Wywiad z Jackiem Rodkiem, 1997

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 14 Styczeń 2011

Na jednym ze spotkań smoków fandomu czy klubu „First generation”, nie pamiętam już dokładnie, nie znalazłem Twojego nazwiska. Zdziwiony, zasygnalizowałem niekomplet­ność listy organizatorowi. On zapytał, kogo bym tam jeszcze umieścił. Sypnąłem od razu: Rodek, Bukato, na co tamten zła­pał się za głowę, że faktycznie, zapomnieli, przeoczenie, itp. A ty jesteś, Jacku w fandomie od początku…

Dokładnie od 1976 roku. Przyszedłem do organizują­cego się właśnie klubu przy studenckim klubie Ubab, a w Warszawie działał już inny klub przy Staromiejskim Domu Kultury (chodzi o Sfana – przyp. WS). A jesienią 76 roku, pamiętam, bo było to tuż przed wydarzeniami radomskimi, odbyło się zebranie założycielskie na Kickiego 12. Poznałem wtedy Marka Nowowiejskiego, Andrzeja Wójcika. Były to kluby warszawskie, ale powstała wówczas idea powołania organiza­cji ogólnopolskiej. A idea wzięła się z naszej złości na brak fantastyki na rynku, jak wiadomo ukazywało się ledwie parę tytułów rocznie. Wydawało nam się, że taka organizacja będzie miała jakiś wpływ na to, co powinno się w Polsce ukazywać. To miał być najważniejszy cel OKMFiSF.

Chcieliście decydować o tym, co chcecie czytać.

Dokładnie, bo wydawcy drukowali fantastykę od przy­padku do przypadku, na rynku istniała wtedy tylko jedna seria w „Iskrach”. Czyli OKMFiSF miał być taką organizacją „na­cisku” na wydawnictwa. Ale prawo jakie obowiązywało w na­szym kraju wówczas było takie, że podobnej organizacji nie można było powołać samoistnie, ale tylko np. przy klubie stu­denckim. Oczywiście nie była to jedyna opcja, bo kluby w Pol­sce powstawały przy różnych organizacjach, choćby przy ZSMP, jak to miało miejsce w Gorzowie Wielkopolskim. My uczepiliśmy się organizacji studenckiej, bo sami byliśmy stu­dentami. A jako organizacja ogólnopolska zostaliśmy podpięci pod Wydział Kultury Zarządu Głównego ZSP. Stamtąd czasami były pieniądze na imprezy, a tak – oprócz pomieszczenia w „Ubabie” – byliśmy zdani sami na siebie. Cele były wiel­kie…

Autoreklama również wielka, jak propaganda sukcesu… takie były to czasy. Oprócz wpływania na politykę wydawniczą chcieliśmy stworzyć Klub Twórców, wydawać biuletyny z tłu­maczeniami zachodniej fantastyki robionymi przez tłumaczy,, amatorów z kręgu Klubu. I ostatnim, odłożonym trochę w cza­sie, celem głównym było powołanie pisma branżowego poświęconego wyłącznie fantastyce. I tym zajmowaliśmy się w Warszawie, a kluby powstające w Polsce były właściwie autonomiczne, my braliśmy je pod skrzydła, ale robiły co chciały.

Jaka była Twoja działka?

Zajmowałem się, najogólniej mówiąc, sprawami organi­zacyjnymi. Byłem sekretarzem OKMFiSF, a w pewnym momencie i wice prezesem. Organizowaliśmy spotkania autor­skie, konwenty ogólnopolskie.

Za Polcony uważa się imprezy organizowane od 1985 roku (Błażejewko k/Poznania) według odpowiedniego regula­minu…

Konwenty z lat 1977-1980 to były Polcony, one też miały regulamin. Byli zapraszani pisarze zagraniczni, na kon­wencie w Krakowie w 80. było ich nawet sporo. Przyje­chali Czesi, Węgrzy, był Bułyczow, Brunner, Barbet i… chyba Pohl. Przystąpiliśmy jako organizacja do Euroconu (przecież w Poznaniu odbył się wówczas III Eurocon, organizował go Chruszczewski).

Co z tych wielkich zamierzeń udało się zrealizować?

Niewiele, to prawda, ale kilka rzeczy udało się załatwić. Andrzej Wójcik rozpoczął wtedy współpracę z KAWem – bo z zamierzeń o wpływie na inne wydawnictwa nic nie wypaliło i powstała idea utworzenia własnej serii – i utworzył tam „słynną” serię tzw. z dżdżownicą.

