Wywiad z Mirosławem Kowalskim, 1996

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 8 Styczeń 2011

Tak się jakoś złożyło, że dotychczasowi rozmówcy „SFinksa”, czy to wydawcy czy pisarze mieli fandomowe korzenie. Twoja droga do wydawania sci fi była nieco inna, stu­diowałeś dziennikarstwo…

Dziennikarstwo studiowałem też nie dlatego, że pragnąłem zostać dziennikarzem, w trudnych czasach chciałem w ten sposób uciec od wojska…

Jaki jest więc Twój zawód wyuczony?

Skończyłem Politechnikę Warszawską, inżynierię lądową. Tam, na III roku związałem z tygodnikiem „Politechnik”, który był kuźnią młodych dziennikarzy, takich, którzy nie mogli się odnaleźć w „prawdziwym” dziennikarstwie rzeczywistości PRLu. Współpracowałem z „Politechnikiem” do końca 1980 roku, kiedy związałem z tygodnikiem „Solidarność”. Z „Politechnika” wywodzili się też Parowski i Oramus, a kilku innych kolegów znalazło się wówczas w „Polityce”, „Kulturze”.

Naczelnym „Solidarności” był wówczas Tadeusz Mazowiecki.

Tak. Okazało się nawet, że te studia dziennikarskie nie są mi aż tak potrzebne, przerwałem je w 1981 roku, ale gdy wprowadzono stan wojenny, to się trochę przestraszyłem i załatwiłem w dziekanacie ponowne przyjęcie. Nie powtórzyłem więc ścieżki życiowej Kwaśniewskiego i zdałem wszystkie egzaminy.

Jeszcze na stadiach związałeś się z Nieza­leżną Oficyną Wydawniczą, było to bodaj największe wydawnictwo podziemne. Jak do tego doszło?

Kontakt złapałem przez „Politechnika” i kolegów z mojej szkoły, Eksperymentalnego Liceum Matematycznego im. Klementa Gottwalda, które było z kolei kuźnią opozycji. Były tam dwie klasy, z których wyszło wielu znanych działaczy. Zajmowałem się w NOWej kolportażem; pamiętam, że chodziłem z duszą na ramieniu, bo były to czasy, gdy „zrzucono” ze schodów Pyjasa, a punkt kol­portażu mieścił się w starej kamienicy na uli­cy Szarej, z ciemną klatką schodową, na IV piętrze. Pierwszą książką, jaką miałem kolportować, był „Kompleks polski” Konwickiego, pierwsza porządnie wydana w podziemiu książka. Potem miałem propozycję współpra­cy z redakcją polską, ostatecznie zostałem kimś w rodzaju rzecznika prasowego wydaw­nictwa. A od 1985 roku byłem sekretarzem ofi­cyny, czyli osobą koordynującą wszelkie pra­ce redakcyjne, odpowiedzialną za kontakty z autorami, korektorkami, redaktorami.

Założyciel NOWej – Chojecki – wyjechał z kraju, a ty chyba przejąłeś schedę po nim…

To nie do końca tak było. NOWa była za­wsze ciałem kolegialnym, najważniejsze de­cyzje zapadały przez głosowanie, w którym brali udział ludzie z pionu redakcyjnego i ta­kie osobistości jak Adam Michnik, krytyk Werner czy Walc, głosowali też drukarze, przedstawiciele sieci kolportażowej – szefem był w niej Piotr Szwajcer, którego znasz, obe­cnie szef wydawnictwa CiS.

Już w czasie stanu wojennego znalazłeś kapitalną przykrywkę do tej działalności, tzn. pracę w „Iskrach”. Redaktorką, która cię przyjmowała do pracy była Janina Zielonko, a rekomendowali cię Marek Oramus i Maciek Parowski. Zielonko poszukiwała osoby, która zajęłaby się w „Iskrach” wyłącznie fantasty­ką, która w tej oficynie miała wielkie trady­cje. Oprócz rekomendacji musiałeś jakąś wie­dzę na temat SF posiadać, osoba pokroju Zie­lonko nie przyjęłaby kogoś niekompetentne­go.

