Alpy 2007

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE, utworzono: 4 Luty 2011

CZECHY, BAWARIA, TYROL, KARYNTIA, WIEDEŃ, BRATYSŁAWA

Wyprawa Alpejska 2007

Po Wyprawie Krymskiej, nad wyraz udanej, wiedziałem już, że kolejna trasa z Solaris Travel będzie liczniejsza. A także będzie wymagała innych przygotowań. Zwłaszcza, gdy zaakceptowano wariant alpejski, a na festiwalu fantastyki w Nidzicy przyjęto mój „plan pięcioletni”.
Liczniejsza ekipa to inny pojazd, potrzeba odpowiednich zezwoleń, konieczność dostosowania się do przepisów unijnych dotyczących usług transportowych i przewozów. Darek, który wiózł nas do Kijowa i dalej, w ukraiński interior, nie posiadał prawa przewozu ludzi poza Polską, więc trzeba było – choć z żalem – poszukać nowego przewoźnika. Kierowcę znaleźliśmy w rodzinie Ryśka – Sławek jest zawodowym kierowcą ostródzkiego PKSu, zjechał całą Europę. A busik wynajęliśmy od olsztyńskiej firmy turystycznej, znanego przewoźnika GraJan.
Plan trasy był następujący: Czechy, Bawaria, Austria, Słowacja. Zamki, miasta, góry, klimaty alpejskie. A elementem fantastycznym miało być spotkanie z czeskim fandomem. Co postanowiono, to wykonano.
Trasę obliczono na 12 dni. Punktów zwiedzania wyznaczyłem tyle, że praktycznie niewiele czasu zostawało wolnego. To już w trakcie wycieczki postanowiliśmy zmienić.
Dziewiętnastkę globetrotterów tworzyli: Olsztyn w osobach Sedeńków i Piaseckich, Ania i Krzysiek Papierkowscy z Gdańska, Tomek i Agnieszka Żywiccy z Lublina, Marcin Luckner, Ela Magiera z Warszawy, Piotrek I Lidka Kosieradzcy z Pruszkowa, Arek Brzeziński z Płońska, Bożena Wasak i Krzysiek Zabielski z Łukowa. Ewa i Rafał Wichmanowie z Łodzi w ostatniej chwili zostali zmuszeni do rezygnacji z wycieczki, trzeba było jakoś zrekompensować brak jednej wpłaty wycieczkowej (to największy problem takich wypraw, koszt jest rozbity pomiędzy wszystkich uczestników, i rezygnacja robi dziurę w budżecie) – podejmuję decyzję o wzięciu swojego drugiego syna. Jędrek ma dopiero 12 lat, właśnie zaczęła się szkoła, ale jest wytrawnym piechurem. Decyzję ogłaszam mu w dniu wyjazdu, właśnie odrabia lekcje. Oczy ma jak spodki, cieszy się ogromnie, przez kolegę piszemy usprawiedliwienie. Pakujemy się w godzinę, tymczasem przywożę z dworca Anię i Krzyśka Papierkowskich.

Wyjazd

Busik podjeżdża punktualnie, o 9 wieczorem – to Iveco. Porządna maszyna, ale dziewiętnastka ma to do siebie, że jest w niej trochę ciasnawo.Damy sobie jednak radę!! Na bagaże nie ma w niej wiele miejsca, więc bierzemy firmową przyczepkę, w ten sposób przez cztery kraje wieziemy reklamę Solaris.
W Warszawie jesteśmy o północy, tu czekają na nas pozostali wycieczkowicze. Sprawnie się pakujemy i napoczynamy miodową wódeczkę „Piasecki”. Ryśka wuj prowadzi Mazurskie Miody i oprócz rzeczonych miodów produkuje także wódeczki, które właśnie wchodzą na rynek. Już po godzinie z tyłu autobusu rozlega się śpiew. Jest dobrze.
Podróże, jakie dotąd odbywałem po Europie nauczyły mnie, że najgorszy etap wyjazdów, to przebicie się przez Polskę. Tak jest i tym razem. Żadne plany nie przewidzą pułapek, jakie czekają na podróżników na polskich drogach: objazdy, korki, dziury – to wszystko bardzo skutecznie opóźnia planowe dotarcie do granicy. Prawdziwy koszmar czeka nas we Wrocławiu. Ostatni raz byłem tu 5 lat i wydaje się, że nic od tamtej pory się nie zmieniło.Jeden wielki plac budowy, a korki koszmarne. Niespotykane chyba w żadnym innym polskim mieście. Wreszcie dojeżdżamy do Czech, szybki przejazd przez granicę. Krótki postój na kupno winiety i startujemy do Pragi. Włączamy też coś, czego nie mieliśmy na poprzedniej wyprawie – GPS. Nabyłem go dosłownie tydzień wcześniej i jeszcze nie wypróbowałem – teraz jest wyśmienita okazja. I trzeba powiedzieć, że urządzenie zdało egzamin.

Nad Wełtawą
Wreszcie Praga. Na miejsce dojeżdżamy obiadową porą. I od razu na dzień dobry wielka wpadka. Moja, bo mogłem przewidzieć sprawę. Zwykle szukając tańszych noclegów zaczynam przez szkoły wyższe – w Europie, nawet w Polsce, domy studenckie gwarantują już niezły standard, a jak jest grupa, to można wynegocjować naprawdę świetne warunki. W Pradze posłużyłem się stronami uniwersyteckimi i trafiłem na akademiki praskiej politechniki. Miały być kibelki, prysznice w pokojach, internet.

Brama na Hradczany Praga nocą Poganiacz w trasie

Tymczasem na miejscu okazało się, że jest syf. Ten akademik wybudowano w latach komunizmu i niczego od tamtej pory w nim nie zrobiono. Kible i łazienki na zewnątrz, niektóre pokoje koszmarne. Na moje potwierdzenia słyszę tylko, że oni tu tylko sprzątają, a w tych akademikach nigdy nie było pokoi z kiblami. Widzę, a za nami przecież cała noc podróży, że ludziom opadają nosy na kwintę. Ja dodatkowo dostaję burę od mojej Małgosi. Na szczęście łóżka i pościel są nowe.
Zapada decyzja – pijemy, jakoś przetrzymamy tę parę nocy. Piwo tu mają wszak dobre. Wycieczka przygotowuje się do wyprawy w Pragę, a ja jeszcze walczę o swoje. Mają moją sprawę rozpatrzeć jutro – ostatecznie kończy się na 15% zwrocie wpłaty za hotel.
Większość uczestników była już w Pradze, ale dla tych kilku zaczynamy od Hradczan. Poruszamy się metrem, to najlepszy środek transportu po Pradze, poza tym trzeba dać Sławkowi się wyspać. Pogoda raczej angielska, ale nam to nie przeszkadza. Katedra św. Wita, Hradczany wszerz i wzdłuż – trochę szybko, ale jesteśmy dzisiaj umówieni w pubie Krakatit z czeskim fandomem.

