Wywiad z Borysem Strugackim, 2002

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 19 Styczeń 2011

Arkady i Borys Strugaccy, czyli ABS, to wybitni radzieccy prozaicy, scenarzyści, bracia publikujący wspólnie od 1958 roku do śmierci Arkadego w 1991. Niewątpliwi liderzy radzieckiej fan­tastyki i najbardziej znani pisarze-fantaści za granicami ZSRR i Rosji – do roku 1991 wydano 321 przekładów ich książek w 27 krajach.

Arkady (1925-1991) urodził się w Batumi, uzyskał dyplom tłumacza wojskowego z języka angielskiego i japońskiego, de­biutował w 1958 roku nowelą Popiół Bikini, napisaną wspólnie z L. Pietrowym.

Borys Strugacki (1933) urodził się Leningradzie, do któ­rego powrócił po ewakuacji, z zawodu jest astronomem. Od 1960 roku pracuje jako zawodowy literat, członek Związku Li­teratów. Pisał przede wszystkim z bratem, ale tłumaczył rów­nież amerykańską fantastykę. Laureat nagrody państwowej za scenariusz filmu Listy martwego człowieka. Stały i oddany szef seminarium młodych pisarzy-fantastów przy sankt-petersburskim Związku Literatów.

Pierwszą wspólną publikacją braci Strugackich jest nowela Izwniez 1958 roku, a pierwsza powieść to Kraina purpurowych obłoków (1959). Do ich najsłynniejszych powieści należą: Trudno być bogiem (1964), Poniedziałek zaczyna się w sobotę (1965), Ślimak na zboczu (1966), Piknik na skraju drogi (1972), oraz trylogia o Maksymie Kammererze: Przenicowany świat (1971), Żuk w mrowisku (1979-1980), Fale gaszą wiatr (1985-1986). ABS są laureatami nagrody Aelita -81.

Pytania zadawał Wojtek Sedeńko, przełożył Eugeniusz Dębski. Wywiad ukazał się w SFinksie, następnie przedrukował go hiszpański Gilgamesh.

Kilka Waszych książek zostało zekranizowanych, Największą sławę zdobył Stalker Tarkowskiego, ale były też inne filmy, nieznane polskiemu czytelnikowi. Na podstawie jakich po­wieści powstały i czy pisaliście do nich scenariusze?

Nakręcono filmy na podstawie po­wieści Poniedziałek zaczyna się w sobotę (Czarodiei), Miliard lat przed końcem świata (Dnizatmienija) reży­serował Sokurow, a według naszego scenariusza powstały Pięć łyżek elik­siru (Kuszenie B.) i Hotel pod zaginio­nym alpinistą – to wszystko w ZSRR. W koprodukcji z RFN został nakręcony (słaby) film na podstawie Trudno być bogiem. W Czechach wyprodukowano film według noweli Małysz. W Polsce – jak mi mówiono – nakręcono telewi­zyjną adaptację Sprawy zabójstwa… To chyba, na razie, wszystko. W USA ciągle kręcą, i ciągle nie mogą nakręcić, ekranizację Pikniku na skraju drogi (After visitation). a w Rosji Gierman kręci film według Trudno być bogiem.

Czy orientujesz się, w ilu krajach przetłumaczono Wasze książki (w Polsce wszystkie), ile miały wydań i jak wygląda Wasz dorobek i łączny nakład?

Według moich niepełnych danych, nasze książki ukazały się w 33 kra­jach, mamy 450 wydań trzydziestu naszych utworów. W sumie nie da się obliczyć nakładu globalnego, ale wychodzi mi coś około 1-1,5 miliona eg­zemplarzy. W Rosji (i ZSRR) nakład całkowity (z wydaniami w periodykach) sięga jak na razie 45 milionów.

Podobno przedsiębiorczy fanowle wydali pod Waszym nazwiskiem powieść Johna Wyndhama Poczwarki {Chrysalids). a takie dopisywali brakujące rozdziały Przenicowanego świata?

Prawda jest nieco inna. Jakiś amatorski przekład Poczwarek z kilkoma wstawkami ze Strugackich krążył po Samizdacie pod tytułem Christoludi. O ile wiem, prawdziwego książkowego wydania utwór ten nie miał. Nie istnieje też kontynuacja Przenicowanego świata, ale trwają prace (za moją aprobatą) nad czwar­tą powieścią o Maksymie Kammererze – hi­storią przeniknięcia naszego bohatera do tajemniczej Wyspiarskiej Imperii. Obmy­śliliśmy tę powieść pod roboczym tytułem Biały hetman jeszcze pod koniec lat osiem­dziesiątych, ale tak naprawdę nie zabraliśmy się do niej. Teraz, kiedy nie ma już spółki autorskiej  A.Strugacki, B. Strugacki i nie ma kto dokończyć powieści, pozwoliłem, aby napisał ją jeden z naszych pisarzy, którego kunszt i smak całkowicie mnie zadawalają.

