Zapis rozmowy z Terry Pratchettem, 1997

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 10 Styczeń 2011

Zapis ze spotkania z Terrym na Festiwalu Fantastyki w Olsztynie, Terry okazał się odporny na większość pytań, z miejsca zamieniając odpowiedzi w żart.

Jak rozpoczęła się Pana współpraca z Joshem Kirby?

Zaproponował mi go wydawca, napisałem więc do Josha list z zapytaniem, co chciałby zilustrować. On na to, że może zilustro­wać wszystko, cokolwiek, co tylko zechcę: truskawki, kosmos, Wikingów, koty, czarownice, czarnoksiężników, słonie, kangury, góry, itd. Odpowiedziałem, że chcę, aby narysował Azteków, a on na to, że Azteków nie potrafi.

Powiedziałem, żeby się nauczył, potem napisałem książkę i posłałem mu ją do zilustrowania. Jestem bardzo zado­wolony z okładek, które Josh rysuje, chociaż postaci, które tworzy, w zasadzie nie mają wiele wspólnego z moimi wyobrażeniami o nich. Natomiast te postaci, które występują w grze Discworld 2, są już bliższe moim wyobrażeniom.

Skąd czerpie Pan inspirację?

Szczerze i poważnie mówiąc – ciężkie prochy. Takie jak kawa i alkohol. To jest bardzo przyzwoity wschodnioeuropejski kraj, więc chyba nikt tu nic nie słyszał o trawce. We wczesnych latach siedemdziesiątych wpadłem na pomysł, żeby sprawdzić jak to jest, kiedy się pisze po trawce. Zrobiłem sobie skręta, usiad­łem i zacząłem pisać. Przyjrzałem się klawiaturze i zobaczyłem klawisz z literą A. Jaka wspaniała litera! – zakrzyknąłem, a obok niej… kolejne klawisze! Spędziłem tak nad klawiaturą ponad pół godziny i, oczywiście, nic nie napisałem. Nie miałem doświad­czeń z twardszymi narkotykami i nie mam nic specjalnego prze­ciw narkotykom, oprócz tego, że zrobią z ciebie hipisa, a to zna­czy, że niczego nie dokończysz.

Jak doszło do napisania Dobrego Omenu” z Neilem Gaimanem?

„Kolor Magii” wyszedł jako paper back w 1985, w tym cza­sie mój późniejszy współautor przeprowadził ze mną wywiad dla pewnego magazynu, a także zrecenzował tę książkę. W 1989 na­pisał pół opowiadania i przysłał je do oceny. Napisał też, że nie wie, jak je zakończyć. Odpowiedziałem, że ja też nie wiem jak je zakończyć, ale wiem, co powinno być dalej. Później Gaiman przez pomyłkę wykasował to opowiadanie ze swojego komputera. Ja przepisałem je, tak jak je zapamiętałem, dodając trochę od siebie i pociągnąłem je kawałek dalej. I tak się to zaczęło; to był dobry omen. Nie robiliśmy tego dla pieniędzy. Dobrze się przy tym bawiliśmy, efekt tej zabawy też mi się podoba, ale nie zamierzamy pisać dalszej części, o co wiele osób nas prosi.

Pierwsze pytanie dotyczyło okładki Josha Kirby. To jest okładka książki (Dobry Omen”,autor: Piotr Łukaszewski) nary­sowana w Polsce. Jak się Panu podoba?

Okładka książkowa jest specyficzną formą rysunku. Widziałem już wiele okładek, ta jest dobra. Wypada szczególnie dobrze w porównaniu z amerykańskimi okładkami, gdzie nie pozwalają grafikom czytać książek. Jeśli ma dużo szczęścia, to ktoś mu opowie, o czym jest książka. Tutaj widać, że malarz coś przeczytał.

Łączy Pan w książkach jednej serii filozofię Wschodu z chrześcijaństwem i religiami pogańskimi. Ciut to karkołomne.

To proste: na Świecie Dysku jest dużo miejsca. Ta seria liczy dwadzieścia książek i każda dzieje się w gdzie indziej. Codziennie dostaję kilkanaście listów pocztą elektroniczną i zwykłą, w których różni ludzie proszą mnie, żebym przestał pisać o Świecie Dysku. Inni proszą mnie, żebym pisał szybciej i powracał stale do tych samych starych bohaterów i starych miejsc. Ja staram się tego nie robić – choć pisarz, który nie słu­cha się swoich czytelników jest głupi. Jednak ten, który się ich słucha, jest jeszcze głupszy.

W tej chwili piszę tom, który rozgrywa się w dyskowej wer­sji Australii i ma bardzo mało wspólnego z pozostałymi książkami z tej serii, z wyjątkiem tego, że występują tam Rincewind i Bagaż. I jest też w tej książce więcej dowcipów o owcach, niż moglibyście  sobie wyobrazić.

Co Pan sądzi o fanach z Polski?

Jesteście zdecydowanie szczuplejsi od fanów z Ameryki, ale to żadna sztuka. Moja córka zobaczyła Amerykanów po raz pierwszy, kiedy była na konwencie w 1987 r. W windzie wisiała tabliczka z napisem: nośność szesnaście osób lub czterech Ame­rykanów.

Nie wyglądacie też jak brytyjscy fanowie. Podczas jednego z konwentów w Wielkiej Brytanii jeden z fanów poszukiwał inne­go, niestety nie znał jego nazwiska. Żeby było go łatwiej znaleźć opisał go tak: ma brodę, okulary, T-shirt, piwne brzuszysko i zaj­muje się komputerami. Ktoś to skomentował następująco, że ten opis pasuje do wszystkich mężczyzn na konwencie, a nawet do niektórych kobiet. Fanowie to fanowie. W każdym mieście, gdziekolwiek się znajdę, bardzo łatwo ich rozpoznać – fanowie zazwy­czaj taszczą ciężkie torby.

Polscy fanowie nie mają piwnych brzuchów?

Oczywiście, że nie. To z powodu waszego piwa. Anglicy wszystko robią inaczej niż reszta Europy – dlatego tak nie lubimy Wspólnoty Europejskiej. Wy tutaj robicie piwo z jakiegoś chmielu, ziarna. A u nas dobre piwo robi się z kocich szczyn. Spójrzcie też na waszą kiełbasę – przecież w niej jest mięso! U nas dobra kiełbasa składa się z różnych rzeczy zmiecionych z podłogi, z czegoś co było kiedyś zwierzęciem, ale już od dawna nie jest. A wy tutaj nie dodajecie takich rzeczy, które powinny przecież być w kiełbasie i piwie. I dlatego nie możecie mieć potem dużych brzuchów.

Opowiem jeszcze jedną historię o amerykańskich fanach. Pewien włamywacz postanowił dostać się do mieszkania amery­kańskiego fana (wówczas nie wiedział jeszcze do czyjego miesz­kania się włamuje), wybijając dziurę w ścianie. Kiedy to zrobił zauważył, że za ścianą jest druga ściana – złożona z książek. Zaczął je wyjmować. Kiedy skończył okazało się, że za nią jest kolejna ściana z książek, wyjął i tę, ale za nią ukazały się następne książki; potem zaczął je czytać i tak wpadł.

Zapisał Wojtek Sedeńko, Olsztyn 1997

Zostaw komentarz