Katedra na Hradczanach W Czarnej Horze w Pradze Bożena i Ela bajerowały Darecka
Schodzimy Małą Straną na most Karola, potem idziemy jeszcze na Józefów. Krakatit mieści się niedaleko Vaclavskich Namesti – gdy tam dochodzimy jesteśmy spóźnieni dwie godziny, ale okazało się, że tego dnia w pubie odbyła się promocja jakiejś książki, więc towarzystwo jest w komplecie, w dodatku mocno już wesołe.
Krakatit to nazwa nieoficjalna. Miejsce w kamienicy zajmuje dwie kondygnacje, dół to księgarnia z fantastyką,góra – pub. W księgarni witamy się z Jolaną Cermakovą, Honzo, Janem Komarkiem, Pavlem Weiglem, Frantiskiem Novotnym, Zdenkiem Rampasem – szefem czeskiego fandomu. Gdzieś tam miga mi Mirek Żamboch. W księgarni jest wszystko, półki uginają się od książek, komiksów. Na suficie autografy pisarzy, którzy odwiedzili to miejsce, widzę George’a Martina, Jeffa VanderMeera i innych. Zacna meta, szkoda że w Polsce takiego nie ma.
Ale jeszcze milej jest na górze, gdzie wspinamy się po krętych schodach. Tu spotykamy Janę Radousovą i Tomasa Jirkovskiego, a także Darecka. Pub jest pełny, kłęby dymu,mnóstwo piwa. Na ścianie piękny fresk ze smokiem w roli głównej. Siadamy choć na jedno piwo, Jolana rezerwuje salę w pubie dość daleko stąd, na Żivkowie, ale za to z kuchnią domową i super piwem – Czarną horą.
W Krakatit Dojeżdżamy tam tramwajem. Jest ciasno, ale bardzo fajnie. Piwo znakomite, chyba najlepsze, jakie w Czechach będziemy pili przez najbliższe dni. Atmosfera coraz bardziej wesoła. A jeszcze weselej się robi, gdy kelnerzy zaczynają zbierać zamówienia. Dzisiaj wiem, jak doszło do komedii pomyłek, ale wtedy mamy sporo śmiechu. Cóż, czeski i polski to słowiańskie języki, mniej więcej siebie rozumiemy, ale wiele słów ma inne znaczenie. Np. kryminalista to kryminolog.
Sedeńki zajmują drugi stolik i my zamawiamy jako pierwsi. Pierwszy stolik zajmują Ela, Bożena i Krzysiek i oni składają zamówienie jako trzeci. Kelnerzy zaczynają realizować wszystkie zamówienia od stolika pierwszego, czyli tamci dostają nasze dania. Prosili o rybę, a dostawszy steki wcale nie protestują. W sumie nikt nie dostał swojego zamówienia, a kelnerzy witani kolejnymi salwami śmiechu są coraz bardziej zdezorientowani. Kończymy późno w nocy, po drodze do hotelu odwiedzamy jeszcze market po zaopatrzenie i tak mija pierwszy dzień.

Czeskie zamki

Nazajutrz wyruszamy pod Pragę. Naszym celem jest Česky Šternberk i Kutna Hora. Šterneberk to wspaniałe zamczysko na urwisku nad rzeką Sazawą, wręcz kapitalnie położone. Wewnątrz znakomicie zachowane sale, niczego nie brakuje. Podziwiamy wspaniałą bibliotekę (stare wydania Verne’a), salę myśliwską (wspaniała kolekcja broni), pokój do kurzenia (czyli salon do delektowania się zielem fajkowym z kapitalną kolekcją fajek), sypialnie, jadalnie itd. Ostatni hrabia Sternberk wciąż jeszcze mieszka w zamku, przez władze komunistyczne był tu skazany na areszt domowy.
Kolejnym etapem dzisiejszej wycieczki jest Kutna Hora. Przepięknie położone miasteczko, dzisiaj w całości wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, było jednym z najbogatszych miast w Czechach, a to za sprawą kopalni srebra. Bogacili się na tym srebrze kupcy, szlachta, ale także górnicy. To oni postawili swojej patronce, św. Barbarze wspaniałą katedrę.

Sternberk Kutna Hora Nymburk

Katedra jest nietypowa, jej sklepienie przypomina trzy iglice tureckich namiotów, wnętrze przebogate – dębowe stalle, secesyjne witraże, kamienna balustrada z inicjałami Władysława Jagiellończyka, organy o 45 rejestrach.
Oprócz niej w miasteczku jest wiele innych wspaniałych obiektów, lista obejmuje aż trzysta, m.in.: kościół św. Jakuba, Kamienny Dom, Kamienna Fontanna.
Kiedy już wszystko zwiedziliśmy, postanawiamy spocząć na chwilę w jakimś zacnym lokalu. Wchodzimy do mile wyglądającej gospody, pytam o wolne miejsca szefową, a ta odpowiada pytaniem, czy będziemy jedli – za naszymi plecami czai się wycieczka hałaśliwych Włochów. Odpowiadam, że nie, na co słyszę – nie ma miejsc. Trochę wkurzony wychodzę, inni pytają się: Wojtek, co jest grane? W ogólnym harmidrze wybiega za nami właścicielka lokalu, krzycząc wniebogłosy: Wojtek, Wojtek, ja ma se dla was locum!!!
Spryciula. Nie chcąc zawieść swoich gości, kazała jednemu z kelnerów otworzyć drugą knajpę, w starej kamienicy, której weranda wychodzi na katedrę i góry. Jesteśmy tu sami, piwa do oporu, do tego przekąski i słodycze. Aż się nie chce wychodzić. I nieco swój pobyt w Kutnej Horze przedłużamy. Ale to właśnie specyfika naszych wypraw, nie trzymamy się ściśle planu, naginamy go do ogólnych potrzeb.
W końcu jednak trzeba żegnać się z Kutną Horą, obieramy kurs powrotny na Pragę, ale zatrzymujemy się jeszcze w Nymberku, starym kupieckim grodzie otoczonym średniowiecznymi murami, które podziwiamy na spacerze. W oko wpada nam ładnie położony nad strumieniem budynek, a na nim plac zabaw z rzeźbionymi hipopotamami. Solarycho i Jędrek natymiast ich dosiadają – robimy im zdjęcia. Budynek okazuje się odrestaurowanym domem byłego kata miejskiego, nazywa się „Katownia”. Zjadamy smaczny posiłek, bynajmniej nie z mięsa ofiar poprzedniego właściciela domu.

