W stepie szerokim – wyprawy ukraińskie

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE, utworzono: 31 Styczeń 2011

W stepie szerokim – ukraińskie wyjazdy 2004, 2005

PIERWSZY: GWIEZDNY MOST, CHARKÓW

Jak dzisiaj, pa parunastu latach od upadku Związku Sowieckiego, widzimy Rosję? Nasza wiedza o wielkim sąsiedzie jest co najmniej ubożuchna, właśnie dorosło pierwsze pokolenie, które kompletnie nie zna języka rosyjskiego, tak przecież podobnego do polskiego. W powszechnej świadomości tkwią stereotypy o biedzie, terroryzmie, wojnie w Czeczenii, wódce, ciężkiej zimie – cóż, nie wzięły się te stereotypy znikąd.

Rosja i kraje posowieckie, jak Ukraina, to dzisiaj państwa wielkich przemian i kontrastów. Centra stolic, jak Moskwa i Kijów, to wielkie aglomeracje, niczym nieustępujące europejskim metropoliom, gorzej, kiedy wjedzie się pomiędzy blokowiska obwieszone jak choinki suszącą się bielizną. Emeryci głodują, obywatele w wieku zarobkowym kombinują jak mogą, a drobniutki ułamek społeczeństwa opływa we wszystko, rozbija się limuzynami i uważa się za panów i władców świata, o ile nie nadepnie się na odcisk Kremlowi, co przytrafiło się paru oligarchom – ich przykład odstrasza następców. W Moskwie Nowo Ruski może kupić za kilkanaście tysięcy dolarów prawo do poruszania się po ulicach jako pojazd uprzywilejowany, i co rusz spotyka się prywatne limuzyny jadące na sygnale.

Korupcja na wschodzie jest powszechna, to wręcz styl życia. Prawa nie przestrzega nikt, jeśli nie musi. Szara strefa rządzi. Tu funkcjonuje się z dala od urzędów skarbowych czy ubezpieczeń społecznych.

A co dziś wiemy o fantastyce rosyjskojęzycznej? Gdy zabrakło Strugackich, Bułyczowa, Bilenkina?

Rosyjska fantastyka to oddzielny przemysł. Kilkaset nowych tytułów rocznie, mnóstwo wznowień, wiele dziesiątków pisarzy, grafików, kilkudziesięciu wydawców (choć liczy się kilku), nakłady przekraczające nasze wyobrażenie, wiele serii wydawniczych. Mało jest czasopism, ale to norma na każdym rynku, gdzie mamy mnogość wydawanych książek. No i mają czytelników – W Rosji, na Ukrainie, wciąż czyta się dużo, w metrze, tramwaju spotyka się wielu ludzi umilających sobie przejazd lekturą.

Rynek posowiecki jest wspólny – rynek rosyjski jest największy, tam też są najpotężniejsi wydawcy, więc Ukraińcy, Kazachowie, czy inne nacje piszą wciąż po rosyjsku. Znajomość rosyjskiego jest powszechna, ale i to powoli się zmienia, rządy nowych państw stawiają na narodową kulturę. Ale co z tego, np. pisząc po ukraińsku automatycznie rezygnujesz z 95% odbiorców i musisz liczyć na przekład. Działa więc to w odwrotną stronę – Ukraińcy piszą po rosyjsku, a dopiero potem są tłumaczeni (dla małych nakładów) na ukraiński.

Do Charkowa przez Kijów.

Pisarze w Rosji są traktowani jak gwiazdy rocka, fani uganiają się za autorami, dlatego ci ostatni dystansują się od fandomu, organizując konwenty dla profesjonalistów. Takim konwentem jest Interpresskon w Sankt Petersburgu. A największe konwenty fandomu to Roscon w Moskwie, Portal w Kijowie, Gwiezdny Most w Charkowie. I właśnie do Charkowa wybrałem się w 2004 roku, a moimi towarzyszami byli Paweł Laudański i Tomasz Marcinkowski.

