Wywiad z Mirosławem P. Jabłońskim, 1996

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 7 Styczeń 2011

Mirek, minęło już kilka lat od wydania Twojej ostatniej książki, ale na wylocie jest wznowienie Du­cha Czasu, czas więc przypomnieć nowemu pokole­niu polskich fanów Jabłońskiego-pisarza. Urodziłeś się w Zakopanem, mieszkasz w Krakowie, czyli dla mieszkańców Polski północnej (czytaj mnie) jesteś góral. Chciałoby się żartem zaraz spytać, czy życie w cieniu skalistych grani potrafi natchnąć do pisania w ogóle, a fantastyki w szczególności, ale nie spytam. Zadam jednak pytanie na temat Twoich korzeni litera­ckich. Co lubisz, co pociągnęło cię w fantastyce, czy był to znowu Lem, który nad Twoim i moim pokole­niem wisi niczym jakiś duch sprawczy?

Z tego, co pamiętam, zawsze byłem nieco samotnikiem i marzycielem. Jeden fakt na poparcie tych słów stoi mi wyraźnie przed oczami – w wieku kilku lat chodzę po Parku Krakowskim, wąchając kwiatki i przyglądając się im, podczas gdy reszta przedszkolnej dzieciarni zachowuje się normalnie – to znaczy biega, wrzeszczy i obrzuca się piaskiem. Trochę później przyszedł czas na radio – słuchałem wszystkiego: audycji dla dzieci, młodzieży, Matysia­ków, Teatrzyku Zielone Oko; ten ostatni uwielbiałem. Radio – jak i książki – rozbudza wyobraźnię; w prze­ciwieństwie do ruchomych obrazków. Potem przyszła pora na samodzielne lektury – w szkole podstawowej czytałem wszystko: od „Trzech Muszkieterów” po „Braci Karamazow”. Niedawno doszedłem do wnios­ku, że większość wartościowej literatury przeczytałem do 25 roku życia. Nigdy nie ograniczałem się do samej SF, którą zachłysnąłem się za sprawą „Proximy” Borunia i Trepki. To było objawienie, odczułem to tak, jakbym całe życie czekał na coś podobnego. Mia­łem wówczas 13 – 14 lat. „Proximę” przeczytałem chyba z 50 razy, zanim moja zrozpaczona matka nie udała się po pomoc do zaprzyjaźnionej bibliotekarki, która powiedziała jej, że jest jeszcze taki Lem, co podobnie pisze. I Lema kocham do dzisiaj, czym mu się kilkakrotnie dałem we znaki. Dlatego z trudem przychodzi mi wierzyć w to, iż Ziemkiewicz (co pra­wda o 10 lat młodszy), mówi podobno, że nic Lemowi nie zawdzięcza. Ja tak. Za lekturami poszły pierwsze próby „literackie”. Pisywałem już wcześniej opowia­danka w stylu Niziurskiego czy Platówny, więc teraz nadszedł czas na fantastykę. Pierwsza wersja debiutanckiego „Drzewa genealogicznego” powstała, gdy miałem 16 lat. Wstydziłem się wtedy tego co robię – w tym wieku należało dobrze grać w piłkę. „Drzewo…” opublikowałem, kiedy miałem 23 lata. Przy okazji – niedawno, zupełnie przypadkiem dowiedzia­łem się, iż Wolfgang Jeschke zamieścił „Drzewo genealogiczne” (w tłumaczeniu Hanny Rottensteiner) w swoim dorocznym zbiorze najlepszych opowia­dań światowej SF za 94 rok (23 lata po jego powsta­niu!). Po interwencji nawet mi zapłacili. Podobno z odsetkami za 4 lata, ale kto to sprawdzi?

Zacząłem od pokoleń, należysz do tego, które wydało Oramusa, Baranieckiego, Żwikiewicza, Dęb­skiego, Zajdel był starszy od Was o kilka lat. Jednak Ty wszedłeś do fantastyki jakby z zewnątrz, nie utartymi drogami wspólnoty fanowskiej. Twoja pierwsza powieść Kryptonim „Psima” była takim nagłym debiutem, nigdzie nie zapowiedzianym. Jak ktoś dzia­łał w fandomie w tamtych latach, to przynajmniej wie­dział czego się spodziewać. A tu nagle, łup, jakiś Jab­łoński.