Seria jest słynna z faktu wypuszczenia na rynek prawie samych gniotów.

Tak, zgadzam się, ale patrząc na to z innej strony, ilu autorów zdołało zadebiutować dzięki niej! Sprawa z serią napotkała od razu na kilka zasadniczych trudności. Po pier­wsze prawa autorskie na książki zagraniczne. Ponieważ KAW nie miał przydziałowego limitu dolarowego, to nie mogliśmy nic kupić oficjalną drogą od agencji. Ale paru autorów, dzięki kon­taktom przez Eurocon, zgodziło się na publikację za złotówki. Tu pojawiła się druga trudność – przydziały papieru. Andrzej planował w serii wydawanie 2 książek miesięcznie, sporządził taki plan, który został przez wydawnictwo zaakceptowany. Wszystko było cacy, w książkach poszły szumne zapowiedzi wydawnicze, a potem zaczęły się obsuwy czasowe. Plan narastał, produkcja kulała. Na początek miały pójść rzeczy pol­skie – mieliśmy teksty Kurpisza, Trepki, Borunia, Weinfelda, Prostaka, Krzeptowskiego, Zajdla, Głowackiego, wielu mło­dych autorów, a potem sukcesywnie miały się ukazywać tłuma­czenia z zachodu…

Te książki ukazywały się i rozchodziły w nakładach 100-tysięcznych.

To nie było miernikiem. Nikogo nie obchodził zysk ze sprzedaży. Fantastyki było nadal tak mało, że sprzedawało się wszystko. Seria miała być – w zamierzeniach – bardzo różnorodna, ale ukazał się tylko pierwszy rzut, fantastyki debiutan­ckiej, który od razu ukształtował złą opinię o serii. Zresztą wtedy seria nie była tak mocno atakowana. Klub Twórców zrze­szał większość wydawanych przez KAW autorów, organizo­wane były spotkania, tłumnie przychodzili miłośnicy fantasty­ki…

Ale wtedy w Polsce nie umiano głośno krytykować, to były czasy jednogłosowości na „tak”.

Może i tak, ale wtedy te książki tak miernie, jak dziś, nie wyglądały. Poza tym, polskie książki były wtedy rzadkością, ginęły w tłumie równie słabych książek z obozu demoludów; a tu nagle ukazało się kilkanaście średnich lub słabych książek, samych polskich autorów, i to biło aż w oczy. A innych propozy­cji fantastycznych nie było, bo plany planami, a realizacja reali­zacją.

Nadchodzi rok 1980 i powstaje PSMF.

PSMF był odpowiedzią na OKMFiSF.

Kadry zostały te same…

Tak, ale to były czasy zmiany wart, nadeszła nowa generacja, która uważała, że wszystko co stare jest złe, a oni potrafią zrobić wszystko lepiej i mądrzej.

I powtórzyli wszystkie stare błędy. Ale nadchodzi rok 1982. Część fanów znajduje pracę w różnych wydawnictwach: Wójcik, Nowowiejski, Bukato, a kilka nazwisk z „górki” OKMFiSF pojawia się w stopce redakcyjnej pierwszego numeru „Fantastyki”. Ty objąłeś tam od startu najważniejszy dla czytelników dział zagraniczny. Jak do tego doszło?

Tu trzeba wrócić do OKMFiSF, który podjął starania o ta­kie właśnie pismo. Tytuł był już wtedy wymyślony – „ Fantasty­ka”, miała ukazywać się przy KAWie. Było takie spotkanie przy Klubie Twórców tuż przed stanem wojennym, w listopadzie, gdzie nawet przygotowano wstępnie pierwszy numer. Nastą­piły też pewne rozwiązania personalne, tzn. Hollanek został jakby delegowany na naczelnego. Na spotkaniu obecni byli głównie pisarze, był – o ile pamiętam – Snerg, Hollanek, Krzepkowski, byłem ja, Wójcik. Ale wybuchł stan wojenny i wszystko uległo zawieszeniu. Dopiero wiosną, przy pomocy mojego ojca, który pracował wówczas w ministerstwie spraw zagranicznych, udało się dotrzeć do Hoffmana, szefa KWCz i zainteresować go sprawą. I dostaliśmy pozwolenie. Nawet nie mieliśmy lokalu, spotykaliśmy się w kawiarniach, w pięć osób, które stanowiły zalążek redakcji: Hollanek, Wójcik, Krzepkow­ski, Markowski i ja. Dopiero potem doszedł Parowski, który wcześniej pracował w „Politechniku”. I tak naprawdę, to chyba tylko Hollanek miał jakieś przygotowanie do robienia profesjo­nalnego pisma. Jakieś trzy-cztery miesiące po ukazaniu się pierwszego numeru powołaliśmy coś na kształt rady progra­mowej, w której skład wchodzili pisarze. Było to ciało dorad­cze, w którym dyskutowało się nad wyglądem pisma, co jest dobre, a co złe, rozmawialiśmy nad doborem tekstów.