W Waszej twórczości możemy wyróżnić kilka etapów, które w pewien sposób pokrywają się z etapami twórczości naszego Lema. W latach 50. i początku 60. pisaliście książki optymistyczne, entuzjastyczne, widać w nich wiarę w postęp nauki i cywilizacji. W drugiej połowie lat 60. i w 70. rozpoczęliście programową walkę z totalitaryzmem, z systemem komunistycznym, szkalując biurokrację, bossów partyjnych. Wreszcie ostatnia twórczość idzie w stronę rozpraw etycznych, moralnych. Czy z wiekiem tak bardzo traci się optymizm?

Nasz optymizm społeczny skończył się bardzo dawno temu (w 1968 roku, po agresji na Czechosłowację), kiedy ostatecznie przekonaliśmy się, że kieruje nami grupka drani i bandytów, i że zbudować z nimi jakiejkolwiek przyzwoitej postaci społeczeństwa po prostu się nie da. Co do „etapów” naszej twórczości, to lepiej by było zapytać, na przykład, Wojciecha Kajtocha, który dawno temu wszystko porozkładał na odpowiednich półkach i zrobił to elegancko i w dobrym guście. O podobieństwach między Strugacckimi i Lemem też, jak mi się wydaje, pisał. Czytaliśmy jego pracę, jest znakomita! No właśnie, w każdym razie podobieństwo to zostało dawno temu zauważone i odnotowane – może nawet nie podobieństwo, a pewien „paralelizm” procesów twór­czych. Tłumaczę to podobieństwem mentalności i światopoglądów. I Lem, i Strugaccy są przekonanymi materialistami-agnostykami. Obaj autorzy uważają, że niczego wymyślić się nie da, a cokolwiek człowiek wymyśli, już to istnieje (albo istniało, albo jest właśnie realizowane) w otaczającym nas ogromnym Wszechświecie. Obaj autorzy są galaktocentrystami, w każdym razie całkowicie sceptycznie odnoszą się do geocentrycznych i antropocentrycznych idei.

Obaj też z ogromnym szacunkiem odnoszą się do wiarygodności w literaturze. Nie znoszą „fantastyki dla fan­tastyki”. Wcale nie idealizują gatunku ludzkiego, ale nie mogą przemilczeć też jego zasług… i tak dalej.

Dlaczego wybraliście fantastykę, przecież w latach 50. trzeba było pisać tylko o spełnieniu komunistycz­nych utopii. Czy już wtedy wiedzieliście, że tylko dzięki fantastyce bę­dzie można pisać w ukryły sposób o rzeczywistości?

Oczywiście, że nie, po prostu bardzo lubiliśmy w młodości czytać fantastykę. Wells. Bielajew, Conan Doyle, Aleksy Tołstoj, Jefremow – byli naszymi idolami. Ale w owych czasach (po­czątek i połowa lat 50.) kompletnie nie było co czytać. Wszyscy ci Niemcowowie, Saparinowie. Ochotnikowie i temu podobni. niczego prócz smutku i znudzenia nie oferowali. Nam zaś się wydawało, że wiemy, co to znaczy prawdziwa fantastyka i JAK należy ją pisać. Spróbowaliśmy więc. I, niemal od razu. nam się udało. Udało się – jak na te czasy – bardzo przyzwoicie. A dalej już samo poszło.

W waszych pierwszych utworach dużo jest typowych gadgetów SF, nauki, wynalazków, najwięcej w utopii technologicznej Południe, XXI wiek. Potem technika schodzi na daleki plan… znudziła Was?

Stosunkowo szybko zrozumieliśmy, że najważniejszym problemem ludzkości jest problem wychowania. Póki ten problem nie zostanie rozwiązany, „łańcuch czasu” nie zostanie przerwany i historia ludzkości będzie się powtarzała z pokolenia na pokolenie – wraz ze swoimi wojnami, chorobami, przywarami i wynaturzeniami.

