moda i zapotrzebowanie.

Podobnie jest z twórczością Julesa Verne’a. Czy ten francuski autor bestsellerów, powieści wydawanych w dużych nakładach, pisał fantastykę czy po prostu opowieści o niezwykłych przygodach? Twórczość Verne’a też jest oznaką czasów. Za jego życia świat i rozwój cywilizacyjny znacznie przyspieszył. Żaglowce wymieniono na parowce, zlikwidowano wiele białych plam na mapie świata, wynaleziono elektryczność, plastyk, fonograf – Verne nie wymyślił na potrzeby swoich książek nowych wynalazków, on tylko „ulepszał” już istniejące (choćby w teorii), dlatego nie uważam go za pisarza science fiction (pomimo napisania takich powieści jak: Podróż do wnętrza Ziemi, Podróż z Ziemi na Księżyc i Wokół Księżyca), ale za pisarza powieści przygodowych, który przygotował grunt pod nadejście ery SF. Czytelnicy dzięki Verne’owi zostali przygotowani na typ opowieści, który miał nadejść na przełomie XIX i XX wieku.

Poprzez twórczość Francuza, a wcześniej powieść gotycką i utopie zbliżyliśmy się do chwili, którą możemy uznać za narodziny SF. Tamte gatunki literackie powstawały z potrzeby czasów, w jakich powstawały. Co ciekawe, wszystkie one, poza pewnymi aspektami utopii, traktowały o indywidualnych ludziach, nie zajmowały się cywilizacją i ludzkością jako całością.

Rozwój nauki rozpoczęty pod koniec XVIII wieku, stale przyspieszający w następnym stuleciu, doprowadził do tego, że pod koniec XIX wieku technika przestała być zabawką bogatych. Nauka stała się powszechna, a w latach 90. tego wieku powoli odchodził do lamusa wizerunek naukowca, który w pojedynkę, w jakimś baraku, dokonuje przełomowego odkrycia. Produkcja taśmowa w fabrykach wypierała manufaktury rzemieślnicze, z technologią miała do czynienia coraz większa grupa robotników, wytwory techniki dostępne dotąd tylko dla bogatych trafiły pod strzechy. Wielkie znaczenie miała też edukacja, wiek XX to koniec analfabetyzmu. Książki i czasopisma stały się powszechne, a dzięki rozwojowi transportu – kolejowego, kołowego, a następnie lotniczego – trafiały do wszystkich. A wynalazek prasy rotacyjnej umożliwił powstanie czasopisma masowego. Drukowane na odpadowym papierze kosztowało 10 centów i na 192 stronach zawierało opowiadania i powieści w odcinkach, które rozpalały wyobraźnię młodych ludzi. Te czasopisma pulpowe były wymysłem amerykańskim, drukowano w nich romansidła, westerny, opowieści detektywistyczne. Pierwszy pulpowy magazyn, Argosy, powstał w 1896 roku, a po nim następne. Ich wydawcy, rzutcy, wykształceni ludzie, wciąż poszukiwali nowych tematów i autorów.

I tak dotarliśmy do punktu narodzin Science Fiction. Fundamenty i ściany już są: lawinowy rozwój nauki i techniki, pobudzający wyobraźnię milionów coraz lepiej wykształconych ludzi. Brakowało tylko kogoś, kto otworzy drzwi do krainy wyobraźni.

Tym kimś był Herbert George Wells (1866 – 1946), pisarz, który poszedł o jeden krok dalej od innych prekursorów fantastyki, ale był to krok w siedmiomilowych butach. Utwory Wellsa eksploatowały pola tematyczne charakterystyczne dla SF: podróż w czasie, inwazja obcych, niewidzialność, apokalipsa, podróż kosmiczna, i choć Wells zaczął je publikować przed powstaniem pojęcia sci fi to dał przykład naśladowcom i pobudził wyobraźnię innych pisarzy. Wkrótce podobnych utworów było tyle, że musiały powstać tematyczne czasopisma i pierwsze próby definicji.

