Wywiad z Literadaru

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: WIEŚCI, utworzono: 26 Maj 2011

Ponieważ jest już nowy numer Literadaru, to umieszczam rozmowę ze mną, jaką zamieszczono w poprzednim wydaniu. Pytania zadawał Piotr Stankiewicz, a dotyczyły przede wszystkim Nidzicy, przyjazdu Martina i jego sagi fantasy. Zapraszam do lektury.

LITERADAR kwiecień 2011

Zajmuje się Pan od lat zawodowo fantastyką. Był Pan pierwszym polskim redaktorem Gry o tron. Czy sądzi Pan z perspektywy czasu, że zmieniła ona oblicze gatunku fantasy na świecie? Czy też jest może podzwonnym wskazującym na rozmycie się podziałów gatunkowych?

To dwa problemy. Sądzę, że w przypadku Gry o tron i twórczości Martina, odrębne.

Saga Martina niewątpliwie jest najlepszym współczesnym utworem fantasy, nie chciałbym tu zranić uczuć tolkienologów, ale pod względem narracyjnym, bohaterów i jeszcze kilku kwestii jest to pewnie dzieło lepsze niż Tolkiena. Rozmach mają podobny. Martin nie skupił się jednak na mitologii, języku. On swojego świata nie kreował wstecz równie głęboko jak Tolkien, ale z pewnością czujemy czytając Pieśni Lodu i Ognia oddech stuleci.

Proszę też zwrócić uwagę na to, jak Martin stopniuje napięcie i dawkuje magię. W pierwszym tomie, właściwie poza wstępem, magii nie ma w ogóle. To trochę dziwne jak na fantasy, prawda? Ale u Tolkiena było podobnie. Czytelnik ma świadomość, że ta kraina jest magiczna, ale magią jest tu wiedza, informacja. Nikt nie szafuje czarnoksięską wiedzą, by przynieść sobie wody ze studni – tylko idzie i kręci kołowrotem. Tak ma być.

Martin jest pisarzem, który wyszedł z fandomu i fanowskich fascynacji czytelniczych. I czytelnikowi jest bardzo bliski, doskonale wyczuwa pragnienia odbiorcy.

Ta saga nie zmieniła oblicza gatunku, ona wywodzi się z tego, co w fantasy najlepsze. Jest doskonale zaplanowana, ale jednocześnie pełna emocji. Choćby szafowanie życiem bohaterów. Martin nie oszczędza ich, jak w prawdziwym życiu. Często ledwie kogoś polubimy, a on w połowie tomu zostaje brutalnie zamordowany. Martin nie ma litości dla swych postaci.

Saga Martina jest zdecydowanie książką fantasy i do żadnego innego gatunku przydzielona być nie może, a tym samym nie świadczy o rozmyciu gatunków. Choć to pomieszanie gatunków (nota bene sparafrazowany tytuł pracy Karola Darwina to także tytuł książki Dominiki Oramus na temat związków SF z postmodernizmem) to znak dzisiejszych czasów.

Od lat obserwuję zanikanie podziałów. Sprzyja temu kultura masowa, a sądzę także, że rozwój Internetu, jako najbardziej masowego medium. Internet to znakomite miejsce do badania marketingowego, wystarczy pośledzić fora, z różnych dziedzin, by wysnuć wnioski i dać oczekiwany produkt. Oczywiście trzeba go jeszcze sprzedać.

Stąd dzisiaj wydawcy kreują „nowe gatunki” literackie, aby sprostać potrzebom czytelników, czasem te potrzeby tworząc, albo płynnie przechodząc z jednego wyczerpanego handlowo gatunku do drugiego. Przykładem może tu być przejście od sztucznie wywołanej mody na romans paranormalny do steampunku. Są to akcje długofalowe i przygotowane przez wydawców i PR. Kreuje się modę, po wyeksploatowaniu i wyznaczeniu nowego kierunku, daje się coś pośredniego, by przejść w końcu w nowy trend. To moje twierdzenie znakomicie oddaje slogan zamieszczony przez wydawcę w reklamie w ostatnim numerze „NF”: W świecie machin parowych dama bez duszy walczy z wampirami i romansuje z wilkołakiem. A nad tym napis: Książki fantastycznie kobiece! Mamy więc paranormal, wampiry i wilkołaki, na tle mechanicznego anturażu steampunku. I jeszcze to wciskanie, że to literatura dla kobiet. Litości!

Za tymi modami nie stoją pisarze. To są najczęściej książki pisane na zamówienie. Takie rzeczy fantastyka już przewidywała dość dawno.

