Kryształowy sześcian Wenus

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: felietony i recenzje, utworzono: 2 Luty 2011

Czy istnieją książki kultowe, książki legendy? Oczywiście, że tak. Najprościej zdefiniować je można jako książki, do których chętnie wracamy po latach, wciąż nas fascynujące i oczarowujące. Książki wielopokoleniowe, takie, które z równym zainteresowaniem czytają dziadków i wnukowie.

W fantastyce trudniej o takie pozycje, jako że science fiction szybko się dezaktualizuje; co fascynowało nas w latach 60., dziś jest już ramotne, śmieszne. Mimo to na naszym po­dwórku też znajdziemy książki legendarne, takie, które na własny użytek nazywam wylęgarniami bakcyla – ich lektura daje dużą szansę nawró­cenia na fantastykę nawet jej zdeklarowanego przeciwnika.

Na otwarcie tej rubryki chciałbym przy­pomnieć antologię opowiadań amerykańskich Kryształowy sześcian Wenus, wydaną przez ISKRY w 1966 roku, w słynnej serii Fantastyka Przygoda. To było jedno z pierwszych spotkań polskiego czytelnika z science fiction w wydaniu amerykańskim – miłośnicy gatunku znali kla­sykę w postaci twórczości Wellsa i fantastykę radziecką w rodzaju Jefremowa. Był Lem, była trylogia Borunia i Trepki, ale dokonań SF zza oce­anu, gdzie ta literatura rozwinęła się najbujniej, nie znaliśmy, poza nielicznymi wyjątkami (Rakie­towe szlaki czy W stronę czwartego wymiaru) w ogóle.

Autor wyboru, Julian Stawiński, pisze co prawda we wstępie do antologii, że fantastyka najbardziej rozwinęła się w Związku Radzieckim, ale możemy to potraktować puszczenie oka do czytelnika, może dzięki takiej zmyłce udało się ten zbiór wówczas wydać. Kto był lepszy, wie najle­piej czytelnik. Kryształowy sześcian Wenus to dziś biały kruk. o wydanych w tym samym cza­sie antologiach fantastyki radzieckiej, w rodzaju Zagadki liliowej planety nikt już nie pamięta.

Książka zawiera tuzin opowiadań, bardzo reprezentatywnych dla fantastyki amerykańskiej tamtego okresu, a wszystkie, co do jednego, to perełki gatunku. Przeczytałem właśnie ten zbiór po raz czwarty i w żadnym opowiadaniu nie znalazłem czegoś, co by je w oczach współczesnego czytelnika fantastyki zdyskwalifikowało – pisane są z werwą, przejrzystym językiem, bez modnego dziś wodolejstwa, skonstruowane wokół oryginalnych pomysłów i wykorzystujące temat do cna, od zawiązania akcji, przez rozwinięcie wątków, po często zaskakującą puentę.

Oczywiście, kilka spraw należy traktować umownie, wiemy, że na Marsie czy Wenus nie ma życia, ale wiedzieli o tym i autorzy pisząc te teksty  30 i 40 lat temu – również traktowali miejsce akcji umownie, w rzeczywistości chodziło o pomysł.

Pomysł to było zawsze sedno opowiadania SF. A ta antologia ukazuje nam przekrój zainteresowań amerykańskich pisarzy i tematów, którymi fantastyka zawsze się interesowała. Mamy tu podróż w czasie, wojny przyszłości, telepatię, kontakt z obcą cywilizacją, eksplorację dalekich planet, roboty, mutantów, genetyczne eksperymenty, jesteśmy świadkami narodzin i upadku człowieka.

Antologię otwiera słynne opowiadanie Isaaca Asimova Nastanie nocy, później rozwinięte przez Silverberga w powieść. Opowiada historię cywilizacji na planecie w układzie podwójnej gwiazdy, gdzie nie istnieje zjawisko i pojęcie nocy, oprócz bardzo rzadkiego (raz na kilka tysięcy lat) ustawienia niebieskich ciał układu tak, że na planecie zapada noc, a na firmamencie pojawiają się gwiazdy. Asimov buduje ów system w sposób rzetelny, naukowy, zastrzeżenia mogą tylko budzić socjologiczne konsekwencje takiego zaćmienia – członkowie cywilizacji na widok zapadających ciemności wpadają w amok i aby je rozjaśnić, niszczą i palą cały swój dorobek.