Wells był wyjątkowy. Jego warsztat i pomysły wysoko oceniali krytycy i pisarze, w Anglii drukowany był w poważnych wydawnictwach, a jego umiejętność przewidywania, zaglądania za zasłonę skrywającą przyszłość była wręcz zdumiewająca. Współcześni mu naukowcy i filozofowie, jak Maxwell, Mendelejew, Pasteur, Hertz, Marconi, Roentgen, Darwin, Bell, Edison i wielu innych odmieniali właśnie świat i wpływali na atmosferę intelektualną. Panował powszechny optymizm, a Wells, czerpiąc z tej atmosfery grał jednak pesymistyczną nutę. Już w pierwszej swojej powieści, od której możemy liczyć powstanie nowożytnej science fiction – Wehikuł czasu (1895) przewidział wielkie wojny światowe oraz dekadencję i upadek cywilizacji ludzkiej. W Wojnie światów (1898) dał tak przekonujący opis inwazji Marsjan i wojny kosmicznej, że do dzisiaj pobudza twórców. Dość powiedzieć, że audycja radiowa Orsona Wellesa na podstawie tej powieści była tak sugestywna, iż wywołała panikę mieszkańców przekonanych, że naprawdę doszło do inwazji. Dzisiaj ta audycja, dostępna w Internecie i na dvd jest znakomitym świadectwem tamtych czasów. Wojna światów po raz pierwszy pokazała też wojnę totalną, mającą wkrótce nadejść zmorę, która odmieniła oblicze świata. Inne powieści Wellsa, które kształtowały wyobraźnię czytelników to Niewidzialny człowiek (1897), Gdy śpiący się budzi (1899) i Pierwsi ludzie na Księżycu (1901).

W Ameryce wydawcy magazynów groszowych nie publikowali Wellsa, gdyż jego twórczość wydawana była w książkach i w prestiżowych magazynach typu Cosmopolitan, ale zaczęto drukować powieści H. Ridera Haggarda, Edgara Rice Burroughsa, Hugo Gernsbacka. W takich czasopismach drukowano różne historie, redagowano także rubryki z listami od czytelników. Szybko okazało się, że można zacząć wydawać czasopisma tematyczne, bo odbiorcy wyraźnie dzielą się na zwolenników poszczególnych gatunków. I tak oto, pod naciskiem czytelników powstało w końcu 1926 roku pierwsze czasopismo science fiction – Amazing Stories. Wydawcą był Hugo Gernsback, znany z opowiadań i powieści Ralph 124C 41+. Pierwsze numery zawierały utwory Verne’a, Wellsa, Poe’ego, ale Gernsback nie ustawał w wyszukiwaniu młodych twórców, którzy by pisali utwory pod jego pismo. Tak został odkryty E.E. Smith, a także Philip Nowlan, twórca Bucka Rogersa.

Nadszedł Wielki Kryzys, firmę Gernsbacka także dotknął, wkrótce zostało mu tylko jedno pismo, Wonder Stories. To w nim Gernsback użył po raz pierwszy terminu Science Fiction. I tak to się zaczęło.

Bez alternatywy i/lub – tylko czasopisma

Od samego początku science fiction sama, a po trosze dzięki Gernsbackowi spychała się do kąta, tworząc getto. Redaktor chciał kontrolować autorów i to, co piszą. Literatura SF powstała w czasopismach i nie wyglądało na to, że z nich wyjdzie na literackie salony. Do połowy lat 40. SF nie ukazywała się w wydawnictwach książkowych. Poza Burroghsem (dzięki powieściom o Tarzanie) i Merrittem, a także filozofem Olafem Stapledonem (First and Last Men, 1930) czy głównonurtowym pisarzem, Aldousem Huxleyem (Nowy, wspaniały świat, 1932) wszystkie utwory powstawały dla czasopism. Magazyny drukowały mnóstwo listów od czytelników, wraz z adresami zwrotnymi, czytelnicy zaczęli ze sobą korespondować, zakładać kluby, tworzyć fanziny, organizować konwenty. Tak narodził się fandom, niespotykana dotąd wspólnota czytelnicza, która szybko stała się wylęgarnią pisarzy – bo któż wie lepiej, co chce czytać odbiorca, jeśli nie czytelnik? A sprawą redaktorów było zrobić z tych amatorów pisarzy. No i drzwi getta zatrzasnęły się. Teraz science fiction musiała okrzepnąć, wydać świetnych pisarzy, by dostrzeżono ją na zewnątrz.

