Wywiad z Markiem S. Huberathem, 1998

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 17 Styczeń 2011

„NIE NALEŻY SIĘ SPODZIEWAĆ RAJU NA ZIEMI”

rozmowa z MARKIEM HUBERATHEM

Pierwsze pytanie jest, wybacz, banalne. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie fantastyką? Czy zaliczasz się do grupy fanów, czy może to tylko mło­dzieńcze zafascynowanie, czy wyłącznie fantasty­ka daje ci możliwość realizacji Twoich pomysłów literackich?

Odpowiedź też jest banalna. Zacząłem od Le­ma, potem była długa przerwa, jeszcze później zaczęła się ukazywać „Fantastyka”, dzięki której spróbowałem sił w konkursie. Nie próbowałem pisać niefantastyki. Może kiedyś spróbuję. Póki co, fantastyka mi wystarcza, bo pozwala na to samo, co budowany model naukowy: ustalasz założenia i przyglądasz się jak funkcjonuje, jakie konsek­wencje z niego wynikają. Taka ingerencja, kon­struowanie świata, jest kusząca i mnie też wciąg­nęła.

Czy opowiadanie „Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…” było Twoim faktycznym debiutem lite­rackim, czy nie pisałeś czegoś wcześniej, bo przyznam że to bardzo dojrzała robota. A jeśli debiut, to co dało asumpt do jego napisania, czy tą iskrą było rozpisanie konkursu przez „Fan­tastykę”?

Wcześniej, jako dzieciak, jak każdy pisałem króciutkie historyjki do zeszytu. Też fantastyczne. Zresztą rzadko udawało mi się dotrzeć do końca – myśli biegły za szybko, by nadążyć z notowa­niem. Około roku osiemdziesiątego pisałem po­wieść hard sf, której nie wydam, bo schematycz­na i marna. Więc chyba Snorg to był debiut, nie? Snorg zaczął się tak, że kiedyś obejrzałem w cza­sopiśmie „FOTO” fotoreportaż o zakładzie dla ludzi upośledzonych, gdzieś na Węgrzech. To wspomnienie siedziało we mnie, musiałem tego Snorga napisać.

Dojrzałość debiutu? Pisząc Snorga miałem równo trzydziestkę. Myślę, że jak debiutant star­szy, to i debiut dojrzalszy. Pisze przecież konkret­ny człowiek, który – statystycznie – jeśli dłużej żył, to i więcej z tego wniosków wyciągnął. Oczywiście, jeśli wnioskować potrafi. Natomiast redakcyjna strona opowiadania była równie nieudaczna – tak myślę – jak większości debiutów. Maciek Parowski zrobił tu dobrą, korektorską ro­botę. A mnie z kolei, analiza jego korekty nau­czyła wiele nowego.

Tekst o Snorgu przyniósł Ci laury, ale o Huberacie zrobiło się głośno po „Karze więk­szej”, taką wizję piekła mógł stworzyć tylko ten, który żył po tej stronie Żelaznej Kurtyny. Tekst ukazał się latem 1991 roku, w chwili gdy polskie społeczeństwo rozpalone było hałaśliwą „dyskus­ją” o aborcji. Mówię w cudzysłowiu, bo dla mnie, jak i dla Ciebie dyskusji tu być nie powinno, sprawa jest jasna. Czy pisząc „Karę” chcia­łeś dać wyraz swoim przekonaniom?

„Karę” pisałem po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, w Kanadzie. Może stąd trochę dystansu. Aborcja nie była główną przyczyną jej napisa­nia. Uznałem, że koncept kary periodycznej może przezwyciężyć sprzeczności wynikające z pojęcia kary maksymalnej (gdy cierpienie osiąga maksi­mum, to można tylko stracić przytomność, zaś dalsza eskalacja odczuć nie jest możliwa). Wyda­ło mi się, że już sama groźba może równać się części cierpienia. Dlatego to napisałem. Wątek nienarodzonych pojawił się, bo musiał, przywoła­ła go konsekwencja. Przyznam, stał się najważ­niejszym wątkiem pobocznym „Kary”.