A nauka… Nauka jest tylko jednym z narzędzi postępu. Sama nie jest w sta­nie rozwiązać ani jednego poważnego problemu. Czyni tylko nasze życie bardziej komfortowym i skomplikowanym, ale nic więcej. Do komfortu człowiek szybko i łatwo się przyzwyczaja, a skom­plikowanie życia nie oznacza złożoności natury ludzkiej. Osobowość chyba nawet się upraszcza, albo, co najwyżej, pozo­staje niezmienna. W notatkach Ufa jest taka opinia: Wszyscy krzyczeli: radio, radio, jak będzie radio, to i życie nasze bę­dzie wspaniale! I oto mamy radio, a szczę­ścia, jak nie było, tak nie ma. To jest o nauce. Ludzkość na przestrzeni dwóch wieków sądziła, że rozwój nauki (postęp naukowo-techniczny) doprowadzi do „ogólnej aromatyzacji eterów”. Ale już w końcu lat 60. ubiegłego wieku stało się jasne, że wszelkie nadzieje tego typu są całkowicie nieuzasadnione.

Oczekiwano od nauki cudu. Nie do­czekano się – a nauka stoi w opozycji do cudów. A teraz zainteresowanie nią opadło w stopniu katastrofalnym.

W 1965 roku wygłosiliście ma­nifest pisarski, niezgodny z panujący­mi wówczas nakazami socrealizmu, stwierdzający, że fantastyka to lite­ratura o człowieku, społeczeństwie, tylko z użyciem elementu cudowności. Jak przyjęto ten manifest?

Jeśli dobrze pamiętam, nie był to jakiś specjalny „manifest”. Po prostu kolejny raz określiliśmy swoje własne, wypracowane w trudzie i znoju oraz logicznie (jak nam się wydawało) niepodważalne określenie fantastyki: Fantastycznym nazywamy dowolny utwór, w którym jako czynnik fabularny wy­korzystywany jest element niezwykły, mało prawdopodobny lub całkowicie niemożliwy. Tą definicją (po raz kolejny, powtarzam) usiłowaliśmy maksymalnie rozszerzyć ramy fantastyki, rozumianej jako akt twórczy, aby „zezwolo­no” pod tą nazwą rozumieć wszystko: i klasyczną science fiction, i autorską bajkę (nie istniało u nas wówczas pojęcie fantasy), i realizm magiczny (Gogol, Bułhakow), i literaturę absurdu (Kafka, Ionesco). Odrzuciliśmy pokutujące w owym czasie wąskie definicje typu fantastyka to literatura skrzydlatego ma­rzenia, …literatura, popularyzująca osiągnięcia nauki i techniki, …literatura dla dzieci i młodzieży w wieku szkolnym i tak dalej. Nie chodziło nam o skompro­mitowanie socrealizmu, to nie było zadanie na nasze siły, a i nie widzieliśmy w nim nic ciekawego – kierowały nami cele bardzo pragmatyczne: chcie­liśmy wprowadzić do świadomości ówczesnych literaturoznawców i – to ważniejsze! – wydawców bardziej racjonalne, bardziej „postępowe” i szersze rozumienie fantastyki. Żeby nie słyszeć co i rusz z ust decydenckich tępaków: Co ma wspólnego Ćapek, Bułhakow, Kafka z fantastyką? To jest literatura. A fantastyka jest o kosmosie,o uczonych, wynalazcach, o hiperboloidach jakichś tam… Usiłowaliśmy spopularyzować nasze wyobrażenie o fantastyce przez wiele lat – i w literacko-krytycznych esejach, i poprzez własny, że tak powiem przykład, ale dziś wcale nie jestem pewien, czy udało nam się osiągnąć cokolwiek. Po prostu – dziś o wszystkim decyduje rynek, a teoretyczne założenia ogromnej większości czytelników, jak również pisarzy, pozostały tak samo ograniczone, jak czterdzieści lat temu.

W Trudno być Bogiem pojawiają się alegorie dotyeząee prze­śladowań inteligencji rosyjskiej, w tym literatów, którym kazano pisać to, co wygodne dla władzy, a niepokornych się prześladuje (słowa Gura Improwizatora). Jak odebrano tę powieść w Rosji, czy przekaz był czytelny? Powieść opublikowane w 1964 roku, zaraz po dojściu do władzy Breżniewa, w chwili, gdy miał miejsce wybuch działalności dysydenckiej.

