Wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem, 1996

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 7 Styczeń 2011

„NIE CHCĘ BYĆ POLITYKIEM, ALE TO CO SIĘ DZIEJE Z POLSKĄ JEST DLA MNIE WAŻNE. ZNIECZULAM SIĘ WYWALAJĄC SWOJE OBAWY NA PAPIER”

wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem

Przyjmijmy, że wywiad ten czytać będą ludzie wchodzący dopiero w świat sf i którzy nie słyszeli jeszcze zbyt dużo o Tobie. Wypada więc zacząć od początków. Czy pamiętasz kiedy zaatakował cię wirus sf?

Oooch, to było tak dawno temu. Pamiętam, że to nie ja przyniosłem tego wirusa do domu, tylko Paweł mój starszy brat. I pierwsza rzecz, jaką przeczytałem, to była jakaś straszna komunistyczna bzdura…

No, chyba nie myślałeś jeszcze takimi kategoria­mi?

Właśnie na tym polega dowcip. Jak teraz, nie­dawno, przejrzałem tę książkę jeszcze raz – była to Mgławica Andromedy Jefremowa – to zauważyłem z zaskoczeniem, że jakaś połowa tekstu to komunis­tyczne wizje szczęśliwej, bezklasowej ludzkości. Na­tomiast ja z tej książki zapamiętałem tylko kilka roz­działów – jakąś obcą planetę, jakieś mgły i soczewkowate meduzy, które atakowały dzielnych kosmonau­tów, a oni strzelali do nich z elektrycznych działek. I, kurna, pamiętam, że śniło mi się to po nocach. No i wsiąkłem…

Czyli wirus science-fiction wygrał z wirusem marks-engels?

Yhm. Pamiętam też lekturę Na progu kosmosu Arcta. To nie była fantastyka tylko zbiór reportaży z pierwszych lotów kosmicznych. Po latach, gdy znalazłem tę książkę, to stwierdziłem, że rozdziały, które traktowały o astronautach amerykańskich były zaczytane, a te o ruskich raczej średnio. Wtedy, po no­cach, przymykając oczy, przeżywałem te loty kos­miczne. To była jakaś IV klasa podstawówki i takie ugryzienie kosmiczno-fantastyczne.

I być może na tym by się skończyło, gdyby nie fakt, że Paweł zapisał się do OKMFiSF i przynosił do domu stosy literatury. To po pierwsze, a po drugie -do mojej klasy w podstawówce przyszedł taki gość z Wrocławia, co się nazywał Grzędowicz. I był w tej samej klasie jeszcze niejaki Piekara i tak we trzech się zgadaliśmy. Zaczęliśmy sobie pożyczać książki i, niepostrzeżenie, pisać opowiadania. I podrzucać je sobie, na przykład ja przynosiłem tekst co napisałem w weekend, dawałem go Grzędowiczowi, on we wto­rek przynosił mi swój. Były to oczywiście same bzdu­ry, oscylujące wokół jakiegoś UFO co bada obcą pla­netę, a tu nagle spada na niego coś strasznego i gorą­cego, a puenta była taka, że wylądował w popielnicz­ce i zabił ich papieros.

Ha. Czy od razu chciałeś być pisarzem? To taka choroba, co atakuje większość sfanów, ale tylko u niektórych przeradza się w przewlekłą infekcję.

To też było tak dawno temu. Po latach trafiłem na książkę Malcolma Cowleya o sytuacji w literatu­rze (którą zresztą podsunął mi Maciek Parowski w ramach zemsty za rozmaite moje artykuły krytycz­ne). Był tam taki esej – skąd się biorą pisarze. Tytuł brzmiał bodaj „Historia naturalna pisarza” i szkico­wał modelowy przypadek młodego człowieka, który zostaje pisarzem. Więc jest to człowiek gruby, trochę niezgrabny, słabo biegający, ustępujący rówieśnikom w sprawności fizycznej, piszący natomiast ładne wy­pracowania. Oczytany i inteligentny, zauważa, że jest to jego sposób zdobycia autorytetu i poważania, w związku z czym kieruje go to automatycznie na drogę pisarską.

Mam wrażenie, że ja trochę do tego modelu pasu­ję. Rzeczywiście tak było, że byłem nieszczególnie udanym dzieckiem, jeśli chodzi o sprawy fizyczne, ta­kim grubym, niezgrabnym, rozpieszczonym przez matkę…

No, teraz wybujałeś ponad średnią.