Dwa w jednym - przed pubem Katownia Promenada w Kutnej Horze

W Pradze nie udajemy się na odpoczynek, czekają na nas Czesi – punktem spotkania jest legendarna pijalnia piwa „U fleku”. Po drodze podchodzimy pod cmentarz żydowski na Józefowie, ale jest już zamknięty. Jolana, Darecek i Honzo czekają już na nas, ale wybijają nam z głowy ten lokal. Jest drogo, tłoczno, w dodatku to klimaty na pokaz dla turystów zagranicznych. Tym, którzy tu jeszcze nie byli, pozwalamy się chwilę poszwendać po wielkich salach, po czym ruszamy za naszymi gospodarzami do małego pubu na granicy Nowego i Starego Miasta. Pubik jest sympatyczny, piwo dobre, więc siedzimy parę godzin, wsuwając czeskie smakołyki. Honzo przygotowuje tatara – przyznaję, że jest przepyszny. Bartek nigdy nie jadł tego dania, z pewnymi obawami próbuje, i przewraca oczami. Pycha.
Czas się zbierać. Umawiamy się na jutro wieczorem na grilla u Jolany, zostawiam jej pieniążki na wałówkę i beczkę piwa.
Poranek trzeciego dnia wyprawy wita nas mżawką i pechem – gdzieś w trasie złapaliśmy gumę i przez noc zeszło z jednego koła powietrze. Potrzebny jest wulkanizator, ale jest sobota, a Czesi – odwrotnie niż my – nie pracują w weekendy. Tutaj naprawdę większość sklepów i wszystkie punkty usługowe są zamknięte. Znowu z pomocą przychodzi Jolana i Honzo. Kiedy szukają potrzebnego zakładu, my robimy zakupy w markecie, jutro wszak czeka nas cały dzień w samochodzie i przelot do Bawarii.
Z trzygodzinnym opóźnieniem, które zaważy na rezygnacji z jednego punktu programu – nie zobaczymy w Czeskim Krasie kanionu Wielka Ameryka – wyjeżdżamy do zamku Křivoklát. Cudnie położone zamczysko z potężną basztą zwiedzamy wraz z przewodnikiem i grupą czeskich turystów, wśród których główną atrakcją, czasem znacznie przewyższającą uroki Křivoklátu jest parka migdalących się bez przerwy pedziów.

Zamek w Krivoklat Zamek Karlstejn
Drugim punktem dzisiejszego programu jest królewski zamek Karlštejn, ikona czeskich warowni średniowiecznych. My właściwie mamy już zamków dosyć, podziwiamy więc warownię z daleka, a wszyscy skupiają się na istnej kopalni sklepów i straganów ciągnących się po obu stronach drogi do zamku. Krupówki przy tych kramach to mały jarmark.
Obkupieni wracamy do Pragi. Pakujemy się, bo jutro wyjeżdżamy bardzo wcześnie. Cześć jedzie jeszcze pożegnać się ze starą Pragą, a większość udaje się do Jolany. Ma ona dom z ogródkiem, w nim grill, a Honso właśnie odszpuntowuje beczkę Vielkopopovickiego Kozla. Ciemnego. Pycha. Darecek griluje – będą szaszłyki i karkówka. Ja siadam do laptopa, korzystając z możliwości podłączenia się po kilku dniach do sieci. Czeka mnie podłamka – 1800 mejli. Po godzinie rezygnuję, zajmuję się kuflem i szaszłykiem.
Późnym wieczorem schodzi do nas tata Jolany, który niedawno przeszedł wylew. Porusza się z trudem, ale tryska humorem. Arek stawia polski miód – półtoraka, Czesi przyjmują miodowinę z radością, rewanżują się winem i śliwowicą. Ech, posiedziałoby się jeszcze, ale dochodzi północ, a o 5 rano pobudka. Żegnamy się. Dzięki Jolano! Umawiamy się jeszcze na przyszły festiwal w Nidzicy. Liczymy na spory udział braci Czechów.

Bawaria

Niedziela rano. Niektórzy mało może rześcy, ale punktualnie pakują się do busika i wyjeżdżamy z Pragi. O ósmej rano jesteśmy już na granicy niemieckiej. Przejeżdżając granicę od razu trafiamy do innego świata. Bawaria to najbardziej konserwatywny i tradycjonalistyczny land w Niemczech. I najbogatszy. Niemiecki porządek widać na każdym kroku. Dziur w drogach nie ma, trawniki i łąki przystrzyżone, parkingi czyściuteńkie, gospodarstwa wiejskie jak z obrazka – chociaż są to najczęściej połączone z oborą i stodołą budynki mieszkalne. Nie przeszkadza to w zachowaniu czystości, bieleniu ścian i postawieniu w każdym oknie donic z kwiatami.
Pierwszym miastem, które chcemy zwiedzić jest Passau, czyli Passawa. To miasto leży w rozwidleniu potężnych rzek: Dunaju i Inn. Tego dnia Inn toczy wzburzone wody, podmywając już chodniki. Tutaj to ponoć normalny widok. Miasto zostało założone przez Rzymian, stacjonował tu – na rzymskiej limes – duży garnizon. Nic dziwnego, miejsce strategiczne, w dodatku na południowym brzegu potężna skała aż zachęca do budowy umocnień. W V wieku działał w Passawie św. Seweryn (założył klasztor), a w VIII św. Bonifacy – ten utworzył tu w 739 roku biskupstwo, które przez stulecia było największym w Rzeszy. Dzisiejszy wygląd miasto zawdzięcza włoskim architektom, którzy je odbudowali po wielkich pożarach.

