Wywiad z Tadeuszem Zyskiem, 1996

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 8 Styczeń 2011

Rozpocznijmy, Tadeusz od tego. że wykształcenie, które otrzymałeś, raczej nic przygotowuje do zawodu, który teraz w doskonały sposób wykonujesz, czyli wydawcy.

Żeby było śmieszniej, niewiele brakowało, a takie wydawnicze kształcenie bym otrzymał, bowiem kończyłem w Bydgoszczy Technikum Chemiczne, potem studiowałem psychologię i socjologię, natomiast obecnie moja była szkoła średnia ma też kierunek poligraficzny. Przydałaby by mi się ta specjalizacja teraz. W samym wydawnictwie i, za wyjątkiem działu handlowego, to w dziale promocji są ludzie z wykształceniem poligraficznym, zawodowcy. To samo redaktorki, obie przeszły dobre szkoły – jedna w PWN, druga w Wydawnictwie Poznańskim. Nawiasem mówiąc, głównym problemem wydawnictw prowincjonalnych, czyli pozawarszawskich, jest brak właściwie wyszkolonej i doświadczonej kadry.

Prześledźmy trochę twoją wydawniczą karierę – jak szło do założenia Domu Wydawniczego „Rebis”?

Ja pracowałem wtedy w PANie i pierwszy kontakt ą działalnością miałem poprzez Darka Chojnackiego, któremu pomogłem załatwić kilka spraw… (współzałożyciel wydawnictwa AMBER – przyp. WS.)

Ale kiedy pojawił się sam pomysł wydawnictwa…

Mnie zawsze interesowały dwie rzeczy – praca naukowa i wydawanie książek. Dawniej nie było możliwości realizacji tej drugiej, o wydawaniu drugoobiegowym nie wspominam. Natomiast sprawa wydawnictwa wypłynęła po raz pierwszy, gdy Tomaszowi Szponderowi, z którym pracowałem w PANie, mijał czas rotacji, bo nie napisał doktoratu, zaczął pracę w AZSie i zaczął szukać sposobu na życie. Zaczęliśmy się spotykać, rozmawiać i pamiętam, jak w 1989 roku na kiermaszu książki w „Arenie” padła propozycja – a może byśmy tak sami spróbowali. I już w czerwcu rejestrowaliśmy w sądzie firmę (tak w nawiasie, to rejestrację podpisywał ten sam człowiek, co rejestrował „Amber”). I tak to wyglądało, Szponder szukał sposobu na życie, ja miałem pewne doświadczenie z „Amberem” (właśnie wtedy zaczęli prze­nosić się do Warszawy) i stwierdziłem, że w tę próżnię po nich można by wejść.

Duże pieniądze były potrzebne do założenia tego in­teresu?

My wzięliśmy wtedy 800 milionów kredytu (1989 rok) na działkę mojej mamy pod Bydgoszczą (nota bene jest ona warta może 100, może 200 milionów); i wyobraź sobie, że nie było żadnego problemu, my przyszliśmy do banku po prostu z ulicy i otrzymaliśmy kredyt…

Takie były to czasy, że kredyt łatwo było dostać, ze spłatą było już gorzej…

Tak, sprawy zaczęły się komplikować, gdy gwał­townie skoczyło oprocentowanie. Był taki miesiąc, że poszło o prawie 90% w górę. Można było zwątpić i przestraszyć się.

Jaki profil wydawnictwa zaplanowaliście, pierwszą książką była rzecz z fantastyki.

Podzieliliśmy się pracą ze Szponderem w ten spo­sób, że program, profil wydawniczy załatwiałem ja, a on załatwiał sprawy organizacyjne i handlowe. Wspólnie załatwialiśmy drukarnie, ja na przykład bardzo dużo wtedy jeździłem po Polsce. Robiliśmy książki w Krako­wie, trochę w Pile i w Poznaniu. A spraw programowych właściwie nie dyskutowaliśmy, ja załatwiałem je od po­czątku do końca. I dwie pierwsze książki były robione równolegle, fantastyka – Colina Wilsona „Pasożyty umysłu” i horror – „Sataniści” Blacka.

Te początki były bardzo trudne, miałem jakieś kon­takty z Zachodem, ale nie miałem pojęcia, co może w Polsce być hitem. Stąd pojawił się Robert Holdstock (Black), fantastyka.

Minął rok, wydaliście kilka książek, powoli już chyba wiedziałeś, co chcesz wydawać, zrodziły się też pomysłykilku serii wydawniczych, kontynuowanych do dzisiaj.

Ten pierwszy okres, to był okres nauki o prawach rynku i prób znalezienia swojego na nim miejsca. Pa­trząc teraz na to, co robiliśmy, to wydaje się, że były to działania bardzo chaotyczne. Ale metodą prób i błędów badałem, po pierwsze, co rynek chciałby kupić, po dru­gie, co mogłoby być tą naszą niszą wydawniczą. I okaza­ło się, że oprócz fantastyki, którą zawsze chciałem robić i będę robił, ustawiły nas poradniki seksualne Mastertona i była to nasza dźwignia. Zadziwiające, bo do jej wy­dania namówił mnie sam autor, powiedział: „Tadeusz, co tam horrory, jak chcesz zrobić szmal, to wydaj poradnik seksualny. Zrobisz na nim duże pieniądze”. Hur­townia „Oramus” dziwiła się, że robimy taką rzecz i to w nakładzie 80 tysięcy. A po trzech dniach dystrybucji okazało się, że ten nakład zmiotło. I, co mnie zaskoczy­ło, było to jakieś dwa miesiące po wydaniu powieści sensacyjnej Mastertona, która właściwie się nie sprzeda­ła. („Ikon” – przyp. WS.)

Jaki nakład łączny osiągnęła „Magia seksu” Mas­tertona, pamiętasz?