Problem w tym, że dla młodego odbiorcy to wszystko jest nowe, oni są wspaniałą plasteliną do ugniatania w garściach pijaru i wydawców. Starszy czytelnik na to się nie nabierze, ale i nie jest targetem tego typu produkcji. Produkcji to dobre słowo, bo literaturą nie sposób tego nazwać.

Zastanawiam się, czy ogromny sukces Martina, do którego z pewnościąprzyczyni się nowy serial HBO, i jego rosnąca popularność nie sprawią, że część odbiorców nie będzie świadoma faktu, że to fantasy. W tym sensie może dojść do rozmycia fundamentów jego prozy, swoistego zaprzeczenia ojcostwa.

Czy serial zwiększy popularność? Raczej tak, nawet jeśli będzie nieudany. HBO robi rzeczy bardzo dobrze przygotowane, Martin uczestniczył w pracach od scenariusza do post produkcji, więc będzie OK. Inna rzecz popularność. Wskaźniki oglądalności są bezlitosne. Jeżeli serial będzie zbyt zakręcony, wielowątkowy, tak jak książka, to amerykański czytelnik może się pogubić. Tak wpadły przekombinowane, ale przez to dobre seriale: „Caprica” czy „Flashforward”. Bądźmy jednak dobrej myśli.

Odbiorcy będą wiedzieli, że to fantasy. Nowe pokolenie zna ten termin doskonale. Ale na pewno będzie rzesza ludzi przekonanych, że to serial historyczny, na kanwie jakichś wydarzeń mających rzeczywiście miejsce w przeszłości. Wydaje mi się, że nawet Tolkiena na początku tak odbierano.

Choć to może  z mojej strony płytkie i mało eleganckie to chciałbym prosić o wskazanie tych największych Pana zdaniem współczesnych twórców fantasy.

Z tym nie ma problemu. Mój ulubiony gatunek to science fiction, ale niewątpliwie jest to tylko szczep fantasy, która była pierwsza, a może w ogóle pierwsza, jeśli sięgniemy – za głosem paru krytyków – po epos Gilgamesza. Ja sam fantastykę datuję od Wellsa.

Wyrosłem już z lektur błahych, jak heroic fantasy typu howardowskiego. I nigdy takiej fantasy nie lubiłem, bo dotarła ona do Polski za późno, kiedy nie byłem już młodzieńcem, którego by fascynowały opowieści o mocarzu, co wrogów nabijał na miecze, a kobiety na co innego.

Lubię światy, które nie są płaskie, są dopracowane, fabuła prowadzona wielowątkowo i nie trąci banałem typu drużyna goni za artefaktem, albo artefakt goni drużynę, przemieszczają się z punktu A do punktu B, po drodze tracą połowę składu, po części poprzez zdradę, a na końcu ratują świat przed niemożliwym do pokonania Złem, które w końcówce nie jest w stanie pokonać nieskazitelnej miłości, jaka łączy dwójkę bohaterów. Bo Zło okazuje się w finale obrzydliwie głupie, naiwne i za bardzo wygadane. Pod ten scenariusz, pełen najbardziej oczywistych archetypów, wpisuje się 95% fantasy. Niestety.

Czytam te pozostałe 5%, ale mam zwyczaj, że próbuję prozy każdego autora. Czasem wystarcza mi kilka kartek, by rzucić lekturę w diabły. Nie czytam książek, których finał jest łatwy do przewidzenia, i naiwnych. Szkoda na to czasu.

Tak więc kanon. Martin i Tolkien to klasa sama dla siebie. Tego drugiego przeczytałem pod koniec 70. i bardzo wpisuje się w powyższy scenariusz, ale Tolkien zrobił świat złożony z wielu warstw, który można odczytywać na wiele sposobów, żyjący własnym życiem i udała mu się bardzo trudna sztuka, niedostępna zastępom jego naśladowców – mianowicie przy całym monumentalizmie i pompatyczności i eschatologii nie popadł w śmieszność. Fantasy jest przeważnie naiwna i ci kapłani czarnoksiężnicy dukający jakieś czary wychodzą karykaturalnie. Tolkienowi się udało. Udało się tym, którzy za fantasy brali się z humorem: Terry Pratchett, John Morresssy, Jack Vance. Tych autorów warto czytać. Są nietuzinkowi.

Znakomita jest saga Eriksona – Malazańska Księga Poległych, w sierpniu ukaże się w Polsce zakończenie – wtedy będziemy mogli ocenić całość. I wkrótce przekonamy się, czy Erikson może napisać coś innego, czy wpadł w koleiny jak np. Goodkind. Który jest słabiutki.

