Anglia 2007

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE, utworzono: 3 Luty 2011

ANGLIA, WALIA

Odwiedziny u Pejów – krótki wypad do Anglii

Zaczęło się niewinnie. Początek grudnia, konwent w Jastrzębiej Górze, Nordcon. Niespodziewanie pojawił się na nim Piotrek Pejka, vel „Peja”, z rodziną. Przyjaźnimy się od lat, był stałym gościem nidzickich festiwali fantastyki, wcześniej imprezowaliśmy w poznańskiej „Orbicie”. Niezwykle wygadany, mocno gestykulujący przedsiębiorca, w wyniku sytuacji gospodarczej w Polsce, jak i wielu mu podobnych Polaków, popada w kłopoty finansowe. Postanawia zmienić klimat na mglisty i dżdżysty. Kolejny Polak w Anglii.
Kiedyś Peja był postawnym mężczyzną, odwrotnością swojej szczuplutkiej żony, Basi. Kiedyś. Dzisiaj Peja jest chudy. Pozostała mimika i swada wypowiedzi. Peja opowiada, jak to mu tam dobrze, za tym kanałem La Manche. Zero stresu, wystarcza na chatę, na życie, córka – przesympatyczna Paulina – wiedzie prym w szkole. A Angole to głupole. Miło się tego słucha.
Czas ucieka na rozmowie, wódka płynie. Peja w pewnym momencie: To ja was zapraszam do mnie, do Bradford. Solarycho na to: Czemu nie, to niedaleko, niedrogo samolot wyniesie. Przyjedziemy.
Po powrocie do domu, jakieś dwa tygodnie później, postanawiamy faktycznie polecieć do Anglii. Rycho chce wysłać syna na jeden dzień do angielskiej szkoły, a także zobaczyć na własne oczy jak żyją nowi emigranci za chlebem. Ja mam jeszcze dodatkowy powód – Anglia ma mnóstwo zabytków, prawie na każdym kroku człek potyka się o miejsca znane z historii.
Rezerwujemy bilety na początek maja – w Polsce szykuje się i tak kolejny długi weekend, biznes będzie zamknięty. Lecimy w czwórkę: ja z żoną Małgosią, Rycho z Piotrkiem.
Z Peją mamy kontakt telefoniczny i mejlowy. Początkowo wydaje się zaskoczony, potem ucieszony. Specjalnie dla nas zmieni mieszkanie, żebyśmy się pomieścili. Każemy mu się nie przejmować, nie będziemy ciężarem – mamy zamiar głównie podróżować. Prosimy o zarezerwowanie samochodu w wypożyczalni.
Przygotowania upływają głównie na pakowaniu prezentów dla Pejów – wódeczki, papierosów i… kaszanki. Śmieję się, że jak Ryśkowi każą to wsuwać celnicy na lotnisku…
Dzień odlotu. Jedziemy na jeden z parkingów pod Okęciem, zostawiamy auto, a furgon podwozi nas pod terminal. Rycho od rana znieczula się własnymi kompozycjami – panicznie boi się latania. Dla Małgosi jest to pierwszy lot, jest go bardzo ciekawa.
Terminal jest koszmarny. Wstyd, że polska stolica prezentuje takie wrota do naszego kraju. Rysiek coraz bardziej giętki.
Startujemy. Małgosia przyklejona do okna podziwia widoki. Pogoda do lotu wspaniała, widoczność wyśmienita. Dopiero nad Anglią pasmo chmur. Cóż, Albion. Ale nad Liverpoolem wraca słoneczna pogoda. Na lotnisku im. Johna Lennona (fotografujemy się przy pomniku Beatelsa i przed olbrzymim modelem żółtej łodzi podwodnej) wita nas przedstawiciel Pejów, mieszkający tu od dawna Sławek. Nad głową trzyma tablicę: Mr. Shackal.

Młoda Polonia w Bradford Małgosia pod pomnikiem Johna Lennona Pałac w Bradford, środek Anglii, ale spacerowicze z innej bajki