Na początek 80 tysięcy, po dwóch miesiącach był dodruk kolejnych 80 tysięcy. To był gorący okres. Po wspomnianym Wilsonie i Blacku był Silverberg, antolo­gia „Barbarzyńcy”, „Ikon”, „Magia seksu” i potem już poleciało. Mieliśmy siedzibę w jednym pokoju przy kor­tach, byłeś tam zresztą, i byliśmy wręcz zawaleni książ­kami – to były na dzisiejsze warunki gigantyczne nakła­dy. To był pierwszy sygnał, że znaleźliśmy sobie miejsce na rynku. Drugim takim hitem po Mastertonie było „Przebudzenie” de Mello. Ja bardzo lubiłem tego auto­ra, współtłumaczyłem ją i chciałem ją wydać, choć nie bardzo wierzyłem, że się sprzeda. Nakład był mały, 10 tysięcy, książka religijna, jakby na drugim biegunie Mas­tertona i miałem wątpliwości. Wiedziałem, że to świetna rzecz, ale były głosy, że zostaniemy z nakładem. I książ­kę także wymiotło z hurtowni w parę dni, telefony się urywały, wszyscy byli zaskoczeni, że książka religijna może być hitem wydawniczym. To był dla mnie sygnał, że na rynku brak książki wartościowej, że jest na nią za­potrzebowanie. I wtedy właśnie zacząłem się zastana­wiać nad nową serią dobrej książki. Zacząłem jeździć na Zachód i pojawiła się wówczas szansa wzięcia kilku książek, które zawsze chciałem mieć. Jedną z nich był „Mag” Fowlesa, ta książka bardzo mi się podobała…

Był gotowy świetny przekład…

Tak i gdy okazało się w Londynie, że jest to wolne, natychmiast kupiłem. Wtedy też kupiłem „Umierając wewnątrz” Silverberga. A po klapie z „lkonem” stwier­dziłem, że naszym zadaniem jest wydawać literaturę lep­szą od sensacyjnej. I wtedy powstał projekt „Salaman­dry”. Zaczęliśmy szukać plastyka jednolitej szaty gra­ficznej, mieliśmy duże szczęście, że trafiliśmy na Lucy­nę Talejko-Kwiatkowską. Długo do niej chodziłem, po­kazywałem książki zachodnie, wyjaśniając, o co mi cho­dzi. Od początku wiedzieliśmy, że ta seria musi mieć jednolitą, łatwą do zidentyfikowania szatę. A założenie było takie, że miała to być dobra seria literacka, na wy­sokim średnim poziomie, adresowana do ludzi, którzy wychowali się w getcie fantastyki i weszli w mainstream. Bo doszedłem do wniosku, że ci czytelnicy, któ­rych mamy, 20-,30-,40-letni, byli chowani na fantastyce. To zaobserwowałem też na Zachodzie, jak wielu autorów mainstreamowych wyszło z getta sf lub miało z nim jakąkolwiek styczność. Takim spektakularnym przykła­dem jest Pynchon, który ma opinię prawie pewnego noblisty, a jednocześnie człowieka, który w pewnym sensie uprawia fantastykę. To zasługa postmodernizmu, który wspaniale kwitnie na całym świecie i moich zain­teresowań psychologią i socjologią.

Ten eklektyzm dał wspaniałe wyniki.

Tak. To miała być typowo postmodernistyczna seria adresowana do ludzi, którzy wychowali się na fantasty­ce.

A pozostałe serie? Psychologia, Wodnik?

To było związane z moimi zainteresowaniami zawo­dowymi i próbą zmiany image’u „Rebisu”, który znalazł się w takiej trochę dziwnej sytuacji. Wydawaliśmy psy­chologię, de Mello, a i tak byliśmy tymi, co wydali „Ma­gię seksu”. Wynikało to pewnie z faktu, że ta jedna książka ustawiła nas na rynku. Miałem wrażenie jednak jakby takiego małego bojkotu w niektórych kręgach opi­niotwórczych, które uważały nas za facetów od porno­grafii. I chyba do końca tego wizerunku nie przełamaliś­my.

A Biblioteka Nowej Myśli? Rozpoczęliście wznowie­niem „Outsidera” Wilsona, potem poszły książki doku­mentujące przeobrażenia epoki hipisowskiej kontestacji. Czy to nie było ryzyko, wydawanie książek kultowych dla tamtego pokolenia, ale dziś już trochę przestarza­łych?

Pierwsze tytuły w tej serii były jednak „gorące” – czyli de Mello, „Tao Kubusia Puchatka”, reszta… fakt. Większe ramotki wydawaliśmy jednak w serii psycholo­gicznej, dziś tamta formuła wydaje mi się zła. A z litera­tury kontestacyjnej pojawił się Wilson, Shea, ale w „Sa­lamandrze” (i dzisiaj w „Kameleonie”), bo wydawało mi się, że oni najlepiej prezentują w literaturze nurt postmodernizmu i anarchizmu, tacy bracia Marx w lite­raturze, wesoło to robione, kontrkulturowo. A „Zen i sztuka oporządzania motocykla” to książka filozoficz­na, choć faktycznie pisana kontrkulturowo.

Ja bałem się, Wojtek, „New Age’u”, bo jest tu bar­dzo dużo i bardzo złej literatury. Wolałem wydawać rzeczy starsze, kultowe, bo te nowe jest bardzo trudno śledzić i wyławiać.

I dochodzimy do punktu przełomowego. Od czterech lat jesteście na rynku i nagle pada informacja o rozpa­dzie „Rebisu”. To wszystkich mocno zaskoczyło. Pamię­tam, że przyjechałem do Ciebie w pierwszym miesiącu działania Twojego nowego wydawnictwa, jeszcze jako „Rebis” s. c, wtedy nie chciałeś o tym mówić, może więc teraz, z perspektywy prawie trzech łat, powiesz o co po­szło? Przyznam się, że sporo hurtowników do dzisiaj nie e dlaczego dobrze prosperująca firma, usadowiona icno na rynku, rozpadła się na dwa człony, konkuru-ce ze sobą, co mogło doprowadzić do złych skutków i obu.

