Drugi wywiad z Markiem Oramusem, 2010

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 10 Luty 2011

LEPIEJ, ŻEBY DIABEŁ ZASTAŁ MNIE PRZY ROBOCIE

Przeglądając nasze rozmowy dla SFinksa odkryłem, że wywiady z Tobą otwierały i zamykały SFinksy wydawane jeszcze przez Verbum. Był to 1994 i 2000 rok. Potem był epizod z wydawaniem u Tadzia Zyska, teraz znów na swoim. Szesnaście lat, szmat czasu. Chciałbym ponawiązywać do Twoich starszych wypowiedzi, niektóre się sprawdziły, w innych strzelałeś w płot. Trafne okazało się stwierdzenie z 94 roku, że literatura SF znajdzie się na marginesie, bo nikomu nie będzie chciało się myśleć…

– Nie chodzi chyba tylko o myślenie, ale o systematyczne,  z roku na rok głupienie społeczeństwa. Jest to konsekwencja odwrotu od książki, od czytania i wynik oddania się w niewolę nowym mediom. Dominika mi mówi, że co rok przychodzą na anglistykę gorsi studenci. To znaczy nie mniej zdolni, tylko gorzej przygotowani, słabiej oczytani – zdziwiłbyś się, czego nie znają kandydaci na magistrów kierunku bądź co bądź filologicznego, gdzie studia polegają głównie na czytaniu. Sam obserwuję tę zmianę: kiedyś na spotkaniu z czytelnikami wystarczyło rzucić tytuł, po oczach widziałeś, że już jarzą. Teraz jak nie streścisz fabuły, to nie masz o czym dalej gadać.

Głupienie społeczeństw jest tendencją światową, ale u nas przejawia się szczególnie jaskrawie. Chcesz dowodów? A kup sobie gazetę któregokolwiek dnia w tygodniu i przeczytaj choćby nagłówki na pierwszej stronie.

Sytuacja w polskiej fantastyce zmieniła się nie do poznania. Specjalizujący się w niej wydawcy, liczba tytułów taka jak przekładów. Śledzisz trochę to, co się wydaje?

– Nie bardzo. Właściwie odszedłem od regularnego czytywania fantastyki. Czasem coś polecą znajomi.

Twoje prognozy co do polskiej SF z 94 roku rozminęły się z rzeczywistością znacznie. Przewidywałeś karierę pisarską Ziemkiewicza, a ten rozstał się z fantastyką, poszedł w politykierstwo, gdzie opanował do perfekcji umiejętność ustawiania się plecami do wiatru. Stawiałeś na Huberatha, tymczasem to chyba cień tamtego autora – przynajmniej w sferze pomysłów. Zapowiadałeś powrót Snerga, a ten sam odszedł z tego padołu, Żwikiewicza – ten wysiadł z tego tramwaju i udał się w nieznanym kierunku, podobnie Wnuk-Lipiński – wybrał karierę w zawodzie.

– Zapowiadałem to wszystko, bo widziałem w tych autorach potencjał. Nie moja wina, że życie i śmierć podyktowały takie a nie inne rozwiązania. Z tego co wiem Wnuk-Lipiński jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, ale rektorowanie uczelni absorbuje go pewnie bez reszty. Rozczarowała mnie ostatnia twórczość Huberatha, ale tu znowu wiem, że autor piłuje aż dwie nowe rzeczy po godzinach pracy w instytucie. Ja bym go nie skreślał.

Sytuacja polskiej fantastyki zewnętrznie się poprawiła. Mnóstwo tytułów, pełno debiutów. Ludzie się pchają z dyskietkami, choć ponoć wydawcy słabo płacą / lub nie płacą. Paru zarabia, ale wciąż muszą dostarczać nowe tytuły, byle być na liście top. A przecież nie da się pisać dobrych książek, dajmy na to czterech na rok.