Stary Kijów Uliczka schodząca po wysokiej skarpie do Dniepru Ruiny pierwszego grodu w Kijowie

W ciepły wrześniowy wieczór dojechaliśmy pociągiem do Kijowa, gdzie przywitał nas Misza Litwiniuk, jeden z redaktorów „Riealnosti fantastiki”. Pismo dostało niedawno nagrodę Euroconu dla najlepszego pisma w Europie, z czego Misza jest bardzo dumny. Milczę taktownie, bo nagrody Euroconu przyznawane są z klucza, by promować kolejne kraje i wystarczy, by na konwent przyjechała głośna i reklamująca się grupa, a nagroda zawsze się znajdzie. Przykład pisma z Ukrainy jest tego najlepszym przykładem – dostali nagrodę za rok 2003, a zaczęli ukazywać się w październiku 2003 roku. Nic dodać, nic ująć.

Złote wieże cerkwi kijowskich Przed domem Bułhakowa Kijów - plac niepodległości

Misza wywozi nas na peryferia, hotel zabawny, recepcjonistka bardzo wesoła. Dostaję pokój z Pawłem z łożem małżeńskim – owijamy się szczelnie pościelą, patrzymy na siebie podejrzliwie i zasypiamy – przestrzeni pomiędzy nami przynajmniej z metr.

Następny dzień w Kijowie to zwiedzanie kolebki wszystkich miast Rusi i spotkania biznesowe. Za przewodnika robi uroczy i elokwentny Sierioża Diaczenko. Pokazuje nam Ławry, wszędzie wchodzi na tekst, że to delegacja z Polski. Jazda po Kijowie to loteria, przepisów raczej się nie przestrzega. Raz zatrzymuje nas policjant, Sierioża znowu, że delegacja z Polski, daje jakieś swoje książki i o mandacie policjant zapomina. Dużo czasu zajmuje nam zdobycie biletów kolejowych – powrotne można kupić tylko na wschodzie, w Polsce to niemożliwe. Tu obowiązują nadal komunistyczne procedury – jadą, a po co, czy mają zezwolenia, dokumenty, paszporty – cywilizacja karteczek.

W domu Bułhakowa z Sieriożą Diaczenko Dział fantastyki w księgarni

To wszystko mnie dziwi, bo ludzie są powszechnie zmęczeni korupcją i biurokracją, a sami nie przestrzegają elementarnych  zasad. Choćby wspomniane zachowanie na drodze – przechodzenie na czerwonym to norma, pieszy nie ma tu żadnych praw, przejście przez jezdnię to rosyjska ruletka, nikt nie jeździ w pasach, choć są obowiązkowe, w nocy trafiają się auta jeżdżące bez włączonych świateł.

W samym mieście, poza cerkwiami, największe wrażenie robi na mnie dom Bułhakowa, gdzie jesteśmy jedynymi turystami, przewodniczka pięknie nam opowiada o autorze Mistrza i Małgorzaty, a swoje trzy grosze co chwila wtrąca Sierioża.

Przed samym wyjazdem do Charkowa czeka nas jeszcze atrakcja kulinarna, lokal z ukraińskim jadłem. Borszcz jest wspaniały (trzeba zrewidować polskie książki kucharskie), do tego mnóstwo przystawek, zmrożona wódka, wszystko jak należy. A złotozębna cycata baba w stroju ludowym polewa nam wódkę jeszcze po wyjściu z restauracji, gdy wsiadamy do auta Miszy.

Dwumilionowy Charków leży jakieś 600 km za Kijowem, południkowo to już wysokość Moskwy. Jedziemy nocą, mijamy miasto Gogola – Połtawę, wciąż dalej i dalej w stepowy interior. Gnamy ile fabryka dała, Misza ma przygotowane drobne banknoty na daniny dla  licznych patroli. Zatrzymują nas, biorą pieniądze, i jeszcze uprzejmie informują, gdzie stoją ich koledzy. 10 hrywien (7 złotych) to ogólnie przyjęta stawka. Po rosyjsku drogówka to gai, po ukraińsku daj – co wiele tłumaczy.

