Węgry, Chorwacja 2005

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: PODRÓŻE, utworzono: 30 Styczeń 2011

Bałkański kocioł – 2005

Jedną z moich największych pasji jest podróżowanie.

Podróżowanie, czyli poznawanie nowych miejsc, ludzi, zwyczajów. Nie chodzi tylko o zobaczenie zabytków, ale o dziką przyrodę, nasiąknięcie atmosferą charakterystyczną dla zwiedzanych miejsc.

A że świat jest wielki i piękny, z bólem konstatuję, że nie poznam go całego – z braku czasu, ale i braku środków. Próbuję więc zwiedzić i poznać jak najwięcej w tym krótkim czasie, jaki mogę na tę pasję przeznaczyć. Dlatego moje podróże, w które wciągam (egoistycznie) swoją rodzinę, są bardzo szczegółowo przygotowywane i tak wypełnione programem, że nie przypominają w ogóle urlopu wypoczynkowego.

Krótki wyjazd staram się tak wypełnić atrakcjami, że nie ma w nim wolnego czasu na błahostki typu leżenie na plaży, zakupy i inne. Czasem, gdy zmęczenie materiału jest już zbyt wielkie i trzeba poluzować smycz, odpoczywamy, ale wtedy robię się burkliwy.

Z tych tzw. „urlopów” wracam opalony, czasem dziwacznie, np. przechodząc największe pasmo Sudetów, Karkonosze, ze wschodu na zachód, miałem prażące słońce po lewej stronie, na której to złapałem poparzenia, podczas gdy prawa była „młynarska”. To opalanie w barwy narodowe to tylko jeden z przykładów mojego obłędu.

Ci, co mieli okazję – przywilej bądź mus, niepotrzebne skreślić – ze mną podróżować, nazywają mnie poganiaczem niewolników, przecinakiem. Nie ukrywam, nie oszczędzam innych i siebie. Oglądane miejsca chłonę wszystkimi porami skóry, a dopiero potem, w zaciszu domowym, porządkuję i segreguję wrażenia, archiwizuję zdjęcia, montując filmy, odkładając do kartonów zebrane foldery i pamiątki.

Wiem, że tak nie można. Że trzeba nacieszyć się dłużej wspaniałym zabytkiem, widokiem, atmosferą pubu, kąpielą w morzu, ciepłem słońca. Ale jak to zrobić, kiedy nie wiesz, co czeka cię za następnym zakrętem? Może coś jeszcze cudowniejszego? A za kolejnym zakrętem?

Wiem, że trzeba podróżować bez przygotowania, nie wiedząc, gdzie spędzi się następną noc. Ale kiedy tak nie można, kiedy trzeba rodzinie, żonie, dzieciom pokazać jak najwięcej, to trzeba zwiedzać tak, jakby się już nigdy nie miało wrócić w to miejsce.

Typowym przykładem takiej zwariowanej, wypełnionej atrakcjami wycieczki był wyjazd na Bałkany w 2005 roku, w pierwszej połowie sierpnia.

Był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny z całą rodziną od lat, nie licząc krótkich, kilkudniowych wypadów. Trzeba było zapakować w auto pół domu, wszystko wydawało się potrzebne. W dodatku – chociaż miałem zarezerwowane noclegi w apartamentowcu koło Szybeniku, to mogło się okazać, że czeka nas jakiś nocleg na polu kempingowym – a więc namiot, materace, śpiwory. Bałkany nie gwarantują dzisiaj super pogody przez całe wakacje. Zmiany klimatyczne, tak szybko postępujące w ostatnich latach, że zauważalne nawet na przestrzeni jednego pokolenia, powodują, że można tam mieć jednego dnia 40 stopni powyżej zera w cieniu, a następnego wichurę i ulewny deszcz. Fakt, że te załamania pogody są równie gwałtowne, co krótkie, ale przygotowanym być trzeba. Podobnie jak na pożary, prawdziwą zmorę Półwyspu Bałkańskiego.

Plan był prosty. W 12 dni zobaczyć całą Chorwację (bez Istrii – tę zaplanowałem przy okazji innej wyprawy), jakiś rekonesans w głąb Bałkanów, oraz – po drodze – Budapeszt. Drobnostka.

Dla mnie była to podróż sentymentalna. Byłem w Jugosławii w 1978 roku, za życia Tito jeszcze, i była to zupełnie inna kraina. Federacja narodów i wyznań zrzeszona pod przewodnictwem Serbów, Tity i jego służb bezpieczeństwa. Nie przypuszczało się wtedy, że jest to kocioł podobny do libańskiego. A może nawet większy, bo Bałkany to narodowościowo żywioł słowiański, albański i grecki, wyznaniowo prawosławny, katolicki i muzułmański, politycznie twór nacji, które właściwie nigdy nie miały własnej państwowości. Tędy przewalały się wszystkie wielkie wojny starożytnego i nowożytnego świata.

My, Polacy, mamy za złe Historii i Fortunie, że umieściła nas – na złość zapewne – jak w dowcipie: A Polakom zrobimy kawał i usadowimy ich między Rosjanami i Niemcami. Na Bałkanach jest gorzej. Macedończycy, Grecy, Rzymianie, wędrówka ludów, Madziarzy, Tatarzy, Bułgarzy, Genueńczycy i Wenecjanie, piraci i Imperium Osmańskie, Habsburgowie. Do tych najeźdźców i plag nawiedzających biednych Słowian bałkańskich trzeba dodać wyprawy krzyżowe, które musiały przechodzić do Konstantynopola przez te tereny, często ogniem i mieczem, bo nikt ich tu nie chciał. Byli też Polacy, chociaż władcy z dynastii Jagiellonów nie za długo tu gościli, a sprawy załatwiali szybko, np. sprzedali Zadar doży weneckiemu za doraźne korzyści. Widać Bałkany nie bardzo ich interesowały w dobie zagrożenia osmańskiego.