– Trudno nawet o jedną dobrą książkę rocznie. Moim zdaniem w fantastyce zawsze mieli tęsknoty pisarskie ci, co ją czytali. Tak jest i teraz. Ale sytuacja bieżąca kojarzy mi się z ewakuacją z Sajgonu: odlatują ostatnie samoloty i wszyscy chcą się zabrać. To znaczy jeszcze chcą coś wydać, jeszcze zadebiutować przed kolapsem. Nie ma już chyba wątpliwości, że dni książki papierowej są policzone. Ona nie zniknie całkowicie, pozostanie dla tych, którzy się do niej przyzwyczaili, nie wyobrażają sobie czytania w innej formie. Upowszechnienie e-booków, na które się zanosi, powinno doprowadzić do skupowania praw na dzieła przez wydawców: ktoś będzie miał całego Lema, kto inny Dukaja. Sprawa rozbije się o to, czy autorzy dostaną z tego jakieś pieniądze, bo w przeciwnym razie nie będzie się im opłacało ruszyć klawiaturą. Chyba że zagrają względy pozamerytoryczne: komuś np. będzie się podobało zostać autorem i nie porzuci tego marzenia bez względu na koszty.

Z powyższych pytań można by wnioskować, choć może karkołomnie, że przekroczywszy pewną granicę lat, jakoś wyhamowuje się chęć pisania fantastyki. Autorzy z Twojego pokolenia odpuścili sobie twórczość, Ty złapałeś wiatr w żagle. Czy dzisiaj trudniej ci pisać twardą SF?

– Czy złapałem wiatr w żagle… raczej by tu pasowała sentencja ze starej piosenki Chyły: „Taż z nudów trzeba coś dłubać”. Trzeba dawać niemrawe znaki życia, popiskiwać z kąta swoje, choć modne trendy przewalają się daleko ode mnie. Starość istotnie oznacza wyhamowanie: nawet nie tyle się człowiekowi nie chce, ile widzi daremność tego wszystkiego. I masz rację: pisać twardą SF jest coraz trudniej, głównie z powodu niesamowitego skoku nauk ścisłych. Dziś książki o ciemnej materii i energii czyta się jak dawniej fantastykę.

Wydawanie książek wydaje się dzisiaj działalność hobbystyczną, jeśli chce się wydawać, dajmy na to poezję lub science fiction. Bo można wydać fantastykę w dobrym nakładzie, ale trzeba trafić w modę, „trynd” i trzeba wyjść poza getto. Dawne zasługi niewiele znaczą. Lem będzie wkrótce zapomniany, Sapkowski prawdopodobnie będzie musiał wrócić do wiedźmina. Ludzie lubią czytać to, co im się wczoraj podobało. Trzeba wydawać wampiry, dziecięce bajdurzenia – bo to nieskomplikowane. Ja tak nie potrafię, więc pewnie będę musiał wkrótce zniknąć z tego rynku. Ty kiedyś miałeś nakłady wielotysięczne, w 90. propozycję nakładu 3000 przyjmowałeś jako afront, dzisiaj sprzedaż tysiąca egzemplarzy w twardej SF jawi się jako dobra!

– My obaj będziemy jakoś dogorywać na kupie papieru, ale dziecka bym w to już nie pchał. Zamroczyło mnie jak po ciosie morgensternem, gdy na pytanie, kim chce zostać, Berenika odrzekła, że chce pisać książki. Z drugiej strony co ma biedne dziecko powiedzieć, jak w chałupie pełno książek, matka z ojcem grzebią się w nich całymi dniami, więc i dziecko nauczyło się płynnie czytać w wieku lat pięciu. Chodzi teraz do zerówki, pani daje jej książkę i Berenika czyta dzieciom zawarte w niej bajeczki.

Lemowska elektroniczna epoka kamienna już w pełni rozkwita. Czy wiesz, że większość pisanych dzisiaj opowiadań w fantastyce światowej ma debiuty w Internecie. Autorzy nie dostają za to honorariów, a te opowiadania nie trafiają w ogóle na papier! Są teksty z Internetu, które przyniosły autorom Hugo, Nebule, Locusy, a nadal nie ma ich nawet w antologiach. Autorzy na topie czytelniczym, jak Bacigalupi, Watts czy Kosmatka nie mogą się przebić do wydawnictw książkowych.

– Skoro tak się dzieje w Ameryce, przyjdzie to i do nas. Czytam teraz „Karafkę La Fontaine’a” Wańkowicza. Autor rozmawia tam pół wieku temu z amerykańskimi pisarzami z drugiego i trzeciego rzędu, którym nie przytrafił się nigdy bestseller, więc narzekają na kwestie finansowe. No to jak dajecie sobie radę, pyta Wańkowicz. Żenimy się z nauczycielkami, odpowiada jeden z wisielczym humorem.