Lądowanie w Albionie

Z Liverpool do Bradford jest dwie godziny jazdy. Wyskakujemy na autostradę, ja pilnie obserwuję tutejsze zwyczaje drogowe, wszak mam wkrótce sam prowadzić samochód po barbarzyńskiej, lewej stronie. Patrzę, podziwiam, słucham jednym uchem nowinek. Gdy mijamy Manchester autostrada rozwidla się, omijając z dwóch stron domostwo z ogródkiem i niewielkim pastwiskiem. Nie widzę drogi dojazdowej. Na moją uwagę, że facet od drgań wywołanych przejeżdżajacymi tirami pewnie na sedesie nawet nie może usiedzieć, słyszę, że to pewien uparty Angol nie chciał sprzedać ziemi pod autostradę, więc zbudowano ją wokół niego, drogę dojazdową zaś poprowadzono tunelem i pomiędzy pobliskimi wzgórzami tak, że uparciuch ma teraz 16 mil do najbliższego pubu. Ot, zemsta drogowców.
Bradford. Nie robi dobrego wrażenia. I tak pozostanie do końca pobytu. Typowo przemysłowe miasto, w XIX stuleciu światowa stolica wełny czesankowej. Nasza Łódź, tylko jeszcze brzydsza. Leży pomiędzy dwoma pasmami wzgórz. Na jednym bogaci Anglicy, na drugim Pakistańczycy i inni kolorowi, pośrodku nowi napływowi mieszkańcy.
Peja wita nas z balkonu, po chwili toniemy w uściskach. Obiad czeka, Peja i Rycho kontynuują to, co Rysiek zaczął już rano, ja z Małgosią ruszam do pobliskiego parku. To najładniejsza część Bradford, i zasłużyła na to miano. Mnóstwo roślin, wspaniałe trawniki. Miejscowy klimat z jego wilgotnością służy roślinom. W parku pełno kolorowych, jakby człowiek był w Azji, a nie w Europie. Zakwefione kobiety ze szparą na oczy, faceci w pidżamach i klapkach.
Wieczorem dochodzi Basia, jest już Paulinka, zaczyna się biesiadowanie. Pejowie mieszkają w parupiętrowym budynku czynszowym, trzy pokoje, jakoś się pomieścimy. Niektóre wynalazki angielskie mogą dziwić – rury kanalizacyjne na zewnątrz, dwa oddzielne krany do ciepłej i zimnej wody. Musisz jej napuścić do zlewu, żeby się umyć. Piece dla każdego mieszkania oddzielne.
Układamy plany pod pracujących Pejów. Piotrek zmienia właśnie pracę, więc czeka na telefon z pośredniaka. Basia ma zmiany popołudniowe w fabryce cheapsów. Paulina chodzi do szkoły, od razu na drugi dzień chce tam zabrać Piotrka. My postanawiamy wyruszyć w Bradford.
Pobyt w centrum nie zmienia mego poglądu, że to miasto umierające. Niby są ładne centra handlowe, tętniące życiem, ale to miasto swoje chwile świetności ma już za sobą. Połowa mieszkańców to kolorowi. Poznajemy sąsiada Pejów, tak jak oni przybył do Anglii mając dosyć bałaganu w Polsce. Miał przedsiębiorstwo, agencję reklamową, drukarnię. Teraz jeździ na maszynie sprzątającej gumy do żucia z chodników przed hipermarketami. I jest zadowolony z życia. Jakżeby się przydało, żeby włodarze Polski mogli z tymi Polakami tutaj szczerze porozmawiać.
Inteligentni, wykształceni, w sile wieku. Wolą zarabiać tu grosze i budować dobrobyt obcym, którzy nimi pogardzają, niż pracować w ojczyźnie, gdzie przepisy utrudniają przedsiębiorczość, podatki zbiera się na wszystkie możliwe sposoby, a potem trwoni się te fundusze na afery, pensje darmozjadów, partie polityczne i kolejne wybory. Wszyscy ci ludzie, a poznamy ich jeszcze wielu, mówią o spokoju i braku stresu. Masz pracę, to żyjesz. Mam trochę inne zdanie na ten temat, ale o tym później.
Bradford to środkowa Anglia, kraina lekko pofałdowana wzgórzami, przecięta licznymi rzekami. Hrabstwo Yorkshire, obok Nottingham, lasy Sherwood (czytaj kilka drzew, jakie po nim pozostały), natykamy się na tablicę: Kraina Robin Hooda.
Nasz nowy przyjaciel, Piotrek, ma samochód, eleganckie Volvo 40. Ofiarowuje się zrobić mi krótki instruktaż jazdy po angielsku. Proponuję przejażdżkę do Haworth. To obok

Krajobrazy środkowej Anglii Haworth Cmentarz przy kościółku w Haworth

miasteczka Stratford związanego z Szekpsirem najbardziej oblegane przez miłośników literatury miejsce w Anglii. Jego brukowanymi uliczkami przechadzały się siostry Brontë.
Tę niewielką mieścinę, położoną przepięknie między wzgórzami, można uznać za kwintesencję angielskiego wiejskiego stylu. Małe domki z szarego kamienia, kamienne murki, dachy kryte często gontem z łupka. Malutkie okienka, małe pomieszczenia. Skromne, ale bardzo zadbane przydomowe ogródki. Brukowane ulice, puby, z których dobiega śmiech. Snujemy się leniwie wąskimi dróżkami, zaglądamy do pubu. Angielskie towarzystwo, na wieszakach kaszkiety, tweedowe marynarki, piwo w kuflach, dwa charty w kącie, fajkowy dym. Jak w kinie.
Trafiamy za kościół parafialny (w nim grób rodzinny sióstr) na stary cmentarz. W koronach wiekowych dębów krzyczą kruki. Klimat jak z Lovecrafta. Za cmentarnym murem dom państwa Brontë. Resztę klimatu dopełniają dzikie wrzosowiska, które rozciągają się za tym domem. Spacerując po nich Emily układała w głowie plan Wichrowych wzgórz. Wrzosy są nieprawdopodobne. To maj, daleko im do kwitnięcia, mają brunatny kolor, ale ciągną się po horyzont. Są wysokie, sięgają prawie do pasa, gdzie do nich polskim wrzosom.
P  obyt kończymy w pubie. I tu pierwsze zderzenie z angielskim piwem. Zderzenie to złe słowo. Lepszym jest szok. Piwo jest podłe, prawdziwe szczyny. Jeśli Anglicy piją je galonami, to naprawdę pozbawieni są smaku. Żaden patriotyzm nie zmusiłby mnie do picia podobnej lury. Wśród oferowanych piw widzę jeszcze irlandzkiego Guinessa i polski Okocim. No proszę.
Haworth to angielska prowincja, leży wśród wzgórz, prowadzi do niej bardzo kręta droga. I bardzo wąska. Niektóre podjazdy są tak ostre, że maska samochodu celuje prosto w niebo. Wąskie mostki pełne rys od zderzaków. Koszmar.