Ale Polacy mają tu – w Chorwacji – wielkich przyjaciół. Chorwaci, prawie w 100% katoliccy, uważają, że przywędrowali na Bałkany z… Polski. A co czwarty turysta tutaj to Polak. Nigdzie więcej na Bałkanach nie mamy tak dobrej publicity. Serbowie są prorosyjscy, Bośniacy to według wszystkich na tym półwyspie zdrajcy wyznaniowi, którzy poddali się tureckim prześladowaniom i przeszli na islam, a teraz trwają w tej wierze z właściwym neofitom fanatyzmem, Słoweńcy ciągną raczej w stronę Austrii – oni najdłużej byli pod panowaniem Habsburskim i porządek tam panuje jakby z innej bajki. Nie uczestniczyli też w tej strasznej wojnie, która na kilka lat wyrwała tę krainę z europejskiej wspólnej historii. Wróciły najstraszniejsze koszmary, stare uprzedzenia, wendetty i spory. A my w tej podróży widzieliśmy tego ślady.

W drogę.

W piękny sierpniowy poranek zapakowaliśmy pod dach naszego Picassa i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy etap podróży zaplanowałem króciutki, postanowiliśmy odwiedzić mojego brata w Tychach. Nasze dzieciaki strasznie się lubią, więc każda okazja do spotkań jest dobra, nawet jeśli krótka. Następnego dnia miało już się zacząć zwiedzanie.

Opuszczaliśmy Polskę w ulewny deszcz, który nam towarzyszył przez całą przeprawę przez Słowację. Dopiero pod granicą węgierską w Komárom niebo się wypogodziło. Granicę stanowi szeroka Duna, jak na Dunaj mówią Węgrzy.

Dunaj dzieli Węgry na pół, my jesteśmy w Kraju Zadunajskim. Węgry to wyspa w słowiańskim morzu. Przybyli tu kiedyś nomadowie, którzy przez wieki zachowali i obronili swoją odrębność. Język węgierski jest jak nieporównywalny do innych… Węgrzy, czyli Madziarzy, jak to zwykle bywa wobec najeźdźców mówiących niezrozumiałym językiem, zawsze mieli kłopoty z sąsiadami. I mają do dzisiaj. Austriaków nie lubią, bo powstania, utrata niepodległości (Węgrzy do dzisiaj nie wznoszą toastów piwem, gdyż w czasie egzekucji węgierskich powstańców, austriacki oficer to właśnie czynił – dla Węgrów to zniewaga). Słowacy wręcz nienawidzą Madziarów, przez lata to oni byli na ich ziemi panami, a teraz mają dodatkowy powód do kłótni – Tokaj. Z Ukrainą stosunki są co najmniej chłodne, żyje tam spora mniejszość węgierska, która chce powrotu do kraju. Chorwacja też nie przepada za sąsiadami, tu też żyje bardzo hałaśliwa mniejszość madziarska. Z Rumunią też nie lepiej, spór o Siedmiogród ma podłoże historyczne.

Aż dziw więc zatem, że Węgrzy przetrwali na tym terenie, a przecież musieli przez lata stawiać opór nawałnicy tureckiej, dając pokaz wielkiego bohaterstwa. Chyba tylko z Polakami łączy ich jakaś więź, przez wiele lat graniczyliśmy z Węgrami, a polska i węgierska szlachta pałała do siebie miłością. Do szabli, trunków, kobiet – rody królewskie Polski i Węgier często łączyły więzy małżeńskie. Mieliśmy Węgra za króla – walecznego Batorego, oni mieli Jagiellonów.

Ledwie przejechaliśmy granicę i od razu mamy inną architekturę. Po szarej i trochę brudnawej Słowacji zadbane wioseczki, niskie domy, zasłonięte wysokimi płotami podwórza, budyneczki do przechowywania wina, kościoły. Czujemy się swojsko, to chyba najlepsze słowo.

Nocleg mam zarezerwowany w Göd pod Budapesztem, więc przejazd wykorzytuję, by pokazać dzieciom naddunajski kraj. Pierwszy przystanek to Esztergom (po polsku Ostrzyhom),  kolebka węgierskiego państwa, tu stanął pierwszy zamek królewski, był pierwszą stolicą (do najazdu Mongołów 2 XIII wieku, który i spustoszył Polskę) do dzisiaj pozostał kościelną stolicą Węgier. W Esztergom stoi wspaniała Bazylika Wniebowzięcia NMP, potężna, środkowa kopuła ma 100 metrów wysokości, z galerii rozciąga się piękny widok na dolinę Dunaju. Ładna jest też sama starówka. Nie spędzamy tu dużo czasu, bo ciągnie nas do Szentendre, artystycznego i urokliwego miasteczka, które porównać mogę do Kazimierza nad Wisłą.

Szentendre znaczy św Andrzej, i ma bardzo głębokie korzenie, po łacinie zwano je Sancta Andreas. Przez lata było uważane za artystyczną stolicę Węgier, tu mieszkali malarze, rzeźbiarze, aktorzy, muzycy. Na wąskich uliczkach i na bulwarze naddunajskim organizowano kiermasze, festyny, festiwale. Dzisiaj ten klimat należy do przeszłości, miasto jest wprost przepełnione od turystów. Samo zaparkowanie graniczy z cudem, nie mówiąc już o tym, że kasują za postawienie samochodu na ulicy jak za zboże.

Ładnie tu, ale najpiękniejsze nawet miejsce mogą obrzydzić turyści. Zamiast podziwiać architekturę, posłuchać orkiestry symfonicznej na rynku, człek musi się przepychać przez wielobarwny i różnojęzyczny tłum, złakniony przede wszystkim pamiątek. Te same wyroby rzemieślnicze można kupić bez kolejki i taniej w każdym innym miasteczku na Węgrzech, no ale…

Podobne miejsca trzeba zwiedzać wczesnym rankiem i ta moja zasada pozwoli nam w czasie tej wyprawy kilka razy obcować w samotności z cudami natury czy myśli ludzkiej.