Teraz już chyba można o tym pogadać, bo i emocje opadły. Pod koniec 1993 roku wchodziliśmy w bardzo dobry okres, umocniło się kilka serii – „Salamandra” szła jak burza, wtedy pojawił się właśnie Wharton. Tak na marginesie to wtedy wprowadziliśmy na listę bestsellerów swoją pierwszą książkę – „Stado” wspomnianego Whartona. To wszystko było jednak jakby na zewnątrz, natomiast wewnątrz firmy dochodziło do coraz większych konfliktów. Ja teraz nie wyobrażam sobie, żebym mógł pracować w takim zespole i w takim stylu pracy, jaki wtedy w „Rebisie” się kształtował. W 1994 roku doszło do kilku decyzji Szpondera, które nigdy nie powinny mieć miejsca, które nie były zgodne z tym, co jak mi się wydawało, ustaliliśmy. Dochodziło do sytuacji, w której kilka osób w zespole dawało sygnały, że jest konflikt i nie można współpracować – tu idzie m. in. Alka Szablińskiego, który wydawał mi się osobą kompetentną do prowadzenia działu handlowego. Dał sygnał, że źle mu się współpracuje z niektórymi osobami, że jak tak dalej pójdzie, to będzie musiał przerwać pracę (to później dyrektor handlowy wydawnictwa Zysk S-ka, a obecnie szef własnego wydawnictwa, Replika – przyp. WS. ). Była też różnica programowa, w 1994 roku nie było zagrożenia z zewnątrz, więc zacząłem sobie zadawać pytanie, czy moja filozofia prowadzenia firmy jest zbieżna z filozofią Szpondera. I wyszło mi, że nie, co ewidentnie wypłynęło przy kilku rzeczach, za­częło się przy „Stadzie” Whartona. Ja byłem zwolennikiem bardzo porządnego przygotowania jego wejścia na rynek, zwlekałem ze „Stadem”, co Szponder uważał wręcz za sabotaż; bo ja uważałem, że trzeba poczekać, rozgrzać maksymalnie rynek i puścić ją tuż przed Świę­tami. A Szponder uważał, że premiera powinna nastąpić jak najszybciej, około lata. Ja zawsze coś tam wymyśla­łem, żeby wstrzymać druk i doszło do bardzo mocnego konfliktu filozofii działania. Drugą książką, która wyka­zała różnice myślenia było „Te prosiaczka”. Ja chciałem zawsze wybierać książki najlepsze i o ile „Tao Kubusia” było książką bardzo dobrą, to „Te prosiaczka” bardzo złą, nudną, która mówi o rzeczach, które w Polsce się nie przyjmą. Byłem za ciągłym utrzymaniem w sprzedaży „Tao” i puszczeniem „Te” w późniejszym terminie, w ostateczności i w małym nakładzie. To była kość nie­zgody, kropla, która przelała kielich goryczy, bo Szpon­der wydał ją szybko i w czasie mojej nieobecności zde­cydował o dużym dodruku, który do dzisiaj leży w ma­gazynie.

Odszedłeś, zatrzasnąłeś za sobą drzwi, a na rynku powstał mętlik. Dwa „Rebisy”, dwie serie z Salamandrą, jedna biała, druga czarna. Dezinformacja była tak duża, że np. ŚKF przy nominacjach do Śląkfy uznał (jeszcze pół roku później) „Gwiezdny przypływ” za książkę „Rebisu”, a nie Twoją, jak to było w rzeczywistości.

Ja mam trochę wyrzutów sumienia, muszę ci powie­dzieć, bo inicjatorem rozpadu byłem ja. Szponder dał do zrozumienia, że jemu jest dobrze i żeby kontynuować. Ja odpowiedziałem, że dobrze nie jest mi ani zespołowi. I pierwszym elementem, który umocnił mnie w powzię­tej decyzji, była chwila, gdy zespół deklarował się, po czyjej stronie gra w przyszłości. Za mną poszli prawie wszyscy, redaktorzy, redaktor techniczny, księgowa i in­ni. Ja działałem pod wpływem emocji, nie bardzo myś­ląc o przyszłości. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak wielkie ryzyko podjąłem. Wszyscy przyznali mi rację, ale od tej racji do realizacji było daleko i, chwała Bogu, mam to już za sobą.

I wtedy zrobiłem drugi błąd, bo Szponder od razu proponował mi zmienić nazwę firmy. Ja myślę, że to by­ła dobra sugestia, chociaż nie znam jego intencji, ale wtedy sądziłem, że obie firmy będą miękko współpraco­wały. I wynikł ten bałagan, o którym wspomniałeś. A ŚKF powinien był to wiedzieć, bo to zawodowcy, fan­dom, rynek miał prawo się pogubić – oni nie. Jak się kreuje jakieś opiniotwórcze środowisko, to trzeba to ro­bić rozważnie. To samo dotyczy też recenzji krytycz­nych, żeby były oparte o rzetelną wiedzę i przemyślenia, niech padają argumenty mocne, ale prawdziwe, a jak to nie pada, to…

Wracając do tematu, przez rok szły równolegle dwie serie z Salamandrą, jedna biała – nasza, druga czar­na – „Rebisu”. I jakoś ze sobą współgrały, choć czytel­nik mógł być zdezorientowany. Myślałem, że będzie tak do czasu, gdy jedna z nich – i miałem pewność, że nie będzie to moja seria – wyczerpie swoją formułę. Myśla­łem, że będzie do niej kupował inne tytuły, nie pasujące do poprzednich. 1 tak się z początku wydawało, bo pusz­czenie w niej „Czarnej topieli”, Goldinga, Shiguro, zmieniało jej formułę. Były to różne style, różne książki, dla różnych odbiorców. A moim założeniem było, aby w serii były książki dla jednego odbiorcy. Taki Adams na przykład. I Szponder zaczął mi zarzucać, że to chłam i tandeta, co było dla mnie szokiem. A seria o autostopowiczu jest jedną z najlepszych pozycji w Kameleonie. I pod koniec 1994, po prawie roku funkcjonowania dwóch serii z Salamandrą, Szponder próbował opatento­wać znaczek firmowy Salamandry w Urzędzie Patento­wym; wzbudziło to wręcz szok wśród moich współpra­cowników, bo wszyscy wiedzieli, że w sensie pomysłu i autorskim siłą napędową serii byłem ja. Mówiono mi, bym podjął jakieś stanowcze działania, ale stwierdziłem, że skoro przez ten rok tak „popsuto” serię przez różno­rodny i niefortunnie dobierany repertuar, to warto za­stanowić się nad nową serią wydawniczą. Było to trud­ne, bo nową serię trzeba od początku zakotwiczać na rynku, w dodatku trwa to kilka miesięcy i udaje się lub nie. I tak powstał Kameleon.