Te wielkie sagi, powieści rozbite na 10 tomów, po 800 stron każdy, mnie osobiście bardzo denerwują. Czemu nie piszą powieści 300 stronicowych, jak choćby Patricia McKillip. Też są znakomite te jej powieści. Albo Marina i Siergiej Diaczenko z Ukrainy. Kapitalne powieści fantasy. Niby nic się nie dzieje, akcja niemrawa, a oderwać się od nich nie można. Oni znaleźli swój sposób – piszą fantasy, ale są to jednocześnie powieści psychologiczne, stawiają przed bohaterami niebywałe problemy, z którymi ci muszą sobie poradzić. Taka Vita nostra, Kaźń (zupełnie Dickowska, czy chciałoby się rzec dostojewska powieść) czy Dolina sumienia. Znakomite. Albo klasyczna fantasy: Waran i Miedziany król.

Sapkowski jest klasą dla siebie. Dostrzegł to już cały świat. W Locusie amerykańskim właśnie czytałem narzekania, dlaczego jeszcze w USA nie wydano całej sagi wiedźmińskiej, a zna ją już cała Europa. Amerykanie w ogóle odkrywają inne nacje, krytycy o niczym innym tam już nie piszą.  Żal mi Kresa, że zrezygnował, ale w ostatnich tomach Szerni czuło się, że jest wypalony.

Takie długie cykle mogą zgubić. Odczuł to Robert Jordan z epickim Kołem Czasu. Pierwsza trylogia zapowiadała się na arcydzieło. Ale potem zabrnął w ślepy zaułek, namnożył światów, wątków i nie potrafił z tego wybrnąć. Do końca życia. Teraz za niego dokończył sagę Sanderson. Finał grubości trylogii. Ci ludzie umiaru nie znają.

Absolutnie polecam Ursulę K. Le Guin. Choć ja bardziej cenię sobie jej cykl SF – Hain, to Czarnoksiężnik z Archipelagu był znakomity i jest to dzieło niedościgłe. Potem Le Guin popełniła grzech pychy, który zdarza się wielkim pisarzom, ludziom bardzo inteligentnym. Jej twórczość zmieniła się w moralitety, a ja tego nie lubię. W cyklu Hain poszła w jakieś anarchistyczno utopijne klimaty, a w kolejnych tomach Ziemiomorza w nachalny feminizm.

Dlatego należy czytać jej powieści pisane do lat 80.

Polecam też Guya Gavriel Kaya, przesympatyczny człowiek, był u nas w Nidzicy (Pratchett i Diaczenki zresztą też), a jego Fionavarski Gobelin to bardzo dobra książka. Szkoda, że już na rynku jej nie ma, a wydawca wydaje jakieś późniejsze jego powieści.

John Crowley – ten jest znakomity, ale to proza dla elity, dla ludzi oczytanych, potrafiących wyczuć wszystkie smaczki.

Sam Martin, czy to przez skromność, czy z szacunku wskazuje Tolkiena jako swojego mistrza, wymienia w tej roli również kilku innych pisarzy. Czy przewiduje Pan, że teraz to on stanie się dla wielu mistrzem? Być możedostrzega Pan już nowe, wschodzące gwiazdy.

On już jest mistrzem. Gardner Dozois nazwał go tak jakieś dziesięć lat temu i według Dozoisa stało się to wtedy, gdy do Martina zaczęto porównywać innych. Martin pisze w stylu, trochę już zapomnianym, stylu jak z dawnych pulp magazynów – tworzy kapitalnych bohaterów, z którymi czytelnik natychmiast, już po paru stronach się identyfikuje. Wielu autorów fantasy skupia się dzisiaj na budowaniu światów, stworzeniu fabuły, a bohaterowie są sztampowi, jak z gier komputerowych. Zły to zły, dobry to dobry. Do kitu. Tak w życiu nie ma.

Następuje zmiana warty, starzy mistrzowie odchodzą lub przestają pisać, ich miejsce próbują zająć nowi. Niektórzy są wartościowi – Jeffrey Ford, Jeff VanderMeer, w Rosji Nik Pierumow. Czy im się uda? Ja się obawiam, że kariery będą robić autorzy rzeczy błahych i wtórnych, zrozumiałych nie dla elit czytelniczych, a dla mas. Potrafiących spłodzić takie Pottery na przykład.