W Passawie Passawa widziana z klasztoru benedyktynów Paniusie z torebkami
Starówka jest piękna, czyściutka, a katedra św. Stefana oszałamia. Na mszę (jest niedziela) zwołuje koncert dzwonów, wewnątrz kościoła wysłuchujemy króciutko koncertu organowego. Wracamy przez Dunaj, zaraz za nim wspinamy się stromą ścieżką do twierdzy Oberhaus, czyli dawnego klasztoru benedyktynów. Z góry rozciąga się kapitalny widok.
Tego dnia czeka nas jeszcze sporo pięknych widoków. Następnym przystankiem jest bowiem niewielkie miasteczko Burgahausen, położone nad rzeką Salzach. Mamy drobny kłopot z trafieniem na miejsce, bo miejscowy – starszy pan – kieruje nas w odwrotną stronę. Pewnie przypomniał sobie czasy Hitlerjugend.
To miasteczko, bardzo senne, przyciąga dla potężnego zamku, który ciągnie się wzdłuż całego miasta na potężnej iglicy skalnej, wbitej pomiędzy Salzach i jezioro Wöhrsee. Ciągnie się to dobre słowo. Zamczysko ma 1100 metrów długości i dzieli się na siedem części, każda jest coraz bardziej niedostępna od poprzedniej, wszędzie bramy i fosy. Zamek wybudował książę Jerzy Bogaty, który wziął za żonę Jadwigę Jagiellońską. Ostatni bastion robi imponujące wrażenie.
Teraz przed nami ostatni odcinek dzisiejszej trasy. Wskakujemy na autostradę do Monachium, ale nie dojeżdżamy do bawarskiej stolicy, kierujemy się w lewo w stronę widocznych już gór. Nareszcie. Widoki bombowe, ale to dopiero przedsmak tego, co nas czeka w Austrii.
Dojeżdżamy do Schwangau. Bez trudu, choć już ciemno, znajdujemy pensjonat Waldmann, naszą noclegownię. To typowy austriacki pensjonat, ładne pokoje, czysto, miła obsługa. Kto ma siły, ten siada do bawarskiego piwa. Inni idą spać. Ja też wybieram łóżko, wypytuję tylko gospodynię na temat biletów do zamczyska. Radzi nam być w kasach z samego rana.

Szalony Ludwiczek Bawarski

Tak też robimy, z Marcinem jedziemy do kas, gdzie jesteśmy pierwszymi klientami. Kupujemy bilety do najpiękniejszego zamku Europy – Neuschwanstein. Ceny niekiepskie, 9 Euro. Potem wracamy na śniadanie. Nareszcie odrobina luksusu. Aż szkoda, że zatrzymamy się tu tylko jeden dzień, bo widok z balkonu mam kapitalny. Szczyty po 2000 metrów, w połowie wysokości białe iglice bajkowego zamku Ludwika Bawarskiego. Posiedziałbym cały dzionek w takim miejscu.

Nasz pensjonat Zamek Ludwika Szalonego Neuschwanstein
Zaczynamy podejście. Idziemy zwykłym krokiem, swobodnie, a i tak dystans pokonujemy znacznie szybciej niż wskazywały plansze. Mamy więc czas na fotografowanie. Zamek jest wprost niesamowity, ale i tak nie jesteśmy przygotowani na to, co w środku.
Ludwik Bawarski Wittelsbach miał fioła. Był chyba pierwszym miłośnikiem fantasy, który swoją miłość do epickich eposów rycerskich, magicznych stworów i wspaniałej muzyki Wagnera potrafił przekuć w namacalne i oszałamiające zabytki. Kształtował przestrzeń i materię wedle swoich własnych wizji. Malarstwo, wystrój wnętrz jest operetkowy, nieco kiczowaty, ale wszystko razem wzięte nie daje się porównać do niczego, co stworzył człowiek. Sam przepych. Ludwik żył w drugiej połowie XIX wieku, w czasie wojny prusko-autriackiej i latach jednoczenia Niemiec, gdzie każdy z niemieckich książąt i rodów musiał się opowiedzieć po czyjejś stronie. A Ludwiś wolał budować swoje zamki na piasku. Za co wdzięczni i nękani podatkami obywatele odsunęli go od tronu, ogłosili szaleńcem, a następnie utopili w malowniczym jeziorku. Z ludem się nie zadziera.
Może i doprowadził Bawarię na skraj bankructwa, ale Neuschwanstein to dzisiaj taki samograj turystyczny, że powinni mu pomniki stawiać. I świetnie zorganizowany. Wszędzie elektronika, tłumacze i przewodnicy audio, to jedyny obiekt, w którym nie wolno fotografować, za to wychodząc z zamku mija się aż dwa centra z pamiątkami. Samo zwiedzanie to 35 minut. Tylko.
Wychodzimy z zamku i żeby ochłonąć kierujemy się do góry na Most Mariacki, przerzucony 98 metrów nad przepaścią Pollatsschlucht. Z mostu roztacza się kapitalny widok na zamek. W dole szumi wodospad. Schodząc, część z nas wybiera się na punkt widokowy w dole wodospadu.
Wracamy. Przed nami przełęcze alpejskie. Żegnamy się z miłą Frau i wsiadamy do busika. Pogoda od wczoraj kapitalna. O ile w Pradze mieliśmy non stop deszcz, to teraz pogoda wręcz wymarzona, zdjęcia będą kapitalne.
Już za chwilę mamy okazję się przekonać czym jest układ z Schengen. Co rusz przekraczamy granicę austriacko-niemiecką, żadnych posterunków, tylko tablice informują w jakim kraju jesteśmy. Przejeżdżamy przez Garmisch-Partenkirchen, Piotrek z tyłu drze się „Małysz, Małysz!”. Cóż, w czasie pobytu w Austrii zobaczymy jeszcze skocznię w Innsbrucku i w Bischofshofen.
Wspinamy się na 1700 metrów i wjeżdżamy na autostradę do Innsbrucku. Nazwa oznacza most przez rzekę Inn, a miasto – stolica Tyrolu – wzięło początek od obozu rzymskiego. Jak wiele miejsc w tej części Europy, gdzie przebiegała granica pomiędzy Imperium a germańskimi barbarzyńcami.