Kanadyjczycy też dyskutowali wtedy o aborcji, ale bez typowej dla polskich aborcjonistów hipo­kryzji: „my też jesteśmy przeciw zabijaniu dzieci, ale przecież…”. Mieli odwagę stawiać prawdziwy problem niesiony przez aborcję: czy państwo ma obowiązek zawsze chronić życie obywatela, czy też wyłączyć niektóre grupy swoich obywateli spod opieki (dopuścić ich zabicie bez wyroku są­dowego). To ostatnie przyzwolenie zrównuje pań­stwo aborcyjne z państwem faszystowskim, gdzie niektóre grupy społeczne zabijane są na podsta­wie definicji, określenia. Tam, bo Żyd, bo Cygan, bo chory umysłowo, tu, bo niechciany, a jeszcze nie zdążył się urodzić. Moi kanadyjscy rozmówcy (aborcjoniści) zatrzymywali się w dyskusji, gdzieś tak pomiędzy poprzednim a ostatnim zdaniem. Przynajmniej nie byli tak obłudni, by twierdzić: „prawo nie powinno mieszać się do takich decy­zji”, „to jest prywatna decyzja każdego” i tym podobnych paskudztw.

A pytałeś jeszcze, czy daję wyraz swoim prze­konaniom. Oczywiście, Wojtku. Piszę, co myślę. To jest komfort, bo na razie mam drugi zawód i nie zależę finansowo od tego, co napiszę. Wi­dzisz więc, że nie jest to przejaw szczególnej od­wagi, bo póki co mogę jeszcze schować się do mojej fizyki, jak żółw do skorupy, jeśli by chcieli mnie zniszczyć za to, co głoszę.

Opowiadanie wzbudziło polemiki, zyskało wielu zwolenników i przeciwników, tak jak spra­wa aborcji. Przyniosło Ci też Nagrodę Zajdlowską. Czy uważasz, że nie narodzone dzieci tra­fiają do piekła? A może one tam pojawiały się tylko po to, żeby pokazać się swoim niedoszłym rodzicom i zwiększyć ich męki?

Myślę, że o Piekło otrze się każdy, bo sam i Najwyższy wszedł tam, by Piekło otworzyć i wy­puścić cierpiących, no nie?… Wcale to jednak nie znaczy, że każdy kto tam wejdzie, będzie tam cierpiał… Rozumiesz? Nienarodzeni mogą po pro­stu tam być, chodzić wśród cierpiących. Przecież mają prawo widzieć jak zwyczajni ludzie się za­chowują. Nie wierzę, by Piekło przemieniało ludzi w diabły, a Niebo w anioły – pójdziemy tam albo tam, ale pozostaniemy tacy sami jak teraz. Gdyby tak nie było, to nie miałoby sensu ocenianie naszego ży­cia, karanie i nagradzanie. Po co, skoro i tak po drugiej stronie będziemy zupełnie inni?

A czy zostanie to zaaranżowane tak, by po­gnębić innych ludzi? Przecież czegoś takiego nie unikniesz i tu, na Ziemi. Często sam fakt, że jes­teś, gdzieś przebywasz, jest pognębieniem innych. Nie wiem… pomyśl chociaż o swoich pracowni­kach: czy zawsze są zachwyceni z tego, że szef przyszedł do roboty? Sprawa staje się oczywista.

„Kara” nie ukazała się w „NF” w pełnej wersji, Maciej Parowski dokonał pewnych skró­tów i poprawek. Dopiero teraz, w Twojej pier­wszej książce ukaże się wersja właściwa. Czym się różnią?