Ja nie miałem oczywiście na temat fantas­tyki takiej wiedzy jak Maciek Parowski…

Marek Oramus przysłuchujący się rozmo­wie: – Wbrew pozorom Maciek tak dużo sf jeszcze nie czytał….

ale dużo czytałem i zaj­mowałem się kilkoma innymi sprawami, np. współpracowałem z „Jazz Forum”. No i nad­szedł czas, że człowiek zaczął myśleć, że przydałby się jaki etat, w związku z tym, że komuna nie chciała tak szybko upaść i nasza era jeszcze nie nadchodzi; i wtedy Marek z Maćkiem zwrócili się do mnie z informacją, że „Iskry” poszukują doświadczonego redaktora, który potrafiłby poprowadzić serię fan­tastyki. To wiązało się z paroma sprawami, raz, że fantastyka była w „Iskrach”, od czasu odejścia stamtąd Jęczmyka (1976 rok – przyp. WS.) rozdrobniona pomiędzy redakcję polską, zagraniczną i debiutów. Teoretycznie zajmo­wała się nią Zielonko, która jednak miała na głowie inne sprawy, poza tym źle było, gdy pozycje do serii „Fantastyka Przygoda” pod­pisywała redakcja polska chcąca promować na przykład Peteckiego. Po drugie, ówczesny dyrektor „Iskier”, Szymański, myślał zdroworozsądkowo, że na fantastyce będzie można zarobić, a po trzecie zaczęto w „Iskrach” wy­dawać zeszyty i w nich, z racji darmowych staroci, można wydać Kuttnera, Weinbauma. A ludzie brali wówczas praktycznie wszystko z fantastyki. Nakłady robiło się 50-100 tysięczne i sprzedawało się je w całości. No i związa­ne to było z zakupieniem maszyn do drukarni patronackiej, gdzie nikt nie pomyślał, czy też zapomniano, dokupić maszynę do zszywania tych zeszytów w książki…

I stąd te zeszyty fantastyczne w „Is­krach”? Żartujesz chyba?

Serio (śmiech). Z ruszeniem działu fantas­tyki wiązała się też sprawa słynnego referatu wygłoszonego przez kierownika Wydziału Kultury KC, towarzysza Molka, strasznego ło­buza, w którym zaatakował wydawnictwa zarabiające na wydawaniu kryminałów, uznając to za niekorzystne ideologicznie zjawisko. W związku z tym, że „Iskry” miały tradycje w wydawaniu fantastyki, postawiły na nią, zwłaszcza że było to wydawnictwo nastawio­ne na twórczość młodzieżową. A były to cza­sy, gdy słowo urzędnika partyjnego było pra­wem, bo wydawnictwa musiały występować do ministerstwa o przydział dewiz na zakup praw, przydział papieru itd. Każde wydawni­ctwo miało określoną pulę dewiz, która zale­żała od widzimisię urzędników.

I tak trafiłem do „Iskier”, gdzie wiele książek było już kupionych, ale z racji przydzia­łów, o których wspomniałem, można było wy­dać dwie, maksymalnie cztery w roku – musiał więc ktoś tym kierować. I na początku to ja nawet nie mogłem niczego sam zapropono­wać, tylko decydowałem o kolejności druku tego, co zostało już zaaprobowane w poszcze­gólnych redakcjach. Tak nawiasem, to wów­czas pisanie tzw. recenzji wewnętrznych było całkiem intratnym zajęciem, chociaż niewiele z nich wynikało. Miałem oczywiście jakieś po­mysły, banalne, bo na przykład nie było na rynku fantasy, więc postanowiłem ją wydać .

I wprowadziłeś na nasz rynek Howarda.

MO: To był okres, kiedy wokół fantasy zaczął się jakiś ruch.

I nikt nie wiedział, że jest totalne nieporo­zumienie…

MO: ‚Wiedzieliśmy Wojtek, że coś takiego może się stać, natomiast mocno zlekceważyliś­my problem, ja sam nie przywiązywałem do niego wagi. Zasługą Kowala było zaś to, że zauważył w tym jakąś wartość istotną i wpro­wadził do repertuaru. Bo gdybym ja był na je­go miejscu, to fantasy musiałoby poczekać na debiut w tym kraju jeszcze sporo.

Doszliśmy więc do serii zeszytowej fanta­sy, oprócz Howarda ukazywali się w niej au­torzy polscy – debiutował Heniek Wiatrowski, zjawił się Piekara. Skąd miałeś z nimi kontakt?