Pod domem ze złotym dachem w Innsbrucku Jak z reklamy Milki Zell am See za mgłą
Parkujemy w centrum i idziemy na deptak. Wokół wspaniałe kamienice, a samą uliczkę Herzog Friedrich (czyli księcia Fryderyka IV) zamyka dom ze Złotym Dachem, symbolem Innsbrucku. To wykusz dobudowany przez cesarza Maksymiliana I do dawnej siedziby Fryderyka IV – dach pokryto 2657 płytkami złota. Rozdzielamy się, dajemy sobie czas wolny. A w tle wspaniałe ośnieżone góry lśniące w słońcu.
Część wycieczkowiczów idzie do knajpy, inni buszują po straganach, ja wybieram rajd po starówce. Wchodzimy do katedry św. Jakuba, potem Hofburg, pałac cesarski. Na Hofkirche, w którym są wspaniałe nagrobki i rzeźby niestety brakuje nam czasu.
Muszę poganiać wycieczkę, bo nie wiem, jak szybko uda nam się pokonać góry. Niby nie mamy wielu kilometrów do przejechania, ale pora obiadu już minęła. I miałem nosa, wjazdy i zjazdy pokonujemy wolno. Sławek pokazuje nam, specjalnie przygotowane i oznakowane boczne zjazdy z drogi służące do wyhamowania pojazdu, gdyby zawiodły hamulce albo wpadło się poślizg. Tu wszędzie jest wysoko i stromo. Ale widoki tak wspaniałe, jak z pocztówek, że nie przeszkadza nam ślimacze tempo.

Alpejskie gniazdo

Do Kaprun dojeżdżamy po zmroku. Wszędzie cicho i głucho, nad szczytami Alp Wysokich ścielą się chmury. Bez GPSa pewnie byśmy nie trafili. Dzwonimy do Christiana, że już dojeżdżamy. Każe nam się rozgościć. To kolejna rzecz niespotykana w Polsce. Po dojeździe do jego pensjonatu czekamy grzecznie na właściciela, ale on mówi, że będzie za jakieś półgodziny. Jesteśmy zmęczeni, robi się zimno – to góry. Co oznacza, żebyśmy się rozgościli?
Okazuje się, że pensjonat jest otwarty, wszystkie apartamenty także. Klucze w drzwiach, wszystko gotowe. Nikt tego nie pilnuje. Rozlokowujemy się. Nie bardzo możemy doliczyć się łóżek, ale Christian po przyjeździe pokazuje nam wielkie rozkładane łoża ukryte w ścianach – początkowo wzięliśmy je za szafy. Śmiechu mamy kupę, straszne z nas polskie wsioki.
Christian, widząc wesołą grupę, dostarcza nam gratis skrzynkę młodego wina. Rozliczamy się i tyle go widzimy przez cały pięciodniowy pobyt. Żegnamy się także telefonicznie. Co kraj to obyczaj. Tu podstawową cechą jest uczciwość, zakłada się, że każdy jest uczciwy. I słusznie. Bardzo mi się to podoba.
Pensjonat składa się z kilku apartamentów, my zajmujemy trzy, a jeden małżeństwo z Holandii, które przyjechało (jest pierwsza połowa września) na narty. Nic dziwnego, Kaprun leży pod samym lodowcem Kitzsteinhorn (3203 m). Każdy apartament to 2-3 pokoje, kuchnia (kompletnie wyposażona), łazienka. Bardzo domowo. A widok też kapitalny. Niestety, psuje się nam pogoda, w takich górach to norma.
Następnego dnia robimy porządne zakupy w markecie, mam ubaw widząc jak Lidka na migi zamawia 60 plastrów szynki. W swoim apartamencie ma pięciu chłopa, zagania ich więc do roboty i szykuje wspaniałe przyjęcia. Każdy apartament ma salonik lub dużą jadalnię, więc jest gdzie biesiadować.
Ponieważ rankiem pogoda raczej nie jest sprzyjająca, wybieramy się do pobliskiego Zell am See. To największy kurort Austrii. Przepięknie położony wśród wysokich gór, nad wielkim jeziorem. Latem centrum sportów wodnych i jednocześnie zimowych. Mży, na ulicach zwały śniegu, który spadł w nocy. Chłopaki wykorzystują to na pierwsze w tym roku obrzucanie się śnieżkami.
Spacerujemy nad brzegiem jeziora, potem na deptaku robimy zakupy. Mam straszną ochotę na tyrolskie portki, piękna skóra, szelki, ochraniacz na klejnoty, ale cena odstrasza – 100 euro. Tyle za gacie nie dam. Kupujemy sobie za to z Małgosią dwie piękne ludowe tyrolskie koszule.
Wokół świstaki i jodłowanie, dobre piwo i fajny klimat. Spotykamy się przy aucie i jedziemy do centrum Kaprun. Tu podziwiamy stary kościółek na zboczu, skansen starych drewnianych chat tyrolskich i niewielki cmentarz. Pogoda poprawia się. Postanawiamy, że po obiedzie zaatakujemy pieszo pierwszy dwutysięcznik – zaporę wodną Hochgebirgsstauseen. Z 1068 metrów na 2040. Na tej zaporze (właściwie są dwie tamy) kręcono jeden z epizodów Bonda. Wspinaczka wygląda na trudną, droga zaczyna się od przeprawy po kamieniach przez rwącą gósrką rzekę i wodospad. Dwie dziewczyny rezygnują i wracają na parking.