Monopol redaktorów

Jak się rzekło, tymi, którzy kształtowali SF w pierwszych latach byli redaktorzy czasopism groszowych. Sukces Gernsbacka zachęcił innych. Amazing Stories po kryzysie poprowadził O’Conor Sloane, Farnsworth Wright założył w 1923 Weird Tales – początkowo drukowało opowieści grozy, ale w latach 30. wpuściło na łamy SF. Sam Gernsback bardzo przestrzegał, by utwory w jego czasopismach miały odpowiednią, naukową formę. Z kolei Astounding Stories (redaktor Harry Bates) potrzebował opowiadań przygodowych i płacił cztery razy więcej (co było zresztą przyczyną upadku pisma), czyli dwa centy za słowo.

Opowiadań spływało mnóstwo. Redaktorzy słynęli z ostrych kryteriów, wprowadzali własne, czasem dziwaczne nakazy. Na przykład pierwsza strona tekstu miała zawierać tytuł, nazwisko autora i trzy wersy tekstu. Jeśli te trzy wersy zainteresowały redaktora, wówczas czytał dalej. W innym przypadku maszynopis lądował w koszu.

Gernsback bardzo szybko oddał prowadzenie swojego Wonder Stories w ręce redaktorów wywodzących się z fandomu. Zaczęli oni wyławiać z ruchu miłośników fantastyki interesujących pisarzy. Znaleźli wkrótce Johna W. Campbella, który oprócz publikacji opowiadań awansował na redaktora Astounding Stories (1937) i stał się szybko synonimem nowego redaktora, adiustującego nadsyłane teksty, dyskutującego z pisarzami, tworzącego wrażenie artystycznej atmosfery. Hugo Gernsback powoli usuwał się w cień, chociaż jego imię nosi dzisiaj najważniejsza nagroda świata fantastyki – Hugo Award.

Astounding pod wodzą Campbella cały czas ewoluowało, zmieniało nazwy, ostatecznie pozostało przy nazwie Analog. I pojawiało się coraz więcej konkurentów, jak Galaxy (redaktor H.L. Gold), czy istniejący do dzisiaj The Magazine of Fantasy and Science Fiction (Anthony Boucher i J. Francis McComas) – mamy nawet polską edycję.

Złoty Wiek

Bardzo często myśląc o starej fantastyce, tej klasycznej, dobrej science fiction, mamy na myśli przygodę, dowcip, lekkość stylu, zaskakujące zakończenie. Myślimy wtedy: „nikt tak już nie pisze”. Czy faktycznie tak było? Czy może młodzieńcze zakończenie przyćmiewa nasz krytycyzm? Wydaje się, że i jedno, i drugie. Niewątpliwie autorzy z tego pionierskiego okresu posiedli nieco zapomnianą dziś sztukę: umiejętność przemycenia ciekawego pomysłu, ambitnych treści za pomocą interesującej akcji i przygody. Właśnie za to pamiętamy te opowiadania, często zostają nam w pamięci niektóre sceny, a nie pamiętamy tytułu czy autora. Jak w przypadku zamieszczonego w tym tomie opowiadania Barringtona Bayleya, z obrazem tonącego w kosmosie żaglowca.

Zabawne jest też to, że sami pisarze wzdychają dzisiaj do tamtych czasów, kiedy mogli trochę pobawić się formą. Campbelowska wizja science fiction polegała z grubsza na tym, by dotychczasowy naukowy pomysł ubierany w przygodową historię zyskał psychologiczną głębię postaci, socjologiczne tło, a sam pomysł był polemiczny. W ten sposób Campbell powoli rugował z fantastyki tandeciarstwo, kosmiczne westerny, głupawe space opery, będące znakiem firmowym czasów Gernsbacka.

Opowiadania, które w latach 30. przeszłyby bez problemu redaktorską ocenę, teraz nie miały szans. Poziom artystyczny SF systematycznie się podnosił.

Fantastyka naukowa – jej twórcy, wydawcy i czytelnicy stworzyli własny świat, doskonale się czuli wewnątrz getta. Wciąż debiutowali nowi pisarze i choć obowiązywał model literacki redaktorów, a przede wszystkim Campbella, to okres pomiędzy 1938 a 1950 rokiem nazwano Złotym Wiekiem SF.