Idee fixe, żeby wydawać polskich autorów, to ja zawsze miałem. Tak się zresztą szczęśliwie złożyło, że było niejako pod ręką paru utalentowanych autorów młodego pokolenia, że był Zajdel, Oramus, .Zimniak, Wnuk-Lipiński. Z dużą przyjemnością dyskutowałem z młodymi autorami, Piekarą, Ziemkiewiczem.

Tego ostatniego wtedy nie wydałeś.

Ziemkiewicz nie był sterowalny, w dodatku myślał, że zrobi furorę wydając książkę w Wydawnictwie Łódzkim („Skarby Stolinów” – przyp. WS.).

O jakie książki toczyłeś boje w redakcji, co uważasz za sukces?

Wywalczyłem początek cyklu „Amber” Zelazny’ego. Chciałem wydać „Kantyczkę dla Leibowitza” Millera, ale się nie udało. Nie udało mi się paru rzeczy wstrzy­mać, np. druku „Trawy” Cublesana…

Uh, wyszło wtedy w serii kilka pe­rełek, Abramowowie, Zsoldos, Lengyel…

To były rzeczy zatwierdzone przed moim przyjściem i nie było siły, żeby później je od­rzucić. Mogłem to spychać na kolejne terminy, ale nadchodził czas, że towarzysze z bratnich krajów dzwonili, że oni wydają naszych au­torów, a my tu wstrzymujemy ich twórczość, jakie to wzajemne stosunki i braterstwo, itd. No i co było robić? A jeśli mówić o sukcesach, to z pewnością był to fakt zmiany szaty gra­ficznej (ostatnia, czarna szata „Fantastyki Przygody” – przyp. WS.), jej ujednolicenia. Szatę przygotował Marek Zalejski i była to robota profesjonalisty…

Tak, na okładki Hałajkiewicza mówiło się „hała”.

Z Markiem znałem się jeszcze ze szkoły, potem współpracowaliśmy ze sobą w NOWej. Do sukcesów mogę też zaliczyć odkrycie Danki Górskiej, jednej z lepszych tłumaczek fan­tastyki w kraju, która pojawiła się w redakcji jako skromne dziewczę z przetłumaczonym na własny koszt i ryzyko maszynopisem po­wieści Kinga „Carrie”. Później zrobiła jeszcze „Śmierć trawy” Christophera.

Debiutował też u ciebie Cholewa.

Tak, tłumaczył Howarda w zeszytach, a potem zrobił jedną z powieści Zelany’ego.

Do kiedy pracowałeś w „Iskrach”?

Do przełomu, czyli 1989 roku. Przyszedł wówczas nowy dyrektor do wydawnictwa, ty­powy spadochroniarz z Białego Domu, gdzie nastąpiła redukcja etatów. Poza tym nie bar­dzo mogłem pracować po swojemu, tzn. dyskutować z autorami, debiutantami, pomagać im – taką zaprzepaszczoną szansą był chyba autor spod Olsztyna, gdzie pracował bodaj ja­ko drwal – Zbigniew Jastrzębski.

Mieszkał pod Grunwaldem, podobno już wyjechał do Stanów. A w tym czasie  praco­wałeś w NOWej, w „Iskrach” miałeś ponoć nawet punkt kolportażowy. Nie bałeś się?

Trochę tak, ale ubecja łapała głównie w drukarniach, ja nigdy nie byłem w żadnej drukarni, wszystko odbywało się przez łączni­ków. A trochę książek w „Iskrach” faktycznie trzymałem.

Dochodzimy do czerwca 1989 roku, potem mamy rząd Mazowieckiego, wydawnictwa opozycyjne wychodzą z podziemia. Czy to przejście do działalności jawnej było bolesne, czy odbywało się łagodnie, bez wstrząsów?