Kaprun z góry, z wysokości 2200 m Słynna, Bondowska, zapora w Alpach Wesołe posiłki w Kaprun
Potem jest jednak trochę łagodniej. Idziemy trawersem potężnej góry, coraz wyżej i wyżej, z lewej dolina, strumień, wodospady, a za nimi trzytysięczniki. W Alpach las sięga wyżej, często przekracza dwa tysiące metrów. Na szlaku nie spotykamy nikogo, czasem ścieżka wije się przez tunele wydrążone w skale.
Po godzinie wspinaczki grupa trochę się rozciągnęła. Dochodzimy pod zaporę zziajani, ale szczęśliwi. Na nieszczęście psuje się pogoda, wysokie szczyty zatrzymują w dolinie chmury, te kumulują się, gęstnieją i zaczyna kropić. Podejmujemy decyzję o powrocie.
Do parkingu docieramy umęczeni, ale bardzo zadowoleni. Planowaliśmy jeden dzień pieszej górskiej wędrówki, ale prognozy pokazywały, że wszędzie na dwóch tysiącach metrów w Alpach leży już śnieg, a my nie jesteśmy do tego przygotowani. Zaliczamy przynajmniej tę górę, wkrótce się okaże, że to nie jedyne podejście na tej wyprawie.
Wieczorem balanga. Ja niestety mam pracę. Dostęp do sieci pozwala załatwić co poważniejsze sprawy w firmie, robię też zdalnie faktury i rachunki, ja w Austrii, a drukarka w Stawigudzie je drukuje. Jakże ta technika poszła do przodu! Wydaje mi się, że jeszcze niedawno oglądałem odcinki Klossa w czarno-białym telewizorze, z nakładaną pomalowaną szybą, przez co Klos był raz fioletowy, a raz czerwony (tzn. czerwony to on był cały czas). Science fiction przegrywa z rzeczywistością.

Alpejską przełęczą Hannibala

Następny dzień to daleka i trudna wyprawa do Karyntii. Trudna, bo musimy pokonać najpiękniejszą szosę wysokogórską w Europie – Grossglockner Hochalpenstrasse. Grossglockner to najwyższy szczyt Wysokich Taurów i najwyższy szczyt Austrii (blisko 3900 m). Wysokie Taury to łańcuch kilkudziesięciu trzytysięczników, lodowców, wiecznie w śniegu. A trasę wybudowano w 1935 roku w miejscu dawnej górskiej przeprawy alpejskiej od ziemi salzburskiej do Karyntii, która graniczy z Włochami.

Trudno uwierzyć, że parę dni temu skończył się sierpień i trwa wciąż kalendarzowe lato Wspinamy się Hochalpenstrasse Hochalpenstrasse
Trasa wiedzie serpentynami, nad przepaściami, można podziwiać wspaniałe widoki. A widoczność mamy tego dnia kapitalną. Najwyższy punkt trasy to 2505 m i nasz busik na ostrych podjazdach zaczyna tracić moc. Okazuje się, że puściła rura odprowadzająca gorące powietrze z prądnicy. Nic groźnego, ale czasem bardzo nam brakuje mocy.
Trasa jest utrzymywana w bardzo dobrej kondycji, chociaż pomiędzy listopadem i majem jest zamknięta. Pobudowano kilka punktów widokowych, muzeum przyrodnicze, schroniska. Ale za wszystko trzeba płacić. Nasz autokar kosztuje to prawie 90 euro. Ale naprawdę warto.

Ela i Bożena na przełeczy, 2550 metrów, wrzesień Fałszywy Tyrolczyk
Chcieliśmy dojechać jeszcze na lodowiec Franciszka Józefa, boczną trasą, ale busik nie dał rady. Podziwiamy za to odpływ lodowca, blokowany przez dwie tamy. A tuż nad nami wisi Glossglockner. No i te świstaki nawołujące się ze zboczy! Przydają się kurtki, śniegu jest to na chłopa, temperatura w okolicy zera.
Pora zjeżdżać w doliny. Na samym dole zatrzymujemy się na niewielki popas w małym miasteczku, robimy zaopatrzenie. Jesteśmy już w Karyntii. 60 km od Włoch, jakieś 120 od Adriatyku.

Kolejny przystanek to Hochosterwitz, wizytówka Karyntii, orle gniazdo nad doliną St.Veit. Na zdjęciach wygląda wspaniale, ale rzeczywisty widok aż zapiera dech w piersi.
Potężna skała wyrastająca z płaskiej zielonej doliny. Na szczycie zamczysko, a dostać się do niego można drogą wijącą się wokół skały, strzeżoną przez 14 bram warownych. Zamek był kiedyś zbrojownią i teraz możemy na górze podziwiać wspaniałe muzeum.To nie są jakieś pojedyncze zbroje, szabelki, jest tego oręża dziesiątki, setki, wszystkie w znakomitym stanie, tylko nakładać i na mury!

Sielskie widoki
Widok ze skały jest kapitalny. Pogoda słoneczna, widoczność na wiele kilometrów wokół. Zwiedzamy jeszcze mały kościółek i ogródek zakonny. Wspaniały zamek. Na murach widzimy piękne czarne wiewiórki. Przypomina nam się widok z Krymu, gdzie także mieliśmy bliskie spotkanie z tymi ogoniastymi futrzakami. Jolana nazywała je po czesku drzewokotkami, co wzbudziło u nas śmiech. Okaże się jutro, że to nie jedyne podobieństwo tej wyprawy do zeszłorocznej.
Czas wracać, czeka nas prawie 250 km. Po drodze podziwiamy wielkie jeziora alpejskie, o wiele większe od naszych Śniardw czy Niegocina. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielkie mają tu zbiorniki. Po prostu raj.

Miasto Mozarta

Następny dzień chciałem poświęcić na wycieczkę do Salzburga. Ale nasi globtroterzy, dobrze zaopatrzeni przez Christiana w foldery turystyczne wypatrzyli przed Salzburgiem Jaskinię Lodową – Eisriesenwelt Höhle. A ponieważ na Krymie oglądaliśmy Jaskinię Marmurową, zamarzyło im się zaliczyć grotę i teraz. Cóż, vox populi. Salzburg nie ucieknie.
Wejście do jaskini, istnego cudu natury, znajduje się na wysokości 2200 metrów, tysiąc metrów nad doliną. Jedzie się tam pioruńsko stromą drogą na parking, potem kolejką na wysokość 2000 metrów, a stamtąd półgodzinne podejście do wlotu jaskini.