Trudno być Bogiem nigdy nie była w Związku Radzieckim uważana za powieść „dysydencką”. Krytyka ją doło­wała przede wszystkim za „antyhistoryczność”, za niewłaściwe pokazanie średniowiecza, za „nadmierny ero­tyzm” (!) i tak dalej. Ale mądry czytelnik rozumiał, rzecz jasna, że ten utwór jest odpowiedzią na politykę partii i rządu w stosunku do inteligencji (bodźcem do napisania powieści stało się „histo­ryczne spotkanie” Chruszczowa, lljiczewa i innych cywilnych krytyków sztuki w 1963, chyba, roku). My usiłowaliśmy wytłumaczyć (jacy byliśmy wtedy jeszcze naiwni!), że budowa racjonalnego społeczeństwa jest bez inteligen­cji jest wykluczona, że inteligencja jest duszą, myślą, nośnikiem rozumu każdego społeczeństwa i państwa, i że należy ją hołubić i strzec. Były to czasy, kiedy idealizowaliśmy inteligencję, ale w naszych panegirykach było sporo zdro­wego rozsądku – sprzecznego, zresztą, z fundamentalnym ideologicznym kośćcem ówczesnej władzy. Za to właśnie oberwaliśmy, przede wszystkim za to. Co prawda, był to jeszcze czas odwilży, zaczął nas bronić Jefremow (wtedy jeszcze można było bronić), i wszystko skończyło się dobrze. Ale potem, kiedy pojawił się Ślimak na zboczu i Bajka o Trójce, kiedy już nastał ideolo­giczny przymrozek i za­brano się za nas zdecydowanie, wtedy (w rozmowach gabineto­wych) władza, jak pa­miętam, wyrzucała nam delikatnie: „No i po co wam te satyryczne hocki-klocki? Przecież je­steście w stanie tworzyć dobre, „nasze” utwory, weźmy, na przykład, Trudno być bogiem…

A jak przyjęto Poniedziałek zaczyna się w sobotę, satyrę na naukę, instytuty naukowe, a jednocześnie po trosze traktat etyczny – w Polsce powieść ta była bardzo popularna.

Nie trzeba doprawiać tej noweli jakimś specjalnym przesłaniem i – co najważniejsze – traktować jej poważniej, niż sami autorzy. Dla nas Ponie­działek to był wesoły miszmasz w stylu „uczeni żartują”, zbiorek opowiastek „folklorystycznych”, zebranych w licznych Naukowo-Badawczych Instytutach, w których działali nasi przyjaciele, naukowcy. Zawsze rozpatrywaliśmy tę nowelę przede wszystkim jako swego rodzaju wyzwanie smętnym i zakurzo­nym wyobrażeniom o tym, co to jest fantastyka. „Powiadacie, że fantastyka powinna bazować na naukach ścisłych? No to macie o wiedźmach, czarowni­kach i smokach Gorynyczach na tle magicznego Instytutu Naukowo-Badaw­czego!” Wtedy w ZSRR nie znano jeszcze terminu fantasy, ale tak naprawdę to właśnie fantasy napisaliśmy – autorską bajkę o dniu dzisiejszym. Nawia­sem mówiąc, władze przyjęły ten utwór całkiem życzliwie. Nie pamiętam, abyśmy odczuli jakieś poważniejsze ataki. Ale kiedy pojawiła kontynuacja – Bajka o Trójce – wtedy dopiero zaczęło się dziać!

Ślimak na zboczu byt drukowany w Polsce na raty – podobnie jak w Rosji. Najpierw wątek Kandyda, potem Plereea. Wydaje mi się, że ta powieść jest najbardziej zaangażowana politycznie w dyskredytowanie dyktatury komunistycznej. Zarząd to maszyna biurokratyczna, a jednocześnie obóz pracy, panuje w nim atmosfera zastraszania, klimat kafkowski, Pleree uznany przypadkowo za Dyrektora próbuje użyć złych środków do dobrych celów, ale w biurokracji nie ma pola manewru, ze złem nie wchodzi się w układy – taki wydaje się morał. Czy książka nie narobiła Wam kłopotów? Podobno ukarano redakcje Bajkała i Angary za publikację?

Tak, redakcja Bajkala poważnie ucierpiała. Angara nie ma tu nic do rzeczy, została zamknięta po publikacji Bajki o Trójce. Odpowiednie numery pism zostały wyjęte z bibliotek i umieszczone w specarchiwum. Posiadacze tych numerów, co się wydawało podczas rewizji, mieli już z powodu samego ich posiadania spore nieprzyjemności. Czasem nawet tracili przez to pracę. Ale nie chodzi tylko o Ślimaka: w tych samych numerach czasopism opu­blikowane były fragmenty książki Arkadija Bielinkowa o Oleszy. Fragmenty te same w sobie nie były jakimiś ideologicznymi eksplozjami, ale Bielinkow w tym czasie uciekł do USA. Wybuchł potworny skandal.