Tu mogę opowiedzieć anegdotę z mojej korespondencji z pisarzami z Zachodu. Poznałem się np. z Michaelem Bishopem, w trakcie wymiany mejli pochwaliłem się, kogo wydaję, choć to szaleństwo wydawać dzisiaj hard SF. Odpisał, że dzisiaj szaleńcem jest każdy, który wydaje w papierze, a nie w pikselach.

– Poszedłbym dalej: szaleńcem jest każdy, kto cokolwiek wydaje. A jednak tych szaleńców wciąż jest spora grupa.

Na łamach SFinksa nie rozmawialiśmy o Twoim rozstaniu z „Nową Fantastyką”. Dla wielu starszych czytelników do dzisiaj jest niezrozumiałe, że NF pozbyła się takich fachowców jak Ty i Lech Jęczmyk. Jak to było?

– Czarne chmury zawisły nad „Fantastyką” już w momencie wyprowadzania się z Mokotowskiej, po zmianie właściciela pisma. Mieliśmy tego świadomość. Nowy właściciel nie miał pomysłu na odświeżenie formuły pisma, lecz postanowił przewietrzyć redakcję i „targetem” pisma uczynić nastolatków. Była to koncepcja idiotyczna, bo nastolatki już wtedy nic nie czytały i adresowanie do nich pisma literackiego, a więc z definicji do czytania – nie miało sensu. Trzeba było raczej trzymać się starych czytelników. Oczywiście nie uchroniłoby to pisma przed dołem, w jaki wpadło, ale przynajmniej odroczyłoby egzekucję.

Nowy naczelny, którym ni z gruszki, ni z pietruszki został tłumacz Nakoniecznik, otrzymał moim zdaniem zadanie przeforsowania tych reform. Tak to wyglądało z boku. Kiedy zwolnił Leszka Jęczmyka za treści zawarte w jego felietonach, wydało mi się to szczytem głupoty, bo to co pisał Lechu należało do największych osiągnięć pisma. Lechu zareagował po swojemu: wzruszył ramionami, mruknął „Gmina kazała” i zajął się swoimi sprawami. Odczekałem bodaj dwa tygodnie i sam złożyłem wymówienie, raz w geście solidarności z Lechem, a dwa – miałem wrażenie, że uprzedzam to, co miało nastąpić nieuchronnie. No i nie chciałem firmować swoim nazwiskiem nowej „Nowej Fantastyki”. Gdy Nakoniecznik jako ten Murzyn zrobił swoje, został zwolniony i pismo potoczyło się żwawo ku formule, którą pokazuje obecnie.

Czy można było ocalić „Fantastykę”? Myślę, że tak. Jeszcze na Mokotowskiej dyskutowaliśmy co pewien czas, jak to zrobić. Moja koncepcja była taka: otwórzmy wydawnictwo. Mieliśmy wszystko co trzeba: autorów, redaktorów, pismo, gdzie by można te książki lansować i reklamować, wreszcie lokal, bo na Mokotowskiej zostały dwa puste pokoje po Mekongu, który się wyprowadził i które tak czy owak opłacaliśmy. Wystarczyło połączyć te elementy. Nie mogłem tego przeforsować, bo nie należałem do udziałowców pisma i nie miałem nic do powiedzenia. Maciejka Parowski niby przychylał się do tej koncepcji, ale pytał, skąd wziąć pieniądze. Odpowiadałem, że z banku: skoro spółka ma osobowość prawną, prowadzi działalność gospodarczą, ma pomysł, na którym zamierza zarabiać – to po to właśnie są kredyty. Maciejka jednak bał się tego jak ognia, dla niego mowa o braniu kredytu kończyła rozmowę. Rozkładał ręce, mówił coś w rodzaju: – No właśnie – i odchodził do swojej pakamery debatować, jakie by jeszcze reklamy wpuścić na okładkę. Więc wydawnictwo nie powstało. Niedługo potem zjawiła się na rynku Runa, ISA, Fabryka Słów, Solaris… Wszystkie one jakoś przędą do dziś. Powtarzam: nie sądzę, by taki manewr ocalił „Fantastykę” zupełnie, ale mógłby dać impuls do czegoś nowego, otworzyć nowe rozwiązania, wydłużyć okres względnej prosperity i przede wszystkim sprawić, że pismo wciąż nadawałoby się do czytania. A tak pozostał tylko dryf w kierunku wodospadu, co jest niezaprzeczalną zasługą sternika nawy, Maciejki Parowskiego.