Raczej łagodnie, chociaż trzeba powie­dzieć, że te wyjście na światło dzienne miało miejsce jeszcze przed wprowadzeniem kilku ważnych ustaw, mowa zwłaszcza o cenzurze. Otóż pod koniec 89 roku można już było wszystko drukować, ale nadal istniał formalny wymóg chodzenia do Urzędu Kontroli, Prasy, Publikacji i Widowisk i posiadania pieczątki cenzury, ciągle istniał nadzór. I to była zapora psychologiczna dla osób takich jak ja, które przez lata występowały przeciwko cenzurze, żeby milcząco akceptować fakt jej dalszego istnienia. Tak więc z rozpoczęciem oficjalnej działalności czekaliśmy do chwili likwidacji cenzury, co nastąpiło w czerwcu 90 roku. I ten rok opóźnienia pozwolił młodym, rzutkim ofi­cynom, które takich skrupułów nie miały, wy­dać wiele pozycji, które wydalibyśmy my. A sukces było łatwo odnieść, wystarczy podać przykład „Amberu”, który wystartował w 89 roku ofensywą w lukę, jaka istniała w lite­raturze popularnej. Podobnie poznański SAWW, który przejął od nas kilka gorących tytułów, na których można było wówczas do­brze zarobić. Część autorów nas nie zdradziła, ale wyszli na tym raczej jak Zabłocki na mydle, bo na temacie katyńskim w 91 roku zarobić już raczej nie można było. Ludzi przestały już obchodzić dzieła Havla czy innych intelektua­listów. Mieliśmy trochę przekładów, Orwella, Vonneguta, które przejęły nowe wydawni­ctwa. Podobnie było z polskimi autorami – Konwickiego wydała np. „Alfa”.

Nie czuli się związani emocjonalnie, żeby nie użyć określenia wdzięczni, z NOWą po ty­lu przejściach w PRLu?

To osobny rozdział. Przykładem takiego amoralnego postępowania jest Andrzej Drawicz, któremu opracowywaliśmy książkę, sam nad nią pracowałem, redagowałem – mieliśmy jako jedni z pierwszych sprzęt komputerowy do składu – i tuż przed jej wydaniem z kore­ktami jeździłem do telewizji, której Drawicz był wówczas szefem, dowiedziałem się, że ta książka wyjdzie w Wydawnictwie Łódzkim. Szło oczywiście o sprawy finansowe, nie pła­ciliśmy dużo, ale to był taki policzek. Drugim było powstanie „BGW”, do którego poszło wielu naszych autorów. Było to wkurzające, że autorzy opozycyjni tak się sprzedali firmie założonej przez komunistów, w której prało się brudne pieniądze. Nawet jakaś gazeta im to zarzuciła, ale kolega Kuroń im się odszcze­kiwał, że koledzy z podziemia to myślą, że książki to nadal roznosi się plecakami, a tu jest profesjonalizm. I to jest miara wdzięcz­ności za to, co się dla nich zrobiło w ciężkich czasach.

Czyli o takim a nie innym starcie NOWEJ zadecydowało opóźnienie związane z cenzurą i to, że w kolegialnej redakcji wydawnictwa zasiadali ludzie o specyficznych zainteresowa­niach i trochę idealistycznych poglądach. Nie rozumiejący, że wydawnictwo musi działać na jakichś racjonalnych zasadach obowiązują­cych na wolnym rynku, że musi zarabiać pie­niądze, że z bestsellerów finansuje się książki wydawane dla chwały domu, że autorzy nie chcą już oddawać książek za symboliczne op­łaty, że książki, na które była w podziemiu koniunktura – dramaty, poezję, eseistykę, te­raz już nie idą, są nie dochodowe. Ale mieliś­my trochę doświadczenia z chodliwą literaturą piękną, mieliśmy np. „Diabelską alternatywę” Forsythe’a i ja proponowałem, żeby od tego zacząć. Zdobycie praw autorskich nie byłoby dla nas trudne, mieliśmy renomę, ale uznano, że będzie to profanacja znaczka firmowego. I są tacy, którzy uważają tak do dzisiaj. A… warto wspomnieć, że NOWa wydawała fantastykę jeszcze w podziemiu, chociaż spod znaku utopii – wydaliśmy np. „My” Zamiatina, „Folwark zwierzęcy” Orwella.

Dobrze, że zszedłeś na fantastyczne tory. Kiedy zacząłeś w NOWEJ myśleć o wydawaniu fantastyki? Bo postawiłeś na swoim i rozpoczęliście wydawanie literatury komercyjnej, pojawiła się też pierwsza pozycja, którą można zaliczyć do fantastyki – „Oko” Zbigniewa Batki.

Tak, ta książka mnie zachwyciła. To człowiek, który imponował mi erudycją, wspaniałą kolekcją płyt, niestety książka nie ukazała się właściwym momencie, nie miałem jeszcze serii. Teraz z pewnością wydana w serii książka cieszyłaby się większym powodzeniem. Myśleliśmy oczywiście o „liftingu”, zdarciu okładek, zrobieniu nowych, ale to i za dużo pracy.