Ale udało się, a formuła serii była taka, że wprowa­dzamy dobre, nowe książki nowych autorów.

Powiedz mi jedną rzecz – gdybyś miał w skrócie przedstawić bilans swojego wydawnictwa po prawie trzech latach działalności, to co udało ci się osiągnąć, czego nie udało zrealizować, co byś chciał poprawić. Po­wiedz jaki był Twój największy sukces, bestseller, a jaka była największa wpadka?

Najcięższy okres w dziejach firmy to był ten pier­wszy rok, gdy weszliśmy do obecnej siedziby, gdzie bie­gały szczury, gdzie ściany były zagrzybione, wszystko było zawilgocone – byłeś tu zresztą wtedy – trzeba było wszystko robić od podstaw…

Ale teraz firma zaczyna wyglądać jak trzeba…

Teraz tak…

A finanse, przecież remont generalny dużej kamieni­cy sporo kosztował, brałeś znowu kredyt?

Nie, drugi raz nie chciałem tego robić. Jak teraz wracam myślą do tego okresu, to czasem było to wręcz ekwilibrystyczne wchodzenie w zadłużenie do granic wytrzymałości. Ale myślę, że co innego było dużo gorszego, byliśmy tak skoncentrowani na organizacji firmy, że nie skupiliśmy się na zdobywaniu wiedzy o rynku, popełniliśmy z początku kilka błędów. Problem tkwił m. in. w przepływie informacji, nie mieliśmy komputerów, księgowość robiliśmy ręcznie, system księgowy mieliśmy wtedy nie jako ryczałtowy, tylko procentowy, czyli księgowość nie zmuszała, żeby patrzeć na całą firmę globalnie, całościowo. To niekorzystne. Dalej, przyjęliśmy strategię, którą kontynuujemy nadal, miękkiego negocjowania spraw finansowych, dystrybucji. Nie byliśmy tacy bezwzględni w działaniu, zarówno z kontrahentami jak i z nakładami,  i to jest dobre, ale na początku firmy było bardzo ryzykowne. Za dużo spraw załatwialiśmy w stylu „jakoś to będzie”. I było takie przesilenie latem pierwszego roku działalności i dopiero pod koniec 1994 roku udało się sytuację ustabilizować. W grudniu zaczęły się ujawniać próby umocnienia na rynku i uzyskaliśmy pierwsze  zwyżki.

Rok 1995 to już okres stabilizacji. Wielkim plusem jest to, że udało się uformować wśród odbiorców wyraźny obraz serii z Kameleonem, serii fantastycznej, ruszyliśmy z kilkoma nowymi seriami – z literaturą po­pularno naukową i naukową. Okazało sie, że jest to dobre nie tylko prestiżowo, ale i komercyjnie. U hurtowników zyskaliśmy opinię, że generalnie wszystkie nasze książki są dobre i dobrze się sprzedają. Bo wielu wydawców ma opinię, że posiadają parę hitów prowadzących, a reszta to kit, po odjęciu tych dobrych rzeczy je­go oferta ubożeje. Nasze wydawnictwo nie stoi np. tylko Whartonem czy Carrollem. Nie mamy takich tytułów, które w pierwszej fazie działania, gdy testowaliśmy ry­nek, wykazywały jakiś wyraźny odchył od średniej, za­równo w górę czy w dół.

A sukcesy? Wykreowaliśmy – samodzielnie – dwa bestsellery rynkowe. Pierwszy to „Mężczyźni są z Mar­sa, kobiety z Wenus”, sprzedaliśmy ich 40 tysięcy w cią­gu roku. Wykreowaliśmy ten tytuł od zera i było widać, jak z miesiąca na miesiąc jego sprzedaż rośnie. Drugi ty­tuł to była „Filozofia”…

To taki niby podręcznik, niby bryk, skrótowe kompedium z jakiejś dziedziny…

Tak, w tej chwili wyszły: „Filozofia”, „Psycholo­gia”, „Etyka”, „Socjologia”, przygotowywana jest „Psychiatria”, „Kulturoznawstwo”.

A jaka była największa wpadka wydawnicza? Z czym zostaliście, bo rynek nie wchłonął?

Chyba z książką Nouwena o wspólnocie upośledzo­nych. Książka i autor byli sporo i głośno reklamowani, zrobiliśmy 10 tysięcy, sprzedało się może 3 tysiące. I to była wpadka nie tyle finansowa, bo są tytuły, o których z góry wiemy, że nie zarobią na siebie od razu – jak z Pynchonem, którego 5 tysięcy będziemy sprzedawać przez lata – co wpadka z rozminięciem się z naszymi oczekiwaniami. Przyjechał do Polski autor, była wielka promocja, istniał ruch społeczny i… klapa.

Jak oceniasz polski rynek książki?

Oj źle. Jest to rynek, gdzie dosyć nieźle funkcjonuje tylko kilku wydawców, stosunkowo dobrze pracuje sieć hurtowni (ale tylko tych dużych), ale o wiele gorzej ma się sprawa z księgarzami. Winien jest tu system zaopatrywania księgarń, gdyż mało jest księgarzy wykwalifi­kowanych, znających się na towarze, który sprzedają. I wydawcy na własnej skórze, na własnych pieniądzach, musieli się wyedukować i rozpoznać rynek, uczyć się na błędach innych. A ponieważ księgarz pracuje najczęściej w systemie depozytowym, książki może w każdej chwili zwrócić, więc nie uczy się rynku – wystarczy mu mieć pełną ofertę. Całość ryzyka związanego z wydaniem książki spada na wydawcę. Ten system spowodował, że edukacja księgarska nie istnieje.