Dziękuję, ale to przyszło później. 1 dziewczynom za bardzo się nie podobałem; innymi rzeczami kole­gom zaimponować nie umiałem i bardzo wcześnie za­padła w moim przypadku taka… – nie chcę powiedzieć decyzja… – nabrałem wewnętrznego przekonania, że ja będę pisał książki. Bodaj nawet wcześniej niż zain­teresowałem się fantastyką. No i poszło w tym kie­runku…

Zacząłeś pisać, zadebiutowałeś w prasie, byłeś współzałożycielem TRUSTu. Każdy z Twoich kole­gów nieco inaczej wspomina ten okres.

Wspominam TRUST bardzo fajnie, bo to było takie połączenie pisania z kumpelstwem. TRUST ze­brał np. ludzi, którzy w ogóle nie pisali, tylko przeby­wali z nami na etacie kumpli, np. Grizzly. Fajne było to, że mieliśmy swój własny stolik w „SFanie”, spo­tykaliśmy się tam co tydzień i był to rodzaj azylu. Pa­miętam taki czas ze stanu wojennego, kiedy nie było co robić i ja czekałem na to spotkanie z utęsknieniem. I tak było ze wszystkimi; do tego stopnia, że jak kie­dyś pieprzeni zomowcy nastrzelali w przeddzień spotkania gazu do kawiarni, w której się spotykaliś­my, to było to spotkanie, gdzie wszyscy płakali – gaz wgryzł się w zasłony, w ściany – ale nikt nie wyszedł. Nawet nie przyszło im to do głowy.

Wypracowaliśmy sobie w TRUŚCIE metodę pra­cy nad tekstem, czytaliśmy swoje opowiadania i wy­tykaliśmy błędy. Ta szkoła techniczna była szalenie ważna. Strasznie żałuję, że byliśmy odosobnieni w tym swoim uwielbieniu dla fantastyki, warsztatu pisarskiego i rzemiosła, dla dobrze pisanej literatury.

Ale to zrobiło się dla was chyba za ważne. Tech­nika pisarska przesłoniła inne cechy…

Z perspektywy wydaje mi się, że byliśmy za mło­dzi na to, żeby rozmawiać o przesłaniach literatury i o innych rzeczach niż technika. Bo gdy się ma 16-18 lat, jak my wtedy, to pisze się intuicyjnie. I to, co się pisze, nie jest jakby zwerbalizowane. Domaganie się od nas wyjaśnień dlaczego piszemy tak, a nie inaczej, było wówczas ponad nasze siły. Tamte opowiadania bardziej rodziły się z tego co przeczytaliśmy, niż z te­go co przeżyliśmy. Byliśmy za młodzi. Zostaliśmy też wepchnięci w taki trochę kanał, bo Parowski chciał, żebyśmy wypowiadali się na temat głębokich sensów literackich. I dobrze się stało, że się na ten temat nie wypowiadaliśmy.

Programu nie było. Ideałem literackim, moim i Grzędowicza, było np. Stąd do wieczności Jonesa, czytaliśmy dużo fantastyki amerykańskiej. Powiem ci, że wielkie wrażenie zrobiła na nas powieść Fiał­kowskiego Homo divisus, ale jako żywo nie wiem dzisiaj, jak do tego mogło dojść (śmiech).

W połowie lat 80. mówiło się o boomie na fantastykę; wychodziły najlepsze rzeczy Zajdla, de­biutowało wielu autorów, pojawienie się „Fantasty­ki” rozbudziło emocje i chęć pisania. Ty byłeś uwa­żany za jednego z przewodników stada, ale na druk musiałeś czekać dłużej od kolegów.

Co do przewodzenia stadu, to wynikało to z moich cech osobowościowych, lubię się rzucać w oczy. Jak cała klasa rozrabiała i rzucała ogryzkami, to po wejściu pani tylko ja obrywałem lufę.

Miałem poza tym wówczas okres gwałtownej manii organizatorskiej, zależało mi na robieniu hałasu wokół TRUSTu, potem udzielałem się przy zakłada­niu Klubu Twórców, robiliśmy sporo imprez. Pra­wdopodobnie to wyrobiło mi tę markę.

A z debiutem… to był chyba pech. Dałem zbiorek do „Alfy”, która obiecała mi rzecz szybko wydać. I gdyby tak się stało i Władca ukazał się w 1985 roku, to bym się tych opowiadań nie wstydził, a w 1988 roku już się wstydziłem. Mam trochę żalu do „Alfy”, bo okazało się, że zrobili to celowo, tzn. do­stali tę książkę jako jedną z pierwszych i z góry zało­żyli, że będzie to dziesiąty tomik Biblioteki Fantasty­ki. Ładniej byłoby, gdyby mnie o tym uprzedzili, wtedy bym je zabrał, wydał gdzie indziej, bądź wy­rzucił do kosza.