Zbliża się wieczór, czas szukać noclegu. Łóżka zarezerwowałem w pensjonacie w Göd, ale to kilka kilometrów na północ od Budapesztu, trzeba jeszcze przejechać przez zatłoczoną stolicę. Udaje nam się to bez większych problemów, gorzej z pensjonatem. Nie ma żadnych tablic informacyjnych, wszystkie domy są do siebie podobne, zasięgnąć języka trudno – węgierski to prawdziwy łamaniec. Trafiamy na jakiegoś młodzieńca, który zna angielski, ale tu pech – nie słyszał o pensjonacie. W końcu trafiamy na miejsce, ale pani na recepcji nie ma naszej rezerwacji i poza węgierskim nie zna żadnego języka. Istne jaja! Na szczęście sprowadza jakiegoś kuzyna, który po angielsku mówi. Dobijamy targu, dostajemy ładny pokój, możliwość korzystania z kuchni i salonu, parking. Warunki przyzwoite.

Nie przyjechaliśmy tu jednak byczyć się w łóżku. Następnego ranka, zaraz po śniadaniu jedziemy do Budapesztu. Dojazd do centrum koszmarny, jest dzień roboczy, wyglada jakby połowa miasta mieszkała na przedmieściach typu Göd.

Parkujemy pod Pomnikiem Milenium na placu Bohaterów. Pomnik wzniesiono w tysięczną (1896) rocznicę opanowania tego kraju przez Madziarów. Stąd jedziemy budapesztańskim metrem na drugą stronę Dunaju, do historycznej części stolicy Węgier – Budy. Naszym celem jest Góra Zamkowa i Baszta Rybacka. Pogoda mało sprzyjająca zwiedzaniu miasta – skwar i wysoka temperatura. Podziwiamy piękną panoramę Pesztu, kościół Macieja, a potem Pałac Królewski. Kto był w Wiedniu dostrzeże podobny styl królewsko-cesarski.

Schodzimy do mostu łańcuchowego, a potem w lewo na plac Koszuta pod parlament – jeden z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych gmachów Budapesztu. Odczuwamy już zmęczenie upałem, więc siadamy na jednym z licznych skwerków, raczymy się piwem, a dzieciaki dokazują w parku jordanowskim. Przyglądam się młodym Węgrom, którzy uczą paru miejscowych zwrotów obcokrajowców, prawdopodobnie Włochów. Mają z tego niezły ubaw. Na przykład węgierskie „Na zdrowie” to „Egeszegedre”. Sz i s wymawia się odwrotnie, jak s i sz. Właściwe „na zdrowie” powinno brzmieć „egesegedre” – trzeba jednak uważać na wymowę, bo „egeszegedre” znaczy „Za twoją dupę”.

Obowiązkowym punktem do zwiedzania jest imponująca bazylika św. Stefana, tam też udajemy się w następnej kolejności, a potem węgierska Opera Narodowa. Gdzieś tam w oddali, na końcu ulicy Andrassy majaczy Pomnik Milennium, a my, naiwniacy, postanawiamy się przespacerować. Odległość okazuje się straszna, dopiero po godzinie dochodzimy do samochodu.

Na ten dzień zaplanowałem jeszcze jeden punkt – barokowy pałac Gödöllö. Docieramy tam po kolejnej godzinie, ale nie żałujemy. Zamek Franciszka I i Elżbiety (księżniczki Sissi) nie jest może imponujący, ale park zdecydowanie tak. Długo spacerujemy pośród imponujących drzew, wspaniałe są zwłaszcza kasztanowce. Do pensjonatu docieramy wieczorem, skrajnie wypompowani. Ale wrażeń mnóstwo. Jutro jedziemy do Chorwacji.

Wyjeżdżamy bardzo wcześnie, jeszcze przed godziną szczytu, więc udaje się przebić przez Budapeszt bez większych problemów, a potem szybko zmierzamy autostradą na południowy-zachód. Jak zawsze, gdy jadę taką dobrą drogą, przez głowę przelatuje refleksja: czemu u nas nie można budować takich samych?

Już około 10 rano jesteśmy nad Balatonem. Zatrzymujemy się na lody w Balatonfenvys i podziwiamy panoramę płytkiego morza wewnętrznego, dumy i symbolu Węgier. I jedziemy dalej, przed granicą jeszcze tankowanie, krótkie zakupy w Tesco (sklepy tej sieci znajdują się na Węgrzech dosłownie wszędzie) i wjeżdżamy do Chorwacji.

Chorwacja.

To kraj, który żyje z turystyki, bo piękne dalmatyńskie wybrzeże i kilka atrakcji wewnątrz lądu to jego jedyne zagłębie. Dziesięć lat temu przez  większość tych terenów przetaczała się krwawa wojna z Serbami i Bośniakami. I pod turystów jest tu robione wszystko: autostrady (budują ich 100 km rocznie, drążąc tunele i stawiając mosty), informacja, profesjonalne oznakowanie każdej potencjalnej atrakcji turystycznej, liberalne przepisy dla osób pragnących z turystyki żyć. Widać to zaraz po szybkim i bezproblemowym przekroczeniu granicy. Do każdego samochodu podchodzi hostessa i – zależnie od rejestracji – wręcza wjeżdżającym pięknie wydany, obszerny folder w odpowiednim języku. Od razu wprowadza nas to we wspaniały nastrój – widać, że jesteśmy tu mile widziani.

Jest przed południem, więc szkoda jechać od razu do Plitvic, lekko zbaczając z drogi w stronę słoweńskiej granicy, kierujemy się do Čakovca. Jesteśmy w północnej Chorwacji, jej część została przyznana Chorwatom po pierwszej wojnie światowej, żyje tu spora mniejszość węgierska, która zachowuje stroje, obyczaje i język. Widać to przejeżdżając przez kolejne wioski, niczym nie różnią się architekturą i planem od węgierskich.

Čakovec to dawna węgierska osada powstała w miescu rzymskiego obozu. Potem, za zasługi w walce z Turkami, nadana banowi Chorwacji. Zatrzymujemy się w ładnym parku, jemy późne śniadanie, a potem zwiedzamy stary i nowy zamek. Jesteśmy jedynymi turystami.