To nie tak. Poprawki Maćka, to bardzo dobra, redakcyjna robota, która poprawiła jakość tekstu. Przygniatającą większość jego uwag zaakceptowałem i wniosłem do wersji wzorcowej „Kary”. Ale Maciek zrobił parę błędów: po pierwsze – „nienarodzony”, bo wyskrobany, niemożliwy do narodzenia, ma się pisać razem jak przymiotnik (jak „niezwyciężony”, bo niemożliwy do poko­nania), nie osobno jak imiesłów  w przypadku „nie narodzony”, bo jeszcze rośnie w brzuchu mamy i urodzi się jako ukochane dziecko (tu jak „nie zwyciężony”), bo nie trafił jeszcze na swego przeciwnika. Może wydaje ci się to teraz bez zna­czenia, ale w tekście wygląda zupełnie inaczej, inaczej się czyta taki tekst. Innym bykiem wycię­tym przez Maćka była „litania przekleństw”. Zmienił z oryginalnego „szereg przekleństw”. Przecież litania to określona modlitwa sekwen­cyjna, to słowo nie może w Piekle paść…

„Absolutny powiernik Alfreda Dyjaka” to opowiadanie bardzo dickowskie w klimacie, o rozpadzie rzeczywistości i bohaterze miotającym się w poszarpanym nagle świecie Wiem, że lubisz ten tekst, przeszedł jednak jakby mniej zauważony.

Moim nieszczęściem było, że napisałem to opowiadanie, zanim zacząłem czytać Dicka.

A dlaczego je lubię? Bo zastanawiałem się wtedy, jaką liczbą jest każdy z nas. Wiesz, taki pomysł, żeby komplet liczb kwantowych wszys­tkich elektronów i nukleonów ustawić po kolei cyferkami i przeczytać jak jedną bardzo dużą liczbę. Dla każdego z nas będzie to inna liczba i będzie też bardzo często się zmieniać. Ale bę­dzie to opis bliski kompletności – pomyśl – jedna liczba. Człowiek niemal równoważny jednej licz­bie. Wspomniałem o tym w „Powierniku”, ale nikt nie zauważył.

Irytowało mnie natomiast, że wszyscy odebrali Dyjaka jako kompletnego nieudacznika, a prze­cież z tekstu to nie wynika – no, może facetowi w życiu się nie powiodło – ale jest inteligentny i skutecznie radzi sobie z coraz bardziej złożoną sytuacją. Tworzy kolejne teorie, będące coraz lep­szymi próbami wyjaśnienia sytuacji, w końcu wy­grywa – osiąga to, co chce, w każdym razie to, co można było osiągnąć.

Potem przyszedł czas na „bebechowate”, jak to trafnie określił Marek Oramus, „Spokoj­ne, słoneczne miejsce lęgowe” i „Maika Ivanna”. To opowiadania stricte SF, są ze sobą połączone w pewien sposób, czy planujesz pisać jeszcze jakieś opowiadania o niewielkich grupach ziemskich kolonistów rozrzuconych po dalekich świa­tach i z niezwykłym poświęceniem próbujących się zaaklimatyzować do trudnych warunków?

Obydwa te opowiadania napisałem w Alpach, na kempingu w dolinie. Tam wytwarza się taki rytm życia: w pierwszy dzień wycieczka, na któ­rą wstajesz o czwartej trzydzieści i przez pół dnia pod górę uciekasz przed słońcem, potem złazisz z góry i wracasz tak pod zmierzch; w drugi dzień leżysz padnięty przy namiocie i sączysz piwo, ewentualnie trochę się opalasz; a na trzeci dzień jedziesz na zakupy do miasta. Potem cykl powta­rza się, i znowu, i znowu. To jest dobry rytm: chodząc układasz zdania, całe akapity, cicho mamlesz pod nosem dialogi. Jest czas by dopiąć styl i logicznie zawikłać akcję. Również wplątane fragmenty w wymyślonych językach wiele razy recytowałem na głos, by te języki brzmiały do­brze, ładnie, jak takie, którymi ludzie mogliby naprawdę się porozumiewać. Tak pisałem oba te opowiadania.

Czasem marzy mi się taki sponsor, który mó­wi: „Masz Huberath, po sto pięćdziesiąt szylin­gów dziennie i siedź tu w górach od początku lipca do końca sierpnia, w zamian masz dostar­czyć sto dwadzieścia stron tekstu superklasy”, a Huberath gania po lodowcach, potem leży w karrimacie, sączy piwo i pisze, wygładza, cyze­luje. Póki co, sam jestem swoim sponsorem – stąd ledwie jedno opowiadanie rocznie.