Przełom 80. i 90. to parę Twoich ksią­żek, ale jakby nie trafionych w czasy. Wspomniany zbiór ukazał się, gdy miałeś na koncie lepsze doko­nania, a Wybrańcy Bogów, przyzwoita powieść, zestarzała się błyskawicznie.

Skoro się szybko zestarzała, to znaczy, że była złą książką. W momencie jej pisania wydawało mi się, że są tam rzeczy ważne, ale chyba się myliłem. I może lepiej, że książka pozostała nie zauważona. Miałem z tego recenzję w „Fantastyce”, że jest to książka zimna, wysmażona według recept, wykalkulowana. To nie było tak, ona wydawała mi się bebechowa, bardzo ją przeżywałem, pisałem przez trzy la­ta i wpakowałem w nią wszystko, co mi wtedy w młodej duszy grało. Tak się jednak złożyło, że ko­muniści wycofali się na z góry upatrzone pbzycje, a ja zostałem jak idiota z grubą książka w nich wy­mierzoną. Nie mogę powiedzieć, bym dzisiaj wspomi­nał te sprawy miło, ale książka wyszła, sprzedała się (15 tys.) i lepiej już o niej zapomnieć.

Fantasy pisywałeś sporadycznie, ale od początku pisarskiej drogi. Czy była to odskocznia i wypoczy­nek?

W którymś momencie bardzo mi się fantasy chciało pisać…

Ale odgrażasz się nadal!

Ale dzisiaj to już na innych zasadach. Wtedy to było nowe, fascynowało mnie równie jak innych. Fascynowało mnie wymyślanie własnego świata ze szczegółami, od sprzączki przy pasie po filozofię i mitologię. Chciałem napisać dużą powieść fantasy, zrobiłem kilka rozdziałów, gdy Mirek Kowalski uru­chomił w „Iskrach” serię zeszytów fantasy o objętości do 100 stron. Tam właśnie załapał się Piekara; ja do­stałem zamówienie i wykorzystując świat już prawie gotowy, niemal na kolanie spłodziłem taką głupawą historyjkę Skarby Stolinów. Ironia losu sprawiła, że ukazało się to zupełnie gdzie indziej, znowu z kilkuletnim opóźnieniem, w 1990 roku. A ta główna powieść leży do dziś rozgrzebana, głęboko w moich papierach. W tym bowiem czasie straciłem serce do fantasy. I wątpię, żebym do niej wrócił.

Odgrażam się tylko czasem, że wrócę do tej te­matyki, napiszę opowiadanie typu „wiedźmin”, tylko po to, żeby ludziom i sobie pokazać, że potrafię taką rzecz zrobić.

Kiedy narodził się Rafał A. Ziemkiewicz publi­cysta, a może nie lubisz tego określenia…

Możesz na mnie mówić Rafał B. Ziemkiewicz.

Ha, ha. Ale jesteś najlepszym publicystą wśród fantastów i największym fantastą wśród publicys­tów. Kiedy stwierdziłeś, że fantastyka socjologiczna to jest to, co chcesz pisać. Z Twojego stada właści­wie nikt tego gatunku nie uprawia.

Ja właściwie też jej nie uprawiam. Kataryniarza nie uważam za fantastykę stricte socjologiczną, choć obraca się w tym samym kręgu tematycznym. Masz rację mówiąc za to, że wśród rówieśników by­łem odosobniony w tym temacie. Ich bardziej intere­sowało fantasy, fantastyka punkowa czy historyjki na poły gangsterskie. Ja po prostu znalazłem swój temat i on mi pasuje. To jest to, co chcę pisać.

Ale nie było jakiegoś wydarzenia, które pchnęło­by cię w tym kierunku. Studia rozpocząłeś w 83 ro­ku, więc nie uczestniczyłeś w żadnych strajkach…

Nie. Ja nie miałem okazji załapać się na żadną z rozlicznych możliwości heroicznego żywota, jakie te czasy dawały. Ja nawet chyba polityki nie lubię, in­teresuje mnie ona średnio, nie chcę być politykiem, chociaż tak to może wyglądać. Było pewne poczucie obowiązku, dla mnie to, co się dzieje z Polską jest ważne, bo taki już jestem, tak zostałem wychowany, takie lektury dawał mi do ręki świętej pamięci ojciec, gdy byłem mały. I ta sfera uczuć, która – górnolotnie mówiąc – wiąże się z krajem ojczystym jest dla mnie bardzo ważna. Może dlatego chciałem o tym pisać, że nikt inny tego nie robił. W ogóle tematyka związana z władzą i z manipulowaniem ludźmi, szukanie jakiejś obrony przed tym, że jesteśmy manipulowani i śledzeni – to jest to, co mnie interesuje i o czym chcę pisać.