Dochodzimy do Sapkowskiego…

Znałem opowiadania Andrzeja z „Nowej Fantastyki” i od razu wiedziałem, że to jest to autor, o którym nikt mi nie powie w redakcji, że wydaję jakieś bzdury…

Ale opory jakieś to chyba były…

Oczywiście, aż do momentu ukazania się pierwszej książki. Przeczytał to Werner, Konwicki i jeszcze parę innych osób, redaktor z PWN też się na tym poznał. Ale na początku celowo przekręcali jego nazwisko, wymawiali z przesadną intonacją.

Początki zawsze są trudne. Do wydania An­drzeja zachęcał mnie Maciek Parowski, ale trochę to trwało, bo ja od początku chciałem mieć opowiadania nowe. Wiedziałem jednak, że jeżeli książka chwyci, to te stare opowiada­nia, wydane przez „Reportera” trzeba będzie powtórzyć. I tak się stało, najpierw był „Miecz przeznaczenia”, potem „Ostatnie ży­czenie”. Maciek cały czas proponował, żeby opowiadania ilustrować grafikami Polcha, ale po „Mieczu” mieliśmy mieszane uczucia i różne odgłosy, więc zrezygnowaliśmy z kontynuowania tego pomysłu.

Ale szata graficzna chwyciła, zresztą uka­zywała się w niej nie tylko fantastyka.

Tak, był Archer, LeCarre, potem fantastyka. Seria nie ma nazwy, ale jest firmo­wana znaczkiem „SuperNOWA”. Byłem chy­ba mądrzejszy od wielu wydawców, którzy próbowali ścigać się z „Amberem”, ja od razu wiedziałem, że walka z molochem nie ma sen­su. I tak seria została pomyślana jako prezentująca literaturę sensacyjną wyższych lotów, fantastykę i rzeczy z pogranicza. Miała się też wyróżniać białą szatą, inną od kolorowej pstrokacizny. Nastawiliśmy się też na mniejsze nakłady, ale spodziewanego sukcesu nie odnieśliśmy, bo nie przewidziałem nagłego spad­ku nakładów. Okazało się, że ów spadek jest równomierny, czyli jeżeli „Amber” spadł z nakładów 100-tysięcznych do 12- i 6-tysięcz­nych, to my z nakładów 5-tysięcznych spadliś­my do 2 tysięcy. A to się już, po opłaceniu praw i tłumacza, po prostu nie opłaca.

Ale Sapkowski się opłacił, spodziewałeś się takiego sukcesu?

Po trosze tak, bo nie był to autor nieznany. Był już gwiazdą „NF”, wynikało to jasno z sondaży, konkursów. Zresztą ścieżki sukcesu autorskiego w Polsce bywają bardzo dziwacz­ne, wystarczy zobaczyć jak wypromowano na gwiazdorów przeciętnych Whartona i Carrolla.

A jak układa się współpraca pomiędzy Tobą a Andrzejem, próbujesz mu coś sugero­wać? Miałeś jakiś wpływ na decyzję, by napi­sał wreszcie powieść wiedźminie?

Nie należy AS do autorów, którym można coś nakazać, podatnych na sugestie. Niewielu jest też ludzi, którzy mają prawo wglądu do tworzonego tekstu. Nie tak, jak Rafał, który jak tylko coś tam skrobnie, to rozsyła pocztą po całym świecie.

MO: Mnie nie przysyła (śmiech).

Sapek tworzy w skupieniu i samotności. Właściwie nie jest kimś, komu można narzu­cić jakieś wizje. Jeżeli czuje, że utwór nie jest doskonały, to mi go nie odda. Na przykład ze względów czasowych, w pierwszym wydaniu „Czasu pogardy” nie było jednej małej sceny, nie kluczowej, ale do dziś nie może tego prze­boleć. To jest perfekcjonista. Dyskutowaliśmy chyba tylko układ opowiadań, ale nie było te­go dużo, bo on sam zrobił to bardzo dobrze. Tak na przykład, nie włączył do zbioru opo­wiadania „Droga, z której się nie wraca”, z którego mogło wynikać, kim są rodzice Geralta – nie podobał mu się ten pomysł. Są chwile, gdy Andrzej sam się rozgaduje, sam byłem świadkiem, jak pewnej redaktorce opo­wiadał zawartość kolejnego tomu sagi. Wy­glądało to w ten sposób, że mówił gotowymi dialogami, czyli nie pisze konspektu, a wszys­tko układa w głowie i zna na pamięć. I jest to od razu gotowe do zapisania w komputerze.