Dom sióstr Bronte Angielski ogród w Bradford 400-letni cis na dziedzińcu

Piotrek opowiada nam o szkole. Wywołał tam istnie zdziwienie, że obcokrajowiec tak dobrze mówi po angielsku, na lekcji historii opowiadał o Polsce – tu jest to kraj jak z innej półkuli. Uczestniczył w wielu lekcjach praktycznych, np. uczniowie poznają tajniki prowadzenia przedsiębiorstwa, uczą się projektować strony internetowe.
Szkoły publiczne są nieodpłatne, państwo płaci też za dojazdy uczniów i podręczniki. Płaci również specjalny zasiłek dla uczniów, którzy postanowią kontynuować naukę po 16 roku życia. Mają jednak Anglicy problem, bo większość młodych obywateli Imperium Brytyjskiego ma to gdzieś. Duże pieniądze idą na przekonanie młodzieży do dalszej edukacji. I na sztukę gotowania. W TV mnóstwo programów: jak gotować, co kupować do kuchni itd. Tak rząd walczy z powszechną już otyłością i z fast foodami. Media biją na alarm, a dlaczego – widać gołym okiem. Jak już człek zobaczy ładną i szczupłą dziewczynę, to zwykle jest to Polka lub Czeszka. Reszta to takie kaszaloty, że Peja śmieje się, że Greenpeace będzie je wkrótce spychał do morza.
Wieczorkiem robię jeszcze przejażdżkę z Piotrem jego Volvem. Same zasady łykam bez problemu, lewa strona to lewa, ale skrzynia biegów uruchamiana lewą ręką i w odwrotnym kierunku, trochę utrudnia jazdę. Za dużo rzeczy skupia uwagę: ruch lewostronny, angielscy kierowcy, znaki drogowe, skrzynia biegów, nowe auto. Ale dojeżdżamy jakoś na miejsce.
Następny dzień, piątek, postanawiamy spędzić także na prowincji. Wybieramy Skipton, miasto owiec (Scepton, Sheeptown). To handlowe miasteczko w dni targowe tętni życiem, bo zjeżdżają się tu wszyscy okoliczni mieszkańcy. Jest też bazą wypadową do pięknego parku narodowego.