Survival - hotel Charków Jedna z nielicznych ocalałych cerkwi w Charkowie

Charków nocą wita nas zaćmieniem jak w czasie wojny. Jest trzecia w nocy, ale przed hotelem witają nas Marina Diaczenko, Oleg Diwow i Julij Burkin. Ostrzegają nas przed wyglądem i warunkami w pokojach, ale i tak przeżywamy szok. Hotel Charków wybudowano w latach 50. i chyba od tamtego czasu nie robiono remontu, a mieszkały tu tylko kołchozowe delegacje i robotnicy. Jeden wielki syf, karaluchy opancerzone, że wytrzymują cios obcasem, rury przeciekają, wanny pordzewiałe – kąpiemy się w trampkach, papier toaletowy przypomina papier ścierny. W różnych warunkach spałem, ale to survival dla najlepszych. Cóż, wódka tłumi nasze zmysłyi zasypiamy.

Konwent

Po przebudzeniu wyglądam przez okno i przecieram oczy ze zdumienia. Marina mówiła, z iskierką rozbawienia w czarnych oczach, że śniadania i imprezy konwentowe odbywają się blisko hotelu, po drugiej stronie placu. Zapomniała dodać, że to największy plac w Europie. Do uniwersytetu mamy z półtora kilometra, pośrodku placu wielki cokół i pomnik Lenina – ze cztery piętra ma jak nic.

Otwarcie imprezy odbywa się w nowoczesnym Pałacu Studentów – piękna aula, świetne nagłośnienie i światła, rzecz transmituje kilka stacji telewizyjnych – uroczystość ma zaszczycić mer Charkowa. Wychodzę znudzony do holu, a tu akurat podjeżdża limuzyna i dwa czarne landcruisery z ochroną. Chłopy jak dęby odsuwają wszystkich bezceremonialnie, sprawdzają moją torbę z aparatami. Mam ubaw, bo po chwili wchodzę na balkon ponad aulą i mógłbym bez problemu zrzucić na głowę mera torbę pomidorów.

Targowisko w centrum Charkowa Pełny folklor Dziewczyny z baletu na wręczeniu nagród Gwiezdny Most

Otwarcie to show, wielka pompa, oklaski i chóralne uraa. Zazdroszczę organizatorom auli i oprawy medialnej – media są wyraźnie zainteresowane, w telewizji lokalnej idą na okrągło programy i newsy, do studia zapraszani są pisarze, wydawcy. Promocja książki za darmo.

Organizatorzy dbają, by o imprezie było głośno – na zamkniętym Placu Konstytucji zorganizowali wielki koncert rockowy i imponujący spektakl ogni sztucznych. Na oko w niebo wystrzelono dobrych kilkanaście tysięcy dolarów, pokaz trwa ze dwie godziny. Ludzie bawią się, krzyczą, ale ja w tym wszystkim nie widzę fantastyki. Ot szopka, większość ludzi nie wie, z jakiej okazji. Ale tego żądali sponsorzy, a są nimi banki.

Dla mnie impreza w mieście ma jedną atrakcję – możliwość lotu balonem. Jako gość konwentu załapuję się na wyniesienie w niebo i widok jest naprawdę zachwycający.

Fajerwerki Lecę do nieba Park w centrum Charkowa

Pisarze w Rosji

Kolejne dni wypełniają nam spotkania – po to przyjechaliśmy: romawiać, kupować prawa, wymieniać doświadczenia. Największymi gwiazdami imprezy są Wasia Gołowaczew i Siergiej Łukianienko. Obaj mają olbrzymie nakłady w Rosji (startowy to 150 tysięcy), wydają po 2-3 książki rocznie, plus wznowienia. Łukianienko jest właśnie po świetnie przyjętej ekranizacji „Nocnego patrolu”, więc przyjmuje pozę gwiazdy, nie daje się fotografować z fanami. Spędzam z nim godzinę w jego apartamencie, wydawca z Moskwy polewa do szklanek wódkę, bez tego nie sposób tu zacząć rozmowy. Wasia Gołowaczow sam szuka z nami kontaktu, zaprasza do siebie, częstuje szampanem. Daje nam wiele książek, chętnie by widział przekład w Polsce, ale to są bojewiki, ten gatunek w Polsce nie pójdzie, za bardzo czuć go rosyjskim imperializmem.