W Drugim najeździe Marsjan tematem jest społeczna bierność na zło, według Was to główna przyczyna zniewolenia społeczeństw przez totalitaryzm?

Drugi najazd Marsjan nie ma, w sumie, z totalitaryzmem nic wspólne­go. To jest nowela z kluczem: czy istnieje coś takiego jak ludzka godność? God­ność Ziemianina? Prawo prymatu homo sapiens? Czy to wszystko są tylko czy­ste abstrakcje i czy cała ludzkość zamy­ka się wewnątrz wyłącznie ziemskich spraw i problemów? Nie znaleźliśmy na to pytanie odpowiedzi. Sami też nie odpowiedzieliśmy, kto ma rację: racjonal­nie myślący emerytowany nauczyciel czy jego zięć, buntowniczy miłośnik wolności. Władza na pewno wyczuła jakąś ideolo­giczną dywersję zawartą w noweli, ale nie potrafiła dokładnie tego określić, w związku z czym – po prostu, nie komplikując sobie życia – oskarżyła autorów o antypatriotyzm i kpiny z armii.

Co zaś się tyczy powodów sukcesu totalitaryzmu, to są dwa: umiejętność oszukania przeciętnego człowieka i zastraszenia go. Wszechmoc państwowej propagandy i skuteczność tajnej policji – oto dwa wieloryby, na grzbietach których trzyma się każdy totalitaryzm.

W Porze deszczów przedstawiacie alternatywną historię Rosji, w któ­rej rodzą się zmutowani genetycznie nadludzie, budujący świat lepszy od wizji władz. Ta powieść ukazała się najpierw w Niemczech, w wydawnictwie emigracyjnym. Jeśli takie wydawnictwo przedrukowało książkę, wobec autora w Rosji zwykle nie wyciągano konsekwencji, gorzej było, gdy wyda­nie emigracyjne było pierwsze, przed rosyjskim. Tak się stało z Porą desz­czów. Broniliście się wtedy, zrzucając winę na jakąś osobę, która wysłała maszynopis do Niemiec bez Waszej wiedzy. A jak było naprawdę?

Tak właśnie było: ktoś, bez na­szej wiedzy, przerzucił książkę na Za­chód, i tam, nie pytając nas o pozwolenie, opublikowano ją. Byliśmy, jak pamię­tam, wściekli bezgranicznie. Szczególnie przez to, że (pod naciskiem władz) zmu­szeni byliśmy pisać do gazet, że katego­rycznie sprzeciwiamy się ideologicznej prowokacji… itd. Jak się pisze coś takie­go, to oznacza, że człowiek siedzi w jednym stadzie z bydlakami u władzy, co było ohydne i wstrętne, ale musieliśmy to napisać. Jedyną pociechą dla nas, jak pamiętam, było to, że szanowany przez nas i kochany Bułat Okudżawa znalazł się w identycznym położeniu. Jakaż fantastycznie typowa dla totalitarnego kraju sytuacja! Autor jest strasznie niezadowolony, że opublikowano jego utwór bez powiadomienia i zgody, ale jeszcze bardziej jest niezadowolony, że zmuszono go do publicznego okazania tego niezadowolenia!

Przenicowany światIg powieść o planecie, gdzie z ludzi – za pomocą promieniowania – robi się posłusznych fanatyków. Książka miała w Rosji (i w Polsce także) dwie wersje. Brakowało 3 rozdziałów, z bohaterów Rosjan zrobiono Niemców (Maksym Rościsławski w Kammerara, a Wędrowiec w Rudolfa), usunięto tekst, w którym Kammerer uważa się za komunistę. Czy te zmiany były cenzorskie, czy wymusiła je sytuacja?

Najpierw opublikowana była wersja Przenicowanego świata dla czasopisma. Musieliśmy skrócić tekst z powodów czysto technicznych. Żadnej polityki. Potem nastą­pił donos do instancji (do leningradzkiego komitetu KPZR) o tym, że po­wieść wyszydza Armię Czerwoną i radziec­ki tryb życia. Redakcja czasopisma została tylko lekko obsztorcowana, ale zaraz za po­wieść zabrały się instancje moskiewskie. Wydanie pełnego tekstu (w moskiewskim wydawnictwie Dietgiz) zostało wstrzyma­ne, rękopis poszedł znowu do cenzury (do Gławlitu) i wróciła stamtąd po pół roku, z uwagami i żądaniami. Najważniejsze żądanie było takie: usunąć – aż do całkowitego wyeliminowania – podobieństwa do Ziemi, Rosji, współcze­sności. Dokładniej rzecz ujmując – usunąć Rosjan (tak pojawił się Maksym Kammerer i Rudolf Sikorski), usunąć fragmenty z czołgami, kotami, z socjal­demokratami, komunistami i tak dalej. Badacz twórczości Strugackich Kurij Flejszman doliczył się 896 (ośmiuset dziewięćdziesięciu sześciu!) zmian, po­prawek, skrótów, których musieli dokonać autorzy w pierwotnym tekście powieści. Całkowicie odtworzony tekst opublikowany został w Rosji dopiero w końcu lat 80., po rozpoczęciu pieriestrojki.