Teraz już nic takiego w redakcji nie ma.

I to od dawna. Ja zajmowałem się dostarczaniem tek­stów zachodnich, myślę że dobór był niezły, tu zaowocowały kontakty z OKMFiSF, chociaż jeździłem wtedy już na Euroco-ny. Dostaliśmy też z tzw. „zrzutu” redaktora Malskiego, wspa­niałego człowieka, od którego wszyscy się sporo nauczyliśmy, a który na fantastyce nie znał się w ogóle. Był to człowiek zwią­zany z „Solidarnością” i w wyniku weryfikacji i faktu, że miał niewiele lat do emerytury, został przydzielony do naszej redak­cji, która – może oprócz naczelnego, miała także nastawienie anty. Przecież w rocznicę stanu wojennego wydaliśmy numer wyłącznie z opowiadaniami wojennymi.

Cenzury wewnętrznej nie było?

Nie, chyba tylko raz zdarzyło się Hollankowi w tekście poprawić czerwone karły na zielone. A Malski działania w po­dziemiu nie zaprzestał, współpracował z tygodnikiem „Solidarność”, pod koniec życia nawet wpadł, ale go zaraz wypuś­cili, bo był już ciężko chory na raka, chodził na naświetlenia i niewiele mu życia pozostało.

W1984 roku przyszedł do redakcji Jęczmyk, zajął twoje miejsce w dziale zagranicznym, a ty zostałeś zastępcą redak­tora naczelnego. To były duże zmiany personalne.

Od początku Hollanek z Wójcikiem darli ze sobą koty. Wynikało to trochę z osobowości jednego i drugiego. Hollanek był naczelnym i wydawało mu się, że to znaczy być Bogiem. Aczkolwiek ja miałem z nim dobre układy, on mi się specjalnie w dział zagraniczny nie wtrącał. Chyba czuł się zagrożony ze strony Wójcika, uważał, że będzie chciał go wykolegować z funkcji naczelnego. I od początku był nastawiony opozycyjnie i mówiąc w skrócie szło o to, kto kogo pierwszy wykopie z ukła­du. I gdy sytuacja narosła na tyle, że doszło do wzajemnego negowania poleceń i kwestionowania kompetencji, Wójcik po prostu odszedł. Razem z Markowskim i chciał nawet, bym zro­bił to i ja. Ale dla mnie ważniejsze było wówczas pismo; zresztą podobne zachowania uważałem za nierozsądne. Powstała więc luka na stanowisku wice naczelnego. Jęczmyk pracował wówczas w „Czytelniku” i ponieważ był autorytetem w dzie­dzinie fantastyki, również dla mnie, pozyskanie go do zespołu uważałem za nobilitowanie redakcji. Odbyłem z nim kilka roz­mów, namawiałem, on się wahał, wreszcie się zdecydował. Przeszedł na moje miejsce, a ja poszedłem na wice. Jęczmyk nie mógł zostać zastępcą z racji tzw. weryfikacji i zakazu spra­wowania funkcji kierowniczych. No i zostałem naczelnym, czyli osobą, która zastępowała Hollanka w czasie jego nieobecnoś­ci, bo tak naprawdę to taki zastępca ma niewiele do roboty. Szukałem swego miejsca i zająłem się komiksem.

W1990 roku, gdy powstaje „ Nowa Fantastyka”, naczel­nym zostaje właśnie Jęczmyk i zaczynają chodzić słuchy o konflikcie pomiędzy wami. W połowie 91 roku odchodzisz z redakcji.