Podobno miałeś wznowić pisanie Piątych piw w „Fantastyce”?

– Toczyły się rozmowy na ten temat i zapadły ustalenia. Bardzo mi tych kawałków brakowało. Redakcja miała się odezwać do mnie po tekst, ale jakoś nie było im śpieszno. Minął miesiąc i drugi. W międzyczasie wyszedł zbiór felietonów Lecha Jęczmyka, tych samych, które drukował w „Fantastyce” i za które wyleciał. Pomyślałem, że należałoby o tej książce napisać w pierwszym rzędzie, ale zarazem – że nie będę mógł napisać tego, co bym chciał i co by należało. Odebrałem to jako znak, że decyzja o wznowieniu Piątych piw była fałszywym krokiem i przesłałem redakcji sygnał, że rezygnuję. Zaraz spotkały mnie sankcje: przez pewien czas pisma naukowe Prószyńskiego miały zakaz drukowania moich tekstów. A już, uważasz, było grubo po komunizmie.

Książka o Lemie nie przysporzyła ci sympatii w środowisku lemologów, zarzucono ci, że próbujesz  zrzucić z piedestału geniusza. A chciałeś napisać, jakim Lem był człowiekiem.

– Chciałem przede wszystkim zrezygnować z pisania o Lemie na kolanach, w pozie pełnej czołobitności, bo miałem tego dość w wykonaniu lemologów z Jarzębskim na czele. Oczywiście od wielu lat miałem świadomość, że twórczości Lema można wiele zarzucić, ale w imię pewnej lojalności wobec niego unikałem takiego podejścia. W momencie, gdy Lem z powodu, którego nie poznałem do tej pory, właściwie znieważył mnie przy ludziach, poczułem się zwolniony z owej lojalności. Już wcześniej planowałem książkę o Lemie i zacząłem zbierać teksty do niej. Żył wtedy jeszcze i nic nie wskazywało, że wkrótce zemrze. Tak więc próbowałem w książce „Bogowie Lema” oddać Lemowi sprawiedliwość, nie tylko piejąc z zachwytu, ale o pewnych kwestiach wyrażając się krytycznie.

Pisałem więc o tym, jakim był artystą, lecz ani słowa o tym, jakim człowiekiem, bo to nie ma nic do rzeczy. Przypadek zrządził, że kilka lat wcześniej doszło do konfliktu Lema z Rottensteinerem; konflikt ten rozstrzygnął sąd w Wiedniu na korzyść Rottensteinera. Lem to skomentował: – Z Żydami wygrać nie sposób – choć sam przecież był Żydem. O wyroku sądu w Wiedniu wiedziałem, bo Rottensteiner przysłał mi grubą kopertę pełną dokumentów, których nawet nikomu nie pokazywałem. Dopiero przy okazji książki sięgnąłem do nich ponownie i napisałem do Rottensteinera, czy by nie udzielił na ten temat wywiadu. Ja pisałem pytania, Dominika tłumaczyła na angielski, a odpowiedzi angielskie z powrotem na polski. Całość Rottensteiner jeszcze raz autoryzował w obu wersjach językowych – jego żona jest Polką. Rzecz jasna w tym wywiadzie Rottensteiner mówi o Lemie straszne rzeczy, ale ma ku temu powody i firmuje je swoim nazwiskiem. Ja ten wywiad tylko zamieszczam w książce – i poza wywiadem nie ma w niej tekstu o Lemie jako osobie, wyłączywszy może ten o moich spotkaniach z autorem „Solaris”.