A nie potrafię pisać o czymś co mi się wydaje nieważne. Dlatego rozstałem się z fantasy. Natomiast gdyby szukać momentu, kiedy złapałem takie poczu­cie, że to jest literacko ważny temat, to jest to czas napisania „Jawnogrzesznicy”.

Przyszedł czerwiec ’89, czas wielkiej nadziei. Za­częły powstawać dobre opowiadania. Ty wszedłeś w ten okres jakby zupełnie odmieniony, dojrzalszy. „Jawnogrzesznica”, „Szosa na Zaleszczyki”, „Źródło bez wody”, „Pięknie jest w dolinie”, to były dorosłe teksty, pisane jakby przez innego Ziemkiewicza.

Nieskromnie zgodzę się z tą opinią, że był to rok jakościowy. Myślę też, że bardzo głupio swoją szansę wtedy zmarnowałem. W momencie kiedy jakoś dojrzałem pisarsko, na literaturę poświęcałem tylko 10-15% czasu. Właśnie wtedy wszedłem w próbę odniesienia sukcesu życiowego, poprzez założenie „Fenixa” (tak myślałem, że będzie to pismo, które przyniesie ludziom w nim pracującym sławę i pienią­dze), wtedy zaczęła mnie wciągać, hmm – tak trzeba nazwać – działalność polityczna. Zacząłem publikować felietony w „Najwyższym czasie”, spotkałem się z tą ideologią, zgodziłem się z nią i uznałem, że słuszna i koniecznie trzeba ją ludziom przekazać, wsiąkłem na długie lata, skończyło się tym, że zostałem rzecznikiem prasowym UPR, członkiem władz partii. Poświęcałem tym działaniom bardzo dużo energii. Teraz mam akurat ochotę z tego się wycofać, ale szczerze nie wiem, jak z tym będzie. Nie można tego zrobić z dnia na dzień. Ochotę na wycofanie się mam od paru miesięcy narastającą, a jednocześnie to, co się działo w przeddzień naszej rozmowy, czyli działania rozłamowe w partii – tę ochotę wycofania się zwiększają.

Ktoś podał Twoje nazwisko jako człowieka popierającego rozłam w UPR.

No, to było nadużycie, wolałbym trzymać się od tego na dystans. W każdym razie z chwilą, gdy przychodziły mi do głowy jakieś ważne pomysły, to akurat nie miałem czasu, żeby to pisać. Myślałem, że pęknę ze śmiechu, jak na ostatnim Polconie Parowski zarzucił mi, że jestem człowiekiem, który stara się o zdobycie popularności, robienie czegoś, aby zwrócić na siebie uwagę’ Gdybym starał się to zrobić, to powinienem napisać nie opowiadanko, jak w przypadku „Jąwngrzesznicy”, a 200-stronicową powieść, a potem „Zemstę jawnogrzesznicy”, „Powrót jawnogrzesznicy” i „Wnuczkę jawnogrzesznicy”, aż do kompletnego wyskrobania tematu i rynku.  A na wszelkiego rodzaju literaturę antyklerykalną był w tamtych czasach olbrzymi popyt, jak dobrze wiesz, i gdybym chciał iść w kierunku mi imputowanym i nie miał sumienia, to bym to zrobił. I pewnie osiągnąłbym dużą popularność i jakąś kasę. Z pewnością takie motywacje tutaj nie funkcjonowały.

I tutaj ciekawostka. Po 90 roku, gdy pisałem powiedzmy – młodzieńczo miałem ambicję zostania pisarzem zawodowym. Po roku 90, w ogóle poniechałem takich ambicji. Może wynikało to stąd, że uczciwy człowiek w tym kraju nic nie osiągnie, w związku z czym pisanie było jedyną możliwością; zaś praca w „Fantastyce” uciekaniem od czerwonej czywistości.

A teraz uczciwy człowiek może coś osiągnąć?