Wyglądało to tak. W momencie pojawienia się możli­wości sprywatyzowania się „Fantastyki”, powołaliśmy spółkę i były dwie opcje przejęcia tytułu, którego formalnym właści­cielem był „Ruch”. Mogliśmy stanąć do przetargu i kupić tytuł i prawa, ale spółki nie było na to stać. Bo kupno to jedno, ale wydanie najbliższych numerów, utrzymanie zespołu, to drugie. Zaczęliśmy prowadzić różne rozmowy, nic z tego nie wychodzi­ło, wreszcie pojawił się Prószyński i spółka IMM Kant. Obiecali pensje na najbliższe cztery miesiące, do czasu spłynięcia zys­ków ze sprzedaży i dla niektórych ludzi w zespole było to naj­ważniejsze – zapewniona pensja. Dla mnie nie było to najważ­niejsze, uważałem, że popełniamy błąd, ale byłem w mniej­szości. Nastąpiło podpisanie umowy, a ponieważ do przetargu było jeszcze trochę czasu, więc zmieniliśmy tytuł na „Nowa Fantastyka” i umieściliśmy z boku pasek „Fantastyka”. Gdy­byśmy przetarg przegrali, to pasek by się zdjęło.

Wyszła wtedy sprawa z naczelnym, a przygotowywałem się do przejęcia tej roli, bo miałem być naczelnym po Hollanku. Nie doczekałem się tego za socjalizmu, bo Hollanek wyobrażał sobie chyba, że będzie naczelnym dożywotnio – był w wieku emerytalnym, ale się nie wycofywał. Odbyłem wtedy rozmowę z Parowskim i Oramusem, którzy usilnie mnie przekonywali. żebym na razie zrezygnował z objęcia funkcji naczelnego. Ze względu na powszechny autorytet, miejsce w opozycji Lecha Jęczmyka, itd. Pomyślałem sobie, że niechętnie, ale się zgo­dzę. Niech Jęczmyk będzie naczelnym, a ja po nim; jeszcze trochę mogę poczekać. Zgodziłem się, Leszek został naczel­nym, ja wice, dział zagraniczny przejęła Dorota. Trzy miesiące później dowiedziałem się, że Leszek mianował wice naczel­nym Maćka Parowskiego, który pełnił wówczas funkcję szefa działu polskiego. Dowiedziałem się od osób trzecich, że redak­cja ma dwóch zastępców naczelnego. Uważałem to za zagra­nie nieczyste wobec mnie, bo po pierwsze trzeba to było chyba skonsultować ze mną, po drugie w piśmie tak małym jak „Fan­tastyka” dwa fotele wice są zupełnie niepotrzebne. Pracy nie ma dużo, wszystko zależy od podziału roboty pomiędzy szefem a zastępcą. Drugie stanowisko wice uważałem za zbędne, skoro nawet pierwsze było w całości nie wykorzystane. No i złożyłem wymówienie, uznałem bowiem, że widocznie tu nie pasuję. Można powiedzieć, że sam się dałem wykolegować, ale..

Żal miałeś.

Miałem i ten żal w jakiś sposób pozostaje do dzisiaj. A żeby było śmieszniej, Leszek odszedł trzy miesiące później z „Fantastyki” do pracy w telewizji, bo bardziej go zajęła polityka, nowym naczelnym siłą rzeczy został Maciek Parowski.

Zostawmy więc w spokoju „Fantastykę” i przejdźmy do Twojej drugiej fascynacji – komiksu. Jesteś współscenarzystą najpopularniejszego polskiego komiksu SF – „Funky’ego Kovala”. Jak doszło do jego powstania?

Nie da rady, trzeba wrócić do „Fantastyki”. Mieliśmy na początku koncepcję tego pisma i jedną z integralnych jego części miał być komiks, nieważne ile miał mieć stron, miał po prostu być. Takich parę stron oddechu. Nawiasem mówiąc, innym takim pomysłem było drukowanie powieści w środku, z możliwością wyjęcia i zrobienia mini książeczki. Dziś parę osób przypisuje sobie autorstwo tego pomysłu, nie będę się jednak na temat wypowiadał, bo one wiedzą dlaczego. W każ­dym bądź razie komiks miał być i nagle okazało się, że nie ma dobrych materiałów na rynku. Na początku poleciał komiks Tadka Markowskiego, który miał się ukazać w magazynie „Al­fa”. Ja interesowałem się komiksem od dzieciństwa, zbiera­łem je, więc zaproponowałem, że może napiszę sam scena­riusz komiksu SF. Wówczas zacząłem rozmowy z Polchem, zgodził się, ale ponieważ zawsze starałem się oceniać swoje możliwości bardziej na mniej niż na więcej, to stwierdziłem, że może jednak sam nie dam rady tego napisać i potrzebuję współscenarzysty, który jest lepszy, jeśli chodzi o mowę polską i pisanie dymków. I tak zawiązaliśmy z Maćkiem Parowskim spółkę, my mieliśmy pisać scenariusz, a Polch rysował. Rdze­niem historii miał być bohater, jego ksywę wymyślił Polch, oraz agencja.