W jaskini Przed jaskinią lodową, 2450 m.n.p Cudny Salzburg
Tyle teoria. Bo busik odmówił nam posłuszeństwa mniej więcej dwa kilometry przed kolejką. Postanowiliśmy iść dalej pieszo. Sosnowy i świerkowy las, wspaniałe widoki, świetna słoneczna pogoda, i mocne, ostre podejście. Dotarliśmy do kolejki mocno wyczerpani.
Rysiek ma lęk wysokości, więc chciał zrezygnować, gdy zobaczył małe wagoniki pnące się po cienkiej linie na pionową skałę. Ale Marcin nabył już bilety. Rycho wpiął się więc w pierś Piotrka, zamknął oczy i wytrzymał.
Od kolejki jest jeszcze niezły spacer pod górę, po prawej stroma ściana, a z lewej przepaść, urwisko, że aż można zawrotu głowy dostać. Samochodziki na szosie jak mrówki wyglądają z tej wysokości. A potężna twierdza Hochenwerfen to dziecięca zabawka.
Jaskinię Lodową odkryto niedawno, wciąż jest badana, wygląda na to, że góra Hochkögel jest dziurawa jak szwajcarski ser – dotąd zbadano 42 kilometry.
My pokonujemy cztery. Wydawało mi się, że jak w innych jaksiniach, których trochę już w życiu widziałem, ujrzymy stalagmity, stalaktyty, imponujące formy skalne, pięknie oświetlone przez reflektory. Nic bardziej mylnego. W środku jest kilka stopni poniżej zera, a wszystko w lodzie. Reflektory stopiłyby to cudo. Dostajemy po kilka lamp karbidowych na grupę i włazimy w… ciemność. Przewodnik, płynnie przechodzący z niemieckiego w angielski – bez zmiany intonacji czy akcentu – od czasu do czasu zapala lonty, które oświetlają formy lodowe. Tu mamut, tu… sam nie wiem co.
Wspinamy się po wąskich korytarzach, przechodzimy tunelami, tak na oko wchodzimy jeszcze z 200 metrów wyżej. Po półtorej godziny jesteśmy zmarznięci, ale pełni wrażeń. Wyjście na słońce witamy z radością, tyłki nam trochę przemarzły. Ale trzeba jeszcze dojść do autobusu, który czeka gdzieś w dole. Zejście po stromym zboczu jest bardziej wyczerpujące od wejścia, kolana dostają niezły wycisk.
Gdy docieramy do busu, wszyscy rzucają się do zapasów, kanapek, piwa. A Sławek siada za kółko i kierujemy się do niedalekiego już miasta Mozarta.
Salzburg z miejsca robi na mnie piorunujące wrażenie. Położony między Górą Mniszą a rzeką Salzach. Nad starym miastem góruje potężna twierdza Hochensalzburg. Starówka jest wprost kapitalna, rozbrzmiewa muzyką Mozarta graną przez ulicznych grajków na przeróżnych instrumentach – od starodawnych harf po elektryczne gitary. Czasem trafi się jakiś szaleniec, grający „Hey Jude” z tak paskudnym fałszem, że przywodzi na myśl duszenie kota, ale ogólnie jest ok. Przechodzimy przez most i wchodzimy w urokliwe zaułki. Główną drogą jest deptak Getreidegasse, przy nim znajduje się dom Mozarta. Pomiędzy kamieniczkami wiele pasaży handlowych prowadzących na ryneczki. Na straganach wyroby mleczne (krowy są symbolem Austrii): sery, sporo jest też wędlin i nieodłączne, słynne nadziewane czekoladki – Mozartkugel.

Złota kula w Salzburgu Wojtek liczył na Krwawą Mary Agnieszce marzył się koziołek, byle nie matołek
Nabywam tyrolską czapkę z piórkiem, Bartek kupuje sobie piękną koszulkę, a Małgosia miejscową naleweczkę. Zwiedzamy katedrę św. Ruperta i św. Wirgiliusza (dwaj biskupi, którzy zbudowali tu klasztory i katedrę) oraz Kollegienkirche. Bardzo żałujemy, że mamy – to przez długą wyprawę w góry – tak mało czasu. Czas jednak już wracać, jutro długi przelot do Bratysławy.
Pakujemy się i wyjeżdżamy bardzo wcześnie rano. Planowaliśmy po drodze zwiedzenie jednego miasteczka w krainie wielkich jezior, ale mgły tak ograniczają widoczność i towarzyszą nam prawie do Wiednia, że mija się to z celem – i tak byśmy nic nie zobaczyli. Dlatego walimy do przodu na ile pozwalają przepisy. I w porze obiadowej meldujemy się w stolicy Słowacji.

Na komunistyczne śmieci

Bratysława to koniec pięknej bajki. Wracamy do blokowisk, śmieci na dziurawych drogach i słowiańskiej siermiężności. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale nawet w 20 lat po tzw. transformacji ustrojowej różnice między Wschodem i Zachodem są widoczne gołym okiem. Zwłaszcza baza hotelowa. Pokoje niby normalne, hotel średniej klasy, ale pachnie tu wciąż głębokim komunizmem i brakiem szacunku dla gościa hotelowego. A poza tym odrapane bloki obok nowoczesnych centrów handlowych, nowe wille i zaniedbane budynki publiczne.

