Zapomnij o Ziemi

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: felietony i recenzje, utworzono: 2 Luty 2011

NAJLEPSI WOJOWNICY GALAKTYKI

Przy okazji szerszego omawiania w tym numerze Ataku klonów postanowiłem przedstawić książkę z podgatunku popularnie nazywanego space operą. Dzisiaj ten termin jest już nieco archaiczny, to parafraza określenia „soap opera”, jako że pierwsze utwory drukowano w odcinkach w amerykańskich magazynach groszowych i najczęściej były to przydługawe sagi o kosmicznych kowbojach. Akcja space opery rozgrywa się najczęściej w głębokim kosmosie, na planie wielkości przy­najmniej Galaktyki, zasiedlonej przez wiele bardziej lub mniej cywilizowanych ras. Najczęściej toczą one ze sobą wojny, powstają i upadają gwiezdne imperia.

Space opera jest równie stara, co scien­ce fiction w wydaniu pulpowym. Podstawy gatunku stworzyło pięciu pisarzy. E.E. „Doc” Smith (cykl Lensmen), Ray Cummings, Edmond Hamilton, John W. Campbell i Jack Williamson. W latach 50. space operę uprawiało wielu pisarzy, ale najsłynniejsi z nich to Van Vogt (Misja międzyplanetarna), Isaac Asimov (Fundacja), Leigh Brackett (Starmen) oraz Jack Vance (Pięć złotych obręczy).

Z chwilą wielkiego przełomu jakościowe­go, jaki nastąpił za sprawą nowej fali SF pod koniec lat 60., wydawało się, że nadszedł kres space opery. Okazało się jednak, że autorzy błyskawicznie wykorzystali nowe dyscypliny, jak psychologia, ekologia, socjologia i prze­szczepili je – z dobrym skutkiem – na obszar space opery. Świadczą o tym takie powieści, jak Diuna Franka Herberta, Gwiezdny przypływ Davida Brina czy Eon Grega Beara.

Space opera ewoluowała, wciąż ma zagorzałych zwolenni­ków i jest w dobrej kondycji, o czym świadczy sukces wydaw­niczy Dana Simmonsa (seria Hyperion) czy ostatnio Petera F. Hamiltona oraz Alastaira Reynoldsa.

W Polsce też uprawiano ten gatunek – weźmy trylogię Borunia i Trepki, twórczość Peteckiego, Bochińskiego, a ostatnio Kołodziejczaka, ale nigdy nie zdominował polskiej fantastyki. To gatunek, na który jednak będzie zawsze istniało zapotrzebowanie, choć niewątpliwie nigdy już nie będzie  powstawało tyle space oper, co w latach 60. i 70., kiedy koniunkturę na taką fantastykę wykreowały liczne seriale telewizyjne, ze Star Trekiem na czele. I do jednej z takich powieści chciałem nawiązać.

Amerykański pisarz CC. Mac App (1917-1971, pseudonim Carrolla M. Cappsa) nie zostawił po sobie wiele powieści, ale niewątpliwie był autorem który znakomicie czuł space operę, a jego powieść z 1970 roku Zapomnij o ziemi, publi­kowana w odcinkach przez miesięcznik „Fantastyka”, a potem wydana w formie książkowej przez oficynę Gea i Amber, do dziś jest wspominana przez fanów z łezką w oku.

Pomysł na powieść miał Mac App krótki i prosty, ale zre­alizowany w sposób, który nie pozwalał się oderwać nawet na chwilę od lektury. Oto ludzkość, ledwie wyściubiwszy nos poza najbliższe Słońcu systemy gwiezdne, napotyka Im­perium Vulmotu, trzęsące całą Galaktyką. W kilku potycz­kach dowódcy ziemskich statków, dysponując prymitywnym sprzętem, odnoszą takie sukcesy, że zyskują miano najlepszych wojowników w poznanym kosmosie, a Imperium postanawia definityw­nie skończyć z nowym rywalem i doszczętnie niszczy Ziemię.

Zostaje przy życiu tylko niewielkie zgrupo­wanie ziemskich okrętów, nie ma wśród nich kobiet, więc nikną szanse na odrodzenie cywi­lizacji. Ziemianie wynajmują się jako najemni­cy do wielu konfliktów w Galaktyce, są tropieni przez Vulmotu niczym dzikie zwierzęta. Ale rasa Chelkich, zniewolona przez Imperium, pragnie zrzucić jarzmo. To rasa długowieczna, posiada­jąca wiele tajemnic, a tuż przed zagładą Ziemi ukryła w sobie tylko znanym miejscu kilkaset ziemskich kobiet. Teraz proponuje ocalałym pi­lotom Informację o miejscu ich pobytu, w zamian za wykonanie pewnych akcji sabotażowych przeciwko Imperium Vulmotu.

I tak Ziemianie ponownie stają do walki, ale mają tym razem cel, przetrwanie rasy. Chelki udostępniają m w dodatku wspaniały okręt – gigantycznych rozmiarów artefakt po prastarej cywilizacji Klee. Vulmotu nie na darmo jednak są największą siłą w Galaktyce; zadanie jest piekielnie trudne, w dodatku zleceniodawcy ludzi – Chelki – też mają ukryte motywy. I tak, w szybkim tempie, toczy się akcja tej klasycznej space opery.

Mimo upływu lat powieść zbytnio się nie zestarzała, fa­buła rozgrywa się na obcych planetach, autor wymyślił tech­nologie, które nie tak prędko staną się rzeczywistością, komputery są tu tylko wspomniane, a statki poruszają się dzięki napędowi antygrawitacyjnemu.

Trochę mi żal, że takiej fantastyki już się nie pisze, ną rynku, zdominowanym przez fantasy, dobrej science fiction prawie nie uświadczysz. Dlatego coraz częściej pozostaje nam powracać do sprawdzonych, zaczytanych egzemplarzy legendarnych książek.

Wojtek Sedeńko

Komentarze (3)

JacekM:

11 Kwi 2011 o 13:13.

Jakbym siebie słyszał 🙂
JM

bio:

1 maja 2011 o 15:15.

Dla mnie to zawsze było takie „disco polo” w płaszczyku SF. Chyba nic się nie zmieniło przez te lata.

Konstanty52:

18 Kwi 2016 o 22:43.

Książeczka jest urocza, ale polski przekład – Anny Miklińskiej – barbarzyński. Podobnie jak korekta (a raczej jej brak). Niemniej – nie wyrzucam jej ze swojej biblioteki.

Zostaw komentarz