Wywiad z Kirem Bułyczowem, 1997

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 9 Styczeń 2011

Jesteś z wykształcenia historykiem, orientalistą; skąd w Tobie ten pęd do pisania, zwłaszcza fantastyki naukowej?

Nie było jakiegoś znaczącego faktu, który zadecydował o tym wyborze. Ja czytałem fantastykę od zawsze. W czasach mojej młodości fantastyki wydawano mało, ale w latach 60. pojawiła się nowa fala autorów: Strugaccy, Michajłow, Warszaw­ski, Gansowski. Z niej wyszła potem jakby następna, mniejsza fala, w której już znalazłem się ja. Tamci dali nam inspirację, pchnęli do pisania. Czyli było ze mną jak z Czukczą.

Który to był rok?

1966.

Krąży po Polsce wieść, że pewien autor spóźnił się z opowiadaniem do „Iskatiela”, nawet była gotowa już okładka z dinozaurami. I ty napisałeś opowiadanie w zastępstwie, a no­siło tytuł „Jak wymarły dinozaury”…

Sam już nie wiem, ile w tym prawdy, a ile kłamstwa. Ta historia to już apokryf (śmiech), tak wdarła się do mojego życio­rysu. Ale sama historia jest prawdziwa, tyle że nie było to moje pierwsze opowiadanie, w tym czasie pisałem już opowiadania o Alicji.

Alicja to Twoja córka, czy miały to być historie dla dziew­czynki, do poduszki?

Jak każdy ojciec chciałem, by dziecko odziedziczyło moje zainteresowania. Niestety tak się nie stało. Alicja była czy­telniczką, pisałem je dla niej, ale ona odnosiła się do tych ksią­żek obojętnie – nigdy nie zainteresowała się fantastyką. Teraz jest dorosłą kobietą, ma syna.

A inna postać z Twoich powieści i opowiadań – lekarz kosmicznego Patrolu Dalekiego Zasięgu, Pawłysz. Są tacy, co uważają go za rosyjski odpowiednik lemowego Pirxa. Czy Paw­łysz też ma swój pierwowzór w rzeczywistej postaci?

A jakże. Pod koniec lat 60. pracowałem w czasopiś­mie „Wokrug swieta” i zaciągnąłem się w podróży służbowej na statek, który płynął z Murmańska północnym szlakiem, za krę­giem polarnym. Na statku był lekarz Pawłysz. Zaprzyjaźniliśmy się i kiedy zabrałem się do pisania powieści, wziąłem nazwę statku, którym płynęliśmy, lekarza Pawłysza i ludzi z załogi i zrobiłem z tego statek kosmiczny. O reszcie bohaterów szybko zapomniałem, ale Pawłysz pozostał.

Nie miał nic przeciwko temu?

Nie, rozmawiałem z nim na ten temat. Nie widujemy się już, on mieszka teraz w innym państwie, na Ukrainie. Cykl o Pawłyszu wyszedł w Polsce prawie w całości. Tadeusz Gosk, mój tłumacz, był bardzo energicznym człowiekiem i pewne tek­sty szybciej szły do druku w waszym kraju niż w Rosji. W owe czasy więcej wydawałem w Polsce niż u siebie, był nawet taki moment, że byłem wydawany tylko u was. Można to było zrobić łatwiej, a przede wszystkim szybciej. Poza tym Gosk wszystko załatwiał i dopóki żył, wydawał wszystko, co napisałem z fantas­tyki, bo książek popularnonaukowych nie chciał tłumaczyć. Nie chciał też przekładać książek o Alicji – robiła to Irena Lewandow­ska. Ale gdy Tadeusz umarł, jego żona Anita nie miała już takiej siły przebicia.

Ostatnia moja książka ukazała się w Polsce w 1991 roku („Świątynia czarownic” – przyp. WS), a do roku 90-tego wycho­dziły 2 książki rocznie. Od tamtego czasu napisałem naprawdę dużo, w dodatku zacząłem pisać inaczej. Tego w ogóle nie zna­cie. Parę lat temu dotarł do mnie inny tłumacz z Polski, jednak roz­począł znajomość od listu, w którym wykazał parę błędów w mo­jej twórczości. Takich listów nie lubię. Mowa tu o książce o alter­natywnej historii, gdzie przedstawiłem defiladę wojsk hitlerow­skich w Warszawie w Alejach Ujazdowskich i samoloty nadlaty­wały w niej ze złego kierunku. Potem jednak okazało się, że jest to bardzo miły człowiek, przetłumaczył kilka moich opowiadań – mówię o Tadeuszu Litwińskim. Niestety, i on umarł nagle wiosną tego roku.

A jak się mają sprawy z cyklem guslarskim?

Napisałem dotąd około 100 opowiadań i 5 powieści. Piszę teraz mniej o Guslarze (w wolnym przekładzie znaczy to „gęślarz”, czyli gawędziarz czy bajarz – przyp. red.), bo kłopot w tym, że bohaterowie guslarscy w tamtych czasach mogli istnieć, teraz nie za bardzo.

Zgroza mnie ogarnia, gdy widzę co zrobiłeś z Udałowem, kiedyś mężczyzną pełnym energii, teraz ospałym emerytem.