Od lat organizuje Pan Festiwal Fantastyki za zamku w Nidzicy, zjeżdża się tam krajowa śmietanka fantastów, przyjeżdżają też znakomici goście zagraniczni. W tym roku gwiazdą festiwalu będzie George Martin. Jakie są oczekiwania w związku z tą edycją festiwalu?

Nigdy nie miałem oczekiwań wobec festiwalu, raczej uczestnicy mieli oczekiwania wobec mnie.  Przygotowując pierwszy festiwal w 1994 roku nie miałem pojęcia, że tak się ta impreza rozrośnie.  Przez cztery dni w czerwcu zamek krzyżacki w Nidzicy staje się stolicą ludzi czytających fantastykę. Stawiam na literaturę, bo się na niej znam. Próbowałem rozszerzyć formułę o graczy, którzy zdominowali już konwenty fantastyki, udostępniłem im doskonałe warunki w szkole pod zamkiem, organizowało to stowarzyszenie Avangarda, ale się nie udało. Festiwal w Nidzicy to jednak impreza dla moli książkowych, miłośników kina, malarstwa. Także muzyki. Komiksu.

Co roku staram się zapraszać gości zagranicznych. Byli u nas, m.in. Terry Pratchett, Guy Gavriel Kay, Brian W. Aldiss, John Crowley, Robert Silverberg, byli Niemcy – jak Thomas R.P. Mielke, byli Hiszpanie, byli Czesi, było mnóstwo autorów rosyjskich, bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że większość liczących się autorów rynku rosyjskojęzycznego. Był taki rok, że miałem 17 rosyjskich autorów, wydawców, poetów. Czasem skupiam się wyłącznie na polskich autorach, bo mieliśmy boom na rodzimą fantastykę, wtedy do Nidzicy zjeżdża cała czołówka z kraju.

Ja bym chciał robić coraz większe festiwale, mamy możliwości i pomysły, niestety sprawa zawsze rozbija się o sponsorów, o których bardzo ciężko.

W tym roku gwiazdą będzie George R.R. Martin – trudno dzisiaj o bardziej znanego pisarza w tej branży. Chcemy go naprawdę dobrze ugościć. Czekamy na tę wizytę trzy lata – tak ma zajęty kalendarz ten pisarz.

Czy podziela Pan obawy fanów w kwestii dokończenia cyklu Pieśń lodu i ognia przez Martina?

Nie znam obaw fanów. Raczej nie czytam opinii czytelników, bo one najczęściej bardzo rozmijają się z prawdą. Nie cierpię gdybania. Pod tym względem Internet to jak zabawa w głuchy telefon. Plotka przetworzona po tysiąc razy.

Wydaje mi się, że Martin ma dzieło rozpisane od A do Z, czasem jakieś wątki mu się rozrastają, ale to normalne w trakcie pisania historii o tak epickim rozmachu. A że jest bardzo zajęty innymi projektami, to się to rozciąga w czasie. Zresztą bardzo dokładnie wyjaśnia te sprawy na swoim blogu.

Jeżeli zaś te obawy są oparte na przypadku Roberta Jordana, który rozchorował się i zmarł przed zakończeniem cyklu Koło Czasu, to takie ryzyko zawsze istnieje. Żyjemy w świecie, że nie wiemy, co przyniesie jutro.

Jak wygląda obecnie scena fantasy w Polsce? Mówi się o wielkiej trójce: Brzezińska, Kres, Sapkowski. Z tym, że ta pierwsza skończyła już swój cykl o Twardokęsku, Sapkowski od dawna nic fantasy nie napisał, a Kres przestał pisać w ogóle. Widzi Pan kandydatów na nowe gwiazdy?

Autorów jest mnóstwo. Zależy też, co traktujemy poprzez fantasy. Definicja, jaką przykładają do szufladkowania literatury Anglosasi jest bardzo szeroka, dla nich to cała fantastyka poza stricte naukową. Ja raczej węższą definicję stosuję.

Sapkowski wyszedł daleko przed szereg, i jak dotąd za nim nie widać gończej sfory. Jak sam kiedyś powiedział: Kres, też mi sfora. Dziś Kres zrezygnował z pisania. Anna Brzezińska ma swoich fanów, Ewa Białołęcka długo zwleka z zakończeniem swojej sagi.  Ten, który byłby w stanie napisać dobrą fantasy, czyli Jacek Piekara, zabawia młodą czytelnię raczej słabymi utworami, dają mu poklask, ale ja w tym nie znajduję nic dla siebie. Ucichł Andrzej Ziemiański. Popularny jest Jacek Komuda, ale on pisze powieści historyczne, a wpakowano go do szuflady z fantasy.