Sukces komiksu was zaskoczył?

To nie był na początku sukces. Spotkaliśmy się z ostrą krytyką w zespole redakcyjnym, pisarze mówili, że komiks nie pasuje do profilu pisma. I na początku miał mieć komiks objętość tylko jednego albumu, pamiętam, że Krzepkowski mówił, że on zrobi to lepiej. No to skończyliśmy przygody Funky’ego, a komiks Krzepkowskiego i Kasprzaka spotkał się z jeszcze większą krytyką i czytelnicy zażądali wręcz powrotu Kovala. Napisaliśmy drugi album, a następny już pisaliśmy pod kątem wydania w dodatku „Komiks”. Bo redakcja podjęła starania, aby wydawać dwa dodatki „Komiks” i „Mała fantastyka” dla dzieci, tu muszę powiedzieć, że byłem przeciwnikiem „Małej”, uważałem, że się nie przyjmie, a największym jej orędowni­kiem był Hollanek.

Przyznam się też, że przyczyniłem się wtedy do powsta­nia dwóch pism komputerowych, których na rynku nie było, a ja uważałem, że już najwyższy na to czas. Mówię o „Bajtku” przy „Sztandarze Młodych” i samodzielne pismo „Komputer”, nie istniejące już dzisiaj. Osobiście nie pracowałem w żadnych z tych pism, byłem w zespołach tylko do czasu ich powołania.

Zawsze interesowały cię różne media – komiks, kom­putery, gry. Czym zająłeś się po opuszczeniu „Nowej Fantasty­ki”?

Przy pracy w kwartalniku „Komiks – Fantastyka” nawiązałem sporo kontaktów na rynku komiksu i rozpocząłem współpracę z wydawnictwem „Orbita”. Było to wydawnictwo powołane przez „Ruch”, jako spółka polsko-rosyjska i miał tam ukazywać się komiks i książki fantastyczne. Ja na początku byłem tam na ryczałcie. Moją zasługą było wydanie przez „Orbitę” komiksu o Thorgalu (KAW przez parę lat „zdążył” wydać tylko dwa numery), po prostu obiecałem Rosińskiemu, że przyśpieszę polską edycję. Wydaliśmy też „Szninkla”, kul­tową już historię komiksową. I tak naprawdę „Orbita” dzięki mnie zarobiła pierwsze duże pieniądze. Ale odszedłem z „Or­bity”, bo tam nastąpiły w pewnym momencie zawirowania organizacyjne, utworzyli drugą firmę, prywatną, która przejęła komiksy, a ja do tej nowej firmy już nie wszedłem.

Tak właśnie rozparcelowywano w Polsce majątek pań­stwowy. Pracownicy, a najczęściej dyrektorzy, zakładali wewnątrz firm państwowych własne przedsiębiorstwa, sami podpisując między tymi firmami kontrakty przynoszące zysk tak naprawdę tylko im.

Ja wtedy namawiałem firmy zachodnie, żeby weszły do Polski z całą masą komiksów francuskich i belgijskich, które uważam za bardzo dobre, znacznie lepsze od amerykańskich.

Te kontakty zaowocowały twoim pierwszym przedsięw­zięciem prywatnym, magazynem komiksowym – moim zda­niem bardzo dobrym – „CDN”, który miał byc chyba następcą legendarnych „Relaxów”, tylko że zrobionym profesjonalnie: fuli kolor, świetny papier. Dlaczego przedsięwzięcie wzięło w łeb i skończyło się tylko na pierwszym numerze?