Z Pawłem Laudański pod starym tankiem Z Sieriożą Łukianienko Z Wasią Gołowaczowem

Ciekawym zjawiskiem jest Oleg Diwow i Wasilij „Wocha” Wasiljew. Zgarniają nagrody, zbierają świetne recenzje. Same superlatywy słyszymy o duetach Oldi i Diaczenko. Drugich już publikujemy od roku, a pierwsi (Dima Gromow i Oleg Ładyżenskij) to gospodarze Gwiezdnego Mostu, prawdziwa instytucja w Charkowie – nie dość że publikują dużo, to jeszcze wydają antologie i mają wydawnictwo promujące nowych pisarzy, animują tutejszy fandom i organizują warsztaty literackie. Cieszą się powszechnym szacunkiem.

Wymienieni autorzy, plus nieobecni w Charkowie Andriej Łazarczuk, Nik Pierumow i Jewgienij Łukin to rosyjska pierwsza liga.

Za nimi czają się całe tabuny pretendentów z drugiej i trzeciej ligi. Rozmawialiśmy z autorami, którzy mają opublikowaną jedną książkę, a napisali już dziesięć i więcej. Walka o czytelnika trwa. Książki wydaje się pięknie i relatywnie tanio – hardcover z obwolutą to koszt 20 zł). W księgarniach, które odwiedziliśmy, małych, ale nowoczesnych, kupujących sporo, a fantastyka świetnie wyeksponowana, na oko z 500 tytułów w sprzedaży.

Z Wochą Wasiljewem Praca redakcyjna Paintball

Sam żywot pisarza bywa w Rosji trudny, a nawet tragiczny. Oto autor fantasy dla młodzieży, Andriej Bielajew (gościł na festiwalu w Nidzicy w 2003 roku), wpadł w oko bandziorom. Porwali mu dla okupu dziecko, a gdy Andriej zebrał pieniądze, syna już nie odzyskał – zasztyletowano go (okazało się, że sprawcami byli sąsiedzi). Inny przykład to Łukin – z racji powinowactwa z poszukiwanym przestępcą milicja zarekwirowała mu komputer, a na nim zapisane pomysły, książki – autor na pół roku musiał zawiesić nad nimi pracę.

Pierwszoligowcom żyje się w miarę dostatnio, ale większość pisarzy ma kłopoty z uzyskaniem wynagrodzeń. Nakłady książek są niby podawane w stopkach, ale ceny są uwolnione i wydawcy nie podają faktycznej sprzedaży. Nie ryzykują zatargu z uznanymi pisarzami, ale drugoligowców robią w bambuko, ile wlezie. To samo z przekładami – wielu autorów zachodnich nie ujrzało swoich honorariów. Skargi na wydawców są powszechne.

Przykład: dystrybutorzy z obłastii charkowskiej rozliczają się u Miszy (przy nas, w trakcie miłej degustacji miodówki) ze sprzedanych egzemplarzy „Riealnosti”, a redakcja rozlicza się z autorami za publikowane teksty. Ci nie mogą się nachwalić, że w terminie i rzetelnie. Mnie też to się podoba, ale nie widzę w tej wymianie forsy z rączki do rączki żadnych dokumentów, poza bazgrołami Miszy w zeszycie. Pytam go o urząd skarbowy, a on patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem, jakbym pytał o najbliższy autobus na Marsa.