Ale absolutnie beznadziejny, zły, jest na polskim rynku system… powiedzmy medialny, czyli prasa, radio i TV. Informacja o książce jest skandaliczna. I dzienni­karze, recenzenci piszą albo o całkowitych bzdetach, albo o książkach kolegów. A my tu mamy sytuację, że przez 50 lat komunizmu polski czytelnik był wyłączony z krę­gu światowej literatury, nawet i polskie najwybitniejsze osiągnięcia bywały na świeczniku bądź były cenzurowa­ne. Czytelnik nie został wyedukowany. I prasa powinna informować czytelnika o tytułach dostępnych na rynku, o trendach, nowinkach. Dlaczego fantastyka tak dobrze się trzyma? Bo jest to jedyny segment rynku, gdzie is­tnieje prasa, recenzje (jakie one są, to są, ale najważniejsze, że są), fanziny, spotkania, gdzie można mówić o względnie wysokim poziomie wyedukowania czytelni­ka. Dlatego w fantastyce dużo mniej ryzykowne jest wprowadzenie nowej książki nowego autora niż w mainstreamie.

A taki „Exilibris”?

To mogłoby być dobre pismo, gdyby nie było usta­wione towarzysko…

I politycznie, politycznych wrogów tam się nigdy nie pochwali.

Tak i to jest paranoja.

Ale brak informacji Ież,y także po stronie wydaw­ców. Robię takiego „SFinksa” całkowicie za darmo, ze zwykłej pasji i miłości do fantastyki, podobnym sobie co mi pomagają „płacę” egzemplarzami autorskimi i co? Robię wydawcom darmową reklamę, opisuję każdą ukazującą się na rynku książkę, recenzent musi ją prze­czytać, w trakcie trochę podniszczy, a nic zdarzyło się, żeby jakieś wydawnictwo pośpieszyło do mnie z gratiso­wymi egzemplarzami książek, których ma przecież prze­znaczoną jakąś pulę na reklamę. Na to samo narzeka Oramus w NF, recenzują książki, które dostaną, a i tak głównie muszą je wyprosić od wydawców. Przecież recenzent musi dostać książkę, nie może kupić jakiegoś gniota w księgarni za 15 zł i dostać za recenzje 10 zł!!! A kto mu zapłaci za szkody moralne wyrządzone lekturą kitu!

A ja ci powiem, że bardzo dużo książek nam ginie. Na cele reklamowe przeznaczam kilkanaście egzempla­rzy…

To gdzie to znika?

Bo trafia na biurko redaktora naczelnego bądź se­kretarki, która bierze sobie egzemplarz do domu. Bę­dziemy musieli zrobić tak, by było to adresowane na konkretną osobę, na Oramusa na przykład, czy na ciebie, co sobie zaraz ustalimy. Poza tym jestem absolutnym przeciwnikiem płacenia za pozytywne recenzje, obyczaj w Polsce nagminny ostatnio. A płatna recenzja pozbawia jego autora swobody działania.

Tego typu reklama, bo to jest reklama, powinna być zaznaczona w prasie. I wszystko będzie jasne. Dla mnie najważniejszym jest kryterium obiektywizmu, czasami aż potrafię przegiąć i nie dam książki pana X recenzentowi Y, bo wiem, że twórczość iksa jest jego ulubioną i będzie nieobiektywny.

W „Nowej Fantastyce” nie było jakiś ewidentnych przewałek, ale zdarzało się, i mogę te numery wskazać, że autorzy recenzji nie przeczytali do końca omawianej książki. Ale nie zdarzyło się też, że dobra książka prze­szła tam nie zauważona. Chociaż było i tak, że Piotrek Cholewa, którego sobie bardzo cenię, skopał „Autosto­pem przez Galaktykę”, pisząc, że przekład Wieczorka był lepszy, a to właśnie był przekład Wieczorka. Czyli nawet Piotrek też potrafi stracić rozsądek, nie porównał tłumaczeń. Ja wiem, że ten przekład kuleje, bo Adams jest bardzo trudny do przełożenia. Zresztą tłumacz dobrze wie, że nie ma tłumaczenia, nad którym nie można-by było jeszcze popracować.

Widzisz, w fantastyce, jeśli ja wprowadzam nowy tytuł i nowego autora, załóżmy Brina – to był sukces, „Gwiezdny przypływ” sprzedawał się bardzo dobrze – to nie boję się ryzyka. Ale w głównym nurcie, nie mainstreamowym,  kampusowym, ograniczonym jakimś get­tem, ale w jakieś znanej nawet serii dobrej książki, wprowadzam nowego autora – mogę nie otrzymać żad­nej recenzji. Z Donny Tartt, świetnej, bestsellerowej au­torki, nie było ani jednej recenzji w prasie – mówię o prasie ogólnopolskiej, literackiej. A została zauważona w „Nowej Fantastyce” i w „SFinksie”.

To wielka książka…

I to z kilku względów. Po pierwsze był to debiut, je­den z najbardziej zadziwiających na amerykańskim ryn­ku, książka stała się tam kultową, autorka zamilkła, bo jak powiedziała może nie przeskoczyć tak wysoko pos­tawionej sobie poprzeczki.

Podobnie miała się sytuacja z Hellerem po opubli­kowaniu „Paragrafu 22”.

Tak, dokładnie. W każdym bądź razie nasza krytyka jej nie zauważyła. Podobnie Robbins, porównywany, a moim zdaniem lepszy, do Vonneguta. Ci, co uważają się za krytyków, potrafią nie zauważyć wybitnych ksią­żek.

Ja myślę, że oni nie tyle są nie doinformowani, co po prostu działają w oderwaniu od tego, co dzieje się w literaturze światowej, ich nauczono pracować we własnym sosie…

Tak, oni są zamknięci w kręgu bardzo hermetycz­nych, akademickich spraw. I tu tkwi klucz. To, że czytel­nik lubi i czyta – przepraszam za wyrażenie, jak mówi pan Varga – Harlequiny typu Whartona czy Carrolla, to jest winą pana Vargi. Gdyby recenzowali nowe książki, ja wiem, że Carroll nie jest wielkim pisarzem, w dodatku monotematycznym, obracającym się wokół motywu śmierci, dorastania, ale mogę wymienić tu zaraz wielu lepszych pisarzy, ale co mi to da, jak ja nie mam popar­cia i zaplecza recenzyjnego. Taka Donna Tartt pisze o problemie podobnym co Carroll, ale literacko jest o niebo lepsza, u niej jest dyscyplina, klasa. I kto to zau­ważył z krytyki? Nikt. A sprzedaliśmy także dodruk.