Mówiąc poważnie: nie mam wątpliwości, że elementy górskiej scenerii przeniknęły do tych dwóch opowiadań; zarówno kar Bon Ouaigh, jak i Orle Gnezno mają swoje prototypy w naturze.

W obu opowiadaniach nie chciałem epatować dramatycznymi warunkami istnienia, czy bezli­tosną walką o przetrwanie. To jest dla mnie oczywiste – jeśli kiedykolwiek ludzie opuszczą Ziemię, to kolonizacja innych planet nie będzie radosnym pochodem ku świetlanej przyszłości. Wyobrażenia o stworzeniu sobie doczesnego raju na nowoskolonizowanej ziemi są zwyczajnie prymitywne. Wystarczy przyjrzeć się dziejom pier­wszych kolonistów w Ameryce, jak i temu, co tam w sumie osiągnięto, by uświadomić sobie na­iwność takich wyobrażeń. Proponuję jako zadanie przemyśleć taki problem: „Ile musi liczyć popula­cja, by był tam jeden profesjonalny pisarz? Taki, co utrzymuje się ze sprzedanych książek. No, ilu ludzi musi tam żyć i pracować, by pozwolili sobie na utrzymywanie jednego pisarza? Ilu inżynierów będzie najpierw potrzeba, ilu lekarzy?”

W tych dwóch ostatnich opowiadaniach wi­dać Twoje ciągoty do eksperymentów języko­wych. Próbował tego Lem (choć czynił to zdawkowo, tworząc raczej neologizmy, bez przebudo­wy kośca), potem Zajdel poszedł nieco dalej w „Paradyzji” i grypserze z „Cylindra van Troffa”. U Ciebie jest to grzebanie zaawansowane. Język ewoluuje, to wie każdy, kto ma dziadka i babcię. Co Cię w tym pociąga, jaki jest Twój ceł – bo co tu dużo mówić, utrudnia to czytanie i odstręcza mniej dociekliwych czytelników, a może Tobie chodzi o to, żeby ci pobieżni czytacze odpuścili sobie literaturę Hubcratha?

Dziękuję Ci za to pytanie. Trudno wyobrazić sobie bardziej subtelną krytykę płynącą od przy­jaciela. Jeśli uważasz, że przeholowałem, to pra­wdopodobnie tak jest. Jesteś przecież koneserem sf. Obiecuję nie robić tego często. Po prostu zirytowało mnie ubóstwo języka przyszłości w utworach kolegów (mistrzów) po piórze: obowiązkowo angielski, a jedyne wariacje, to akcent z różnych stanów. A przecież jeśli lu­dzie kiedyś rozprzestrzenią się po kosmosie, to wyjdą Latynosi, wyjdą też Słowianie. Pokusiłem się więc o wymyślenie języków, ku którym będą ewoluowały ich współczesne odpowiedniki. Od­ważyłem się wtrącić krótkie fragmenty w orygi­nale, by Czytelnik zaznał melodii, brzmienia ob­cej mowy. A zrozumienie? Mam nadzieję, że nie było źle; jestem przekonany, że przynajmniej słowiańszczyzna z „Maiki Ivanny” była zrozumiała dla każdego, a przecież pomimo wszystko „Spo­kojne, słoneczne…” załapało się w zeszłym roku na nominację do Zajdla.

W mikropowieści „Ostatni, którzy wyszli z Raju” stawiasz hipotezę o pozaziemskim po­chodzeniu ludzkości, owym Edenem jest daleka planeta rasy Heddeni. Zasiedlała skokowo Zie­mię wciąż modyfikowanymi rasami, które w niewyjaśniony sposób ziały do siebie nienawiś­cią. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, w zrujnowanej Ameryce, a na Ziemię dociera właśnie ostatnia fala kolonizatorów Heddeni. Nie spotykają się z radosnym oczekiwaniem, na ca­łym świecie panuje nietolerancja; ta dziwna emi­gracja jest spowodowana tym, że oni oczekiwali nadejścia Chrystusa, tymczasem On przyszedł do nas. Co zainspirowało Cię do jej napisania?