Rozwinęła się też tematyka utworów, na co niemały wpływ miała II wojna światowa i rozwój technologii, jak radar, napęd rakietowy i odrzutowy, bomba atomowa, i okres zimnowojenny, który wszystkim uzmysłowił, jak łatwo jest zniszczyć ludzką cywilizację. Asimov napisał, że ludzie żyją w świecie science fiction – to, co opisywała fantastyka stawało się rzeczywistością. W opowiadaniu „Solution Unsatisfactory” z 1941 roku Heinlein opisał bombę atomową, na trzy lata przed sukcesem tajnego Projektu Manhattan. Fantastyka po II wojnie światowej przestała być grzeczna i optymistyczna, choć wojna się skończyła to rozwój sytuacji wcale nie nastrajał do optymizmu.

Okres lat 30. i 40. to debiuty tak znakomitych autorów jak Cyril M. Kornbluth, Stanley Weinbaum czy Henry Kuttner. Ta trójka pisała głównie opowiadania, a łączy ich to, że ich wspaniale rozwijające się kariery przerwała przedwczesna śmierć. Kuttner, wraz ze swoją żoną Catherine L. Moore stworzyli mnóstwo genialnych opowieści, a w czasie wojny wręcz zdominowali czasopisma – wielu pisarzy służyło w wojsku, a ta dwójka pisząc pod licznymi pseudonimami stwarzała wrażenie, że autorów jest więcej. Takie opowiadania jak „Tubylerczykom spełły fajle”, „Profesor wchodzi na scenę” czy „Shambleau” to prawdziwe ikony sci fi.

Na gigantów wyrastali Robert A. Heinlein czy Isaac Asimov. Pierwszy stworzył jedną z pierwszych Historii Przyszłości (pionierem był H.G. Wells w Historii Świata), a poprzez swoje książki młodzieżowe miał wielki wpływ na popularyzację fantastyki. Z kolei Asimov, twórca słynnego cyklu Fundacja, na który składa się kilka wewnętrznych cykli powieściowych i opowiadań, szybko poświęcił się pisaniu książek popularnonaukowych z różnych dziedzin, był częstym gościem stacji TV i radiowych, wręcz nazywano go dobrem narodowym Ameryki.

Swoje trzy grosze dołożył C.S. Lewis Perelandrą oraz tacy pisarze, jak William Tenn, Alfred E. Van Vogt, Jack Williamson. Opublikowana w 1949 powieść George’a Orwella Rok 1984 była wstrząsającym oskarżeniem totalitaryzmu i zniewolenia jednostki ludzkiej. Opisywana przez Orwella przyszłość była absolutnie przygnębiająca i przez wiele lat zabroniona we wszystkich krajach komunistycznych, choć sam Orwell należał do partii komunistycznej. Ci wszyscy pisarze mieli przemożny wpływ na fantastykę, która miała nadejść w latach 50. A to właśnie w tym dziesięcioleciu debiutowali najważniejsi twórcy gatunku.

Nadejście tytanów

Jeśli lata 1938-1950 można nazwać Złotym Wiekiem SF, to lata 50. i początek 60. były wiekiem brylantowym. To wtedy pisarskie talenty pisarzy poprzedniej dekady osiągnęły wyżyny, a wspomogły ich wspaniałe debiuty. W dodatku od końca lat 40. wydawcy zaczęli się interesować wydawaniem fantastyki. Początkowo nie były to poważne oficyny, a niewielkie wydawnictwa zakładane przez fanów, a książki drukowane były na podłym papierze. Najpierw były to antologie, czerpiące pełnymi garściami z opowiadań opublikowanych już w prasie. Najbardziej znane, kultowe już za oceanem, prawdziwe białe kruki to Adventures in Time and Space pod red. Raymonda J. Healy’ego i J. Francisa McComasa z 1946 roku oraz The Best of Science Fiction Graffa Conklina. Potem zaczęto wydawać powieści znane dotąd z odcinków w czasopismach (w tym słynna Fundacja Asimova), wreszcie sięgnięto po nowe powieści.