Po drugiej stronie Alp Innsbruck Odchudzony golem
Mamy popołudnie w Bratysławie, Sławek podrzuca nas w okolice starówki, umawiamy się za 3 godziny. Okazuje się to aż nadto, staróweczka jest malutka, czasu wystarcza na spacer do zamku (ładny widok na Dunaj, a gdzieś na horyzoncie łuna nad Wiedniem) i po starym mieście. Ładny ryneczek, kilka ciekawych i zabawnych pomników. Wszędzie pełno hałaśliwych Anglików, którzy Bratysławę, jak i Kraków czy Gdańsk wybrali sobie na weekendowe wypady libacyjno-erotyczne.
Całą sobotę poświęcamy na zwiedzanie Wiednia. Mając jeden dzień trudno zobaczyć wiele, ale rozsądnie ułożony plan pozwala posmakować wiedeńskie klimaty. Do tego potrzebny jest ktoś, kto Wiedeń zna. Mam kogoś takiego, to Maja Heiersdorff. Umawiamy się rano w samym centrum stolicy Austrii, pod katedrą św. Szczepana. Czekając na Maję podziwiamy wspaniałe wnętrza największej austriackiej gotyckiej świątyni.
Przez XIII i XIV wiek prawie w całej Europie stawiano w imię wiary te wspaniałe budowle, trudniły się tym tysiące ludzi, całe rodziny i przez wiele pokoleń. Budowy kosztowały wiele istnień ludzkich. Ale dzisiaj mamy co podziwiać w większości katolickich krajów Europy. Szkoda że do Polski nie dotarła ta monumentalność – polskie katedry stawiano z cegieł, nie z kamienia. Mają inny styl.
Jest wreszcie Maja, przedstawiam ją grupie. Nasza przewodniczka ustala szczegóły naszego krótkiego pobytu w Wiedniu. Idziemy Kohlmarktem, jedną z najbogatszych ulic Wiednia, tu tylko witryny najbardziej renomowanych marek światowych. Pierwszym celem jest Hofburg, czyli dawna cesarska siedziba imperatora. To dzisiaj potężne centrum muzealniczo-konferencyjno-turystyczne. Wiele sal ma charakter użytkowy, można je wynajmować choćby na rauty dla przedsiębiorstw, tu mieści się biblioteka uniwersytecka.
Zarówno Hofburg jak i inne pobliskie budowle: Muzeum Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej są monumentalne, świadczą o dawnej świetności Cesarstwa Habsburgów. Pomiędzy Muzeami fotografujemy się pod pomnikiem Marii Teresy.
Teraz idziemy pod siedzibę parlamentu austriackiego, wielki budynek w stylu antycznym. Po niej spacer pod Operę Wiedeńską, która gościła największe sławy muzyki światowej.
Chwilowo mamy dość monumentalnych budowli, po obejrzeniu Karlskirche jesteśmy przytłoczeni. Maja postanawia zabrać nas na Naschmarkt, słynny bazar, na którym można spróbować, zakupić lub podziwiać owoce, warzywa z całego świata. Nabywamy japoński chrzan wasabi i smakujemy pierwsze wiedeńskie piwo dzisiejszego dnia. Wszyscy się rozchodzą po bazarze, my z Mają kotwiczymy w barze. Mamy tu nalewki z całego świata. Jest na co popatrzeć. I posmakować.
Następną atrakcją jest Hundertwasser Haus. Jedziemy tam metrem i tramwajem, bo to trochę na uboczu od centrum. Friedensreich Hundertwasser jest jednym z najbardziej znanych twórców modern art. Budowle zaprojektowane przez niego, rozrzucone są na całym świecie, na kilku kontynentach. Postawiony w 1985 roku wiedeński Haus należy do jednej z największych atrakcji turystycznych Wiednia. Łączy elementy mauretańskiego meczetu, hiszpański styl wiejski z weneckim pałacem. Kolorowy, asymetryczny, bajkowy. Zwiedzamy, stołujemy się w miejscowej pizzerii, nabywamy pamiątki. Małgosia wybiera wisiorek w stylu Hundertwassera, Maja pomaga wynegocjować lepszą cenę.

Katedra Stefana w Wiedniu hundredwasser
Można by tu spędzić więcej czasu, ale czeka na nas Schönbrunn, jedna z największych rokokowych budowli w Europie. Obecny styl i wygląd zawdzięcza mecenatowi Marii Teresy. My rezygnujemy z wycieczki po wnętrzach, wybierając olbrzymi park, miejsce spacerów i wypoczynku dla wielu wiedeńczyków. Jest sobota, więc ludzi mnóstwo. Zaczynamy od labiryntów, gdzie kilkoro z nas się gubi. Spec od nawigacji, komandor Papierkowski ma wyraźnie kłopot z wybraniem właściwego azymutu. Spacerując raczymy się piwkiem i dokazujemy, chociaż powoli czujemy w nogach przebyte dzisiaj i w ostatnich dniach kilometry.

Grupa w Schonbrunn Wojtek na pustym postumencie próbował zrobić sfinksa Co natychmiast wykorzystała Maja, by pokazać szarżę wiedeńską
W Schönbrunn można spędzić niejeden dzień. Z zadowoleniem obserwuję, że moi obaj chłopcy są pod wielkim wrażeniem i wszystko chłoną. Podróże kształcą.
Przed wyjściem z parku robimy kilka zabawnych zdjęć całej grupy, potem ja udaję sfinksa na pustym postumencie. Moją pozycję leżącą natychmiast wykorzystuje Maja, dosiadając mnie i pokazując husarską fantazję. Nie daję się jednak okiełznać.
Metrem docieramy pod katedrę Szczepana, przez pół godziny szukamy wolnych miejsc w jakiejś knajpce. Wszędzie full, jest nas za dużo, w dodatku dochodzą dwie przemiłe koleżanki Mai, również Polki pracujące w Wiedniu.
Wreszcie udaje nam się znaleźć miejsce w miłym lokalu, gdzie serwują tradycyjne austriackie naleśniki i zupy. Ja wcinam z zachwytem pyszną kremową zupę z prawdziwków. To tygrysy lubią najbardziej!
Czas się żegnać, miło było, ale jest już późno, do Bratysławy jeszcze godzina jazdy, a rano czeka nas długa droga do domu. Równe tysiąc kilometrów.
Z Bratysławy wyjeżdżamy bardzo wcześnie, o szóstej, wszyscy są półprzytomni i od razu zapadają w drzemkę. Bez przeszkód dojeżdżamy do przejścia granicznego w Zwardoniu. Polska. Miło być w domu, w domu najlepiej. Bartek na fotelu zgrywa na laptopa zdjęcia ze wszystkich aparatów, wychodzi nam około 5 tysięcy zdjęć. Obiecuję wszystko zmiksować i rozesłać do globetrotterów.
Wjeżdżając na dwupasmówkę Katowice-Warszawa przesiadam się na tył. Tu rozpoczynamy morawską śliwowicę. Czas płynie mi miło, schodzi napięcie ostatnich dni. Niby to był urlop, ale odpowiedzialność za grupę jest, trzeba być cały czas na chodzie, pilnować trasy, załatwiać bilety itd. Teraz mam to za sobą. Śliwowica gasi powoli światło. Budzę się w Warszawie, by pożegnać przyjaciół, a potem dopiero w domu. Jutro z rana do pracy.
Alpy za nami, Langwedocja i Prowansja przed nami. Za rok. Już się nie mogę doczekać.

Wojtek Sedeńko

Zostaw komentarz