To za dalekie domysły. Emigracja spowodowa­na została tym, że muszą opuścić Heddehen. Jadą na Ziemię, bo kolonizowali ją od dawna, więc powinna już być nieźle przygotowana do przeno­sin. Na Chrystusa czekali jak i my, dopiero tu na miejscu dowiedzieli się, że już przyszedł do nas.

Zaś ta nienawiść kolejnych implantowanych na Ziemię ras nie jest przecież niczym dziwnym. Wystarczy popatrzeć na naszą historię, choćby na konkwistę. Po prostu, tak zwykle bywało.

Wielokrotne zasiedlanie Ziemi materiałem z jednego źródła mogłoby znacznie uprościć (bo wykluczyć) słabiej udokumentowane okresy przyspieszonej  specjacji,  mające  wiekrotne  miejsce w historii Ziemi.

Na razie niech będzie tyle o „Ostatnich…”. Nie chcę zbyt wiele pisać o utworach, których Czytel­nik nie może znać.

Jesteś fizykiem, naukowcem aktywnym, prowadzącym własne badania. Tymczasem tej fi­zyki w Twoich opowiadaniach prawie nie ma (pojawiają się za to naukowcy). Na Zachodzie przedstawiciel nauk ścisłych bierze się z reguły za twardą fantastykę. U Ciebie jest to niby hard SF, ale więcej zajmują Cię dylematy moralne, etyczne, socjologiczne.

Fizyka jest, chemia też i biologia też jest. To dlatego tak trudno Ci nakryć mnie na gwałceniu logiki czy praw rządzących światem, a już pozna­nych. Wiedza ścisła daje dobrą dyscyplinę myśle­nia, wiesz, co można pisać a czego nie, by jawnie nie bzdurzyć. A jeśli już chcę pobzdurzyć, to na ogół potrafię to umotywować tak, by zwieść większość Czytelników. Oczywiście zwieść w sensie, w jakim fantastyka jest zwodzeniem.

A fascynacja opisem praw rządzących światem, czy istniejącą lub możliwą technologią? Ależ mam i na to czas i miejsce, prowadzę przecież regular­ne zajęcia dydaktyczne ze studentami, na których mam czas na wyjaśnianie tajników fascynujących praw rządzących światem i możliwej dzięki nim technologii.

„Wrócieeś…” to historia mutantów, nie­ludzkiej cywilizacji produkującej własnych oby­wateli i traktującej egzemplarze nieudane za od­pady, „Ostatni…” to powieść o rasizmie i nieto­lerancji, „Kara…” to przerażająca wizja Piekła, „Spokojne…” i „Maika Ivanna” to dzieje wegetacji ludzi na obcych i nie przyjaznych światach. Marku, chyba nie masz złudzeń co do naszej przy­szłości, co?

Nie należy się spodziewać raju na Ziemi. De­magodzy, którzy obiecywali utopię, w rzeczywis­tości powiedli ludzi ku upadkowi, masowym morderstwom, czy nawet kanibalizmowi. Tak było z Rewolucją Francuską, komunizmem czy nazizmem. Trzeba rozumieć, że światem rządzą okreś­lone prawa naturalne, że określają one ramy, w których możemy działać i rozwijać się. Żadne plenum ani zjazd partii komunistycznej nie uchwali, żeby jabłka spadały do góry albo po he­lisie. Jedyne, co nam dano, to chwila teraźniejsza, właśnie ta. Właśnie w tej chwili trzeba starać się czynić dobro. Czas przeszły jest już tylko zapi­sem historycznym takich chwil, a dalsza przy­szłość jest mętnym mirażem. Sytuacja staje się mocno podejrzana, kiedy właśnie teraz czyni się coś złego, by w przyszłości było lepiej. To jest właśnie początek utopii. Takie podejście do życia może krótką drogą doprowadzić do stwierdzenia, że musi się teraz rozstrzelać ośmiuset kułaków, by w przyszłości dzieciom biedniaków było le­piej.