U nas ludzie boją się nowości, a w Ameryce jest od­wrotnie – tam szuka się wciąż czegoś nowego. W fantas­tyce jest inaczej, tu nowi się sprzedają – przykład Kaya, Brina, Jordana, cyklu „Dragonlance”.

Przechodzimy powoli w stronę fantastyki, masz ko­rzenie fandomowe.

Zdecydowanie tak, nawet i moja żona, bo przepisy­wała trochę na maszynie fanzin „Orbity”. Ja przyszed­łem do fandomu przez przypadek, fantastyką zawsze się interesowałem, natomiast na Akademii Rolniczej miałem kolegę, który prowadził zajęcia z filozofii i okazało się, że tam organizuje się filia klubu „Orbita” i namówił mnie, żebym przyszedł. Zrobiliśmy spotkanie, ale jak to studentami, długo nie wytrwali, a ja zacząłem chodzić do „Orbity”, jeszcze na Winogradach – dobrze znasz tę siedzibę. Siedziałem tam raczej w tle, bo wtedy nie byłem piwoszem…

Na szczęście to się zmieniło.

To chyba dobrze? Zaprzyjaźniłem się z Jackiem Wójciakiem, byliśmy prawie sąsiadami. A najbardziej cieszyłem się z tej przynależności z powodu możliwości kupienia klubówek. Nic właściwie w klubie nie robiłem, chyba parę osób mnie zauważyło.

W swojej ofercie fantastycznej masz przewagę literatury fantasy. Podejrzewam, że jest to sprawa tłumaczy.

Dokładnie. Są nawet dwa powody. Twarda sf dość szybko się dezaktualizuje, trudno znaleźć tytuł żywy na rynku przez dłuższy okres czasu. Spójrz na takiego Asimova, co z niego zostało. Fantasy jakby bardziej się tu  broni. Tolkiena można czytać teraz, będzie można za 50, 100 lat. A hard sf za kilkanaście lat jest już ramotą. Żeby było zabawniej ,bronią się głównie książki mło­dzieżowe, przygodowe, taki Heinlein, Brin. Drugi powód to tłumacze. Twardej sf nie chcą tłumaczyć, bo wymaga to dodatkowej, ścisłej wiedzy, łatwiej się można wyło­żyć…

Nakoniecznik wręcz twierdzi, że science fiction jest najtrudniejszą literaturą dla tłumacza.

Zgadzam się. Znacznie łatwiej tłumaczy się mainstream. Nowych tłumaczy często testuję na fantastyce…

I my to później musimy czytać!

Ale tak jest. Weźmy Pynchona, facet nie ukrywał swoich fantastycznych źródeł, skąd ja wezmę do niego tłumaczy? Na rynku jest ledwie kilku takich, co go po­trafiliby zrobić od ręki.

Powiedz mi o zjawisku zwanym Andre Norton. Znasz ją dobrze, jest to kobieta, która nie tyle wsławiła się wielkim pisarstwem, rzekłbym raczej, że wręcz prze­ciwnie, ale tym, że pomagała wielu ludziom związanym z fantastyką.

Trzeba na nią patrzeć z dwóch stron. Jako na Andre Norton – osobę i Andre Norton – pisarkę. Pisarką wielką nie jest, ale przez młodzież w wieku 9 – 12 lat będzie czytana jeszcze przez lata, dłużej niż wielu lepszych od niej pisarzy. Ona kieruje te swoje historie właśnie do ta­kiego czytelnika. I tego nie wolno lekceważyć, bo dzięki takim młodzieżówkom sf, jakie pisze ona czy pisał Heinlein, wychowano pokolenie Amerykanów, które polecia­ło na Księżyc. Takie książki przygotowują rzesze doros­łych miłośników fantastyki, nauki, wywołują pragnienie wiedzy. Natomiast jako człowiek, jest to osoba wspania­ła. Przygotowuje młodych pisarzy, stworzyła fundacje, przyznaje stypendia i nagrody. Jest bardzo życzliwą osobą. Byłem w jej domu i nie spodziewałem, że będę się czuł jak w rodzinie. O niej w fandomie amerykań­skim nikt złego słowa nie powie. U nas jest bardziej tę­piona, bo chyba niewielu rozumie istotę jej pisarstwa.

Ale było jej za dużo, tak jak teraz za dużo jest McCaffrey.

Ale są czytelnicy, którzy najpierw sięgną tylko po Norton czy McCaffrey, a potem może po coś innego. Znam ludzi, którzy uwielbiają Lackey, a mają kłopot z Brinem.

Jak dobierasz repertuar? Agencje, osoba polecająca, sam, wydawcy zachodni?

Procedura jest taka, ja każdą książkę muszę mieć w ręku. Przeczytać każdej nie dam rady, czasu za mało, ale przynajmniej duże fragmenty. Muszę się zoriento­Wać, jak autor pisze, o czym. Ale na Zachodzie jest nad­miar bogactwa, wtedy wybieram, a że mniej więcej wiem o co mi chodzi, to nie tracę czasu na chłam. Do­piero wtedy, po zakwalifikowaniu jakiejś grupy, patrzę na opinię agentów. Albo sięgam po „Locusa” i recenzje. Nie patrzę na nagrody, bo często się zdarza, że w grupie książek walczących o Hugo i Nebule są bardzo różne książki, dobre i złe. Przypadek decyduje, że wygrywa ta a nie inna. Laureaci najczęściej odzwierciedlają jakiś trend, modę. Bardzo się cieszę, że książka, którą wybra­łem otrzymuje jakąś nagrodę, ale jest to tylko potwier­dzeniem, że nie robię lunatycznych posunięć. Ale żeby kupować książki według listy nagrodzonych, to nie, nig­dy w życiu. To jest tylko element potwierdzający wizję i doświadczenie. Na przykład jest teraz pewne przesyce­nie klasyczną fantasy, więc spróbuję dać tzw. „urban fantasy”. Poza tym trzeba do książki od razu dopasować styl tłumacza. Recenzje pozwalają tylko odrzucić chłam.