Program

Oprócz spotkań biznesowych staram się zaliczyć też inne punkty programu, ale ten jest jakiś dziwny, rozmyty, nie podobny do programu choćby w Nidzicy. Mało wykładów, jakieś spotkania z poezją, sporo happeningów (np. strzelanka w paintballu pomiędzy drużynami Science Fiction i Fantasy – ci od fantasy oszukują, trafieni przemieniają się w zombi i strzelają nadal). Mam i swój wykład o rosyjskich przekładach w Polsce, Oldi wprowadzają mnie, po czym zostawiają samego naprzeciw pełnej Sali, zaciskam pośladki i walę wykład, a co tam.

W sobotę bankiet na stołówce, żarcia w bród, ale jeszcze więcej wódki. Rozmawiam z Wochą Wasiljewem, z którym zaprzyjaźniłem się kilka lat temu w Petersburgu, ale wciąż rzucają się mu na szyję fanki – Wocha to tutaj zjawisko, nie dość że pisarz, to jeszcze bard.

Potem przysiada się do nas Tatar Julij, zajmujący się dubbingiem w filmach rysunkowych. Mocno już podpity nie może się nachwalić naszych Reksiów, a ja się zastanawiam, po co w tym filmie dubbing.

Wręczenie nagród Julij, mój osobisty Tatar

Na bankiecie królują laureaci nagród Gwiezdnego Mostu – impreza w Pałacu Studentów była niesamowita, niczym gala oskarowa – orkiestry, występy, piękne kobiety, mnóstwo suwenirów. Nagrody też imponujące – banki nie szczędziły forsy – główna statuetka to 300 gram złota, druga 200, trzecia sto. Nagroda ma więc wymierny charakter.

Ostatnie dwa dni w Charkowie przeżywamy pod pewną presją, organizatorzy starają się nam załatwić bilety powrotne do Kijowa – nie jest to takie proste. Jedna z organizatorek koczuje dwa dni na dworcu w Charkowie z naszymi paszportami, by te bilety kupić. Udaje się, oddychamy z ulgą i zaczynamy biesiadować z ukraińskimi przyjaciółmi. Teraz rej wiedzie Witalij z Kijowa. Patrzymy z balkonu hotelowej restauracji na wielki plac, który zaczyna się wypełniać straganami i ludźmi w strojach ludowych. Rozmowa schodzi na politykę, bo oto pod nami rozpoczyna się festyn Partii Regionów, prorosyjskiej partii, która w Charkowie ma wielkie poparcie. Trzeba zdać sobie sprawę, że obecny kształt swego terytorium Ukraina zawdzięcza Chruszczowowi, który dodał do republiki zaglębia charkowskie i donieckie oraz Krym, czego Rosjanie nie mogą mu zapomnieć.

Witalij uważa, że Ukraina nie ma szans na zbliżenie się ku zachodowi, że nie ma prawdziwej niepodległości. Pytam się, dlaczego? Przecież to zależy tylko od ludzi. On patrzy na mnie, jakbym powiedział jakąś głupotę: jak to? Przecież jak ludzie wyjdą na ulicę, to zaraz ich rozjadą czołgami, pobiją, pozamykają. A ja mu, że w Polsce też tak było i wystarczyła „Solidarność”, by to rozpirzyć. Ludzi musi być tylko dużo, i nieustępliwych, a każda władza ustąpi. Bo dzisiaj na takie rzeczy patrzy cały świat, a gospodarka międzynarodowa to naczynia połączone i wszyscy chcą stabilnych państw w Europie. Witalij tylko kiwa głową: To nie u nas.

Z Charkowa do Warszawy jedzie się jakieś 30 godzin, ale mamy tak dużo książek, że podróż mija szybko na lekturze. Tylko ukraińska celniczka nicuje nasze torby z konsternacją – same książki. A gdzie cigarety, wódeczka? Wzruszamy ramionami, my nie palimy. Nie może tego zrozumieć.  Ale to już jej problem.