„Krew elfów” ukazała się w 1994 roku i z miejsca była hitem. Ile egzemplarzy sprze­daliście do dziś?

To do Wojtka. (Wojtek Płotek, szef han­dlowy NOWEJ – przyp. WS.).

Do diabła! Wszyscy wydawcy unikają jak ognia odpowiedzi na takie pytanie, czego się boicie?

Ja nie wiem (śmiech), niech ci Wojtek po­wie…

Naszą rozmowę słyszy przez ścianę Woj­tek Płotek i odpowiada za szefa: – Sprze­danych, tzn. spłaconych przez hurtowników i detalistów, zostało 45 tysięcy.

Dzięki Wojtek! No to i mamy odpowiedź.  Rok później poważyłeś się na rzecz, której do tej pory nikt zrobił – wydałeś mianowicie, niemal równocześnie, cztery książki z polskiej fantastyki.

Z Markiem Oramusem miałem wcześniej podpisaną umowę na powieść „Święto śmiechu”. Ziemkiewiczowi zaproponowałem wy­danie, Sapkowski był planowo, a Gieno Dębski sam przysłał swój zbiór opowiadań. Nad tą ostatnią książką się wahałem, raz, że bałem się oskarżenia o to, że parodiuję Sapkowskiego, i że w ramach jednego wydawnictwa nie powinno się robić takich rzeczy autorowi, dwa,  że nad tą książką trzeba się było sporo napracować. Zamiaru, żeby wydać je razem jakoś tak od razu nie było. One po prostu zbiegły się nieco w czasie. Mogłem je wydawać np. miesiąc w miesiąc, ale pomyśleliśmy, że przy okazji akcji promocyjnej drugiego tomu sagi Sapkowskiego, zwiększymy wzięcie pozosta­łych trzech tytułów. Poza tym wiedzieliśmy już, że wydanie pojedynczej książki w tej se­rii, nawet przy zbliżonej szacie do książek ASa, nie oznacza jej sukcesu – tak było na przykład z „Kormoranem”. Podjęliśmy więc świadome ryzyko. Koniem pociągowym był Sapkowski, ale też i fakt masowego uderzenia.

I chyba się opłaciło, dodruki Ziemkiewi­cza i Dębskiego, wyczerpanie nakładu powieś­ci Oramusa, nie wspominając o paru dodru­kach Andrzeja, świadczą o tym najlepiej. Od razu chyba zacząłeś myśleć o powtórzeniu akcji tej jesieni. Tymczasem jednak wy­dałeś w połowie roku dwie inne książki z fan­tastyki – wznowiłeś Wolskiego i wydałeś debiu­tancki zbiór Żerdzińskiego.

Żerdziński był na konwencie w Gdańsku…

MO: Powiedz po prostu, że znałeś jego opowiadania z „Fantastyki”…

Tak by było lepiej dla mojego wizerunku wydawcy, ale to nieprawda. W „Fantastyce” to ja czytam aktualnie tylko recenzje. I w Gdańsku podszedł do mnie Żerdziński,  wiedział co zrobiłem, może usłyszał od kogoś, że jesteśmy oficyną, która stara się dać swoim autorom jakieś godziwe warunki, dość że przyszedł z dwoma opasłymi sko­dami, z powieścią i zbiorem. Powieść mi się spodobała, była bardzo juwenilna, natomiast nad opowiadaniami siedzieliśmy bardzo długo, były mocno przerabiane. Pierwsze było prawie napisane od nowa.

Czyli morał z tej opowiastki wynika, że wydawcę można znaleźć na konwencie.

MO: Bycie i picie na konwentach jest czynnością bardzo kulturotwórczą.

Dzięki za sentencję.

Widać gołym okiem ożywienie wśród pol­skich autorów. Wydaje ich NOWA, na polską SF nastawiony jest „Trickster” i „S.R.”, Du­kaj wyjdzie prawdopodobnie w Literackim, Inglot znalazł miejsce w „Rebisie”. Ale ty masz po­zycję najmocniejszą, bo byłeś pierwszy i od­niosłeś najbardziej spektakularne sukcesy. Co planujesz na tę jesień?