Zamek w Skipton Wejście do zamku w Skipton Ten młyn w Skipton ma 900 lat

W podróż wybieramy się pociągiem. Tanio, cicho, w komfortowych warunkach, pociąg jest prawie pusty. Podziwiamy widoki Yorkshire Dales w środku Gór Piennińskich. Dales od słowa dalr, którym wikingowie określali tę dolinę. Dziwne miejsce. Jedzie się równiną i nagle, bez żadnego wstępu, pagórków, wjeżdżamy w teren górzysty. Dla mnie bomba. Stwórca lepiąc Albion napracował się. I nie będzie to jedyne zaskoczenie krajobrazem w ciągu najbliższych dwóch dni.
Na dworcu wydaje się, że miasto jest opustoszałe. Pytamy o drogę miejscowego kierowcę autobusu, sądząc, że może uda nam się jeszcze zaliczyć park w Malham, ale płonne nadzieje – w tym rejonie Anglii trzeba być po prostu zmotoryzowanym, transport publiczny jeździ za rzadko.
Ruszamy w stronę rynku. Wciąż nie widać mieszkańców. Ale już dobiega nas z daleka wrzawa – rynek jest wypełniony ludźmi i straganami. Czego tu nie ma?! Miejscowi farmerzy prezentują swoje wyroby – sery żółte, białe, owcze, kozie, wyroby rzemiosła. Naród kupuje, popija, obżera się. Taki angielski odpust.
Podążamy w stronę zamku postawionego jeszcze przez Normanów. Zniszczony w wyniku wojen, w XVII wieku został odbudowany przez lady Clifford. To ona zasadziła na jego dziedzińcu cis, którego pokręcony pień wyrasta już ponad kilkupiętrowe mury. Zamek jest w doskonałym stanie, ale pomieszczenia są ogołocone ze sprzętów. Spadkobiercy mieszkają w części zamczyska nieudostępnionej zwiedzającym. Mury mają w niektórych miejscach blisko 4 metry grubości, ale widać w nich wyrwy uczynione przez armię Cromwella – Cliffordowie byli zagorzałymi rojalistami.
Po zwiedzeniu zamku idziemy uroczą i długą groblą wzdłuż fosy. Jest tu młyn wodny, wciąż jeszcze działający, a tak stary, że wymienia go Doomsday Book – spis sporządzony po przejściu przez Anglię czarnej śmierci w XIV wieku – może pamiętacie Księgę Sądu Ostatecznego Connie Willis?
Zwiedzanie kończymy w starym pubie, data nad drzwiami sugeruje, że ma on ponad trzysta lat. Cóż, na tyle też wygląda. Stare stoły, ławy, obszarpana tapicerka. Kibelki prawie jak na Ukrainie, dziura w ziemi, pozycja na Małysza. Ręcznik obrotowy, czarny, jakby czyszczono nim silnik. Rozumiem przywiązanie do tradycji, ale pewne rzeczy po zużyciu należy wymieniać. Żarło nijakie, choć dużo. Piwo Tetley obrzydliwe, przerzucamy się na Guinessa. Wychodzimy żegnani okrzykami przez kilku bywalców, wyglądających, jakby spędzili tu ostatnie dwie wojny światowe.
Ogólnie Skipton podoba nam się, chłoniemy prawdziwą atmosferę angielskiej prowincji.
Wieczorem, już w Bradford, idziemy po zarezerwowany samochód do wypożyczalni. A tu… krótko mówiąc… wielka klapa. Polakom samochodu nie chcą pożyczyć. Nie interesuje ich gotówka, właściwe dokumenty – tłumaczą się, że to ogólna dyrektywa i zasada wszystkich wypożyczalni. Odchodzimy jak niepyszni, Peja jest wnerwiony. My też, oto okazało się, że jesteśmy w tej Unii obywatelami trzeciej kategorii.
Obdzwaniamy wszystkie wypożyczalnie w Bradford, łącznie z lotniskową. Wszędzie ta sama odpowiedź. Wreszcie w jednej słyszymy, żebyśmy pojawili się rano, może coś uda się załatwić. Pozostaje wypić flaszkę na smutki.

Lewą stroną autostrady

Rankiem idziemy na krańce Bradford do rzeczonej wypożyczalni. Gotowi jesteśmy w razie czego jechać do Harrowgate lub Yorku pociągiem. Długo oglądają nasze dokumenty, wreszcie wypożyczają nam Forda Focusa z automatyczną skrzynią biegów. Chcieliśmy vana, by zabrać na wycieczkę całą rodzinę Pejów, ale nie mieli na stanie. Nie wybrzydzamy. Autko jest nowe, montujemy gps i w drogę.
Fordzik ma niewielką pojemność, 1,6, a nas jedzie piątka, z czego tylko ja z Małgosią jesteśmy rozmiarów standartowych. Pozostała trójka to jakieś 330 kilo żywej wagi. Biedna Gośka ma z tyłu ciężko.

Wbrew pozorom, jazda na wspak nie jest trudna Rzymskie mosty nadal dobrze służą mieszkańcom Resztki fortu Chester na Murze Hadriana

Ruszamy na Newcastle i zakręt szkocki, czyli Scotch Corner. To takie miejsce, gdzie jadąc do Glasgow trzeba skręcić w lewo. A na poważnie – jest to brama do Szkocji, stragany, puby, szkockie klimaty. Naszym celem jest jednak tego dnia Mur Hadriana. Ruch, mimo soboty, całkiem spory, raz tkwimy w korku. GPS dobra rzecz, ale po zjechaniu z głównych dróg czasem się gubi. Posiłkujemy się mapami.
Mur wzniósł w II wieku cesarz Hadrian, pragnąc osłonić prowincję od ataków szkockich górali. Mur ma 120 km, przecina w poprzek całą Wielką Brytanię. Co 10-15 km stawiano forty i przy takim właśnie, najlepiej zachowanym, zatrzymujemy się. Fort Chester robi imponujace wrażenie, muzeum prezentuje bogate odkrywki archeologiczne. Aż dziw bierze, jak daleko sięgało Imperium Rzymskie i jaką miało organizację. Podziwiamy ślady po budynkach, łaźniach (bieżąca i ciepła woda), stajniach i bramach. W oddali, wzdłuż wzgórz wiją się resztki muru. Mnóstwo zwiedzających, przy murze biegnie ścieżka dla piechurów. Niedaleko fortu podziwamy jeszcze stary rzymski most przez rzekę. Pomyśleć, że wytrzymał tyle lat. I nadal służy ludziom – ruch jest jednostronny, ale przejeżdżamy po nim samochodem.