Następny przystanek to Varaždin, jedno z najstarszych miast chorwackich, bastion w linii umocnień przeciw Turkom. Piękny rynek (na który wjeżdżam przez pomyłkę, bo nie zauważyłem zakazu), wspaniałe kościoły i przecudnej urody zamek. Istne cudeńko, bielone ściany, czerwona dachówka, renesansowe zdobienia. Wewnątrz muzeum.

Wsuwamy pyszne lody i wyruszamy w dalszą drogę. Za Varażdinem wjeżdżamy na wspaniałą chorwacką autostradę. Żal dupę ściska – ledwo wyszli ze zniszczeń wojennych, nie należą do Unii, żyją jedynie z turystyki, a wszystkie drogi, także podrzędne, mają Chorwaci w znakomitym stanie. Po prostu rozumieją starą jak świat zasadę – jak gdzieś nie można dojechać, to nie ma co liczyć na zwiedzających i jakikolwiek rozwój. Czego nie potrafią zrozumieć polscy włodarze.

Aby dojechać do Plitvic należy zjechać z autostrady w kierunku południowo-wschodnim, czyli w kierunku Serbii. Te tereny były miejscem bardzo ciężkich walk. Armia jugosłowiańska Tity wyrosła z partyzantki i taką doktrynę wojenną doprowadziła do perfekcji. Wszyscy Jugosłowianie to urodzeni partyzanci, a ciężki teren – góry przecinane licznymi rzekami – tylko podobnej wojnie sprzyjał. Małe zmotoryzowane oddziały zniszczyły ten kraj, a my z przygnębieniem zauważamy tego ślady. Popalone domostwa przy drodze, ślady po kulach w ścianach, krzyże. To dopiero początek krajobrazu po bitwie.

Kilka kilometrów po zjeździe z autostrady wjeżdżamy w góry, droga wije się pomiędzy zalesionymi wzgórzami, wkrótce poruszamy się w długim konwoju pojazdów jadących w tym samym kierunku.

Plitvice.

Park Narodowy Jezior Plitwickich to jeden z największych skarbów Chorwacji, założony zaraz po II wojnie światowej, w 1979 roku wpisany na na listę dziedzictwa UNESCO. Niewiele brakowało, a przestałby istnieć w czasie wojny – Serbowie zamierzali wysadzić przełomy i wodospady w powietrze.

Głównym miejscem, gdzie zatrzymują się turyści jest jeden z największych campingów świata. Byłem tu prawie 30 lat temu. Położony nad pięknym kanionem górskiej rzeki i szmaragdowych kolorach, na pofałdowanym terenie. Z trudem znajdujemy wolne miejsce. Samochody z rejestracjami z całej Europy, wszystkie języki świata, wyluzowana atmosfera. Trochę się tym martwię, bo po wspomnieniach z pola biwakowego nad Krutynią, gdzie biwakowaliśmy obok chamów z Otwocka, może być to noc nieprzespana. Nic z tych rzeczy. O godzinie 10 wieczorem pole namiotowe żyje, ale wszyscy zdają się wiedzieć, że należy dać pospać sąsiadom. Wszystko odbywa się cichutko i w przyjaznej atmosferze. Małgosia wraca z sanitariatów zachwycona – czyściutko, ciepła woda, kulturalna atmosfera. Ja wybieram z dzieciakami kąpiel w górskim jeziorze, woda lodowata, ale wspaniała.

Kładziemy się wcześnie, chcemy być pierwszymi, którzy wejdą do parku następnego dnia. Tak też się staje. Nie mamy problemu z zaparkowaniem, specjalnie wybieram – jak się potem okazało słusznie – miejsce, żeby łatwo było wyjechać. Wejściówka kosztuje sporo – w sumie Plitvice kosztują nas 500 zł, ale w ramach biletu można poruszać się po parku statkami wycieczkowymi i elektrycznymi samochodami. Ale zapewniam – warto zapłacić każdą złotówkę.

Park Narodowy podzielić można na dwie części. Jedna to wielkie wodospady w głębokim górskim kanionie o brzegach do stu metrów wysokości. Druga to wielkie rozlewisko rzeki Korany, spływające z gór przez liczne kaskady. Przez rozlewiska prowadzą wygodne drewniane pomosty, pomiędzy wspaniałą roślinnością, często pod spływającą wodą. Cały czas towarzyszy nam huk spadającej wody i grzechot cykad.

Jest fantastycznie. Oprócz nas na ścieżkach niewiele ludzi, dopiero jak mijamy pierwszą część parku i wchodzimy na pokład łodzi, by przepłynąć jezioro Kozjak, spotykamy więcej ludzi. Turyści przede wszystkim idą pod wodospady i tam teraz my zmierzamy. Widoki kapitalne, niestety, koło południa tłok na ścieżkach jest już straszny. Właśnie docierają tu wszystkie wycieczki, całe rodziny – a my już wychodzimy. Mamy mnóstwo zdjęć i prawie godzinny film.

Parking jest totalnie załadowany. Miałem nosa z takim ustawieniem samochodu, widzę, że wiele aut jest zablokowanych, nie wyjedzie do wieczora z parkingu. Większość aut wybiera powrót na Karlovac i autostradę, my wybieramy drogę w interior, wzdłuż granicy chorwacko-bośniackiej.

Toczyły się tutaj okrutne walki, czystki etniczne nie przynoszą chluby żadnej ze stron. Wysiedlano tu całe wioski lub mordowano ludność – teraz pogranicze to prawdziwa pustynia. Na drodze dziesiątkami kilometrów nie spotykamy innego samochodu, wokół przepiękne, ale puste górskie doliny, słychać tylko nieustanny świergot cykad. Czasem mijamy wypalone, zbombardowane bądź ostrzelane domostwa, mogiły, krzyże. Pusto, przygnębiająco.

Pierwszą miejscowością, gdzie tętni jakieś życie jest dopiero Knin z potężną twierdzą na szczycie góry. Kiedyś był to główny punkt oporu przeciwko Turkom, teraz nad najwyższą basztą powiewa kraciasty, biało-czerwony sztandar Chorwacji.