Istotnie, nie należałem do ruchu fanowskiego. Ale też nie wiem, czy już wówczas – mówimy o latach siedemdziesiątych – w ogóle coś takiego w Krakowie istniało. Nawet gdyby, to w czasach szkoły średnie] przed zaangażowaniem się w ruch powstrzymałaby mnie moja skłonność do samotności oraz pewna nie­śmiałość, jaką odczuwałem w tamtym okresie przed wchodzeniem do nowych środowisk. Później zagrała megalomania spod znaku, że nie ‘Mahomet do góry. tylko góra do Mahometa’. Gdybyś ty, Wojtku, nie wyciągnął mnie z niebytu i nie otrzepał z kurzu przed Polconem 90, moje życie – co oczywiste – byłoby zgoła inne. Tyle, że chyba nie lepsze. Co do Psimy… to mam do Iskier ten żal, że z niewiadomych powo­dów wypuścili książkę poza serią. Dlaczego? Nie zgadnę.

Twój debiut zainspirował Piotra Szulkina do rea­lizacji jego filmu „Ga-ga, chwała bohaterom”. Jak oddziałało na Ciebie to doświadczenie: debiut i sru. nagle ekranizacja? Podjąłeś chyba nawet decyzję o na­uce scenopisarstwa?

W pewną niedzielę ‘83 roku wróciłem do domu. znajdując za wizytówką na drzwiach zatkniętą kar­teczkę: Pan Mirosław Jabłoński, autor książki „Kryp­tonim Psima”. Jestem w hotelu Francuskim w poko­ju… i chciałbym się z panem spotkać. Piotr Szulkin. Chyba nie muszę mówić co poczułem, ani dodawać. że pognałem do centrum jak na skrzydłach! Potem rzeczywistość nie okazała się aż tak różowa, jak ją chciałem widzieć, bo Piotr miał już gotowy scenariusz filmu „Ga – ga, chwała bohaterom”, i nie miała to być ekranizacja, tylko „pół-ekranizacja” – Piotr skorzystał także z wątków powieści „Według Łotra” Snerga, a potem, gdy ten się wycofał (z tego co wiem, poszło o pieniądze), zaasekurował się, pisząc w czołówce o inspiracji filmem „Ser” (niektórzy mówią „Twaróg”) P. P Pasoliniego. Też niezłe nazwisko! W sumie byłem i jestem, oczywiście, zadowolony. Stanowiło to dodatkowy impuls, by zdawać do Studium Scenariu­szowego przy PWSFTiT w Łodzi, co zamierzałem już wcześniej, ale przeszkodziło mi w tym wojsko, a Stu­dium działa w systemie dwuletnim. Mówiąc szczerze, zdawało mi się, iż od tej pory będę miał „życie jak w Madrycie”, dzieląc swój czas pomiędzy książki i scenariusze, Kraków i Warszawę, ale z różnych względów nie stało się tak. Nie jestem przesądny, lecz w tym wypadku gotów byłbym uznać istnienie jakie­goś fatum, gdyż wszelkie próby scenopisarstwa, w ja­kich uczestniczyłem (np. mieliśmy pisać dla Jacka Bromskiego dalsze części jego filmu „Zabij mnie, gli­no”, gdyż to, co poszło do kin było najpierw plano­wane jako pilot serialu; czy pisanie w zespole, pod opieką Kazimierza Kutza, wieloodcinkowego serialu, którego tematem ogólnym miały być doświadczenia czterdziestu pięciu lat komunizmu na przykładzie Krakowa), wzięły w łeb z powodu tzw. „przyczyn obiektywnych”. Za pozostałą część braku powodze­nia na tym polu winę ponosi moje lenistwo i indolen­cja.

Później mamy parę lat przerwy i nagle, w regio­nalnym wydawnictwie, szczecińskim „Globie” uka­zują się w 1987 roku od razu dwie powieści: Schron i Nieś­miertelny z Oxa.