Słynna katedra w Durham Widok na katedrę w Durham Zamek w Durham

Następny etap naszej podróży to przepiękne miasto Durham. Położone w zakolu rzeki Wear należy do najpiękniejszych w środkowej Anglii. Nad brzegiem i nad starym miastem góruje wspaniała katedra gotycka, postawiona w miejscu, gdzie od 995 roku spoczywają szczątki św. Cuthberta. Przenieśli je tu jego uczniowie z Lindusfarne, przez co Durham stało się miejscem pielgrzymek Sasów i Normanów. Obok katedry Wilhelm Zdobywca postawił zamek. Miasto i zamek należały do biskupów, założono tu uniwersytet, trzeci po Oxford i Cambridge.

Durham York, Jatki Na murach rzymskiej łaźni

Miasteczko jest wprost cudowne. Wąskie uliczki wypełnione tłumem turystów, na ryneczku targ, obok trwa zjazd miłośników militariów – stare jeepy i motocykle, wokół nich kręcą się ludzie ubrani w mundury z II wojny światowej. Niezły klimacik uzupełnia muzyka z patefonów.
Schodzimy do rzeki Wear, z mostu Framwellgate fotografujemy zamek i katedrę, następnie wspinamy się po ostrym zboczu, by wyjść wprost na Palace Green – zielony trawnik będący miejscem spotkań studentów uniwersytetu. Trawnik łączu zamek z katedrą. Sama uczelnia i campus znajdują się na wzgórzu po drugiej stronie rzeki.
Katedra pozostawia na nas niezapomniane wrażenie. Jest w sakralnym gotyku coś przytłaczającego, człowiek czuje się malutki wobec tak niewiarygodnych ilości kamienia postawionych na kupie w niewytłumaczalny, przeczący logice sposób. Rozumiem teraz w pełni zachwyt Thomasa Mielkego i jego fascynację gotyckimi katedrami – zwiedził ich ponad 200, a o jednej napisał Sakriversum. To nie ostatnia katedra tego dnia, przed nami jeszcze York.
Wracamy okrężną drogą, uliczkami wzdłuż Wear. Bardzo duża rzeka. Polska to kraj z reguły nizinny, mamy inny klimat, wielkich rzek mamy ledwie kilka, a tutaj prawie każda rzeka jest szeroka, o szybkim nurcie. Teren całej Wielkiej Brytanii jest górzysty, obfite deszcze muszą jakoś spłynąć do mórz.
Wrzucamy na GPS centrum Yorku, ale nieopatrznie wciskam najkrótszą trasę, co w języku tego urządzenia wcale nie znaczy najszybsza. I faktycznie. Trafiamy na boczne drogi. Ma to swój urok, mijamy piękne posiadłości wiejskie, otoczone parkami i starannie układanymi murkami. Ruch tu niewielki, ale jak już się spotka z jakimś pojazdem z naprzeciwka, trudno jest się wyminąć. Murki wyraźnie noszą ślady otarć o liczne karoserie.

Spomiędzy kamieniczek wychynęła słynna York Minster Ogromna York Minster Oto architektura!