PORTAL, KIJÓW

Dokładnie pół roku później, w kwietniu 2005 roku, znowu ciągnie mnie na Ukrainę. To już inny kraj. Pomarańczowa rewolucja zrobiła swoje, ludzie poczuli, że mają wpływ na swoją przyszłość. Tu jeszcze oddycha się tą nadzieją – chociaż przed Ukrainą mnóstwo pracy. W Kijowie, gdy słyszą polską mowę, krzyczą Haj żywe Polska, Haj żywe Ukraina!

Jedziemy w piątkę moim samochodem – Małgosia, Paweł Laudański i Ewa i Rafał Wichmanowie. Jazda samochodem po ukraińskich drogach to jak safari – dziura goni dziurę, pobocza miękkie, mnóstwo kamieni pryska spod kół innych użytkowników dróg, no i te posterunki DAJ. Ale nawet tutaj widać drobną poprawę – grzejąc jakieś 140 po całkowicie pustej autostradzie Kijów – Krym, gdy jedziemy do Humania, trafiamy na posterunek. Radaru nie ma, ale i tak policjant mówi, że za bystro my jechali. Trochę jest skonsternowany, że napotkał na tym zadupiu obcokrajowców (stoimy pośrodku Dzikich Pól, po obu stronach drogi, aż po zaokrąglony horyzont ciągną się czarnoziemy, z których słynie Ukraina). Chce nam skonfiskować prawo jazdy, do odbioru na najbliższym posterunku (ca sto kilometrów). Błagamy, żeby oddał dokumenty i skasował za prędkość. Odpowiada, że nie może, że to korupcja, a teraz są nowe czasy i trzeba z nią skończyć. Grzecznie potakujemy, ale mówimy, że jeszcze dzisiaj musimy wrócić do Kijowa, a jedziemy zwiedzić słynną Zofiówkę. W końcu, o tempora, oddaje nam papiery i… nie bierze łapówki. Mandatu też nie płacimy. Cud!

Wjeżdżamy na Ukrainę od strony Kowla, bo chcemy zwiedzić zamek w Łucku. Znane to z naszej historii miejsce, to tutaj odbył się w 1429 roku słynny zjazd władców, rolę gospodarzy pełnili na nim książę Witold i król Jagiełło, a gośćmi byli cesarz niemiecki, król Danii, wielki kniaź moskiewski, trzech chanowie tatarscy, hospodar mołdawski, przedstawiciele Watykanu i Konstantynopola.

Brama Perejesławska w Łucku Piękny zamek w Łucku Organizatorzy Portalu,pierwszy z lewej Witalij, trzeci Misza

Zamek, choć zniszczony wieloma wojnami, prezentuje się całkiem przyzwoicie, mury mają prawie 300 metrów długości. Samo miasteczko też niczego sobie, sporo ludzi mówi po polsku. Widać polskie instytucje. To w Łucku mieszkał wiele lat Kraszewski, tu urodził się autor Boże, coś Polskę – Alojzy Feliński.

Zanim dojedziemy do Kijowa, czeka nas jeszcze przeprawa przez Żytomierz, miasto na ziemi kijowskiej, gdzie mieszkało lub rodziło się wielu sławnych Polaków: gen. Jarosław Dąbrowski, Kraszewski, Paderewski, Słowacki, Worcell. Atrakcją Żytomierza jest dzisiaj bajeczne Muzeum Kosmonautyki im. Korolewa. A oprócz tego cmentarzysko pociągów, które woziły cement do Czernobyla, póki ktoś nie zorientował się, że wszystkie te składy oddają twarde promieniowanie i wycofano je z kolei sowieckiej. Po czym… o ironio, złożono pod Żytomierzem, napromieniowując okolicę.

Przejeżdżamy jeszcze koło Berdyczowa, słynnego z powiedzenia: Pisz pan na Berdyczów! Pochodzenie tego zawołania jest dzisiaj trudne do odkrycia – albo poczta berdyczowska działała najsłabiej na polskich kresach (jak chce Kopaliński), albo tam kierowali swoją korespondencję żydzi i handlarze, jako że Berdyczów słynął  z targowisk. Oprócz tego Berdyczów stał się sławny z powodu mezaliansu – tu odbył się ślub Balzaca z Hańską.