Wywiad próbowałem wydrukować w prasie. Daremnie. Odrzuciły go kolejno „Rzeczpospolita”, „Dziennik” niebieski, „Newsweek” i „Przekrój”. To mi pokazało, na jaką świętość się porwałem i jak jest ona chroniona. Posłałem w końcu Korwinowi-Mikke, który od razu odmailował, ile za niego chcę – ale książka już była w ręce, uznałem, że nie wypada drukować czegoś, co jest dostępne na rynku. Oczywiście źle zrobiłem, ale przepadło. No i z powodu tego wywiadu i książki chodzę w glorii najgorszego wroga Lema, moja książka została wyklęta, na oficjalnej stronie Lema „Bogowie Lema” nie istnieją. Pewien przygłup o nazwisku Piotr Kofta zatytułował swą miażdżącą recenzję „Bo kosmoloty krzywo latają”. Że niby ja to zarzucam Lemowi. Ręce opadają.

Kankan na wulkanie to książka inna od pozostałych w Twoim dorobku, powstawała na zamówienie, w odcinkach. Ciekawe doświadczenie?

– Tu w połowie zasługa przypada redakcji „Dziennika Polskiego” w Krakowie, gdzie od prawie 20 lat zamieszczam co tydzień rubrykę „Galaktyka Gutenberga”. Są to recenzje książek, przeważnie niefantastycznych, ale jak się trafi coś dobrego z SF, to uwzględniam. Redakcja zwróciła się do mnie, czy bym nie chciał pisać powieści w odcinkach, bo mają takie zapotrzebowanie. Zapaliłem się do tego projektu, bo pomyśl sam: najwięksi pisali odcinki, Prus pisał, Sienkiewicz pisał, Balzak pisał, Dumas  i inni, których nie zliczę. Niechże, powiedziałem sobie, dołączę do tego świetnego grona odcinkami przynajmniej. A od pewnego czasu chodził za mną pomysł na książkę o Polsce w roku 2020, o tym, jak będzie wyglądać Europa i nasz piękny kraj, gdy wszystko będzie się dalej tak toczyć jak się toczy. Przystąpiłem do pracy i postawiłem tezę, że na terenie Europy dojdzie do fuzji radykalnego islamu z imperialistycznymi ciągotami Rosji, przy czym obie strony nie będą się cofać przed aktami terrorystycznymi. W prasie książka ukazała się bez zakończenia, bo po prostu skończyły się ustalone umową odcinki, dopisałem więc na potrzeby wydania książkowego zakończenie i poszło to na rynek. Nie wzbudziło większego zainteresowania. Swoje dołożyło wydawnictwo, dając z trzech wariantów okładki najgorszy – ale myślę, że czas „Kankana na wulkanie” jeszcze nadejdzie. Na razie wszystko zmierza w tym kierunku, aby wizja tam zarysowana się spełniła.

Trzeci najazd Marsjan planowałeś od dawna, mówiłeś o tym od dobrych 12-13 lat. Czy czas powstawania powieści w jakiś sposób wpłynął na nią? Czy obserwacje sytuacji w Europie i na świecie w jakiś sposób zaostrzyły negatywną ocenę cywilizacji?

– Mam jeszcze ze dwa takie pomysły, z którymi chodzę, coś tam zbieram, przestaję, zapominam – potem do nich wracam. Trwa to, jak zauważyłeś,  dekadami. Z „Najazdem Marsjan” było tak, że dociągnąłem do 200 stron i utknąłem – żadne sensowne rozwiązania nie przychodziły mi do głowy. Ale po „Kankanie” wydawca zwrócił się z pytaniem, czy nie mam nowej książki na podorędziu. Wyciągnąłem zatem wydruk „Najazdu” i jakby przejaśniło mi się w głowie: odrzuciłem ostatnie 50 stron i zacząłem od miejsca, gdzie to się jeszcze trzymało kupy. Skończyłem na początku listopada 2009, choć miałem oddać w sierpniu. Pod koniec stycznia 2010 dzwonię – było już po upływie terminu przyjęcia – i dowiaduję się, że moja powieść trafiła do oceny do „Fantastyki”. Mówię: proszę ją stamtąd zabrać, bo tam nie siedzą ludzie dla mnie życzliwi. Na to wydawca: pan mi nie będzie mówił, komu ja mam dawać książkę do oceny. A cały czas jest, uważasz, po terminie przyjęcia. No to mówię, skoro pan tak się do mnie nieprzyjaźnie odzywa, ja napiszę list i zaproponuję rozwiązanie umowy. To niech pan pisze. I tym sposobem „Trzeci najazd Marsjan” ukazał się w Mediach Rodzinie.