Do Yorku dojeżdżamy w porze obiadowej. Po zaparkowaniu samochodu wyruszamy najpierw na poszukiwanie odpowiedniego pubu. Przekraczamy bramę w średniowiecznym murze i wchodzimy po moście przerzuconym przez rzekę Ouse do starego miasta. A jest naprawdę stare, bo w 71 roku założyli tu swój obóz wojskowy Rzymianie. Nazwali go Eboracum i tu urzędował cesarz Hadrian. Nie tylko zresztą on, dwóch cesarzy nawet tu zmarło: Septymiusz Sewer i Konstancjusz Chlorus, ojciec Konstantyna Wielkiego. Ten ostatni właśnie w Yorku otrzymał koronę cesarską. Potem miasto co rusz było obiektem najazdów – Saksonów, Duńczyków (oni nadali mu nazwę Jorvik), wikingów (słynna bitwa pod Stamford Bridge odbyła się 10 km stąd – król Harald pokonał w niej Duńczyków, ale jego osłabiona armia kilka dni później dostała baty pod Hastings od Wilhelma Zdobywcy).
Tak, o historię ociera się tu co krok. Dzisiejszy York słynie z czekolady (Terry Suchard i Nestle) i milionów turystów.
Jest sobota i mamy spore kłopoty ze znalezieniem wolnego miejsca. Anglicy spędzają popołudnia i wieczory w pubach, mam wrażenie, że wręcz w nich nocują. I chleją, Boże, jak oni chleją! Nie wiem, kto zrobił nam w świecie opinię ochlapusów – Anglicy biją nas w tym temacie na głowę. Piją w pubach i w ich otoczeniu, w ogródkach, na ławkach. Alkohol przegryzają frish & frits, oryginalnie jada się ją z gazety.
Co się pije w pubach? Głównie piwo i cedr, rodzaj naszego jabcoka. I równie jak on podłego. To napój z jabłek, byle jak sfermentowany, druga szklanka już mi nie wchodzi, odbija mi się siarą. Czasem piją wina, ale te są drogie. Whisky i whiskey też mają wzięcie, a wybór ich jest przebogaty.
Znajdujemy pubik, siadamy i zamawiamy, a ja lecę pod katedrę, nie mogę się doczekać – zaraz zacznie zmierzchać, a ja chcę zrobić zdjęcia.
Próżne nadzieje. Katedra – York Minster – zajmuje cały plac, wokół budynki, a jest tak ogromna, że nie ma takiego punktu, z którego mógłbym ją objąć obiektywem. Park już niestety zamknięty, w środku katedry ma się odbyć za parę godzin koncert, ale udaje mi się wcisnąć dosłownie na parę minut. Ooo, jest na co popatrzeć.To największa katedra w Anglii, budowana była przez 250 lat i zawiera połowę wszystkich średniowiecznych witraży w Anglii. A ten największy (na świecie)to East Window o wymiarach 23,5 na 9,5 metra i przedstawia stworzenie i koniec świata – apokalipsa robi niesamowite wrażenie. Mógłbym tu spędzić cały dzień, ale mnie wyganiają.
Czas wrócić na obiad. Kontemplujemy z grymasem kolejne paskudne angielskie piwo. I wyruszamy w miasto. Jeszcze raz obchodzimy katedrę, a potem, wśród powoli zapalających się lamp ruszamy wąskimi uliczkami w obchód miasta. Niektóre budynki pamiętają średniowiecze. Zabudowa była bardzo ograniczona (wszyscy chcieli budować się wewnątrz potężnych murów obronnych), więc kombinowano jak się dało. Najczęściej pierwszą kondygnację wypychano delikatnie nad ulicę, drugą jeszcze bardziej, a trzecie piętro często stykało się już z budynkiem po drugiej stronie ulicy. W ten sposób uliczki przypominają tunele, których sklepienie tworzą powyginane i poskręcane przez czas kondygnacje. Iście bajkowa sceneria, zwłaszcza ulica Shambles (Jatki).
Spacerując obserwujemy życie nocne, wykwintne lokale sąsiadują z pubami i gospodami, z których wylewa się hałaśliwy tłum. Tu jakieś panienki z przypiętymi skrzydełkami wróżek, tam zjazd pań w różowych boa. Do wyboru do koloru.
Aż szkoda wyjeżdżać, ale nic na to nie poradzimy. Do domu jeszcze daleko, a na jutrzejszy dzień, przedostatni dzień naszego pobytu w Anglii, zaplanowałem ponad 500 mil trasy. Do domciu docieramy późno w nocy, a wyruszyć chcemy już o 5 rano. Jak się potem okaże jest to trafna decyzja.

Walia

Środkowa Anglia to krok do Walii, a ja nie mógłbym sobie darować, gdybym nawet w czasie tak krótkiego pobytu w Wielkiej Brytanii nie odwiedził tej magicznej krainy. Choćby na chwilkę.
Ekipa jest zdyscyplinowana. Wstajemy o piątej, przed szóstą już jesteśmy na autostradzie do Manchesteru. Kompletnie pustej o tej porze, więc możemy spokojnie jechać 100 mil na godzinę. Jest nam też wygodniej, bo Peja dzisiejszą wyprawę sobie odpuścił.
A pierwszy przystanek to cudowne kupieckie miasto Chester, jeszcze po angielskiej stronie. Parkujemy na całkowicie pustej ulicy u wylotu starówki. Mży, ale na tom nie przeszkadza, bo naprawdę warto Chester zobaczyć. A nam nie przeszkadza nikt, przez pierwszą godzinę nie spotykamy nawet jednej duszy. Czujemy się jak w muzeum, echo niesie stukot naszych butów na bruku.

Kupieckie Chester Główna ulica w Chester Domy handlowe w Chester mają po pół tysiąca lat
Tudoriańskie i wiktoriańskie budynki należące do bogatych kupców otaczają potężne mury, pamiętające jeszcze Imperium Rzymskie. To miasto liczy sobie dwa tysiace lat. Chester bogaciło się na handlu z Irlandią, to był najwygodniejszy port dla kupców. Jednak od XVII wieku prądy i rzeka naniosła do zatoki tyle mułu, że dzisiaj Chester nie leży już nawet nad morzem.
Uliczki spotykają się na wielkim skrzyżowaniu Cross, nad sklepami na parterze ciagną się unikatowe – ja takich nigdzie nie widziałem – piętrowe arkady zwane Rows. Ściany budynków są biało-czarne, zdobione w stylu wiktoriańskim. Dodatkowo wspaniałe szyldy, rzeźby, figurki – słowem cudeńko.
Kiedy pojawiają się pierwsi ludzie – my już opuszczamy Chester. Kierunek: Walia.
Walia została podbita i spacyfikowana przez króla Edwarda, który dla umocnienia swojej władzy postanowił wybudować szereg potężnych zamków obronnych. To na nie ustalam azymut.

