Wywiad z Mariną Diaczenko, 2002

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 20 Styczeń 2011

Czasem ja coś wymyślę, czasem on mówi, że miał fajny sen.

WYWIAD Z MARINĄ DIACZENKO

Marina Diaczenko (ur. 1966) to niezaprzeczalnie piękniejsza połowa małżeń­skiego tandemu pisarskiego, który zdobył w Rosji więcej nagród za fantastykę, niż jakikolwiek inny autor młodego pokolenia. Marina przyjechała do Petersburga na Interpresscon sama, mąż Siergiej (ur. 1945) w tym czasie opiekował się sześcioletnią córką Anastazją. Ona jest z wykształcenia aktorką{ (ukończyła Kijowską Szkołę Teatralną), on scenarzystą filmowym i lekarzem, ze specjalnością psychiatria. Piszą wspólnie od 1994 roku, wtedy też ukazała się powieść Priwratnik. Nakładem wydawnictwa Solaris ukaże się wkrótce ich pierwsza w Polsce powieść – Czas wiedźm, a w SFinksie dłuższa nowela. Uprawiają głównie fantasy, z rozbudowaną psychologią postaci.

Marina: Już wiem, że właśnie kilka dni temu polski czytelnik otrzy­mał możliwość przeczytania naszego opowiadania. Wirlena jest niezbyt nowym tekstem, ale sami chcieliśmy od tego zacząć. Teraz, jak rozumiem, nadszedł może mo­ment na prezentację innych tekstów. Przywiozłam ze sobą numer lutowy czasopisma Raduga, gdzie jest nasza najnowsza nowela Emma i Sfinks…

Wojtek: Jakby dla SFinksa napisana?

Widocznie coś przeczuwaliśmy… Ale serio: nowela nie zawiera przesadnie dużo elementów fantastycznych, to raczej taka rzecz kameralna. Co jeszcze…

Eugeniusz: Twój mąż obiecał, że przywieziesz jedną po­wieść wybraną w głosowaniu domowym, w którym wzięła udział również córka i kot.

Czas wiedźm. To jest rzecz, którą chcielibyśmy zaprezentować Polakom.

Eugeniusz: A co o waszym dorobku powinni wiedzieć Polacy, wszak w każdym rankingu jesteście w pierwszej trójce, jeśli nie wyżej. Jaka jest tajemnica tego sukcesu?

Jak mawia pewien nasz znajomy – należy dobrze pisać. My dzielimy swoją twórczość na dwa nurty. Pierwszy to teksty tak zwane krótkie, do czasopism. Jak ta Emma i Sfinks – tekst liryczny i specyficzny…

Wojtek: Ja właśnie takie lubię.

No to dobrze tra­fiłam. A inne opowiada­nia i nowele… Myślałam, że tu przyjadę z nowym zbiorkiem, ale nie udało się. Może się ukaże za tydzień, może za dzie­sięć dni… Tam będzie taki mały przegląd twórczości małżeństwa Diaczenków.

To może na kilka sekund ode­rwijmy się od literatury i pociągnijmy ten wątek, bo ciekaw jestem, jak się poznaliście, to znaczy, czy już byliście autorami, czy dopiero po ślubie nudów zaczęliście pisać?

Poznaliśmy się już jako ludzie piszący. Sier­giej zajmował się zawodowo przestępstwami, to znaczy genetyką przestępstwa…

Gdzie tu miejsce na poznanie swojej żony?

Właśnie, raczej omal jej nie stracił! Kiedy podczas pierwszego spotkania w restauracji zaczął mi opowiadać o obozach, w których dokonywał badań, kiedy streścił kilka opo­wieści kryminalistów, a odbywał tam wyro­ki najcięższy element: psychopaci, gwałci­ciele, zabójcy… No i kiedy on mi opowiedział o człowieku, który zgwałcił pięcioletnią dziew­czynkę, wróciłam do domu i powiedziałam mamie, że nie mogę na tego człowieka, Sier­gieja, patrzeć. I przez dwa lata nie spotykaliśmy się, nie dzwoniliśmy do siebie, w ogóle nie kontaktowaliśmy się. A po dwóch latach poznaliśmy się znowu i to już skutecznie.