W Rosji publikowaó można było w prasie i to w różnych republikach, gdy w jednej zamykano przed wami drzwi, szło się do drugiej – wy mieli­ście rezerwowy druk w Tadżykistanie, Jak mogło dojść do takiego absurdu – z jednej redakcji was wyrzucano, w drugiej przyjmowano?

Tłumaczy to całkowicie i w pierwszej kolejności inercja, bezwład ideologicznej machiny i brak jakiegokolwiek zapału do walki ideologicznej „na dole”. Prócz tego przeważająca większość peryferyjnych czasopism wiodła żałosny żywot i za honor poczytywało sobie publikację „pisarza z centrum” (co, przy okazji, zwiększało – może tylko czasowo, ale zawsze – liczbę prenumeratorów). Zresztą, po zakończeniu odwilży (1968 rok) szereg drakońskich działań (rozpędzanie redakcji, wymiany redaktorów naczelnych, całkowite zamy­kanie pism) doprowadziło do tego, że skończyły się „wolności”. Od tego czasu (od początku lat 70.) Strugackich drukowano mniej lub bardziej re­gularnie (choć może i rzadko) tylko w dwóch pismach: Znanije w Moskwie i Awrora w Leningradzie. Pozostali uciekali na nasz widok jak diabeł od święconej wody.

Cenzorem w Rosji bywał najczęściej redaktor, sama cenzura włącza­ła się dopiero po opublikowaniu i rozpowszechnieniu utworu. To znaczy, że niektórzy z nich musieli być bardzo odważnymi ludźmi…

Niezupełnie masz rację. Głównymi cenzorami w ZSRR byli, oczywiście, redaktorzy, ale też cenzura właściwa (Gławlit) była cenzurą WSTĘPNĄ i odegrała swoją „pozytywną” rolę. Co prawda Glawlit wtrącał się do działalności wydawniczej rzeczywiście niezbyt często i to, z reguły, reagując na „sygnał” (artykuły w prasie, czasopismach, wystą­pienia literackich przywódców na zjazdach, donosy itd.). Co zaś się tyczy redak­torów, to większość z nich była tchórzami, ignorantami i głupcami. Ale tak, tu się zgodzę – zdarzali się wspaniali ludzie! W Młodej GwardiiBeła Grigorjewna Klujewa. W Dietgizie – Nina Matwiejewna Bierkowa. W miesięczniku NewaSamuił Aronowicz Łurje… Cześć wam i chwała, kochani i nieustraszeni! Bez waszej pomocy i wsparcia pisarzowi by­łoby dwa, może trzy razy trudniej wiązać koniec z końcem i publikować swoje utwory w tych ohydnych czasach.

Istniał w Rosji potrójny obieg literatury. Oficjalny, w samizdatach oraz obieg odbijanych maszynopisów, często oprawianych w książki (były też przekłady z Zachodu). Proszę nam o tym opowiedzieć, jaki był zasięg tego zjawiska, ile tych maszynopisów krążyło, w jakiej liczbie?

Były to przede wszystkim Pora deszczów, Ślimak na zboczu i Bajka o Trójce- książki skazane przez władzę na zapomnienie. Ale widziałem też samizdatowe wydania Drugiego najazdu Marsjan. Przenicowanego świata czy, powiedzmy, Sprawy zabójstwa. Państwowe wydania nie wystarczały, ludzie uzupełniali je jak tylko mogli, w miarę swoich skromnych możliwości. Co się tyczy nakładów Samizdatu, to nie jestem w stanie nawet sobie tego wyobrazić – pewnie w sumie dziesiątki tysięcy egzemplarzy.

Dostaliście w 1972 roku zakaz publikacji utworu napisanego pod pseudonimem Jarosławców pt. Ekspedycja do piekła. W latach 70. nie wydano wam zbyt wielu książek, to samo było ze wznowieniami. Co wtedy robiliście?