Z Kninu do morza już niedaleko. Dzieciaki aż drżą z podniecenia, nigdy jeszcze nie były nad ciepłym morzem, nasłuchały się ode mnie tylu opowieści, że o niczym innym nie marzą, jak o kąpieli. Bazę wypadową znalazłem dokładnie w połowie dalmackiego wybrzeża – żeby wszędzie było w miarę blisko. To Marina (marina to w wielu językach świata przystań) pomiędzy Szybenikiem a Trogirem. Dojeżdżamy około 20. Dostajemy klucze do apartamentu (2 pokoje na parterze z tarasem, kuchnią, łazienką i miejscem parkingowym, dwieście metrów od morza), bez wypakowywania bagażu, chwytamy ręczniki i biegniemy do morza.

Plaża w Marinie jest jedną z ładniejszych, drobniutkie kamyki (gdzież tym plażom do piaszczystych wydm znad Bałtyku), spokojna zatoka. Ulka z Bartkiem zachwyceni (woda ma 29 stopni), Jędrek ciut rozczarowany (kto posolił tę wodę?), Małgosia nie wierzy w czystość. To fakt, woda w Adriatyku ma niesłychaną przejrzystość. Szkoda tylko, że nie wszyscy turyści to doceniają i dbają – największymi śmieciarzami w Dalmacji są Włosi. Są też najbardziej hałaśliwi. Nie ukrywam, że ta nacja jako jedyna gra mi na nerwach, proszę więc nie zwracać uwagi na moje zrzędzenie, jestem uprzedzony.

Dalmacja.

W Marinie mamy być 12 dni. To mnóstwo czasu, by zwiedzić Dalmację. I nie tylko. Bardzo mnie nęci wjechać doliną Neretwy do Bośni i Hercegowiny w stronę Sarajewa. Ciągnie mnie na stare śmieci. Ustalamy plan. Dwa dni na całodniowe wypady, a poza tym do południa na plażach (za każdym razem gdzie indziej), a potem wypady do pobliskich atrakcji turystycznych. Jednogłośnie (tzn. moim jednym głosem) tak.

Pierwszy dzień to jednak wypoczynek. Nasza gospodyni zaopatruje nam lodówkę (w ramach ceny) w piwo (średnie Ožujsko i niezłe Karlovačko), młode wino (słabiutkie i strasznie kwaśne) oraz domowe wypieki (nie mam szansy spróbować, dzieciaki wyżerają natychmiast). Idziemy w kierunku końca zatoki, nad którą leży Marina, poprzez oliwkowe gaje i wśród cykania cykad. Upał, kurz, wreszcie znajdujemy w miarę spokojne i wyludnione miejsce, w miarę blisko otwartego morza.

Kąpiemy się, ja piwkuję, czytamy książki, słowem lenimy się. Jest super. Dawno nie miałem takiego wypoczynku. Zero internetu, telefonu, kontaktu z pracą. Niemożliwe!

Popołudniem, późnym, by nie skwierczeć na upale, udajemy się na targ w Trogirze na zakupy. I taki już będzie rytuał naszego całego pobytu w Chorwacji: codziennie rano wyjazd na jakąś plażę (przetestujemy ich kilka, najlepsza jest w Primoštenie – z pięknym widokiem na rzeczone miasteczko na wyspie oraz w Sevid – małej wiosce niedaleko Mariny. Strome zbocze, drobny żwir, długa zatoka wychodząca w otwarte morze, mało ludzi, kapitalne miejsce do nurkowania), a potem zwiedzanie.

Zobaczyć w Chorwacji jest co, a najpiękniejsze perły wybrzeża Dalmacji to: Zadar, Szybenik, Dubrownik i Trogir.

Trogir, jak wszystkie te miasta ma bardzo stare korzenie, sięgające starożytności – pierwszą osadę założyli tu Grecy w IV wieku p.n.e., a nazwali ją Tragurion, Rzymianie przemianowali na Tragurium. Potem było Bizancjum, Saraceni, królowie węgierscy, wreszcie weneccy dożowie. Ślady tych wszystkich kultur są widoczne na małej wyspie połączonej z lądem mostami. Całość otacza mur, wchodzi się przez dwie bramy, a u szczytu wyspy stoi zamek Kamerlengo. Najznamienitszym zabytkiem jest katedra św. Wawrzyńca z XII wieku.

Wąskie brukowane uliczki, suszące się galoty nad nami, przekupki wychwalające swoje towary we wszystkich językach świata – to się nie zmieniło od wieków. Jedynym elementem cywilizacji są wiszące na ścianach jak metalowe grzyby wentylatory. Upały potrafią tu przekroczyć 40 stopni. My na szczęście takiej pogody nie zaznamy, cały czas w okolicy 30-33 stopni, a nawet dwie ostre burze. Ponoć rzadkość w Chorwacji, jak nam mówi gospodyni, Alina Cvitanovič. Nie chcę jej pocieszać, że takich burz będzie pewnie w najbliższych latach coraz więcej. Klimat wariuje. Przez ludzi.

Zadar to prastare miasto, jak wiele w Dalmacji jest położone na wyspie tuż przy lądzie. Było bardzo ważne dla handlu Rzymu i wiele jest tu pozostałości starożytnych. Potem było główną bazą floty bizantyjskiej, wreszcie zostało kupione przez Wenecjan i przeżyło okres wielkiej prosperity. Są tu starożytne mury, rzymskie bramy, średniowieczne baszty, romańskie kościoły i bazyliki – a największe wrażenie robi kościół św. Donata wybudowany w stylu bizantyjskim. Wybudowany jest na planie koła z trzema półkolistymi apsydami. Wokół wielki plac, na nim mnóstwo turystów przechadzających się wśród rzymskich kolumn. Co zabawne, pod kościołem mały dysonans – grupa Indian w rytualnych pióropuszach wali w bębny i dmie w fujarki indiańską muzykę, wszystko wspomagane syntezatorem i wzmacniaczem.