Skoro jesteśmy już przy kupowaniu książek, to co będziemy mogli przeczytać z fantastyki dzięki Twojemu wydawnictwu w najbliższym czasie?

Poczyniłem kilka zakupów książek, które chciałbym mieć w stałej sprzedaży, książek w fantastyce kulto­wych: „Władcę Pierścieni” Tolkiena, „Mgły Ayalonu” Bradley czy cykl „Diuna” Herberta, który zamierzam wydać w nowym tłumaczeniu. Tak w ogóle to większość dobrych tytułów polscy wydawcy już rozebrali. W tej chwili wiele czasu poświęcam na odkupywanie tytułów, którym wygasła opcja na wydanie w Polsce; tak jest z powyższymi powieściami. Wydam też „Człowieka z Wysokiego Zamku” Dicka.

W związku z dużą konkurencją pojawia się koniecz­ność jak największej promocji autorów. Podobnie jak to już rozumie kilku innych wydawców, zamierzasz zapra­szać do Polski pisarzy z Zachodu. W tym roku był to Lawhead, szkoda że jego dzieło nie jest jeszcze tak u nas znane. Na kogo możemy jeszcze liczyć, pytam przy oka­zji możliwości ich wystąpienia na Festiwalu?

Wysoce prawdopodobne jest, że na następnym Poli­gonie pojawi się Robert Jordan – jest bardzo chętny na taki przyjazd. Jest duża szansa na przyjazd Guya Gavriela Kaya, rozmawiałem z nim na ten temat. Chciał­bym sprowadzić Williama Gibsona, którego „Count ze­ro” i „Światło wirtualne” wydam wkrótce; ale tu mogą być pewne problemy. Z pewnością przyjedzie Holdstock, ale trzeba poczekać na wydanie „Lasu ożywione­go mitu”, to jego najlepsza książka.

„Mythago Wood” ma już parę tomów kontynuacji…

O… tego jest już bardzo dużo, pięć tomów, jest na­wet opcja filmowa. On napisał jeszcze kilka rzeczy o tym Lesie, w którym ożywają jakby archetypy. Pier­wszy tom wydam jeszcze w tym roku.

Wracając do poprzedniego pytania, to udało mi się -podstępnie – wyłudzić od ciebie, a ukaże się to na piśmie, obietnicę sprowadzania na Festiwale znanych pisarzy, uff…

Bardzo chętnie to uczynię, wydawcy zresztą robią to coraz częściej, jak sam zauważyłeś. To będzie norma. Pisarz musi udzielić kilku wywiadów, spotkać się z fandomem, odbyć spotkanie w księgarni. Musi zacząć pra­cować na siebie, a na Zachodzie są do tego przyzwycza­jeni.

Ale są to dla ciebie koszty.

O tak. Muszę pokryć koszt przelotu, najgorzej, gdy rzecz dotyczy autora z USA. Sam pobyt w Polsce jest już tańszy, chociaż trzeba go wyżywić, zakwaterować, transport po Polsce, tłumacza. Ale znajdują się ludzie gotowi postawić obiad, nocleg. Pobyt Amerykanina można zresztą połączyć z jakimś jego służ-n przyjazdem do Europy.

Całą fantastykę drukujesz w Berlinie. Ich wykonanie prezentuje równe grzbiety i formaty, piękne kolory, co pozwala robić wzorcową serię. Tymczasem ty unikasz robienia serii. Właściwie każda książka jest wydana inaczej, indywidualnie, chociaż format jest jednakowy. Sfani lubią serie, kolekcjonerstwo legło u podstaw po­wstania fandomu.

Dla mnie to pozostałość po socjalizmie. Czytelnik nie może być zmuszany do kupowania całej serii. Sta­ram się tylko, aby cykle powieściowe wyglądały podob­nie. Dlaczego miłośnik Lackey ma kupować Donaldsona? Wierzę, że czytelnicy będą się różnicować, będą wy­bierać książki dla autora, treści, a nie tylko dla serii. Na­tomiast jest to w identycznym formacie, porządnie skle­jone, papier dmuchany, lekki. Tego ostatniego nie potra­fią niektórzy zrozumieć, przyzwyczajeni do komunis­tycznej rozrzutności i wydawania książek na najlepszym papierze.

Ja myślę, że czytelnika interesuje treść. Jestem prze­ciwnikiem książki na półkę. Co innego, gdy wydajemy „Bestiariusz Tolkienowski” – to musi być na dobrym pa­pierze, szyte, w twardej oprawie, z obwolutą. Natomiast książki do czytania muszą się nie rozpaść po kilkakrot­nym czytaniu, być lekkie i małe. i to wszystko.

A teraz o procederze, który stał się u nas nagminny, a ja mam go za niecny, czyli o dzieleniu książki na wolu­miny. Jordan czy Feist są to cegły i mogę taki zabieg w ich przypadku zrozumieć…

Technicznie niemożliwe jest wydanie ponad tysiącstronicowej powieści w jednym tomie popularnym.

ale, dlaczego, u diaska, u ciebie wydanie tych po­łówek dzieli kilka miesięcy odstępu?!

Jordan to jest nasza wina. Ulegliśmy tłumaczce – według naszej filozofii cykl musi przekładać jedna oso­ba – Jordana robiła pani Karłowska i nieszczęście polega na tym, że lubi też tłumaczyć inne książki, a przekład fantastyki traktuje jako możliwość dorobienia pieniędzy. I gdy przyniosła połówkę trzeciego tomu powiedziała, że drugą część ma prawie gotową i zrobi ją za miesiąc. My połówkę wydaliśmy, a pani wyjechała do fabryki papieru do Kwidzyna pracować jako tłumaczka i na pół roku ją wcięło. I dopiero po 6 miesiącach otrzymaliśmy przekład drugiej części. Nauczeni tym doświadczeniem będziemy teraz żądać od tłumaczy całości przekładu. Bo kiedy w sztuczny sposób tniemy książkę, to chcemy mieć gwarancję, że cały proces produkcji kontrolujemy. Ale to była nasza wina, trzeba było sprawy dopilnować. Zwykle wydanie części będzie teraz dzielić miesiąc.\

A rozłożenie w czasie cyklów, weźmy taki Pendragon Lawheada?