Teraz różnie można o tym mówić. W każdym razie, po czerwcu 89 roku byłem przekonany, że życie stanęło przed nami otworem, że można zacząć robić różne rzeczy, wszędzie pojechać, nauczyć się czegoś, osiągnąć sukces. Zresztą nie mogę narzekać. Moje ży­cie istotnie uległo bardzo dużej zmianie. W tym roku byłem z żoną pod Amsterdamem, poszliśmy do re­stauracji francuskiej i żona zapytała mnie, czy jesz­cze pięć lat temu wyobraziłbym sobie taką sytuację, że w wolnej chwili jadę do Holandii, siedzę w restau­racji i piję dobre wino? Życie strasznie się zmieniło w kraju i to ono właśnie wciągnęło mnie w rzeczy i sprawy, które oderwałby mnie od pisania.

I tu czas na pytanie o „Fenixa”.

O „Feniksie” myślę dzisiaj z poczuciem klęski, może nie pisma jako takiego, bo z tego co wiem zdołało utrzymać się na pewnym poziomie nakładu, który zapewnia jeszcze opłacalność wydawcy. I ma swoich wiernych czytelników. Trzyma się. Pismo nie odniosło oczywiście takiego sukcesu, na jaki liczyliśmy ale z drugiej strony, jak się przyjrzeć, to prawie wszystkie nowe gazety i wydawnictwa, które powstały po 89 roku i ich twórcom wydawało się, że skoszą to co było – upadły. Pisma zakładane przez ludzi z „Solidarności”, wydawnictwa książkowe, które wyszły z podziemia upadły. I być może również niepowodzenie „Fenixa” w walce konkurencyjnej z NF jest elementem tego szerszego zjawiska. Okazało się, ze stara pozycja na rynku, od iluś tam lat, struktura, sekretarki telefony, lokal – to, co NF miała od lat,

są bardzo ważne i mają znaczenie. Robiliśmy „Fenixa” na kolanie, w biegu, w prywatnych mieszkaniach. O ile byłem zadowolony z merytorycznego poziomu pisma, to jeśli chodzi o sekretariat redakcji, jeśli chodzi o takie głupie i proste rzeczy jak korekta, terminowość ukazywania się magazynu, to na tym polegliśmy. To się nigdy nie udało.

Mam do siebie pretensję, że nie potrafiłem tej pracy w F dobrze zorganizować, że byłem nazbyt pobłażliwy wobec pewnych ludzi w zespole i na pewno wpłynęło to na moją decyzję, żeby zrezygnować z szefowania pismu. Trochę też doszło i do takiego zjawiska, które medycyna określa furią ekspedycyj­ną, polegającą na tym, że ludzie, którzy robią coś bardzo długo, w pewnym momencie zaczynają mieć tego tak strasznie dość, że rzucają wszystko w diabły. W pewnym momencie uznałem, że obrastam mchem w „F”, poza tym przestało nam się sympatycznie pra­cować w redakcji. Dochodziło do tego, że ilekroć coś zaproponowałem, to Grzędowicz i Zientalak byli za­wsze przeciwni. I zaczęło mnie to wkurzać, a mając rozliczne inne możliwości, uznałem, że zamiast sie­dzieć w „Fenixie” mogę robić inne sprawy. I trochę odetchnąłem.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że starsze pokolenie pisarzy sf już się wypaliło, nie ma nic do powiedzenia. Tymczasem nadal pisze Oramus, dobrą passę ma Zimniak, a Sapkowski czy Huberath, choć debiutowali późno, to też autorzy pokolenia średnie­go.

Skoro tak powiedziałem, to znaczy, że tak wtedy myślałem. Teraz tak nie myślę. Było tak, że po 89 ro­ku panowała wśród autorów jakaś niemoc zrozumie­nia tego, co się dzieje wokół, niemoc pisania. I to dotyczyło wszystkich – i tych pisarzy starszego pokolenia, i tych z mojego stada. Bo jeżeli ja przez te wszystkie lata wydusiłem z siebie tych parę opowiadań, to dlatego, że wiedziałem jak pisać felietony, jak pisać artykuły, jak zajmować się działalnością w UPRze; natomiast nie bardzo wiedziałem jak pisać ksiązki. Jeżeli Wnuk-Lipiń­ski zarzucił w ogóle pisanie, to prawdopodobnie też nie miał w tym czasie pomysłów na literaturę. Może te czasy były zbyt nowe, zbyt świeże, żeby pisać o nich.

A może to wyglądało inaczej. Widzisz, Wnuk za­wsze wiedział co chce robić, pisaniem zajmował się zastępczo. A pisarze próbowali po czerwcu – odwrotnie, zamiast pisania brali się za różne inne sprawy. I dopiero po niepowodzeniach wrócili do pisania. A Wnuk nie musi – robi to, co zawsze chciał robić.