Chociaż pod Zadarem zwykle są straszne korki, postanawiam jeszcze zboczyć z głównej drogi w kierunku Pagu – do miasta Nin. To także dawne rzymskie miasteczko (Aenona), tu rozwijała się głagolica. W obrębie starych murów stoi mały kościółek św. Krzyża jeszcze z IX wieku – nasi przodkowie oddawali wtedy w borach cześć Światowidowi. Nie wiem jak Chorwaci sobie wyobrazili, że przywędrowali na te ziemie znad Wisły.

Między Ninem a Zadarem jest jeszcze jedno miejsce warte obejrzenia – przy głównej drodze, na niewielkim pagórku, stoi kościół św. Mikołaja, Prahulje. Także z IX wieku, wokół pola lawendy i kilka starych drzew. Kaplicę postawiono na planie trójlistnej koniczyny, a nad nią ośmiokątną basztę. Całość nie większa od małego domku jednorodzinnego.

Szybenik leży kilka kilometrów od Mariny, więc jesteśmy tu dość często na zakupach. Największe wrażenie robi na starówce miejska loggia (architektem Szybeniku był Sanmichele, którego wiele dzieł zdobi Wenecję) i kościół św. Jakuba. Wokół kościoła,na aspydach znajdują się fryzy 72 głów mieszkańców Szybeniku.

Miasto miało strategiczne znaczenie, było główną twierdzą w środkowej Dalmacji. W środku starówki wznosi się twierdza św. Anny, twierdza św. Mikołaja na małej wyspie strzeże wejścia do portu, dodatkowo jest jeszcze twierdza św. Jana na wzgórzu i twierdza Šubičevac otoczona dzisiaj pięknymi ogrodami.

Absolutnie trzeba poświęcić Szybenikowi trochę czasu.

Ale największą i najbardziej znaną perłą Dalmacji jest Dubrovnik. Jest oddalony o 200 km od Mariny, więc wstajemy wcześnie rano, żeby uniknąć korków na magistrali adriatyckiej. Udaje nam się dojechać bez problemów do Riwiery Makarskiej, potem już wleczemy się w żółwim tempie. Dzisiaj dociera już do Dubrownika autostrada, wtedy była w budowie. Magistrala jest dobrą drogą, ale idzie wzdłuż wybrzeża, jest strasznie kręta, z jednej strony zbocze, z drugiej przepaść. Jak się trafi na turystę, co podziwia widoki, to jedzie się 40 km na godzinę.

Riwiera Makarska to szczególne miejsce w Dalmacji, mnóstwo tu luksusowych hoteli, są piękne plaże, a nad wybrzeżem dominuje pasmo gór Sveti Juri (ponad 1700 metrów wysokości, a że wyrastają wprost z morza to robią piorunujące wrażenie). Tego dnia to pasmo będziemy też omijali od strony lądu.

W Dubrowniku byłem w 1978 roku, bardzo chciałem pokazać to miasto rodzinie i przekonać się, czy Serbowie mocno je zniszczyli. W 1991 roku oblegli je i z wysokich wzgórz ostrzeliwali z dział i moździerzy. Za nic mieli protesty opinii światowej. Doszło nawet do tego, że ONZ i UNESCO dawało łapówki serbskim dowódcom, by pudlowali lub zaprzestali ostrzału.

Dzisiaj zniszczeń już nie widać, ale nienawiść Chorwatów do Serbów jest przeogromna.

Dubrownik nie ma starożytnego rodowodu w porównaniu z Zadarem czy Szybenikiem. Powstał dopiero w VII wieku, a potem pozostawał pod panowaniem bizantyjskim, weneckim i węgierskim. W XIV wieku Dubrownik i jego bogate mieszczaństwo wybiło się niepodległość, zakładając Republikę Raguzy. Było bardzo potężne, flota liczyła 500 statków i okrętów, miasto otoczono wspaniałymi murami, od których zwykle zaczyna się zwiedzanie miasta. Przejście się po blankach naokoło miasta zajmuje około godziny. Kończymy spacer zejściem do twierdzy św. Jana strzegącej portu. A z wieży Minčeta rozciąga się naprawdę piękny widok na miasto i wyspę Lokrum.

Dubrownik jest tak wypełniony turystami, że aż pęka w szwach. Trudno jest się przecisnąć, trzeba uważać na kieszonkowców. Chcemy coś zjeść na głównej ulicy, ale ludzie dosłownie chodzą po stolikach.

Oglądamy więc kościoły, wchodzimy do klasztoru Dominikanów, kupujemy jakieś pamiątki i postanawiamy jechać z powrotem. Trzy godziny w pełnym mieście, w strasznie parnym klimacie (cały czas zanosi się na burzę, ale wiatr od morza odpycha chmury) po prostu nas dobija. Idąc do samochodu podziwiamy jeszcze starą nekropolię.

Posiłek postanawiam zjeść w starym mieście Ston, zamykającym półwysep Pelješac, z którego jest przeprawa promowa na Korčulę, miasto, gdzie urodził się największy podróżnik średniowiecza – Marco Polo.

Ston (rzymskie Stagnum) zamyka półwysep, jeden z najdłuższych nad Adriatykiem. Zbudowano tu mały chiński mur – 5 kilometrów murów przecina wszerz cały półwysep, pnie się na potężną górę i opada z drugiej strony. Razem 41 baszt, 7 bastionów, po prostu imponujące, chociaż i ten zabytek Serbowie bombardowali.

Ston okazuje się centrum owoców morza, kiedy wchodzimy do restauracji, w której wszyscy pałaszują małże, głośno przy tym siorbiąc, a kelner tasakiem ćwiartuje ośmiornicę, odechciewa mi się jedzenia. Jedziemy dalej.

Mijamy Neum – wąski pas wybrzeża należący do Bośni i Hercegowiny, zerkam na zegarek – mamy jeszcze sporo czasu do zachodu słońca, jako że wyruszyliśmy bardzo wcześnie. Postanawiamy wjechać do najbardziej zniszczonej w wojnie bałkańskiej Bośni. Robimy to w przepięknej delcie rzeki Neretwy, zamienionej dzięki żyznym ziemiom w super wydajne pola.