I od razu zaczęliście wspól­nie pisać?

Właściwie tak.

Ale ktoś musiał pierwszy za­proponować, przy tym nie wyobra­żam sobie, że pewnego jesiennego wieczora powiedziałaś ni stąd ni zowąd: Wiesz co, napiszmy jakieś opowiadanie fantastyczne!

Hm, to nie było tak. Ja miałam na koncie jakieś opowiadania i nowele młodzieńcze, Siergiej jest scenarzystą z zawo­du. I jakoś tak się stało.

Upieramy się – jak się stało?

Szkoda, że nie ma tu Sierioży. On by wam to zaprezentował w formie powieści.

To jest sprytne wyjście: Sier­giej mówi, że opowie Marina, a Mari­na: Szkoda, że tu nie ma Siergieja.

Nie, ja się nie kryguję, po prostu nie wiem, co może zainteresować polskie­go czytelnika, a co nie, i nie chciałabym mówić o czymś, co ciekawe nie jest…

No to wróćmy do nieobec­nej połowy tandemu. Czy to, co Sier­giej widział w obozach i więzieniach, w jakiś sposób znajduje odbicie w waszej twórczości?

Właściwie nie, w każdym razie wal­czymy z tym. Trzeba wiedzieć, że kiedy pierwszy raz poznałam Siergieja, był to szczególny i niedobry z różnych względów okres w jego życiu. Może dlatego zaczął od takich ponurych opowieści. Teraz jest zupełnie inaczej, ale pilnujemy, żeby żadne ciemne moce nad nami nie zapanowały.

No to wróćmy do spraw jasnych. Debiutowaliście…?

To była powieść Priwratnik.

Początek cyklu? Czy też je­steście wyjątkami od reguły, która głosi, że fantasy musi być cykliczna.

Po prostu, kiedy wymyślamy coś, jest to rzecz jedna i skończona, nie wymyślamy cyklu i nie dzie­limy go na kawałki. Ale mamy taki ni to serial, ni to cykl. To są cztery powieści, połączone postacia­mi i światem, w którym rozgrywa się fabuła. To jest właśnie ten Odźwierny, potem Szrama, powieść rozgrywająca się po pięćdziesięciu latach, a po kolejnych piętnastu dzieje się akcja trzeciej po­wieści Następca, i ostatnia po­wieść – Awanturnik. Pisaliśmy ten cykl (Skitalcy – Tułacze) przez wiele lat, między tymi powieściami powstawały inne teksty. To jest niewątpliwie nasza najdłuższa powieść.

Gatunkowo, jak zrozumiałem, przynależy do fantasy. A inne nurty i gatunki? Horror? SF?

Science fiction nie piszemy. Horror? Pojedyncze tek­sty… A inne? No weźmy Armaged-dom to jest moim zda­niem fantastyka głównonurtowa, tak bym to nazwała. Świat przesunięty, jeśli tak można powiedzieć. Zaczyna się normalnie, jak powieść mainstreamowa. Potem okazuje się, że to rzeczywistość, w której co 20 lat następuje ko­niec świata, apokalipsa… Część ludzi potrafi ją przetrwać, ale żyją w świadomości, że za kilka lat nastąpi kolejna katastrofa.

Czyli piszecie razem. Ale konkretnie – jak to wygląda?

Po pierwsze mam bardzo tolerancyjnego męża, dla­tego nie wydrapujemy sobie oczu przy każdym utwo­rze, on mi ustępuje. Ale wygląda to tak: pomysły są nasze, to znaczy nie mamy jednego speca od anegdoty. Czasem ja coś wymyślę, czasem on mówi, że miał fajny sen. Ja zaś z reguły wychodzę od jakiegoś obrazu, od postaci, fragmentu rozmowy. Opisuję tę scenę, na przykład stoi człowiek z bu­telką piwa, a on ten opis „fabularyzuje”, zadaje pytania: A dlaczego tu stoi, po co, czy jest w konflikcie z otoczeniem, w jakim konflikcie i z jakim otoczeniem? Nazywamy to metodą aktorsko-reżyserską, ja, aktorka, podaję mięso, istotę, sedno, a Siergiej – dodaje wektory, sposoby zawiązania i roz­wiązania konfliktu.