Zajmujesz się problematyką cywilizacyjną. Ostatni wywiad robiliśmy u progu XXI wieku, który dla fantastyki był symbolem lepszego jutra, spełnienia marzeń, skoku technologicznego. Co z tych mrzonek fantastów wyszło?

– Mrzonek fantastów było w tym bodaj najmniej, bo od ręki mogę wymienić tytuły wizji przyszłości czarnych od nieszczęścia jak asfalt. Zresztą prognozowanie, trafne czy nie, nie jest obowiązkiem fantastów, nie z tego się ich rozlicza. Faktem jest, że przyszłość,  która z pół wieku temu wydawała się świetlana, dziś nabrała kolorów pogrzebowych. Żadnego z wielkich problemów współczesności nie udało się rozwiązać, gra toczy się o odrzucenie ich jak najdalej właśnie w przyszłość, gdzie prędzej czy później ten skumulowany ładunek wybuchnie. Mnie już wtedy nie będzie, ale nasze późne wnuki będą nas kląć w żywy kamień.

Nie chcę powiedzieć, że z wiekiem człowiek z natury staje się konserwatywny i jest nastawiony pesymistycznie, bo zbliża się do wieku starczego i zamknięcia swoich spraw ziemskich, ale miewam złe przeczucia, budzę się nawet w nocy i dopiero lufa z barku pozwala mi ponownie zasnąć, że ten nasz świat właśnie się wali. To wszystko przez to, że nie zostawiamy naszym dzieciom nic, a tylko rachunki do zapłacenia, których spłacić nie będą mogli. Media to tylko pogłębiają, bo komuna nauczyła nas czytać między wierszami i odczytywać komunikaty inaczej. Właściwiej. Również kiepsko to widzisz?

– Również widzę to kiepsko.

Pamiętasz dyskusję panelową w Nidzicy, kiedy Thomas Mielke, skądinąd świetny gość, bardzo tolerancyjny, strasznie się obruszył na Twoją wizję Europy opanowywanej przez islam. A dzisiaj kanclerz Niemiec sama mówi o pomyłce, jaką było wpuszczenie muzułmanów do Niemiec.

– Kanclerz Merkel nie mówi, że błędem było wpuszczenie Turków do RFN-u, bo na pewno tak nie myśli. Turcy w latach 50. i 60. pracowali na niemiecki cud gospodarczy i to zdaniem Niemców było dobre. Niedobre natomiast było to, że potem zamiast wracać do Turcji zostali w Niemczech, wybudowali swoje meczety, urodzili masę dzieci i teraz są znaczącym elementem tamtejszego krajobrazu społecznego. Merkel obrusza się na muzułmanów przed wyborami, bo wie, że przeciętny Niemiec ma do nich stosunek negatywny, bez mała rasistowski. Zresztą Europa radykalizuje swe poglądy na temat możliwości współżycia z muzułmanami. Naczelnym problemem w państwach zachodnich staje się rozziew między opinią publiczną a władzą, która tej opinii nie wyraża. Po prostu nie wypada źle mówić o muzułmanach, bo to przeczy political corectness, więc wszystko, co im się zarzuca, to to, że nie uczą się po niemiecku i nie chcą się integrować. Sądzę jednak, że niedługo dojdzie do rozwiązania: albo politycy obecni w większym stopniu będą uwzględniali nastroje społeczne, albo zostaną zmieceni i przyjdzie nowa generacja polityków, która stanie się ich wyrazicielem. Tak czy owak Europa jeszcze niejedno zobaczy i przeżyje w związku z obecnością milionów islamistów na swym terenie.

Oramus est homo divisus in partes tres. Wtedy (94 rok) Oramus spełniony to był Oramus przykryty kobietą, czytający książkę i pociągający z kufla. Teraz jesteś powtórnie żonaty, masz małą córkę. Coś się zmieniło?