Tak, ale ty byłeś wtedy chłopcem, a teraz masz siwą bro­dę. Bohaterów musiałem postarzeć. Alicja może zostać wiecz­nym dzieckiem, bo opowiadania o niej są skierowane dla dzieci, ale guslarowcy muszą się starzeć razem z nami. Guslar to kawałek naszego życia, bohaterowie starzeją się, odchodzą, poja­wiają się nowi i nie należytego żałować. Zresztą napisałem kilka tekstów o Korze z intergalaktycznej policji, która jest taką jakby dorosłą Alicją.

„Miasto na Górze” ukazało się u nas przed wydaniem rosyjskim, jakie były powody tego opóźnienia, cenzuralne?

W Rosji powieść ukazała się rok po polskim wydaniu. I nie chodziło tu o cenzurę, raczej o opóźnienia wydawnicze, biurokrację. A cenzura… właściwie to sam autor wiedział, czego mu nie wydadzą, czego nie przynosić do wydawnictwa. Sama cenzura była w ostatnich latach Związku Radzieckiego bardzo skostniała. Cenzura zaczynała się u samego autora, potem tekst musiał przejść przez ręce redaktorów w wydawnictwie. Do urzędu cenzury właściwie nic nie trafiało, oni byli bezrobotni. Mnie właściwie nie wstrzymywano druku, raz tylko przestali drukować mi opowiadania guslarskie, bo stwierdzili, że to nie fantastyka, a satyra. Powiedzieli mi, że to nie moja działka, od satyry są inni. Ja mam satyry nie uprawiać, a pisać dziecięcą fantastykę. I tak zostałem mianowany specem od SF dla dzieci. Stąd, w odróż­nieniu od innych autorów, wiele rzeczy pisałem dla samego siebie, do szuflady. Zebrało się tego dwa tomy opowiadań nigdzie nie publikowanych.

Ponieważ nie jestem pisarzem walczącym o swoje pra­wa, o wydawanie i ciągłe wznawianie, to te opowiadania mocno się zestarzały. To jak z felietonem, nie wydasz na czas, to się zdezaktualizuje. Czyli wszystko odbywało się do cenzora, trudno jednoznacznie powiedzieć, że cenzura mi coś odrzuciła, ja po prostu nie zanosiłem wydawcom nic, co by mogło być odrzucone.

Jak wygląda aktualnie sytuacja pisarza w Rosji?

Jest kilku bardzo bogatych pisarzy, uprawiających powieści detektywistyczne czy thrillery, wydawanych przez duże wydawnictwa – nie wzbogacisz się w małym wydawnictwie. Są to: Dacenko, Buszkow czy żyjący w Ameryce Topól i Nieznanskij – wydaje się go u nas, bo w Ameryce nie ma wzięcia. Nieznanskij to już instytucja, ma kilkunastu autorów-rzemieślników, co to piszą pod jego styl, a on daje tylko nazwisko. W ten sposób wydaje 7 powieści rocznie. Znana i niezła jest też Malinina, pisze dobre kryminały (sama jest zresztą prokuratorem, więc ma dojście do akt).

Jakie czasopisma SF ukazują się obecnie w Rosji?

Zostały już tylko dwa, no może dwa i pół. Są to „Jesli”, który wychodzi w Moskwie i jest magazynem małego formatu, „ Iskatiel”; fantastykę drukuje jeszcze czasem „ Uralskij sledopyt”.

Czas na pytanie banalne, ale nieodmiennie interesujące czytelników, jaki masz sposób pisania?

Odpowiedź na to pytanie jest właściwie niemożliwa. Nie ma zasad. Ja na przykład jestem bardzo szybki. Jedenaście miesięcy w roku mieszkam w Moskwie jak każdy inny obywatel, pracuję, spotykam się ze znajomymi. A na ten jeden miesiąc uciekam z miasta, wyjeżdżam pod Sankt Petersburg lub pod Moskwę i wtedy piszę, od rana do wieczora. Potem kończę, wra­cam do Moskwy i znowu się nic nie dzieje. Piszę szybko, ale rzadko. Zwykle powstaje rocznie jedna powieść o Alicji, jedna powieść „dorosła” i kilka opowiadań.

Czy oprócz fantastyki masz inne zainteresowania?

Interesują mnie odznaki i medale, zwłaszcza polskie. Wydałem nawet album o polskich odznaczeniach do 1939 roku. Jest to chyba największe tego typu opracowanie na świecie, ale polscy koledzy mówią mi, że jako Rosjanin nie mogłem tego zro­bić najlepiej, ale jak już to zrobiłem, to jestem najlepszym rosyj­skim znawcą tego tematu. Napisałem też dwutomową książkę o XII stuleciu, ludziach jacy żyli w tej epoce.

Czy jakaś polska fantastyka jest obecna dziś na rosyjskim rynku?

Kiedyś było dużo Lema, Zajdla – ten bardzo mi się podo­bał. Wydawało ich wydawnictwo „Mir”. Teraz jednak zapom­niano o Polakach, wy zresztą zapomnieliście o nas.

Jedna i druga strona zapomniała, czas jednak by nasze państwa i odpowiednie instytucje do tego powołane, zadbały o promocję swojej kultury u najbliższych sąsiadów. Kiedyś był to system nakazowy, my was, to wy nas. Teraz musimy wziąć się za to sami.

Święte słowa.

I na tym chyba zakończymy naszą rozmowę.

Rozmawiał Wojtek Sedeńko

Katowice 1997

Zostaw komentarz