Piszecie po rosyjsku, to wam nie przeszkadza na Ukrainie?

Nie, mnie nie. A Sierioża może by i zmienił miejsce zamieszkania i na pewno długo by o tym mówił. Ale nic nam nie przeszkadza.

A mieliście przekłady na ukraiński?

Były takie próby, ale dobrze wy­dana książka ukraińska jest znacznie droższa od rosyjskiej, którą możno kupić wszędzie, więc po co? Poza tym mamy ogromny problem z tłumaczami. Przecież my dobrze znamy oba języki, ale sami nie przełożymy, bo jednak moim ojczystym jest rosyjski i pisząc po rosyjsku uruchamiam jakieś dodatko­we rezerwy umysłu. Natomiast widząc przekład wiem, że to nie tak powinno wyglądać, że coś nie wyszło, ale tylko tyle wiem. Ale nie jest tak, że nic nie publikujemy po ukra­ińsku. Otóż mają zaraz wyjść bajki, które napisaliśmy dla córki, z pięknymi ilustracjami, na eleganc­kim papierze, wydawca wydaje się aż przesad­nie zawzięty – te ilustracje są wtórne, tamte kiepskie, owe blade. Ale w końcu wychodzą mu książki wspaniałe.

Czyli – żeby wrócić do sedna -Siergiej zadaje pytania i co?

Siergiej pyta, ja odpowiadam, on precyzuje pytaniami sytuację, ja opowiadam. W końcu, po ja­kimś czasie i po serii pytań, siadam do komputera i zaczynam pisać. Potem daję ten kawałek tekstu mężowi, a on z nim robi to, co niedawno robił, kiedy byłam w Moskwie: czyta i albo gratuluje, albo gani. Pół na pół.

Czyli masz pięćdziesię­cioprocentowa skuteczność?

No tak. A Siergiej ma rację w pięćdziesięciu innych procentach. Czasem jest tak, że on ma rację, ale ja się i tak z nim nie zgadzam. Pewne rzeczy, mimo wszystko, wi­dzimy różnie. Ja piszę, on czyta, na­daje historii dramatyczne odcienie. Mówi: Tu brakuje tego i tego. Ja po­prawiam, on sprawdza, czasem mówi – Jest dobrze, a czasem: Jeszcze nie to.

Nie kusi was główny nurt? Nie napisałabyś czegoś innego, czy są książki, które chcia­łabyś napisać?

Kubusia Puchatka.

Ale to nie fantastyka. A Mistrz i Małgorzata?

Ho-ho! Każdy by chciał napisać taką książkę!

A co czytacie?

W ostatnim czasie staram się czytać po angielsku, ponieważ zajęliśmy się ostro nauką tego języka. Więc dwie ostatnie pozycje to były powieści Jane Eyre, byłam zachwycona…

A nie wolałbyś coś bardziej zawodowego? Czytasz co innego, piszesz co innego…

Czytałam po to, aby mieć trening językowy i wyszukiwałam coś takiego, co by mnie interesowało w praktyce pisarskiej: jak wy­wołuje się współczucie, jak powstaje utożsamienie się czytelnika z bohaterką. Przyglądałam się temu tak, jak przyglądałabym się kuferkowi prestigitatora: wiem, że wykonuje sztuczki, ale gdzie ukrywa te gołębie – nie wiem. Dla przyjemności czytałam po angiel­sku Kinga, a jeśli chodzi o inne książki, to powieści Milana Kundery, czytaliśmy je z Siergiejem i mieliśmy o czym rozmawiać.

Zostaw komentarz