– To, o czym wspominasz, nazywało się trójbojem Oramusa, czasem zamiast książki występował w nim mecz piłkarski z telewizora. Co się zmieniło? Nic i wszystko. Posunąłem się w latach, widzę, że raczej nie zbawię świata i pora pomyśleć wreszcie o sobie, chłe chłe. Do zawarcia małżeństwa oboje z Dominiką podeszliśmy na luzie, co nie znaczy, że równie lekko traktujemy poważne konsekwencje, które z tego wynikły. Uważałem, że i tak będziemy ze sobą mieszkać, żadne małżeństwa nie są do tego potrzebne, ale Dominika powiedziała: przypuśćmy, że coś się z tobą stanie, kto będzie wtedy podejmował decyzje? Na takie dictum nie ma dowcipnej odpowiedzi. Podobnie było przy narodzinach Bereniki. Nie chciałem asystować przy tej mordędze, ale Dominika znowu rzekła w te słowa: – Przypuśćmy, ze stracę przytomność i ktoś będzie musiał podejmować decyzje. No więc poszedłem, czego absolutnie nie żałuję, bo byłem, widziałem, urodziłem. Wyszło nam śliczne dziecko, teraz spisuję dla niej bajki, które jej opowiadałem po drodze na bazar. Ma się to nazywać „Przygody kota Pyszczka”. Ja piszę, Berenika ilustruje na bieżąco.

Nawiasem mówiąc, razem z Dominiką stanowicie małżeństwo, gdzie o fantastyce dyskutuje się chyba w kuchni. Ona krytyk i teoretyk fantastyki, habilitacja o Ballardzie, teraz książka o postmodernizmie w SF, Ty pisarz, publicysta. Zaglądacie sobie przez ramię w trakcie pracy, dyskutujecie? Czerpiecie coś z tych dyskusji?

– Jest to poniekąd rozkosz, związać się z kimś, kto interesuje się tym samym co ty i jeszcze myśli na ten temat dość podobnie. Dziś coś robię w kuchni i nagle słyszę wołanie: czy plamy na Słońcu są cykliczne? To Dominika pisze swoją nową książkę o religii czy też metafizyce w SF. Ma teraz swoje najlepsze lata twórcze, jest w gazie, ja staram się jej nie przeszkadzać, podsypuję czasem książek do żaru, czasem coś powiem. Coś tam dyskutujemy, ale nie za wiele – jest bardzo samodzielna. Oczywiście czytam gotowe rozdziały, potem całość, coś tam powiem, ale nie mam wiele do skrytykowania. Raz – bo dobrze już odszedłem od tej tematyki, dwa – bo ona to robi jednak na pewnym poziomie. Książkę o Ballardzie wysłała Ballardowi, kiedy jeszcze żył – odpisał jej na dwóch widokówkach, że Nika jest pierwszym krytykiem, który zrozumiał, o co mu chodzi. Przyjedź kiedyś, to ci pokażemy.

I tak z głupia frant. Twoje pierwsze książki, jak Arsenał choćby, powstawały, gdy w domu zajmowałeś się małą córką, Dominiką. Teraz wrzucasz na rynek dwie powieści i jedną książkę o Lemie, a w domu znowu małe dziecko, tym razem Berenika. To jakiś Twój tajny sposób na wenę JJ?

– Generalnie lepiej się żyje, gdy masz koło siebie życzliwe dusze. To, że mam znowu młodą żonę i małą dziewczynkę, jest darem Bożym. Małżeństwo z Dominiką okazało się chyba najlepszym posunięciem w moim życiu. Miewałem momentami wrażenie, jakbym cofnął się o trzy dekady, jakby Bóg dał mi nową szansę i powiedział: – Tylko nie spieprz tego tym razem. Co do książek: mam rzecz jasna poczucie niespełnienia, mogłem napisać więcej, lepiej, bardziej błyskotliwie. Ale też nie wierzyłem nigdy, że droga do zbawienia czy do czegokolwiek wiedzie wyłącznie przez zapisany czy zadrukowany papier. W tej chwili moja sytuacja jest taka: zostałem przez starość przyparty do ściany, zadrwiły ze mnie wszystkie priorytety, w które wierzyłem w młodości. Czuję się jako ten Ordon na reducie, gdy zwały barbarzyńców gęsto atakują – jeszcze mógłbym uciec, próbować jakoś ocalić głowę, ale mi się nie chce. Niech mnie przywalą i pogrzebią ruiny porządku zwanego słusznie dotychczasowym, a ja wbrew wszystkiemu i wszystkim będę próbował lepić nowe książki. Leszek Jęczmyk mówi: jak diabeł po mnie przyjdzie, lepiej żeby zastał mnie przy robocie.

Dziękuję za rozmowę.

Zostaw komentarz