Złożony jest już do ostatniej korekty „Chrzest ognia” Sapkowskiego, będzie space opera Kołodziejczaka „Kolory sztandarów”. Będzie też zbiór Ziemkiewicza „Czerwone dywany, odmierzony krok”, w którym znajdą się opowiadania znane z twoich antologii: „Pięknie jest w doli­nie” i „Źródło bez wody” oraz tekst, który już znasz, bo miał być w twojej antologii – „Czerwone dywany…” oraz „Śpiąca królew­na”, z którego sam Rafał jest bardzo zadowolony. Będzie wreszcie nowa powieść Wolskie­go „Krawędź snu”, zbliżona trochę do „Agen­ta” tematyką, bo jej treścią jest ponownie od­wieczna walka pomiędzy Dobrem a Złem.

Wolski wraca do fantastyki?

No wiesz, w telewizji się zmieniło, więc wrócił do pisania. Myślę, że będzie już na naszym stałym autorem. To służy interesom obu stron. Zanoszenie odrzuconych książek innym wydawcom jest czynem szkodzącym samym autorom.

Czy próbujesz zrobić przy wydawnictwie stajnię autorów?

Chciałbym. Na Zachodzie obowiązuje sys­tem najprostszy z możliwych, mianowicie au­tor podpisując umo­wę na książkę, ma w niej paragraf, w którym zobowią­zuje się dostarczyć następną książkę w określonym cza­sie i jeżeli w ciągu np. trzech miesięcy nie otrzyma zgody na jej wydanie, ma prawo zanieść ją do innego wydawcy, ale pod warunkiem,. że warunki mu za­proponowane przez nową oficynę, nie będą gorsze niż przez wy­dawnictwo macierzyste. Poza tym jest naj­częściej jeszcze punkt, w którym autor zobo­wiązuje się nie wydać książki w innym wy­dawnictwie w ciągu roku od złożenia w wy­dawnictwie macierzystym innej książki. Stąd biorą się więc tak liczne na Zachodzie pseudonimy. Dwie książki tego samego autora, wyda­ne równocześnie przez inne oficyny, psują ry­nek. Weź pod uwagę akcję promocyjną, wy­dane na nią pieniądze. Ty inwestujesz, a kupo­ny zbiera ktoś, kto wydał znacznie gorszą powieść tego samego autora.

Jakie dalsze plany?

Co roku Sapkowski, czwarty tom  – „Wie­ża Jaskółki” i pią­ty, o roboczym tytule „Pani je­ziora”, zły tytuł i pewnie ulegnie zmianie. Książki Wolskiego, z pewnością coś wznowimy z jego starszych rzeczy. Planuję też do wydania kolejny zbiór Dębskiego o rycerzu Kame­leonie, ale składa się z dwóch opowiadań, które mocno poprawiłem i mikropowieści, która jest niestety zła i odesłałem mu do zasadniczych poprawek. Może Żerdziński, w planach jest powieść Ziemkiewicza. Ten pierwszy oczekiwał po „Korporacji” większego sukcesu, nie zna rea­liów polskiego rynku i widziałem, że jest za­wiedziony.

Każdy celuje w bestseller, ale nie zawsze to wychodzi.

Tak, dopóki się nie sparzy. Autor czuje, że napisał dobrą rzecz, że każdy ją kupi, a potem okazuje się, że tak nie jest. I taka rzeczywis­tość jest dla niektórych szokująca. Szuka się winnych, częściowo szuka się winy w sobie, że może jednak nie było to takie najlepsze.

Ja myślę, że na sprzedaż Waszych książek ma też ostatnio negatywny wpływ ów ekolo­giczny papier, który poważną, ponad 300-stronicową książkę, sprowadza do postaci broszury. A cena się nie zmienia.

WP: Ja się nie zgadzam. Czytelnicy po­równują ilość stron i widzą, że to gruba rzecz. Po prostu pojawiła się w pewnym momencie możliwość kupna tego taniego papieru, w do­datku ekologicznego i skorzystaliśmy. Szło o korzystną cenę i walory eko.

I tym zielonym akcentem zakończymy, dziękuję wszystkim za rozmowę.

Rozmawiał Wojtek Sedeńko. Dygresje czynił Marek Oramus

Warszawa 1996

Zostaw komentarz