Fantastyką zainteresowały się poważne wydawnictwa: Random House, Ballantine, Doubleday, Ace Books. Wydania były kieszonkowe, cena nie przekraczała 50 centów (co miało tym samym wpływ na honoraria autorów), z charakterystycznymi okładkami, które jasno mówiły, że mamy do czynienia z SF – były to zwykle szmirowate rakiety, wrzeszczące blondyny ścigane przez mackowate stwory itp. Te tanie książki i możliwość debiutu książkowego powoli przełamywały monopol czasopism. W wydawnictwach o publikacji nie decydowały bowiem autorytety od tego, co jest SF, a co nie.

Czytelnicy wciąż też poszukiwali fantastyki przygodowej. Oto Frederik Pohl, redaktor Galaxy stworzył kalkę tego czasopisma, Worlds of If, mający być warsztatem dla ławki rezerwowych głównego czasopisma. Tu pisali młodzi gniewni: Robert Silverberg, James Tiptree, Philip K. Dick, C.C. MacApp, Samuel R. Delany, R.A. Lafferty, Harlan Ellison. I nagle, niespodziewanie dla Pohla, to właśnie pismo rezerw zaczęło zgarniać nagrody dla najlepszego czasopisma. I jeszcze jeden paradoks – to właśnie ci autorzy, którzy dla If pisali przygodową SF już w latach 60. dokonają w science fiction rewolucji, którą krytycy nazwą Nową Falą.

Na scenie pojawili się tacy giganci jak Poul Anderson, który powalił wszystkich powieścią Olśnienie, wieloma świetnymi opowiadaniami, i potrafił przystosować się do wszystkich mód, tworząc wspaniałe utwory przez pięćdziesiąt lat. Rozbłysła gwiazda Alfreda Bestera, który właśnie wtedy napisał swoje dwie najlepsze powieści: Gwiazdy moim przeznaczeniem (kapitalną wizję montechristowskiej zemsty w świecie o powszechnej teleportacji) i Człowieka do przeróbki (opowieść o morderstwie doskonałym w czasach, gdy policja dysponuje telepatami). Heinlein i Andre Norton przyciągali do fantastyki rzesze młodych czytelników. Jack Vance z Umierającą Ziemią oczarował mnóstwo ludzi i zainspirował dziesiątki pisarzy. Arthur C. Clarke właśnie wtedy napisał swoje pierwsze powieści i opowiadanie „Czatownik”, które dało pomysł „2001 Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka. Fritz Leiber napisał Wielki czas, który wygrał pierwszą nagrodę Hugo. Kurt Vonnegut zadebiutował Pianolą, a kilka lat później opublikował Syreny z Tytana.

Clifford D. Simak w kilkunastu opowiadaniach o psach i robotach stworzył genialny zbiór Miasto. Jeden z najlepszych twórców opowiadań, Theodore Sturgeon napisał powieść Więcej niż człowiek o stworzeniu nowego gatunku człowieka. Ray Bradbury, który – choć pisał fantastykę – zawsze był bardzo wysoko oceniany przez krytykę, opublikował słynne 451 Fahrenheita, nostalgiczne Kroniki marsjańskie czy Człowieka ilustrowanego. W szczytowej formie był Robert Sheckley, który pod własnym nazwiskiem i licznymi pseudonimami opublikował koło setki opowiadań oraz parę słabszych powieści, które jednak zainspirowały znanych filmowców.

Pojawiła się tematyka religijna, jak choćby słynny, niesamowity Kantyk dla Leibowitza Waltera Millera czy Kwestia sumienia Jamesa Blisha o jezuicie, który ma nawracać rasę obcych nie znającą grzechu pierworodnego. W Anglii zadebiutował Brian W. Aldiss – Non stop ma w Polsce status powieści kultowej, a Cieplarnia wciąż należy do powieści chętnie czytanych.