Przyczyn było kilka. Nie pracowałem już wtedy w „ NF”, nie pracowałem w „Orbicie”, współpraca z „Koroną” urwała się, bo plany wydawnicze miały poślizg, w Polsce nastąpiło załamanie rynku – padały hurtownie, pieniędzy nie można było odzyskać, a komiksy „Korony” były drogie. I zostałem na lodzie. Miałem trochę zaoszczędzonych pieniędzy, więc pomyślałem, że czas spróbować samemu i stworzyć magazyn przeglądowy światowego komiksu. „CDN” miał dawać poje­dyncze albumy najwybitniejszych światowych rysowników, ale w odcinkach. Plus historyjki jednostronicowe, humorystyczne. Był to okres załamania sprzedaży komiksu, co spowodowała pewnie działalność TM Sernic, którzy zarzucili rynek olbrzymią ilością komiksów amerykańskich, Spidermanów, Batmanów itp. To były nakłady 80-100 tysięczne, „Komiks-Fantastyka” ukazywał się w 50 tysiącach, ja więc założyłem sobie, że pier­wszy numer wydam w 30 tysiącach. Zrobiłem rozeznanie i wy­glądało na to, że sprzedając 17 tysięcy będę mógł wydać drugi numer. Czyli założenia były OK, margines bezpieczeństwa założony. I z numeru na numer pismo miało się rozkręcać. Jeden hurtownik obiecał wziąć 20 tysięcy, resztę miałem roz­prowadzić ja. A jak już miałem wydrukowany nakład, to zmienił zdanie, wziął 10 tysięcy, po czym po miesiącu oddał mi 5. I to dystrybucja doprowadziła do upadku pisma. Nie mogłem sobie bowiem pozwolić na dystrybucję poprzez „Ruch”, bo tam cze­kałbym na zwrot egzemplarzy i pieniędzy trzy miesiące. Ja musiałem mieć pieniądze po miesiącu, żeby zapłacić drukarni. W sumie, spóźniłem się z płatnościami (część nakładu puści­łem w końcu przez „Ruch”) i zostałem bez pieniędzy po spła­ceniu długów. Na następny numer musiałbym mieć przynaj­mniej na papier, ale niestety tych pieniędzy już nie miałem. A materiał miałem przygotowany na następne zeszyty.

I tak dochodzimy do role playing. Jak się zetknąłeś z tą formą zabawy fantastycznej?

To było na początku lat 80-tych. Na Euroconie w Trieś­cie kupiłem gry planszowe i przywiozłem do Polski. To były gry, które potem zakupił i wydał w „Encore” Adamski. To było dla mnie coś kapitalnego. Grano w Polsce w chińczyka, jakieś bitwy morskie, a tu nagle dostałem gry fantastyczne, o dużym stopniu skomplikowania fabuły. Zaproponowałem, żeby ten temat ruszyć w „Fantastyce”, ale znowu byłem w mniejszości i nigdy z grami tam nie ruszono. Namówiliśmy z Darkiem Toruniem Adamskiego, żeby wydawał gry w „Encore”, co zrobił, zresztą gry tłumaczył dla niego Darek. W międzyczasie poznaliśmy nieja­kiego Piotra Parlewicza, który wrócił z dłuższego pobytu w USA – pozna­liśmy go przy innej okazji, w środo­wisku ludzi zainteresowanych grami komputerowymi; to były czasy „Spe­ctrum” – i u niego w domu zobaczy­liśmy po raz pierwszy gry fabularne, amerykańskie wydanie „Dungeons & Dragons”. I to mnie zafascynowało. Odbyliśmy kilka sesji, zaczęliśmy w to grać. Idea tych gier przemówiła do wyobraźni mojej i Darka, uważaliśmy, że to coś genialnego.

W 1987 roku powstała „Sfera” (w „Encore” nie było z naszej pracy kasy, a zarobki w „Fantastyce” były śmiesznie niskie) i spróbowaliśmy tam. Miałem już wtedy kontakt z firmą „Games Workshop”, która wydawała „Warhammera”. I w „Sferze” wydałem grę „Talisman”, w Polsce nazywała się „Magia i miecz”. Ale był to okres hiperinflacji i wszystko co zarobiliśmy na grach, szło w reinwestycje na dodruki, a cały zysk zżerała inflacja. No i rozmijałem się z resztą zespołu, co do kierunku rozwoju firmy. Ja chciałem iść w RPG, „Talisman” miał być rodzajem pomostu pomiędzy rozbudowanymi grami planszowymi a RPG, a Maciek Makowski bał się, że to ponie­sie plajtę. No i zrezygnowałem z pracy w „Sferze” i tak w 1992 roku zostałem bez pracy właściwie. Walczyłem jeszcze o „CDN”, chodziłem do Prószyńskich, Sernica, chciałem to w jakiś sposób kontynuować. Narzekałem na dystrybucję i wtedy powstała koncepcja powołania stowarzyszenia prasy kolorowej, które reprezentowałoby interesy wydawców wobec dystrybutorów. Zaprosiłem wydawców, byli to głównie wydawcy popularnych pism kobiecych będących własnością wydawców niemieckich, no i powołano mnie na dyrektora i spędziłem w tej organizacji – Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Wydawców – 2 lata. W tym samym czasie postanowiłem wydawać RPG. Spotkałem Darka Torunia, który wówczas też nie miał co robić, handlował książkami na stolikach, ale to się już powoli koń­czyło i namówiłem na zajęcie się grami. Odniósł się do tego sceptycznie, ale ponieważ był wolny, więc wszedł; ja zaś uwa­żałem, że gry fabularne jest to wolna, przez nikogo nie zajęta nisza. Byłem jak zwykle jedynym optymistą.