I to doliną Neretwy zmierzamy w stronę Sarajewa. Naszym celem jest Mostar i święte miejsce dla katolików – Medjugorie, leżące po stronie muzułmańskiej i pomimo wielu starań rządu chorwackiego tak już pozostanie. A dzisiaj jest 15 sierpnia, dzień dla tego miejsca wyjątkowy – według radia w Medjugorie są dzisiaj wszyscy hierarchowie Chorwacji i około pół miliona wiernych.

Bośnia i Hercegowina.

Granica znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów w głąb lądu. Tu właśnie widać dziwaczne położenie Chorwacji, większość kraju leży na północy, a Dalmacja to właściwie plaże i pasmo górskie nad samą wodą. Dalej leży już Bośnia i Hercegowina, kraina Słowian, którzy ulegli Turkom i przyjęli wiarę muzułmańską. Nie musieli tego robić, gdyż innowiercy pod Turkami musieli tylko płacić większe podatki i nie mogli sprawować urzędów. Poza tym na Bałkanach z Turkami walczyło się kilkaset lat, więc Bośniacy są uważania, zarówno przez Chorwatów, jak i Serbów i Czarnogórców czy Albańczyków, za wrogów. To z terytorium Bośni zaró1)no Chorwaci jak i Serbowie starali się wykroić jak najwięcej dla siebie.

Ale Bośniacy przetrwali. Sarajewo, Liban Europy, miasto olimpijskie, zniszczone, ale przetrwało. Podobnie Mostar.

Neretwa jest wprost niesamowita, toczy swoje szmaragdowe wody pomiędzy potężnymi górami, na zboczach widać ruiny starych warowni. Nie próbujemy ich zwiedzać, wzdłuż drogi co chwila tablice informacyjne o zagrożeni minami.

Nie zwracam uwagi na to, że wszyscy jadą wolno – okazuje się, że wszędzie jest ograniczenie do 40 km na godzinę. Nie jadę szybko, ledwie 70, ale zatrzymuje mnie patrol. Wyglądają bardzo niebezpiecznie, barczyści faceci, obwieszeni bronią maszynową. 30 Euro mandatu.

Stawiam wszystko na jedną kartę i kłócę się, co wywołuje zabawne uśmiechy.Schodzimy na 10 Euro. Sięgam do portfela, a tu konsternacja, nie mam dziesiątki, a dwudziestkę. Moja strata. Jakież jest moje zdziwienie, gdy Bośniak wydaje mi z uśmiechem 10 Euro reszty.

Dalej jadę już powoli.

Dojeżdżamy do Mostaru, miasta meczetów, rozłożonego nad brzegami Neretwy, gdzie słynny kamienny Stary Most niedawno odbudowano ze zniszczeń wojennych. Prastare miasto robiło świetny interes na szlaku handlowym. Przed miastem widzimy nowiutkie hale wielkich sieci światowych: Obi, Praktiker, ale już po wjeździe do miasta widać blizny wojenne.

Widok jest straszny. Blokowiska ostrzelane z ciężkiej broni, pełne dziur, zamiast okien leje, z biurowców w centrum pozostały tylko popalone, pogięte żelastwo. Wszędzie jeszcze leżą kupy gruzów. Tylko droga jest nowa. Miasto sprawia wrażenie wymarłego, dopiero gdy parkujemy koło jakiejś wypalonej rudery i idziemy w stronę rzeki, napotykamy pierwszych ludzi.

Liczę piękne meczety, jest ich jedenaście. Na ulicach patrole ONZ, nie brakuje turystów. Na arabskim targu wszystko tańsze o połowę w stosunku do Dalmacji – starają się na siłę ściągnąć turystów. Ale przyjeżdżają tu teraz tylko najodważniejsi.

Dochodzimy do przepięknego Starego Mostu. Sam zabytek – przepięknie wygięty nad rzeką, która płynie tu skalnym korytem, a na półkach, niczym indiańskie pueblo wiszą domy – został zniszczony przez chorwacką artylerię. Chorwaci stacjonowali na wzgórzach wokół miasta i walili do wszystkiego, co się ruszało. Kelnerka mówi mi, że tylko od kul snajperów zginęło dwa tysiące mieszkańców.

Tylko wokół mostu toczy się życie, wystarczy wejść w podwórze od głównej ulicy i od razu widzi się postrzelane kulami ściany, spalone ściany, dziurawe od bomb dachy. Nawet budynki koło mostu są podziurawione.

Sam most unosi się nad rzeką na osiem pięter. Z jego szczytu, po zebraniu oczywiście datków od turystów, młodzi chłopcy skaczą do rzeki. Samobójcy. Mudżahedini.

Targ i sklepiki iście arabskie, jak z innej bajki, a jesteśmy w środku Europy. Dywany, powyginane dzbany, nakrycia głowy, dżalabije. Jędrek wydaje swoje kieszonkowe na zakrzywiony kindżał w pochwie cyzelowanej w smoki.

Ja smakuję piwo sarajewskie, jest wyjątkowo dobre. Potem raczymy się jagnięciną i kukurydzianymi plackami. Pycha.

Nad górami trwa zapowiadany aż od Dubrownika spektakl światło i dźwięk – wielka burza z piorunami. Uliczki pustoszeją, my siedzimy w knajpie, ale burza szybko przechodzi. Powoli wracamy, podziwiając jeszcze meczety i delektując się lodami.

Postanawiam wybrać drogę przez góry, koło Medjugorie, a potem przeciąć Bośnię i wyjechać w okolicy Splitu i twierdzy Knin.

Ledwie wspinam się na wzgórza pojawia się nad Mostarem podwójna tęcza. Zaczyna się nad przeciwległymi wzgórzami i schodzi w białe, błyszczące w promieniach słońca meczety. Bomba!