Cykl tłumaczy Andrzej Polkowski, ostatnio bardzo ciężko chorował, a nie chcę dawać tłumaczenia komu in­nemu. Mimo żali czytelników, warto jednak chyba po­czekać aż dzieła dokończy pan Polkowski.

A redakcja? Nie tak znowu rzadko odzywają się gło­sy o słabej pracy redakcyjnej w twoim zespole. Najbar­dziej znana jest sprawa cieniutkiej książeczki Tolkiena „Drzewo i liść”.

Tak, przekład Marka Obarskiego. Nie ulega wątpli­wości, że zrobił dużo błędów, przyznaliśmy się zresztą do tego. Było to tak, że poemat liczyć miał 4 strony, cała książeczka szła do drukarni na dyskietce, pozostałe tek­sty były gotowe, poddane redakcji, a poemat dostarczył Marek Obarski na dzień przed wysłaniem do drukarni. Nikt nie zajrzał do dyskietki, nie było czasu, inaczej pewnie byśmy rzecz cofnęli. Zaufaliśmy tłumaczowi, który jest poetą i ściśle z nami współpracuje. To był błąd, ale powiem ci, że można dobrze przetłumaczyć 99% książki dobrze, zrobić jeden błąd i klops, będzie rzutował na całość…

Tak, a im większego kalibru, tym bardziej staje się anegdotyczny. I Skibniewska, i Barańczak, nie ustrzegli się ich także. A teraz pomówmy o cenach. Na początku miałeś bardzo wysokie ceny, słyszało się metafory łączą­ce je z twoim nazwiskiem, teraz lokujesz się w środku ta­beli. Choć nadal niektóre ceny są porażające, np. cena tego plakatu-mapy do „Hobbita”.

Czemu? Rzecz drukowana jest w Anglii, cena druku jest stała, a w Anglii kosztuje ona – po przeliczeniu – 400 tysięcy. Ja płacę za druk tyle samo co oni, nie mogę ich prosić, żeby wydrukowali mi to za połowę ceny. Nie li­czyłem w tym przypadku na jednorazową sprzedaż, ja będę miał te pozycje w ciągłej sprzedaży. Jak ktoś chce, to sobie ją kupi, zrezygnuje z piwa, gumy do żucia. Ni­kogo nie zmuszam do jej kupna. Nikt nie protestuje, że kino jest takie drogie, kosztuje pół książki. Kiedyś za jedną książkę można było pójść do kina pięć razy.

Chcielibyśmy, żeby książki były jak najtańsze, ale nasze marże nie są aż tak wysokie, biorąc jeszcze pod uwagę, że całe ryzyko ponosi wydawca.

No właśnie, jak to się kształtuje?

Biorąc pod uwagę cenę detaliczną struktura kształ­tuje się następująco: 25% bierze detal, 10% hurt, koszt produkcji, tzn. papier, druk, stanowi ok.35%. Razem 70%. Reszta to wydawca, ale pozostaje zapłacić autoro­wi (8-15%), do tego dochodzi tłumacz, redakcje, inwesty­cje kapitałowe. Czyli tak naprawdę, zdrowy układ byłby taki, żeby ceny książek w Polsce były dwukrotnie wy­ższe. Stąd tak wielu wydawców u nas bankrutuje. Jest to efektem tego, że książka jest dwukrotnie tańsza niż być powinna. Za druk i papier płacimy tyle samo, co na Za­chodzie, tamtejszy autor też nie weźmie mniej, bo i dla­czego.

Ale zdarzają się chyba autorzy, którzy biorą od nas mniej, chcąc być wydani w tak egzotycznym kraju, cza­sami jest to prestiż…

Zgadza się, ale główny problem to ceny techniczne. Okładki też kosztują, kupuję książkę zwykle z oryginal­ną okładką.

Czy znajdzie się u ciebie miejsce na polską fantasty­kę?

Tak, jak najbardziej. Mam zamiar ogłosić konkurs na literaturę fantastyczną, pierwsza nagroda będzie, myślę, dość wysoka. Wyróżnionym będziemy też gwa­rantować druk. Nie będą to wielkie pieniądze, Polacy przyzwyczaili się do takich, ale np. w Anglii porządną nagrodą jest 1000 funtów, to połowa przeciętnej pensji. Skończyły się czasy, że tuż po upadku komunizmu książki wydawano w olbrzymich nakładach i nawet tłu­macz za zrobienie powieści MacLeana mógł sobie kupić samochód. Tu sprawy się normalizują. Teraz może im i na rower nie wystarczyć.

Taaa, u nas rowery kupuje się na raty. Czas na os­tatnie słowo, może masz coś do powiedzenia czytelnikom „SFinksa”?

Ja się bardzo cieszę z tej rozmowy, głupio mi to mówić, ale jest to pismo, które podoba mi się z dwóch względów. Po pierwsze, że przyjęto w nim formułę sprawozdawczości, po drugie – duży obiektywizm i traf­ność ocen. To mi się bardzo podoba. Rekomendujecie książki bardzo dobre i nawet jeśli jakaś mi się nie podo­ba, mam do tego prawo, to wiem, że jest to dobra książ­ka. Nie można tego powiedzieć o niektórych pismach. Na przykład „Fenix”, ludzie niby o prawicowych poglą­dach, a pismo robią lewackie, zdarza im się dużo błę­dów. Raz udało nam się zrobić ich w konia, kiedy w po­wieści Heinleina redaktorka zrobiła błąd w notce na ok­ładce, oni to przedrukowali i wyszło na jaw, że nie czy­tają książek…

To jeszcze nic, mi wydrukowali informację o odby­ciu trzeciego Festiwalu na pół roku przed faktycznym terminem jego organizacji. Tą optymistyczną informacją proponuję skończyć naszą długą rozmowę, bardzo dzię­kuję ci za poświęcenie mi aż tyle czasu.

To ja dziękuję.

Wojtek Sedeńko

Poznań 1996

Zostaw komentarz