No i zabraliśmy się za robienie pierwszego numeru „Magii i miecza”. Zrobiliśmy go we dwójkę, ale potem grupa ludzi zainteresowanych RPG i pismem systematycznie rosła. Byli ludzie, którzy tworzyli „Kryształy czasu”. Pierwszy numer ukazał się w nakładzie 2000 egzemplarzy, skład był robiony na zlecenie, a jak doszedł do stowarzyszenia komputer, to robiliśmy go już sami. Ze sprzedażą był kłopot, bo nakład był za mały dla większych kolporterów, sklepy handlujące ze „Sferą” też wolały wziąć w komis, księgarnie prasy nie chciały, sklepy papiernicze sprzedające gry planszowe też nie, itp. Ale sprze­daliśmy, potem jeszcze dodruk. Na początku „MiM” wycho­dziła nieregularnie, bo zespół był mały, a objętość pisma rosła z każdym numerem. Zaczynaliśmy od 32 stron, docelowo miało być 48, a teraz mamy 96 stron. Nakład rósł, najpierw 5, potem 10 tysięcy, teraz 20. Od czwartego numeru weszliśmy do dystrybucji kioskowej. I tak wydawnictwo MAG zaistniało na rynku.

MAG wydaje teraz gry fabularne, karciane, periodyki i książki im poświęcone, sprzedajecie figurki do systemów bitewnych, macie własne sklepy, ostatnio zaś doszła seria książek SF i fantasy.

Na początku miałem prawa na „Warhammera”, cho­ciaż moim marzeniem było zacząć od „AD&D”, ale nie mia­łem szans na uzyskanie praw do edycji (obecnie wydaje sys­tem TM Sernic). To znaczy namówiłem ich, mieliśmy to zrobić wspólnie, w końcu wykolegowali mnie robiąc to samodzielnie. Ale chyba nie najlepiej im się to sprzedaje.

Zabrakło im pasji…

Chyba tak, podeszli do tego na zimno, jak do biznesu. Ruszyliśmy z „Warhammerem”, który sprzedaje się bardzo dobrze, i podręcznik, i dodatki, i książki. Chcieliśmy też wydać od razu „Kryształy czasu”, które ukazywały się w odcinkach w piśmie, ale Artur Szyndler jak nam to dostarczył (chyba na 1000 stron maszynopisu), to okazało się, że jest to napisane bardzo złą polszczyzną. Każdy kawałek, który przynosił do redakcji trzeba było pisać od nowa, na podstawie jego notatek. Darek wykonał wręcz katorżniczą pracę nad jego tekstami. No i doszliśmy w odcinkach do etapu, gdzie można było już w sys­tem grać, czary były podane prawie w całości i zapadła decyzja o wydaniu książkowym. Ludzie z zewnątrz, którzy współpracowali z Arturem obiecali, że rzecz opracują i dostar­czą najpóźniej do czerwca 1995 roku. Ale słowa słowami, minął rok i nic. Stwierdziliśmy więc, że trzeba tam parę rzeczy zmienić, już to zrobiono, „Kryształy” poszły do produkcji i będą do Gwiazdki.