Zatrzymuję się na leśnej dróżce, wychodzę filmować. Nagle krzyk Małgosi – stoimy na polu minowym!! Tuż obok naszego Picassa tablica ostrzegająca przed minami, to wzgórze jeszcze nie zostało rozminowane przez saperów ONZ. Chorwaci zostawili tu mnóstwo zasadzek.

Pod Medjugorie dojeżdżamy około 18, ale samochodów pielgrzymów jest tyle, że odpuszczam. Trzeba by iść pieszo kilka kilometrów, a zbliża się wieczór.

Jedziemy przez góry Svety Jura, widoki przepiękne. Na granicy żołnierze bośniaccy nawet nie zwracają na nas uwagi, bez odrywania wzroku od telewizora machają ręką, żeby przejeżdżać dalej. Do Mariny dojeżdżamy krańcowo zmęczeni około 23.

Park Narodowy Krka.

Po Plitvicach mieliśmy straszną ochotę na drugi taki park w Chorwacji, wodospady na rzece Krka. Postanawiamy wybrać się tam na cały dzień, jako że wparku można się kąpać i plażować, a infrastruktura turystyczna zapewnia wszystkie atrakcje.

Krka to jedna z największych rzek Chorwacji, jej szeroki nurt wchodzi w Adriatyk prawdziwym fiordem. Ten fiord jest zresztą ulubionym portem wielu żeglarzy, byli tu między innymi Jarek Grzędowicz i Maja Kossakowska, wspominaliśmy potem przy śliwowicy u nas w domu wspólnie oglądane miejsca. A zwłaszcza gospody w Skradinie.

To właśnie w Skradinie wsiadamy razem z grupą hałaśliwych Włochów na statek, który podpływa pod wejście do parku narodowego.

Główny wodospad można oglądać z kilku wspaniałych punktów widokowych, a przede wszystkim można się kąpać w jego rozlewisku. Woda jest wspaniała, zimna, przeźroczysta, widać bardzo daleko w głąb.Można siedzieć pod mniejszymi strumykami spływającymi ze skał, lub dać się znosić silnym nurtem Krki.

Spędzamy tu dwie godziny, potem robimy spacer wokół parku. Tu podobnie jak w Plitvicach tylko na mniejszą skalę. Ale bardzo przyjemnie.

Split i pałac Dioklecjana

Mieszkamy około 40 km od Splitu, największego miasta na wybrzeżu chorwackim, więc jesteśmy tu dwukrotnie. To bardzo współczesne miasto, port, stocznie, fabryki, ale jego sercem jest Pałac Dioklecjana, cesarza rzymskiego z III wieku. Dioklecajan urodził się w pobliskiej Salonie, a cesarzem został w 284 roku. Po dwudziestu latach rządów usunął się w cień, odszedł na emeryturę, czego nie zrobiło wielu jego poprzednikowi zamieszkał w swoim pałacu nad zatoką splicka.

Pałac opierał się o morze (dzisiaj jest od niego odsunięty o około stu metrów) i wybudowano go na kształt obozu legionu: 215 na 185 metrów. Otoczono go murami, gdzieniegdzie wysokimi na 28 metrów.

Dzisiaj wnętrze pałacu to rodzaj starówki, wąskie uliczki, małe ryneczki, mauzoleum Dioklecjana to dzisiaj kościół.

Pod świątynią Jowisza spotykamy się z chorwackim weselem, tłum rozradowanych ludzi śpiewa skoczną pieśń, częstują przechodniów śliwowicą, nad głowami machają chorwackimi flagami. Chorwaci bardzo są dumni ze swej niepodległości, którą sami wywalczyli – wielu z tych młodych ludzi służyło na froncie. Dzisiaj flagi są wszędzie, czasem widuje się rano ludzi nimi owiniętymi, wracających chwiejnym krokiem do domu po hucznej zabawie w gospodzie (po chorwacku konoba lub gostonica).

Ze Splitu zajeżdżamy jeszcze do ruin Salony, ale jak wszystkie starożytności nie wywołuje ona żadnych wrażeń – ot, kupa kamieni – i do twierdzy Knin. To twierdza na wielkiej górze, skąd rozpościera się wspaniały widok na Split i morze. Twierdza broniła dostępu do morza przed Turkami, a dano ją do obrony uskokom, czyli ludności, która uciekła przed Turkami. Uskocy przez wiele lat walecznie bronili Dalmacji przez Imperium Osmańskim.

Barwy, smaki i zapachy.

Każdy kraj ma swoje charakterystyczne cechy. W Chorwacji, o dziwo, kolory mają wiele wspólnego z flagą: czerwonym, białym i niebieskim.

Białe są mury domów i gmachów. Na południu Europy, a zwłaszcza na Bałkanach, nie buduje się z cegły, nie trzeba ich wypalać. Tu wszystko stoi na kamieniu. Warstwa ziemi jest na wybrzeżu bardzo cienka, o każdą roślinę, palmę, toczy się zażarta walka. Każdy kawałek ziemi trzeba wydrzeć kamieniowi. Czerwień to dachy, czerwone dachówki są wszędzie. A niebieski to morze, Adriatyk ma lazurowy kolor, pocztówki i zdjęcia nie kłamią.

Niebieska jest też lawenda porastająca wzgórza, jej zapach unosi się zwłaszcza nad archipelagami. Wyciągi z lawendy, suszona lawenda, perfumy i olejki z lawendy – jest wszechobecna.

Chorwacja oglądana od morza to barwne pasy: niebieski (morze), biały (plaża i domy, czerwony (dachówki), zielony (roślinność), biały (wzgórza i szczytu gór), znowu niebieski (niebo).

Smaki Chorwacji to owoce morza, jagnięcina z grilla. I wino. Choćby nie wiem jak je chwalili miejscowi – robią straszne kwachy. Markowych gatunków mają kilka, ale bardzo drogie. Za to gruszkówka… palce lizać.

Chorwacja jest doskonałym miejscem na niedrogi i ciekawy wypoczynek. To kraj uroczych ludzi, gościnnych, pełnych sympatii dla Polski i Polaków.

Wojtek Sedeńko

Zostaw komentarz