Jeśli chodzi o prognozy, to chciałbym się my­lić, ale chyba nadchodzący wiek szykuje nam coś równie paskudnego jak wiek obecny. Po prostu, powstanie obłąkańczych ideologii było z reguły poprzedzone okresem odrzucenia tego, co re­spektowano już wcześniej. Zrezygnowanie z lo­gicznego założenia, że wkład umysłowy każdej kolejnej generacji jest porównywalny kumulując się w sumę wiedzy zdobytej, i stwierdzenie, że właśnie obecnie żyjący są w posiadaniu wiedzy wyższej, która upoważnia ich do traktowania dorobku poprzedników jak sterty nawozu, jest po­czątkiem drogi do upadku. Przynajmniej dotąd tak było. Charakterystyczne, że z reguły towarzy­szyło temu odrzucenie religii (obojętne z jakich powodów), ponieważ niejako z definicji religia jest konserwatywna, przekazując jedynie to, co ma do przekazania, a wszelkie zmiany przekazu nie są możliwe. Idzie za tym odrzuceniem rezyg­nowanie z obiektywnej skali wartości i zastępo­wanie, gdzie tylko nie wywoła to natychmiasto­wej katastrofy, prawa naturalnego, prawem stano­wionym przez ludzi, a więc podatnym na zmiany. Rozglądając się wokół, widzę odrzucenie wiedzy i religii, widzę wypranie mózgów z myślenia, wi­dzę namolną bzdurę wciskającą się z mass me­diów. I boję się, że jak już do reszty zapomną, skąd przyszli i po co żyją, to pójdą znowu za ja­kimś nawiedzonym guru do ociekającego krwią „raju” na Ziemi.

Szczególną pokraczną bzdurą wpasowującą się w ten współczesny trend jest New Age, obiecują­cy gromadną przemianę ludzi w bogów, a to za cudowną siłą kryształów i kolorów, energii i wi­bracji. Każdy kryształ ma w sobie tyle samo cu­downości, co ciało amorficzne, ciecz czy gaz (może też mieć tyle samo energii), zaś kolory są równie interesujące jak kanały radiowe, telewizyj­ne czy inne niewidzialne obszary widma elektromagnetycznego. Natomiast cudowną siłę przeni­kających wibracji można łatwo zauważyć chudnąc po długotrwałym stosowaniu aparatu do masażu. 1 tyle. Właściwie tę dygresję można by skwitować stwierdzeniem, że ktoś kto używa jakichś słów nie rozumiejąc ich, bo nie chciało mu się nauczyć ich znaczenia w szkole, przedstawia sobą żałosne widowisko, gdyby nie to, że naprawdę groźne, zwycięskie ideologie były dziełem nieuków i fa­natyków, a nie ludzi myślących.

Wracając do Twojego pytania: pisząc te kawał­ki nie chciałem być czarnowidzem. Przecież cy­wilizacja w Snorgu istnieje, człowiek zdołał przetrwać nawet w takich warunkach; tam zło bierze się z nieograniczonej ingerencji urzędników w życie ludzi. „Spokojne…” i „Maika Ivanna” to nie dzieje marnej wegetacji, przecież ci ludzie re­prezentują sobą bardzo wiele, starają się żyć do­brze, w zgodzie z sumieniem, uczciwie. A że wa­runki materialne są ciężkie? Zawsze bywają łat­wiejsze lub trudniejsze sytuacje. Przynajmniej okolica, w której żyją, jest piękna.

A, jeszcze Piekło z „Kary”… To inna sprawa. Irytuje mnie takie naiwne wierzenie, że Piekło to takie samo miejsce jak Niebo, tylko że ciekawsze. Ten mit jest przykładem, jak odmóżdżająca może być telewizja, bo przez nią głównie został lu­dziom wciśnięty. Nic z tego: Piekło jest miejscem kary i ma być w nim naprawdę źle. Kropka. Jeśli komuś po jego opisie z „Kary większej” przeszły ciarki po plecach, to się cieszę, bo właśnie o to mi chodziło.