W oddali zamek w Conwy Potężne mury Conwy Twierdza Beaumaris na wyspie Anglesey
Na początek Conwy – cudowne nadmorskie miasteczko, z całkowicie zachowanym kordonem murów średniowiecznych i potężnym zamczyskiem. Ciche, ospałe, okrążamy je idąc po blankach olbrzymich blanków. Nikt tu nie chce niszczyć śladów przeszłości, np. tory kolejowe przecinające miasteczko przechodzą przez mury starymi bramami.
Conwy to już Walia, nazwy mijanych miejscowości są trudne do wymówienia: Penmaenwawr, Llanfairfechan, Dwygyfylchi. Walijczycy strzegą swojej odrębności, nie da się też ukryć, że Walijki biją na głowę Angielki swą urodą. Jedziemy nad samym brzegiem Morza Irlandzkiego, teren coraz bardziej górzysty, pagórki wyrastają wprost z morza na 400 metrów, porośnięte mchami, wrzosami, karłowatymi krzakami. Jest pięknie. Zwłaszcza że pogoda się poprawia.
Naszym kolejnym celem jest wyspa Anglesey. Oddziela ją od kontynentu wąska cieśnina Menai, nad którą przerzucono kilka pięknych, starodawnych mostów wiszących. Jednym z nich przejeżdżamy, daleko w dole morska woda i muliste brzegi – właśnie trwa odpływ. Wyspa Anglesey to jeden wielki ogród, jedziemy wąską drogą wijącą się pomiędzy wiejskimi posiadłościami. Wygląda na to, że każdy Walijczyk za punkt honoru wziął posiadanie pięknego ogrodu.
Dojeżdżamy do Beaumaris. W tej pięknej nadmorskiej miejscowości położonej u wyjścia cieśniny Menai na Morze Irlandzkie król Edward I postanowił zbudować swój najpotężniejszy zamek. Miał on strzec interesów korony angielskiej na ziemi walijskiej i portu, z którego Anglicy mieli kontrolować szlaki handlowe do Irlandii.
Edward I nie skończył budowy zamku, postawiono tylko mury i kilkanaście baszt. Zamek bardzo przypomina fortyfikacje krzyżowców w Ziemi Świętej. Otoczone fosą podwójne mury, co 20 metrów baszta – może to i ruiny, ale imponujące.
Bardzo sympatyczne jest też same miasteczko, na brzegu mnóstwo barek rybackich, port jachtowy, mały rynek, domki wzięte jak z Hobbitonu. Rysiek staje obok drzwi wejściowych jakiejś chaty, sięgają mu do ramienia. Tolkien tu był.
Czas wracać na kontynent. Po drugiej stronie cieśniny Menai jest miejscowość i potężne zamczysko, które co kilkanaście lat jest na ustach wszystkich mieszkańców Albionu. To Caernarfon. Postawiony przez Edwarda zamek miał od południa bronić cieśniny. Czemu była taka ważna? Zapewniała bezpieczną żeglugę z Morza Celtyckiego na Irlandzkie, bez konieczności opływania Anglesey. Pamiętajmy, że w średniowieczu żeglarze – za wyjątkiem łodzi wikingów – nie wypuszczali się w morze, starając się zawsze mieć ląd w zasięgu wzroku. A te wody bywają bardzo wzburzone, a brzegi skaliste, więc każda możliwość spokojnej żeglugi była witana z radością.

Caernarfon Siedziba książąt Walii Z wież Caernarfon rozciąga się widok na masyw Snowdonii

Edward po wybudowaniu Caernarfon koronował się tu na księcia Walii i zapewnił sobie też prawo, że każdy najstarszy syn królewski i następca tronu brytyjskiego będzie otrzymywał ten tytuł. Tak jest do dzisiaj, a tradycyjnym miejscem koronacji nowego księcia Walii jest właśnie zamczysko Caernarfon.
Zamek jest potężny, jego mury wznoszą się na wysokość 6 pięter, baszty sięgają jeszcze wyżej. Rozciąga się z nich wspaniały widok na morze, wyspę Anglesey i góry Snowdon.
Koronacje odbywają się na potężnym dziedzińcu, w jednej z baszt jest muzeum z insygniami koronacyjnymi i tronem. Patrząc na ten zydel człowiek myśli, jakże muszą tych książąt boleć zadki. W innej baszcie muzeum oręża brytyjskiego. Figury woskowe pokazują pełne dramatyzmu sceny z pól bitewnych. Formacje pokazane są przeróżne: rycerze, kirasjerzy, mundury tropikalne, sipahów, słynne czerwone kurtki, potem obie wojny światowe, wojna o Falklandy… Patrząc na sceny człowiek zdaje sobie sprawę jak rozległe było Imperium Brytyjskie, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Angielska armia zmuszała do zgięcia karku mieszkańców Czarnego Lądu, Zulusów, Indian, mieszkańców Oceanii, australijskich aborygenów, a w ich miejsce sprowadzała skazańców, toczyła wojny na Krymie i w całej Europie, trzymała w szachu cały świat arabski.
O armii brytyjskiej mówiono kiedyś, że jest najlepszą na świecie. Nie da się ukryć, że podbili pół świata, a osiągnęli to twardą i żelazną dyscypliną, największą flotą, okrucieństwem (to Anglicy wynaleźli obozy koncentracyjne), zabiciem w żołnierzach instynktu samozachowawczego.
Dzisiaj Imperium zmalało, ale Anglicy obcinają kupony z dawnych przewag. To bardzo bogate społeczeństwo, ale nie widać tego w miastach – może tylko w City. Zamożni Anglicy żyją w wiejskich posiadłościach.