To było dziesięć lat chudych, 1971-1981. Ani jednej nowej książki – dwie czy trzy reedycje. Mogliśmy liczyć tylko na druk w periodykach. Żyliśmy przede wszystkim z pieniędzy zarobionych w kinie – pisaliśmy scenariusze, które nie szły do produkcji, ale dawały jakieś tam pieniądze (zaliczki), jak rów­nież z wydań zagranicznych. Wtedy i chętnie drukowano nasze książki poza ZSRR, 60-80% honorariów zabierało państwo, ale i tej reszty wystarczało, aby żyć nie klepiąc biedy.

Czy antysemityzm w Rosji, który nasilił się po 1967 roku (zerwano nawet stosunki z Izraelem) miał wpływ na trudności z publikowaniem Waszych książek?

Owszem. Przez cały czas kolportowane były plotki (czasem nawet „z góry”), że Strugaccy wyjechali (wkrótce wyjadą, jutro, w przyszłym miesią­cu) do Izraela. Te plotki, delikatnie rzecz ujmując, nie sprzyjały publikacjom. „Po diabła z nimi się wiązać? – myślał jakiś decydent. – Jutro wyjadą, a ja będę pił to piwo?” Ale najważniejszą rolę odegrały, mimo wszystko, nie te plotki, a ogólna renoma ludzi „wątpliwych i nie naszych”.

Kilka Waszych powieści mówi o kontakcie z obcą cywilizacją. W Polsce Waszą najpopularniejszą powieścią jesi Piknik m skraju śmgi, który u nas ceni się głównie za opis tego, co ludzie robią ze Strefą, jak obok niej wyrastają bary, burdele i cały przemysł ludzkich mrówek, jak Strefa obrasta w ludzką działalność konsumpcyjną. Jak powieść przyjęto w Rosji?

Piknik na skraju drogi dość łatwo udało nam się umieścić w czasopi­śmie (żadnych uwag od cenzora), ale jego wydanie książkowe ukazało się dopiero po ośmiu latach i to potwornie okaleczone. Zresztą, pretensje do tej pozycji miały wymiar czysto estetyczny: brutalność postaci, brak pozy­tywnych przykładów dla naszej młodzieży, ogólnie smutna sytuacja… W Rosji (jak i na całym świecie) Piknik jest najchętniej czytaną książką Strugackich, ale bywa odbierany przede wszystkim jako, moim zdaniem, thriller bez jakichkolwiek polityczno-ideologicznych konotacji.

Ciekawa wydaje się ewolucja Kammerera, najpierw wywiadowcy (Przenicowany świat), potem inspektora Komkonu (Żuk w mrowisku), wreszcie szefa wywiadu (Fale tłumią wiatr), najpierw jest za progresorstwm, ale z wiekiem zaczyna w nie wątpić takie działanie wśród obcych cywilizacji jest przecież niemoralne. Z kolei Tojwo Głumow zaczyna szukać obcych progresorów na Ziemi, a gdy ich odnajdzie – odpowiada nienawiścią. Co się wydarzyło pomiędzy Przenicowanym a Falami, że zmieniło się wasze podejście do progresorstwa, bo przecież Kammerer mówi w Waszym imieniu?

Nie stało się nic szczególnego. Po prostu powierzchowne spojrzenie na istotę progresorstwa zastąpiły poważniejsze i głębsze rozważania. Progresorstwo nie jest łatwym problemem. Ludzkość, osiągnąwszy poziom Świata Południa, musi się zająć progresorstwem – po prostu dlatego, że zawsze znajdą się ludzie, którzy nie mogą spokojnie i szczę­śliwie żyć, wiedząc, że gdzieś przelewana jest krew i cierpią dzieci. Tym bardziej, jeśli znajdują się siły i środki, aby spróbować ten ohydny porządek zmienić. Ale bycie progresorem – praktycznie! – oznacza: umieć kła­mać, bić, a nawet zabijać innych. To dość jednoznacznie musi się na takim progresorze odbić. Nie na darmo w Świecie Południa progresorzy nie są lubiani, ludzie boją się ich i unikają… Wiąże się z tym wiele proble­mów etycznych, a najważniejszy to: czy progresorstwo przynosi odczuwal­ny pożytek poddanym „progresji” ludziom? Czy nie lepiej, mimo wszystko, zostawić ich w spokoju i pozwolić iść swoją drogą?

Miliard lat przed końcem świata to powieść prawie współczesna, w której pewna siła nie pozwala naukowcom, będącym o krok od wielkich odkryć na ich dokonanie. Jak wiele własnych losów, autobiograficznych wątków znalazło się w Waszych książkach? Czy Arkadij to Sorokin, bohater z Kulawego losu, a Boris to Malanow?