Na tę przerwę wpłynęło kilka rzeczy – rok służby wojskowej, potem dwa lata Studium Scenariu­szowego i tzw. sprawy życiowe. W tym czasie ukazał się tylko mały tomik w NK, w serii „Stało się jutro”, wspólny z Andrzejem Drzewińskim, ale moje są tam zaledwie dwa opowiadanka, dosyć już wówczas wie­kowe. Schron też od lat miałem w szufladzie – była to bardzo źle napisana książka (mówię głownie o sty­lu), którą „popełniłem” uskrzydlony podpisaniem umowy wydawniczej z Iskrami na Psimę. Dziwnym trafem, treść Schronu wielu osobom bardzo się podobała (choć ja sam nie byłem, ani nie jestem, wielkim jej fanem), więc zgnębiony kolejną nieprzy­chylną recenzją wewnętrzną jakiegoś wydawnictwa siadłem do maszyny (to taka klawiatura bez monitora, która sama pisze) i przepisałem rzecz na czysto, dodając do pierwotnej wersji (poza wprowadzeniem innych zmian), dwa kończące rozdziały. Wtedy, nie­mal jednocześnie, zaakceptował ją „Glob” i program III PR, gdzie czytał powieść Jan Nowicki.

Powiem szczerze, że w tej chwili nie pamiętam ani daty, ani okoliczności, w jakich powstawał Nieś­miertelny z Oxa. Na pewno była trzecią z napisa­nych przeze mnie powieści, i to w czasie, kiedy wal­czyłem z kolejnymi wydawnictwami o Schron, ale – dalibóg – nic więcej nie wiem. Przypominam sobie tylko (niech mi to zostanie wybaczone!), że pomysł zastosowania tak pokrętnej narracji wziął się z Roz­mowy w Katedrze Llosy. Nieśmiertelnego dedy­kowałem Stanisławowi Lemowi, co najlepiej świadczy o stanie moich uczuć do Mistrza.

Nieśmiertelny z Oxa był, przyznam, pierwsza Twoją książką, która zrobiła na mnie wrażenie. Skom­plikowany wewnętrznie bohater, kilka poziomów retrospekcji, powikłana intryga, to wszystko u faceta, który ma na swoim koncie tak niewiele dokonań litera­ckich. Pamiętam niewyraźnie, że chwalił cię nawet Bugajski, krytyk twardogłowy.

Częściowo już Ci na to pytanie odpowiedziałem – taki a nie inny bohater, sposób narracji, etc. to wynik lektur. Oczywiście, nie jestem ani nie będę nigdy Dostojewskim czy Llosą, ale czytanie ich coś w czło­wieku pozostawia. Cieszę się w związku z tym, że powieść rozeszła się w niewiarygodnym jak na obe­cne czasy nakładzie 70 000 egzemplarzy (nie pomylić liczby zer; słownie: siedemdziesiąt tysięcy!). Oczywiś­cie, częściowo to wynik ówczesnej nienormalnej sytu­acji na wygłodniałym rynku księgarskim, ale cieszę się, iż książka bardziej skomplikowana formalnie i wartościowsza od sztampowej produkcji, zdobyła tylu czytelników.

Tymczasem ukazują się Twoje opowiadania. W broszurze Naszej Księgarni (razem z tek­stami Andrzeja Drzewińskiego), w zbiorze Czas Wodnika w Iskrach, w antologiach, czasopismach. W su­mie nie piszesz ich jednak wiele, skupiając się na powieściach, podczas gdy następne pokolenie auto­rów, debiutujących na przełomie lat 70. i 80., pisze głównie opowiadania.

Istotnie, opowiadanie to nie jest moje medium. Nie ja to wymyśliłem, że dobre, zwarte, jędrne opowiadanie jest dużo trudniej napisać niż powieść – wy­maga ono dyscypliny, samoograniczenia, cięcia zbędnych słów oraz ozdobników. A ja nie mam do tego serca. Bardzo lubię ładne, długie, wielokrotnie złożone zdania (kłania się Sienkiewicz et consortes), na co w opowiadaniu nie ma miejsca. Muszę mieć dużo przestrzeni oraz silne przekonanie, że pomysł, który mam w głowie, jest wystarczający na krótką anegdotę – i nic ponadto. Oczywiście, przy dużej dozie uporu i dobrej (czy raczej złej) woli, każdy pomysł można rozdąć do wielosetstronicowej powieści, obudowując go dodatkowymi wątkami, wnikając w „psychologię postaci”, etc, ale rzadko kiedy wycho­dzi to komukolwiek na zdrowie. Nie wiem, jak jest z in­nymi, ale kiedy mnie świta w głowie jakiś pomysł, to od razu wiem – to będzie opowiadanie, to powieść, a to scenariusz. Nie zdarzyło mi się jeszcze, bym się w tym pomylił!