Świat zewnętrzny miał coraz ważniejszy wpływ na tworzoną wtedy science fiction. Wojna w Korei i zaczynający się konflikt w Wietnamie, oraz nadchodzące zmiany kulturowe w Ameryce miały na zawsze odmienić świat. Gordon Dickson zaczął tworzyć swój najsłynniejszy cykl o planecie szkolącej najemników, Dorsajach. A Robert A. Heinlein był w szczytowej formie. W okresie zimnej wojny napisał Władców marionetek, powieść o inwazji obcych, ale tak naprawdę ostrzegającą przed inwazją Sowietów na Amerykę. A na przełomie dekady dokonał wręcz niemożliwego: napisał Żołnierzy kosmosu, powieść postrzeganą jako gloryfikującą wojnę (choć ma też drugie dno, RAH opisał w niej, pół wieku temu, jak Ameryka się faszyzuje i zamienia w państwo totalitarne, z czym mamy właśnie do czynienia), a jednocześnie pracował nad powieścią Obcy w obcym kraju, najbardziej pacyfistyczną powieścią w swoim dorobku. Obcy miał wielki wpływ na obyczajowość i na młodzież amerykańską. Historia Valentine’a, dziecka wychowanego przez Marsjan i głoszącego ideologię pokoju, nie wojny, będącą wizją powtórnego przybycia Mesjasza, została biblią pokolenia hippisów i była chyba pierwszym komercyjnym sukcesem wydawniczym science fiction.

Tych sukcesów wkrótce miało być więcej. Nadchodzili i krzepli właśnie pisarze, którzy mieli dokonać rewolucji w science fiction. Nadchodziła Nowa Fala.

Polski ślad

Czy Polacy stali na uboczu tworzącej się science fiction? Czy zauważyli ten nowy gatunek? Jak najbardziej tak. Polska międzywojenna to był kraj, gdzie SF kwitła w najlepsze. Książki Wellsa, Verne’a ukazywały się regularnie, a twórczość tego pierwszego miała znaczny wpływ na polskich autorów. Wellsowskich inspiracji nie krył Antoni Słonimski w swoich dwóch powieściach SF: Torpeda czasu (1924) i Dwa końce czasu (1937). Miasto Światłości Mieczysława Smolarskiego miało rzekomo zainspirować Nowy, wspaniały świat Huxleya (przygotowywany był proces w PEN Clubie o plagiat, Huxley nigdy tego nie skomentował, sprawę przerwała wojna), rozważania teozoficzne wymieszane z SF widać w Mirandzie Antoniego Langego. Barszczewski, Życki to inni autorzy korzystający w swojej twórczości z rekwizytorni science fiction.

Wojna światowa przerwała na ponad dekadę twórczość SF w Polsce, Polacy byli świadkami realizacji najbardziej pesymistycznych wizji fantastów. Okupacja sowiecka i zadania wyznaczone literatom przez komunistyczne władze także nie sprzyjały takiej twórczości. Niektórzy głosili wręcz, że w powieści fantastycznej nie powinno odchodzić się od realizmu i stanu obecnego nauki. Można by w takim razie stwierdzić, z przymrużeniem oka, że jakakolwiek powieść realistyczna, opisująca kapitalizm, z powszechnością telefonów, telewizji oraz samochodów byłaby dla ówczesnych decydentów powieścią stricte science fiction.

Ale były i jaskółki zmieniającego się stanu rzeczy: powieść Romana Gajdy Ludzie ery atomowej, a w 1951 debiut Stanisława Lema, choć i jego powieści były początkowo mieszane z błotem przez wyznawców sierpa i młota.

Odwilż 56 roku była też odwilżą w literaturze fantastycznej. A Ameryce kończył się Złoty Wiek SF, a w Polsce zaczęto drukować jedną po drugiej powieści Lema (Eden, Inwazja z Aldebarana), pojawiła się trylogia Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki (Zagubiona przyszłość; Proxima; Kosmiczni bracia), a także antologie polskiej fantastyki, zaczęto drukować fantastów w „Młodym Techniku”. A przede wszystkim pokazały się przekłady fantastyki zachodniej, ukazując autorom prawdziwe oblicze fantastyki naukowej i dzielącą nas od niej przepaść.

Pierwszym takim oknem na świat były Rakietowe szlaki z 1958 roku i W stronę czwartego wymiaru. Potem ukazało się sporo wznowień Wellsa, Piaski Marsa Arthura C. Clarke’a. Posypały się też książki polskie, poza Lemem i wspomnianym Gajdą, kultowa przygodówka Przez ocean czasu Bohdana Korewickiego, książki Andrzeja Ostoi, Eugeniusza Morskiego i Adama Hollanka.

Ale jeszcze długo musieliśmy czekać na prawdziwy rozkwit polskiej science fiction.

 

Wojtek Sedeńko

 

Zostaw komentarz