Trudno mi wyrokować o motywacjach innych lu­dzi. W moim wypadku było tak, że w 1991 roku mia­łem poczucie, że to co robię w UPRze, jako dziennikarz i publicysta, jest cholernie ważne, jest bardziej istotne od tego, co mogę napisać. Dzisiaj mam, jeśli chodzi o tamte czasy, poczucie jeśli nie klęski, to bar­dzo silnego zawodu. I mam też dzisiaj uczucie, że więcej dobrego może wyniknąć z tego co napiszę.

A pisałeś rzeczywiście bardzo mało fantastyki…

Dokładnie było to tak: w 1990 roku – 2 opowiada­nia, w 1991 – żadnego, w 1992 – 2, w 1993 – 1. To, że lu­dzie jeszcze o mnie pamiętają, umieszczają w rankin­gach, uważam za wielki sukces.

W tych swoich „dojrzałych” tekstach bardzo często udawało ci się przewidzieć pewne zdarzenia czy zjawiska, to dawało tej prozie duży rozmach i wywoływało spore emocje, vide choćby „Szosa na Zaleszczyki” czy ostatnia powieść. Choć w tym przy­padku wtórny komunizm z kapitalistyczną twarzą był do łatwy przewidzenia.

Jak tak lubisz przepowia­dać, to może i nam trochę powróżysz?

Wolałbym nie. To kwestia mechanizmu pisania. Piszę dlatego, że się autentycznie duszę; jak rzeczy­wistość zaczyna mnie przytłaczać, przerastać, to pi­szę. Przytłacza mnie zwłaszcza świadomość, że ludzie nie zauważają czegoś złego, co się zbliża, nadchodzi. Wiesz, taki syndrom Kasandry. Kiedy mówię o swoich obawach w rozmowach z ludźmi, to traktują mnie jako furiata i nie chcą słuchać. Co w sumie rozumiem, nikt nie chce, by mu snuto ponure wizje – woli głupkowato wierzyć, że będzie lepiej, jakoś tam się ułoży. Ja tym nie potrafię sie znieczulić, uspokajam się wyrzucaniem obaw na papier, a że niestety bardzo często sprawdzają, to jest to sprawa szalenie ponura. Moja praca polega teraz na tygodniowo przerabiam dużą ilość zachodnich materiałów prasowych: „The Economist”, „Chronicie”, „National Review”, śledzę uważnie wydarzenia światowe, staram myśleć o tym, co będzie i gdy tak myślę, to mi włosy stają dęba na głowie. Oczywiście nikt nie ma słuchać tego, że mówię: „słuchaj stary, my sobie pijemy, a za 4 miesiące komuniści dochodzą do władzy, a my jesteśmy do nich wystawieni dupą, w którą nas tak kopną, że się nie pozbieramy”. Każdy powie, daj spokój, pijemy wódkę, nie wyjeżdżaj tu z polityką. No i co ja mam robić?

Kataryniarza zacząłeś pisać przed wyjazdem z kraju, miałeś już gotową pierwszą wersję na ile pobyt za oceanem wpłynął na ostateczny kształt powieści?

Kataryniarz był pisany bardzo długo i wiele pierwsza publikacja fragmentu miała miejsce 1992 roku w jakimś głównonurtowym piśmie o małym nakładzie, zaniósł to tam Przewodas – tekst obiecałem Mirkowi Kowalskiemu z „Nowej” – bardzo mnie gonił i ostateczny termin wyznaczył na XII 94. Nie wyrobiłem się, ale napisałem jakiś większy kawałek tekstu, fragment tej wersji poszedł w „Voyagera”. Natomiast gdy sprawa wróciła w tym roku, Mirek wyznaczył mi kolejny termin – koniec sierpnia – siadłem nad książką i stwierdziłem, że jest to absolutnie do bani i do wyrzucenia. 1 lipca usiadłem przy klawiszach, postawiłem pierwsze słowo i… zacząłem wszystko od nowa. Z pamięci powtarzałem oczywiście część scen, która była dobra, ale ta ostateczna wersja narodziła się w minione wakacje. Mój pobyt w Ameryce jakiś tam wpływ na kształt powieś­ci musiał mieć, ale chyba akurat na Kataryniarza najmniejszy. To co tam widziałem będzie miało wpływ na rzeczy, które piszę teraz. W Stanach po raz pierwszy zetknąłem się z pracą w sieci i to w powieś­ci zagrało.

Powieść jeden dzień z życia Roberta (nawiasem mówiąc, kim jest dla Ciebie Robert?) – jest powieścią, w której publicystyka miesza się z cyber sf, nie mó­wię cyberpunk, bo mijałoby się to z prawdą. Skąd się wzięła Twoja znajomość komputerów, jesteś wszak humanistą. No i wybór konwencji.