Napisałeś też powieść, recenzjował ja Ma­rek Oramus. Opowiedz coś o niej.

Niniejszym dementuję wszelkie plotki krążące wśród fanów i koneserów sf, jakoby Markos na­pisał recenzję z nieistniejącej powieści. Powieść „Gniazdo światów” istnieje, ma około 400 stron (nie są to trzy tomiska). Stanowi kilka zagnież­dżonych w sobie historii, dlatego chciałbym, by każda z nich została złożona innym krojem czcionki, by lepiej się czytało. Jest kryminałem i to nie spodobało się MarkOsowi, bo jak sam wyznał przy piwie – nie lubi kryminałów. Na swoją obronę powiem, że taka skomplikowana, pięciokrotnie zagnieżdżona struktura szkatuły, czy jak ją zwać, została nierozerwalnie narzuco­na przez intrygę. Zresztą, pozostałe dwie trzecie tej recenzji są tak chwalebne, że czytałem je wielokrotnie i z wielką przyjemnością. Więcej nie chcę pisać o książce, której Czytelnik nie może znać; może tylko to, że chyba pobiłem rekord polskiej sci fi, bo bardzo obszerna (i bardzo życz­liwa) recenzja ukazała się dobrze ponad rok temu (Fenix 3/94, Piąte piwo), a nie ma jeszcze na książkę wydawcy.

Jak widać nie masz szczęścia do wydaw­ców. Huberath to znane już fanom nazwisko, a książki na rynku wciąż brak. Trochę i ja się do tego przyczyniłem, chciałem wydać, zabrakło jednak sił i funduszy. Jesienią ukaże się wreszcie tom nakładem Zyska i Sk-i. Jaka będzie zawar­tość?

Trudno obecnie sprzedać wznowienie, a debiut w postaci wznowienia równałby się samobójstwu. Dlatego 70% objętości to teksty dotąd niepubliko­wane. Ze znanych wchodzą tylko nagrodzone; „Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…” i „Kara więk­sza”. Poza tymi opowiadaniami tytułowa mikro-powieść „Ostatni, którzy wyszli z Raju” (chociaż może 120 stron to już regularna powieść, co?), oraz opowiadania: „Trzy kobiety Dona” i „Kocia obecność”.

Dotychczasowy pech wydawniczy powoduje, że niechętnie mówię o tym, co leży u mnie w teczce, ale skoro ujawniłem, co ma wejść do zbioru (a ten przecież jeszcze się nie ukazał, a nawet Tadeusz Zysk jeszcze nie przysłał umo­wy wydawniczej), to ujawnię, że oprócz „Gniaz­da światów” czeka jeszcze powieść „Druga po­dobizna w alabastrze” (150 stron). Może jak do­brze pójdzie i ona kiedyś trafi do rąk Czytelni­ków?

pytania zadawał Wojtek Sedeńko

P.S.

Proponuję czytelnikom króciutką miniaturę, którą kiedyś podesłałem Maćkowi P, ale w nurcie listu nawet jej nie zauważył.

K. miał zwyczaj drzemać po posiłku. Tak się przyzwyczaił, że zaczął zasypiać już przed jedze­niem. Przez pewien czas wydawał na żywności znacznie mniej, potem zmarł.

To trzy zdania, ale jeśli chwilę wgryźć sie w tę sytuację, to zaraz przed oczami staje groza: zwały gnijącego pożywienia, kupowanego stale w nadziei, że zdoła coś przełknąć przed snem, a wśród nich wyniszczony, nieogolony i opuchnięty z głodu K. Niech to będzie pisemna odpowiedź na Marka Oramusowe pytanie z zeszłorocznego Polconu: „Po co ty, Huberath piszesz tekst? Przecież ledwie siedemnaście linijek za­warłoby wszystkie najważniejsze myśli z czyjegokolwiek tekstu”.

Teraz mogę już Markosowi odpowiedzieć: „wtedy nawet Maciek to przegapi”.

Zostaw komentarz