Kijów wita nas wspaniałą pogodą. Dojeżdżamy doń pod wieczór – na Ukrainie nijak nie można określić odległości i zaplanować drogi. Mapa pokazuje 900, faktycznie robimy 1200. Rok wcześniej z Krymu do Kamieńca mapy „myliły” się o całe 400 km. Tu wszyscy są przyzwyczajeni do takich odległości, pomyśleć że np. w Czechach nikomu nie chce się jechać 150 km, bo to za daleko!

Trwają już uroczystości 60 urodzin Sierioży Diaczenki. Sala pełna, trwa bankiet. Wpadamy spóźnieni, Sierioża sam celebruje swoje urodziny, wywołuje mnie do mikrofonu – witam wszystkich i gratuluję solenizantowi wspaniałej formy. Jednym z gości Portalu jest Robert Sheckley, przedstawiają nas sobie (to moje pierwsze i ostatnie spotkanie z tym wielkim mistrzem SF, umiera kilkanaście tygodni po Portalu) – Bob świetnie się bawi, tańczy z fankami, odpala jednego papierosa od drugiego, gorzałkę doi na równi z Ukraińcami.

Sala balowa na Portalu w Kijowie Siergiej Diaczenko z synem Siergiejem i córką Staską Ewa z Mariną i Sieriożą Diaczenko

A propos gorzałki. Siedzimy przy stole, częstując się ukraińskimi specjałami (na śniadanie obiad, na obiad obiad i na kolację obiad, a potrawy trzeba wycierać z tłuszczu serwetkami), gdy nagle pochyla się nade mną Witalij, poznany rok temu w Charkowie, cmoka mnie w poliki i stawia na stół wódkę.

To za rewolucję, mówi, radziłeś nam wyjść na ulicę i myśmy wyszli. Dębieję, a moja żona i przyjaciele patrzą na mnie, jakby mnie po raz pierwszy widzieli. Witalij mówi, że kiedy dziennikarz, chyba z „Wprostu”, zapytał go w trakcie demonstracji na Placu Niepodległości (Witalij jak zwykle w pierwszym szeregu) – dlaczego nie bali się wyjść na ulicę, to powiedział mu, że tak mu radził jesienią pewien wydawca z Olsztyna, i podał mu moje nazwisko. Cholera, czuję się, jakbym wywołał tę rewolucję… Co oczywiście nie miało miejsca, ale warto było zobaczyć miny wokół! A rok później Wicia to samo udowadniał w Kijowie Wojtkowi Orlińskiemu z „Gazety Wyborczej”.

Z Witalijem Ewa w towarzystwie Arkaszy i Maszy Galiny Robert Sheckley przy portalowym stole

Konwent jak konwent, dobrze zorganizowany, co wieczór bankiety, ale my akurat wolimy zwiedzać. Drugiego dnia zwiedzamy Kijów, tym razem ja robię za przewodnika, zaczynam się czuć w Kijowie jak u siebie. A więc Ławry, dom Bułhakowa, Plac Niepodległości, knajpeczki. A wieczorem spotkanie z autorami w naszym pokoju – przychodzi Arkadij Sztypel, Oleg Diwow, Masza Galina. Miło i sympatycznie.

Kolejny dzień, to wyprawa na Dzikie Pola – tu właśnie ma miejsce spotkanie z DAJem. Celem jest Humań, miasto słynne z rzezi, jaką Polakom urządzili buntownicy Żeleźniaka i Gonty, ale też z faktu postawienia pod miastem, w dolinie rzeki Kamionka, jednego z najpiękniejszych parków w Europie – Zofiówki. Zofia Potocka, dla której oszalał targowiczanin, Szczęsny Potocki. Rozwódka podejrzanego pochodzenia podbijała serca wielu sławnych ludzi tamtej epoki, a robiła to jeszcze wtedy, gdy przekroczyła sześćdziesiątkę. Potocki wybudował pośrodku tej dzikiej krainy istny cud architektury ogrodowej.