Ostateczne znik­nięcie Alfreda Bestera opowiada o wojnie przyszło­ści i o tym, jak niektórym żoł­nierzom udaje się uniknąć walki poprzez podróże w czasie dokony­wane tylko przy udziale mózgu, a czasy, w które się przenoszą, są ich własną historią przeszłości. Kopuła Frederica Browna także po­rusza się wokół spraw zimnowojennych – na­ukowiec uruchamia wokół swojego laboratorium nieprzenikalną kopułę na pierwszy sygnał o ato­mowym zniszczeniu jednego z amerykańskich miast Po trzydziestu latach kopułę wyłącza, by przekonać się że eksplozja była tylko wypadkiem, ludzkość nawiązała kontakt z obcymi, wszyscy żyją w niezwykłym dostatku, na dodatek są praktycznie nieśmiertelni.

Posiew zmierzchu Raymonda I Galluna pokaźnie nam schyłek ludzkości mieszkającej pod powierzchnią wyjałowionej Ziemi. Jej zdegenerowani przedstawiciele marzą o podbiciu Wenus tymczasem zagłada przychodzi z zu­pełnie innej strony. Mechaniczne myszy Maurice’a A Hugi to zabawna historyjka „wielkiego” uczonego, który „swoje” wynalazki podkrada z przyszłości. Czasem jednak nie wszystko uda się prawidłowo skopiować i powstają wynalazki o niewiadomym przeznaczeniu .

Jądro krystalizacji Stephena Barra opowiada o tajemniczym krysztale, który powoduje nieprawdopodobne wydarzenia. Bezgłośny pistolet Finna O’Donnevana (Robert Sheckley) w zabawny sposób opisuje dzieje kosmicznego badacza, wyposażonego w super broń, która jednak nie wydając żadnego dźwięku, pomimo czynienia olbrzymich spustoszeń, nie robi żadnego wrażenia na faunie obcej planety i ostatecznie służy bohaterowi za… młotek.

Człowiek – encyklopedia Richarda Mathesona to z kolei historia woźnego na uniwersytecie, który w niewyjaśniony sposób chłonie jak gąbka całą wiedzę – wystarczy, by posprzątał na wydziale matematyki, a staje się ekspertem w tej dziedzinie. Dar okazuje się być zesłany przez obcą cywilizację, a gdy bohater poznaje całą wiedzę Ziemi, zostaje z niej wyssany niczym cytryna.

Feliksa F.I. Wallace’a to nazwa planety zamieszkałej przez Wszechzwierzę, gatunek przystosowujący się do nowych warunków po prostu błyskawicznie, i plądrujący zasoby ludzkich kolonistów, wreszcie ewoluujący do postaci człowieka, największego z drapieżców. Tytułowe opowiadanie A.E. van Vogta to dzieje astronauty, poddanego zabawnemu testowi na inteligencję: sześcian, który znajduje zawiera wenusjańską farbę, której nie można usunąć ze skóry. A Zwiadowca minimum Roberta Sheckleya to znakomite opowiadanie o duecie człowieka i maszyny, wysłanych na daleką planetę celem przygotowania miejsca pod budowę kolonii.

Jest co poczytać i aż łezka w oku się kręci, że teraz już nie pisze się takich opowiadań. Inteligentnych, dowcipnych, oszczędnych. Ten zbiór to kwintesencja tego, czym jest… nie, była science fiction.

Wojtek Sedeńko

Komentarze (1)

bio:

1 maja 2011 o 14:34.

Całkowicie zgadzam się z wnioskiem, że SF stało opowiadaniami. To literatura koncepcji i zwięzłości. Dzisiejsza literackość pokrywa jedynie brak wyobraźni. Jeśli to anachroniczne podejście do fantastyki, to pozostanę anachronistą.

Zostaw komentarz