Jest jeden autor, Robert M. Wegner, który w polskiej fantasy może powalczyć. Widzę przed nim przyszłość.

W science fiction sytuacja ma się też nie najlepiej. Bo zmianie pokoleniowej nie ma zbyt dużej grupy liderów. Jacek Dukaj jest klasą dla siebie, Jarosław Grzędowicz wydaje się być liderem. Z autorów, których twórczość warto śledzić, wymieniłbym Szczepana Twardocha, Wita Szostaka. Ale oni też piszą fantastykę trudną do zaklasyfikowania, tu już mamy to pomieszanie gatunków. Podobnie jest z twórczością Łukasza Orbitowskiego, Mai Kossakowskiej. Andrzej Pilipiuk stworzył zaś własną niszę i cieszy się olbrzymią popularnością wśród młodych czytelników.

Wydaje Pan w Solarisie głównie fantastykę. Czy jest jakiś klucz, według którego dobiera Pan wydawane przez siebie książki?

Jeżeli kluczem jest zwrot „dobra fantastyka”, to jest to ten klucz. Książki wydajemy w kilku seriach i pod nie są dobierane. W Klasyce Science Fiction znajdują się powieści ważne dla gatunku, często nagradzane, ale to nie jest dla mnie wyznacznik. Często lepsze powieści znajdziemy wśród tych, które przegrały z laureatami. Tam też daję powieści, które coś wniosły do fantastyki, jakiś jeden z jej tematów wyniosły na wyżyny – np. szukając najlepszej powieści o klonowaniu ludzi, sięgnąłem po Kate Wilhelm, o telepatii – po Bestera, religii – po Heinleina itd.

W serii Rubieże daję powieści z pogranicza, takie, które mogłyby spodobać się czytelnikowi spoza kręgu fantastyki. Jak już tu powiedzieliśmy, te granice pomiędzy gatunkami powoli się zacierają. Najwięcej wydajemy w ogólnej serii Fantastyka, tutaj raczej szukam książek z kręgu twardej SF, bo w fantasy nie znajduję dzisiaj wielu rzeczy, które by mi się podobały. Sięgamy po autorów amerykańskich, kanadyjskich (znakomity Sawyer), niemieckich (wciąż niezauważany, a znakomity Eschbach), hiszpańskich, rosyjskich, ukraińskich. Rynek wschodni chyba dość dobrze spenetrowaliśmy, wydaje mi się, że zostaniemy przy dwóch autorach – Niku Pierumowie i Diaczenkach. Rozglądam się po rynku francuskim.

Czasem wydajemy jeszcze powieści historyczne czy obyczajowe, wybory felietonów (Oramus, Zimniak), ale są to produkcje sporadyczne.

Ważny dział dla nas, to antologie i almanachy. W fantastyce opowiadanie jest podstawową formą literacką, gdyż fantastyka wyszła z magazynów groszowych. Opowiadanie to pomysł, dobra puenta, reżim objętości. Wydajemy sporo antologii. Sztandarową jest coroczny almanach Kroki w nieznane, reaktywowany po 30 latach legendarny tytuł, obecnie w wyborze Mirka Obarskiego. Tu ukazują się naprawdę doskonałe teksty, to przegląd najnowszej fantastyki. Zaraz reanimujemy drugi znany polskiemu czytelnikowi tytuł – Rakietowe szlaki, antologię klasycznej fantastyki, na początek w wyborze Lecha Jęczmyka, potem w moim. Tu będą opowiadania starsze, ale naprawdę prawdziwe perły.

W czerwcu ukaże się antologia w wyborze George’a R.R. Martina, o którym tyle tu dyskutujemy – Pieśni Umierającej Ziemi. Kilkudziesięciu autorów z pierwszej ligi (jak Neil Gaiman, Mike Resnick, Robert Silverberg, George Martin właśnie, Glen Cook, Jeff VanderMeer, Lucius Shepard) napisało opowiadania w scenerii z Umierającej Ziemi Jacka Vance’a. Ten amerykański autor okazał się być inspiracją dla kilku pokoleń pisarzy. Ta książka ze strony Solaris będzie promowała wizytę Martina w Polsce. A może na odwrót, on swoją wizytą wypromuje ją u nas. I to jest fantasy. W najlepszym wydaniu.

W planach jeszcze mamy antologię dobrej grozy i inne. Wydaje mi się, że opowiadań dzisiaj na rynku jest mało. Tych dobrych oczywiście. Osobiście wolę je od powieści.

Zostaw komentarz