Jeśli cyberpunkiem nazwać model fantastyki gibsonowskiej, to ja takiej uprawiać nie mam zamiaru i określenie cyber sf jest tu bardzo na miejscu. Dość mocno trzymam się jednej ze swoich głównych zasad pisarskich – starać się pisać to, co jeszcze nie zostało napisane. Myślę, że cokolwiek ktoś tam sądzi o moich książkach, to chyba musi przyznać, że każ­dy z moich tekstów sf (nie fantasy) nie został nigdy wcześniej napisany. Od „Jawnogrzesznicy” wszys­tkie są nowe, w jakiś sposób pierwsze. A cyberpunk w obecnej formie nieszczególnie mnie interesuje, nawet nie pociąga.

A skąd się wzięła moja wiedza komputerowa? Bo pisałem powieść, która o komputerach traktowała, w związku z czym te sprawy musiałem przeryć dość dokładnie. Komputer mam w domu, ale nie podłączo­ny do sieci. Wszystko bierze się z przygotowań do pi­sania. Jeżeli w którymś z moich utworów pojawia się twierdza Przemyśl w stanie z 1914 roku i bohater idzie takim, a nie innym okopem, to mój czytelnik musi mieć pewność, że ja wiem, jak to wtedy wyglądało. To jest kwestia solidności, dla mnie tło jest szalenie ważne. Miałem wielką radochę, kiedy na Nordconie złapało mnie paru ludzi, zawodowców od sieci, któ­rzy mieli różne zarzuty do przedstawienia sieci przy­szłości w Kataryniarzu, ale ja byłem w stanie kontrargumentować i przekonać ich, że to co napisa­łem, trzyma się kupy. I musieli mi to przyznać.

I pochwalę się. W „Rzeczpospolitej”, krótko po ukazaniu się mojej książki, przeczytałem prognozę dla Polski w roku 2010, wariant pesymistyczny, przygotowany przez ludzi z PANu, jakieś dwadzieścia osób pod kierownictwem profesorów. I dokładnie zgadza się z Kataryniarzem. Okazało się, że te mo­je dociekania są kompatybilne z dorobkiem kilku­dziesięciu osób analizujących bieżące trendy w gos­podarce, demografii itd. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że książka jest dobra.

Miałem też taki moment satysfakcji, gdy Krzy­siek Papierkowski i Boguś Gwozdecki z GKFu (KP jest komandorem Marynarki Wojennej, a BG kapitanem lotnictwa wojskowego – przyp. red.) powiedzieli mi, że w godzinie przed świtem wojsko jest przedsta­wione dokładnie tak jak wygląda. Czyli tło nie decyduje może o wartości książki, ale jest szalenie ważne.

Natomiast co do bohaterów, to ja mam świński zwyczaj obdarzania ich jakąś częścią swojej biogra­fii. Facet, o którym piszę, musi być dla mnie realną postacią. A uczłowieczyć go mogę – uważam – tylko w ten sposób. A w przypadku Roberta tych elemen­tów jest bardzo dużo, co nie znaczy, że jest to do końca taki człowiek jak ja. A mówię o tym „świński zwyczaj” dlatego, że przez to tworzy się wrażenie, że żona bohatera, Victoria, jest alter ego mojej żony. A to już nie jest prawdą.

Przyznam się, że nie śledzę polskiej sceny poli­tycznej, jestem typem Polaka nie rozpolitykowanego, któremu jest obojętne, kto rządzi tym krajem, oby tylko nie byli to komuniści, ale nie miałem trudności w rozszyfrowaniu kilku postaci. A to Literata, a to działacza związkowego, a to paru osób z prawicy; chciałeś im przy okazji nawtykać, czy tak samo wy­szło?

Ja mam taki wielki luz w życiu, że piszę felietony i jakbym komuś chciał dokopać od siebie, to mogę w każdej chwili to zrobić. Mogę napisać o tej osobie w felietonie po nazwisku, nazwać, jak mi się żywnie podoba. Natomiast owe podobieństwo wynika z tego, o czym mówiłem – pisząc, muszę widzieć te postaci, muszę znać każdą z nich, nawet postać trzecioplanową. Muszę znać dokładnie scenografię, w jakiej się poruszają, muszę mieć rozrysowany plan sytuacyjny. W związku z tym bardzo często moich bohaterów za­wieszam sobie na jakichś postaciach rzeczywistych. I umieszczam w akcji utworów, zazwyczaj ich nie dekonspirując. W Kataryniarzu rzeczywiście nie wy­trzymałem w którymś momencie pokusy i parę osób postanowiłem potraktować w taki sposób, żeby łatwo było się domyślić, kto zacz. Ale nie miałem zamiaru pisania powieści z kluczem!