Całkowicie słusznie. Malanów był odwzorowaniem BNS (Borysa Na­tanowicza Strugackiego) i jego doświadczenia (jeśli rozszyfrujemy niezbyt skomplikowane autorskie kody) są doświadczeniami samego BNS, który zetknął się w połowie lat 70. z KGB (na szczęście tylko w charakterze świadka) Życiorys natomiast Feliksa Sorokina niemal pokrywa się z życiorysem ANS (Arkadija Natanowicza Strugackiego), zresztą Sorokin nawet jest do ANS zewnętrznie bardzo podobny.

Pisaliście bardzo mało opowiadań, właściwie zarzuciliście ich pisanie w 1962 roku. Dlaczego?

Zaczynaliśmy (jak każdy przyzwoity fantasta) od opowiadań. Ale dość szybko zrobiło nam się w tym gatunku ciasno. Coraz częściej kusiły nas pomysły i fabuły, jakich nie dałoby się zmieścić na jednym arkuszu wydawniczym. Przerzuciliśmy się na powieści. Wtedy wydawało się nam, że to tymczasowe, a okazało się, że na zawsze.

Wasz los (i chyba wszystkich dysydentów) jest losem inteligencji, której otwarto oczy na stalinizm, a potem zakazano mowieć, gdy widzieli, że odradza się w nowej postaci. Fundamen­tem Waszej twórczości była genialna umiejętność pi­sania w wymijający, zaka­muflowany sposób o tym, o czym pisać nie było wolno. Potem przyszedł jednak czas głasnosti, pieriestrojki – zostaliście pozbawieni waszego głównego narzędzia. Jak sobie poradziliście, bo młode pokolenie nie chce chyba słuchać o błędach socjalizmu? Czy nowi czytelnicy rozumieją, co stało się z Rosją i Europą Wschodnią w XX wieku?

Ktoś rozumie, ktoś inny – nie. Nie dlatego, że jest głupi czy nieuważnie czyta, a po prostu dlatego, że dla wielu wielka wojna ojczyźniana, stalinizm, czasy zastoju – to pojęcia całkowicie historyczne i nie wywołują żadnych analogii i skojarzeń z szybko płynącą rzeczywistością. Coś na kształt walk gladiatorów dla przeciętnego mieszczanina XX wieku. Kiedy jeden z młodych (zresztą ma już ponad pięćdziesiąt lat) pisarzy na spotkaniu z współczesnymi uczniami zaczął opowiadać, jak trudno było w tamtych czasach opublikować swoje utwory, wstał jakiś ósmoklasista i zapytał: Skoro było wam tak trudno,dlaczego nie założyliście wła­snego wydawnictwa? Mogliby­ście wtedy publikować, co tylko dusza zapragnie.

Jaka jest dzisiaj pozycja pisarza w Rosji – czy jest on nadal kimś ważnym w świa­domości społecznej, twórcą kultury narodowej, czy tylko opowiadaczem historyjek?

Jewtuszenko ma takie zda­nie: Poeta w Rosji to więcej niż poeta… Obecnie już tak nie jest. Poeta w Rosji już nie jest więcej niż poetą. Ale i nie mniej! Przestał być prorokiem i głosi­cielem prawdy w ostatniej in­stancji. Jego rola mocno zmniej­szyła się w czasach wolności słowa (tak jak zmniejszała się szagrynowa skóra, kiedy spełniało się szczególnie mocne życzenie właściciela). Ale – sami tego chcieliśmy! Zawsze należy walczyć o przyszłość w imię teraźniejszości, ale umrzeć, mimo wszystko, lepiej w przeszłości. Rola pisarza w Rosji nie odbiega od roli pisarza w każdym innym wolnym kraju: opowiadacz, twórca emocji, dostawca materiału do przeżywania… A bez wspólnego przeżywania nie ma wychowania. A bez wychowania nie ma ludzi wychowanych. A bez Ludzi Wychowanych całe nasze społeczeństwo jest tylko stadem zapchlonych małp.

Czy w Rosji można wyżyć z pisarstwa?

Można. Należy pisać i drukować dwie-trzy powieści w roku. Wielu tak czyni – nazywa się ich „kilobajtowcami”, chociaż raczej należałoby „megabajtowcami”. A pozostali radzą sobie, jak kto może, zazwyczaj – pracują w swoim podstawowym (albo jakimś nowym) zawodzie.

Dziękuję za rozmowę.

2003, Sankt Petersburg

Zostaw komentarz