Zofiówka Park Zofii Potockiej Zofiówka, wielki park w Humaniu

Do Zofiówki trafiamy późną wiosną, trwają prace ogrodowe, ale jesteśmy w parku sami, więc możemy docenić jego piękno: stawy, jeziora, groty, wodospady, podziemne tunele, sztuczne wyspy, rzeźby, altany. Park liczy 160 hektarów.

Jest jeszcze jedna atrakcja w tym ponurym i brudnym mieście, które przed Potockimi zwano miastem nikczemnym, bez bram i kościoła – jest nim dzielnica Turek – można tu zobaczyć największy na świecie ośrodek chasydyzmu. Chasydzi z Bracławia, zwani martwymi, różnią się tym od innych chasydów, że po śmierci swojego przywódcy Nachmana z Bracławia uznali go za mesjasza i oczekują jego powrotu. Stąd grób ich cadyka w Humaniu jest otoczony wielką czcią. Ale kirkut po holocauście zniszczono, a Sowieci postawili w tym miejscu blokowisko. Mimo to chasydzi wciąż pielgrzymowali do grobu, choć KGB mocno im to utrudniało. Po rozpadzie Rosji Sowieckiej pielgrzymi z Izraela zaczęli wykupywać mieszkania, stając się właścicielami całych bloków – dzielnica to dzisiaj posowieckie bloki przebudowane na sale modlitwy i hotele ozdobione hebrajskimi hasłami.

Następnego dnia jedziemy do Lwowa, gdzie całymi sobą tchniemy atmosferę tego cudownego miasta (tylko hotel z oknami wychodzącymi na stadion, gdzie uczył się kopać piłkę Kazimierz Górski, ciut za bardzo jeszcze tkwi w komunizmie – syf, a ciepła woda na godziny). Żeby nie siedzieć za długo w hotelu, udajemy się na tour po barach. Trafiamy na cudowny lokal, obwieszony pamiątkami z historycznego Lwowa – czujemy się jak w Polsce! A piwo lwowskie, pszeniczne, jest wprost super.

Rynek we Lwowie Lwów - aleja Szewczenki, dawniej Legionów Lwów

Następnego dnia musimy już wracać. Cały ranek poświęcamy jeszcze na cmentarz Łyczakowski i Pomnik Orląt Lwowskich.

Cmentarz Orląt we Lwowie Ołtarz przy kościele ormiańskim we Lwowie Stara nekropolia na Łyczakowie

Nie jedziemy na najbliższe przejście graniczne, ale kierujemy się na północ, przez Wołyń, chcemy zobaczyć Włodzimierz.

Lwów, katedra Lwów - Kaplica Boimów Klasztor we Włodzimierzu Wołyńskim

A potem już granica, wielogodzinna kolejka, kłótnia z celnikami, którzy nie chcą nas przepuścić, bo to przejście dla samochodów osobowych, a mój citroen ma homologację ciężarową. Jedna flaszka, potem druga, i wpuszczają nas do kraju.

Klasztor obronny we Włodzimierzu Wołyńskim

Prawie jesteśmy gotowi całować ziemię ojczystą. Zwiedzamy jeszcze Zamość, a potem już do domu…

CZERNOBYL

Poruszając się po Ukrainie, wciąż jest się w cieniu Czernobyla i tragedii, jaka tam się wydarzyła w 2006 roku. Kijów dzieli niecałe 100 km od zabetonowanej elektrowni. Za specjalnym pozwoleniem ministerialnym można tam pojechać i zobaczyć słynne mauzoleum. Ale za opowieść niech posłużą same zdjęcia, które możecie obejrzeć w zakładce Czernobyl.

Wojtek Sedeńko

Zostaw komentarz