Periodyki…

„Magia i miecz” była od początku poświęcona rolplejom, grom fabularnym. Miała być pomocą dla mistrza gry, gra­czy, miała wyjaśniać różne zasady. Poszerzać wiedzę o syste­mach, której nie ma w podręcznikach, itd. Nagle na zachodzie pojawiły się gry karciane, wystrzeliły jak Filip z konopi. Na tar­gach gier i zabawek nawiązałem kontakt z Target Games, któ­rzy wydali „Doom Troopera” i oni mieli koncepcję druku w kil­kunastu wersjach językowych. Podpisaliśmy umowę i wydali rzecz m. in. w języku polskim. Pierwszy nakład sprzedaliśmy błyskawicznie. Potem ukazały się inne dodatki i nowe gry: „Kult”, „Dark Eden”. A ponieważ w Polsce pojawiły się inne gry karciane, choćby „Magie the Gathering”, to siłą rzeczy powinno powstać pismo im poświęcone. „MiM” poświęcało im trochę miejsca, ale było to za mało, teraz jak powstanie pismo o grach karcianych – „Interno”, to będziemy mieli więcej miej­sca dla rolpleji. Pojawiła się też koncepcja wydania pisma poświęconego grom figurkowym, bitewnym. Największym producentem jest „Games Workshop” z Anglii wydająca „War­hammera Battle” i „Warhammera 40000”. Od lat toczyliśmy rozmowy nad zrobieniem edycji polskiej, ale jest to przedsięw­zięcie bardzo kosztowne, samo podstawowe pudło, to 100 figu­rek, 3 książki i mnóstwo kart. To musiałoby być bardzo drogie, ale ostatecznie oni sami stwierdzili, że nie dadzą nam tego, bo to tak, jakbyśmy im wyrywali serce. Ale firma Target rozpoczęła wydawanie swojego systemu figurkowego, nazywa się „Warzo­ne” i my w to weszliśmy. Za rok będzie nowy system, fantasy.

Książki…

Wydawaliśmy w MAGu książki, których akcja toczyła się w systemach wydawanych przez nas gier fabularnych. Nie było tego dużo, ale są to książki, w których gracze mogą znaleźć więcej informacji, inspirację do gry, itp. Ale w końcu wyszed­łem od fantastyki, science fiction zawsze mnie interesowała, wciąż ją czytam i marzyło mi się, żeby uruchomić taką nor­malną serię książek. Kryteria są następujące: ma to być dobra fantastyka, odstępująca poziomem do badziewia co wychodzi, nie musi koniecznie mi się podobać, wyróżniająca się szatą graficzną. O sprawę zabiegał Andrzej Miszkurka, więc mu to zadanie powierzyłem. I chyba stanął na wysokości zadania. A prognozy na razie mam ostrożne, przy tej dystrybucji, jaką mamy w Polsce, a sam wiesz dokładnie jak to wygląda, pier­wsze oceny będzie można postawić za rok.

Na koniec pytanie o twoje zdanie na temat kwestii podziału na linii miłośnicy fantastyki i miłośnicy RPG. Dużo się mówi na temat. Są to grupy, które zazębiają się między sobą, ale nie pokrywają całkowicie.

Po pierwsze kryterium inteligencji. Aby grać w RPG, trzeba się wykazać inteligencją i wyobraźnią, rolpleje nie są więc ludźmi prymitywnymi, jak niektórzy sądzą. W telewizji są turnieje wiedzy dla uczniów szkół średnich, gdzie biorą udział najlepsi uczniowie. Oni tam zawsze muszą coś o sobie opowie­dzieć, i wielu z nich mówi, że ich hobby jest RPG.

Zgadza się, ale do gry trzeba mieć odpowiedni zasób słów, które biorą się jednak z lektur, a gdy na konwentach roz­mawia się z graczami, to oni nie słyszeli np. o Dicku.

Grać w RPG można na różnych poziomach, na wyso­kim i na niskim. Są też. czytelnicy, którzy czytają dobrą litera­turę i tacy, którzy czytają chłam. I ci gracze, którzy grają na wyższym poziomie, fantastykę czytają. Choćby dla tego zasobu słów. Ale i tu i tu mamy światy fantastyczne, te dwie sfery zainteresowań przenikają się. Może gracze nie czytają tak dużo fantastyki, jak myśmy to robili, poza tym młodzież ma jed­nak określony czas na rozrywki – szkoła, zajęcia poza lekcyj­ne, telewizja, komputery zajmują jej wiele czasu. A gra jest jed­nocześnie przyjemnością i spotkaniem towarzyskim z rówieś­nikami, książkę czytasz w samotności.

Za naszych czasów mediów było kilka: teatr, kino, muzyka, książka. Teraz doszły komputery, telewizja (za naszej młodości nie było w niej co oglądać), komputery, rpg. Wybór jest znacznie większy.

Dokładnie, i taka jest kolej rzeczy. Dla wszystkich star­czy miejsca.

Dzięki za rozmowę.

Rozmawiał Wojtek Sedeńko

Warszawa 1997

Zostaw komentarz