Pod Snowdonią Dziedziniec Caernarfon Dziedziniec Beaumaris

Minęło południe, postanawiamy wracać do Bradford przez centrum Walii, a dokładnie przez masyw Snowdon. To najwyższy szczyt Walii, można nań wjechać legendarną kolejką Snowdon Mountain Railway, która rusza z miejscowości Llanberis. Miasteczko jest urocze, położone nad górskim jeziorem Padam. Po drugiej stronie jeziora wyrasta wielka góra czarnego kamienia, powoli jest „rozbierana” przez kilka czynnych kamieniołomów – cały masyw jest kruszony na budulec drogowy.
Wjeżdżamy coraz wyżej, droga pnie się malowniczo, po lewej stronie zbocza, po drugiej malownicze doliny. Góry Snowdon nie są wysokie, są jak nasze Beskidy, ale niezwykle malownicze i wyglądają na większe, niż w rzeczywistości. W pewnym momencie wzdłuż drogi na wysokiej przełęczy widzimy około setki aut zaparkowanych na poboczu. Wokół nikogo, żadnego domu czy gospody. Przyglądamy się zboczom i dopiero wtedy dostrzegamy kolorowe dresy wspinaczy skałkowych. To tutaj bardzo popularny sport.
Walia ma też to, czego bardzo brakuje w Anglii – lasy. Daleko im do naszych, ale naprawdę cieszą oko. Po minięciu skrzyżowania, co zwie się National Mountain Centre, obieramy kierunek na najpiękniejszą miejscowość górską w Walii – Betws-y-Coed. To takie walijskie Zakopane. Tylko bardziej urokliwe, choć tłoczno jak na Krupówkach. Bardzo malownicza miejscowość, wspaniałe domy, puby, muzyka, festyny, stragany. Szkoda że musimy jechać dalej.
Gdzieś pośrodku krainy jezior, Mynydd Lliraethog zatrzymujemy się w karczmie na obiad. Jemy same walijskie specjały – zupę, baraninę, słodycze. Nawet piwo smakuje w dolnych polskich rejestrach.

Jezioro Padam w górach Snowdonia Brama Beaumaris Chester, jak w średniowieczu
A potem już z górki, do Bradford dojeżdżamy na wieczór. Czeka nas jeszcze spotkanie z dużą grupą emigrantów, a wszyscy przyjechali na tę kaszankę, którą z takim poświęceniem Rysiek wiózł z Polski. Gdy tak patrzę, jak rodacy pożerają ten tani wyrób garmażeryjny i wzdychają ze szczęścia, że mogą zjeść coś „naszego”, boli mnie pod żebrami. I bierze mnie k…ca, że ci ludzie muszą wyjeżdżać z naszego kraju za chlebem. Nomen omen chleb jest najczęściej przewożonym towarem przez Polaków – tutejszy jest po prostu paskudny.
Słucham ich tyrad na Anglików, ale grzecznie się nie wtrącam. Słyszę tylko: Angole głupole, jacy są durni, niewykształceni, ograniczeni. Cóż, ale Imperium zbudowali i teraz mogą chlać w pubach i pozwalać Polakom, Czechom i innym nacjom nowej Unii robić za nich. Nie nazwałbym ich głupcami – świetnie potrafią wykorzystać koniunkturę. Mają dobrobyt i to my, Polacy, im go budujemy. Zamiast zadbać o własny i pod swoim dachem. Smutna to konstatacja.
Miałem możliwość pozostania na Zachodzie, jeszcze w głębokim komuniźmie, ale się na to nie zdecydowałem. Potrafię żyć wszędzie, aklimatyzuję się szybko, ale dla mnie moje miejsce jest w Polsce. Wszyscy Polacy to czują, ale wielu musi stąd wyjechać. Zmuszeni sytuacją.
Nazajutrz, w dzień wyjazdu, robimy jeszcze drobne zakupy, ale przyznam się, że nie ma tu nic takiego, co chciałbym przywieźć do kraju, w sumie wydaję bardzo mało moich funciaków. Małgosia szuka jakichś perfum, ale na to potrzeba jednak więcej czasu.
Ruszamy na lotnisko Lennona w Liverpoolu. Odwozi nas Peja „naszym” Focusikiem. Ciężko się żegnać, ale cóż zrobić – w Polsce czeka na nas praca. Lot jakoś szybko przebiega, jestem tak zmęczony, że go przesypiam. W Polsce witają nas piękna pogoda, znajomy swojski bałagan budowlany, chaos, warszawskie korki i… dziurawe drogi.

Wojtek Sedeńko

Zostaw komentarz