Trzeba też dodać, że niektóre z tych postaci, np. Literat, są pewnymi modelami, wzorcami. Łajdactwo Literata jest łajdactwem charakterystycznym. Ten człowiek doprowadzał mnie do strasznej furii i uzna­łem, że trzeba ten typ ludzki opisać. Nie po to jednak wyciągam takiego faceta, żeby zrobić powieść z klu­czem i łypać do czytelnika okiem, że ten to właściwie ten czy tamten. Piszę tak, żeby w ten sposób upodob­nić postać fikcyjną do rzeczywistej, żeby odwołać się do całego ciągu skojarzeń, do całego środowiska, któ­re stoi za tym człowiekiem. Żeby ten, który orientuje się w tych sprawach, od razu wiedział o kim piszę. O jakim typie psychicznym i moralnym, reprezentu­jącym jakie wartości.

Politykę – choć wytykają ci cynizm – traktujesz raczej idealistycznie, zero-jedynkowo. Nie masz już złudzeń co do przyszłości Polski? Uważasz, że nad­szedł czas czerwonych targowiczan i IV rozbioru Polski?

Co do cynizmu, to cyniczni są bohaterowie. Ale jeżeli opisuję ubeków, to trochę ich znam i wiem, że tacy są: cyniczni, przekonani o tym, że stanowią lepszy gatunek ludzi, nie potrzebujący jakiś szczegól­nych motywacji.

Zauważam pewne podobieństwo w obecnej sytu­acji Polski do tego, co się działo w wieku XVIII. Wi­dzę bardzo podobny sposób myślenia, zbliżone osoby działają na scenie politycznej, podobne rzeczy się dzieją. I mentalność społeczeństwa jest zbliżona. I może być tak, że skończy się podobnie. Tym, co sprawia, że się duszę, jest to, że nikt nie chce tego za­uważyć.

Daleki jestem od snucia teorii, że Polacy są naro­dem nieudolnym, głupszym, wyjątkowo ciemnym, niepotrafiącym sobie dać rady z samym sobą. Ale myślę, że nie po to się spotkaliśmy, żeby o tym mó­wić.

Kataryniarz uzupełnia się nieco ze Świętem śmiechu Oramusa.

To już nie pierwszy raz mój tekst współgra z tym, co napisał Marek. Chociaż nie rozmawialiśmy na ten temat. Wyczuwam w Oramusie pewne pokrewieństwo, nie wiem czy on się do tego przyzna, ale jest pewna zbieżność w tym, co robimy, sposobie myślenia, czy sposobach przeżywania tego, co się wo­kół dzieje.

Przez ostatnie dwa lata było krucho z polską fantastyką, teraz narasta jakaś złość w autorach, nadchodzi czas, by wydać kolejne Wizje alternatyw­ne.

W momencie gdy rozmawiamy widać, że nastąpi­ło pewne ożywienie wśród naszych fantastów i ma ono charakter nie tylko rynkowy – jest to także ożywienie umysłowe. Kilku autorów zaczęło znowu pi­sać. Może wynika to z faktu, że znowu można teraz sprzedać książkę, ale chyba i z tego, że ludzie doszli już do pewnych wniosków o ostatnich latach i stwier­dzili, że muszą o nich napisać. Myślę, że Twoja anto­logia będzie miała teraz sens.

A ponieważ jestem teraz silnie zniechęcony do innych dziedzin swojej działalności, więc mam szcze­ry zamiar poważnie zająć się pisaniem. Piszę dużo, poza opowiadaniem do antologii, piszę tekst, który chcę sprzedać do „NF”. Jest też możliwość pociągnię­cia dalej Kataryniarza. I jeżeli sprzeda sie go 5 ty­sięcy, to chyba napiszę resztę materiału. I będzie to – myślę – lepsze od pierwszej części.

A opowiadania „ukraińskie”?

Też są brane pod uwagę. Wiesz, czuję się teraz na fali, powieść podobno sprzedaje się nieźle. A dzi­siaj (śmiech) zgłosili się do mnie ludzie z Zespołu Fil­mowego z propozycją kupienia praw do Katarynia­rza. Nie wydaje mi się, żeby coś z tego wyszło, ale odnotowuję ten fakt jako wydarzenie, które motywuje mnie do dalszej pracy.

Dzięki za rozmowę.

Warszawa 1996

Zostaw komentarz