Po 1989 roku przychodzi czas na prywatne wydawnictwa. Nie wszyscy są gotowi na przemiany rynkowe, Ty jednak masz od ręki niemalże dwie przygoto­wane powieści, które wydaje „Białowieża” z Białe­gostoku. Dubler jest powieścią nieudaną, pobrzmiewają w nim echa pomysłu z Nieśmiertel­nego z Oxa, dwaj rywalizujący ze sobą bracia, powo­dem rywalizacji kobieta.

Jak chodzi o Dublera, to powtórzyła się chyba psychologiczno-wydawnicza sytuacja zwią­zana ze Schronem. Nie powiem, żebym się tej powieści aż wstydził, bo w przeciwieństwie do wielu innych książek, jakie zyskały aprobatę środowiska, jest przynajmniej napisana w miarę poprawnie języ­kowo i stylistycznie. Nie sądzę także, by komukolwiek, kto ją przeczytał, przyniosła jakąkolwiek szkodę. Poza mną samym, gdyż forsując jej wydanie (jeszcze przed tym, jak wziął ją do „Białowieży” niechlubnej pamięci Andrzej Bałakirew), zrobiłem sobie kilku wrogów. Można zadać pytanie, dlaczego się tak upierałem przy wydaniu Dublera. Odpowiedź jest w miarę prosta – nie dla pieniędzy, jak to mi zarzucił któryś „…ator” z „Fantastyki”, gdyż wiadomo, że to nigdy nie była wielka forsa, ale dlatego, że nie uważałem wówczas tej powieści za złą; a poza tym, nie lubię, jak się coś marnuje (w szufladzie).

Druga powieść, to Duch Czasu, rzecz dla mnie znakomita, pamiętam jak rozdział przysłałeś mi do pierwszej antologii Wizje alternatywne. Śmiałem się, wkurzałem, przecierałem oczy ze zdumienia. Nie tylko ja, Inglot posunął się nawet do tego, że napisał o niej, że jeśli na Duchu Czasu zakończy się historia polskiej SF, to nie będzie miał pretensji do losu, że to będzie godne uwieńczenie. Dubler i Duch to powieści napisane przez innych Jabłońskich.

Sam nie wiem, skąd się we mnie wziął Duch Czasu, poza tym, że pisząc go postanowiłem nie narzucać sobie żadnych ograniczeń. Technika pisar­ska, zwana strumieniem świadomości to, oczywiś­cie, nie mój wynalazek, ale kiedy ma się jakąś świado­mość, to podobny zabieg daje całkiem niezłe wyniki. Wielka chwała Inglotowi za te wspaniałe słowa; sam nie wypowiedziałbym na temat tej książki aż tak kate­gorycznie pochwalnego zdania, ale uważam nieskromnie, iż pomijając Lema, to obok Robota Wiśniewskiego-Snerga, jest to najlepsza książka, jaka wyszła z naszego środowiska. Niestety, mało kto ją przeczytał, a to z powodu fatalnej dystrybucji – poza Białymstokiem, Olsztynem, Warszawą, Wrocławiem i Krakowem (dokąd sam ją właściwie ściągnąłem do zaprzyjaźnionej księgarni) w zasadzie „Białowieża” (czytaj Andrzej Bałakirew), nie pofatygowała się, by cokolwiek dla niej zrobić. Na to nałożył się w ogóle nie najlepszy okres dla rynku księgarskiego, plus szkaradna okładka. W zeszłym roku dowiedziałem się w w/w wydawnictwie, iż gros nakładu poszło na przemiał.

Tym bardziej się cieszę, iż została dostrzeżona przynajmniej przez środowisko, co zaowocowało umieszczeniem jej na liście kanonu SF – stu najlep­szych książek, zdaniem „Nowej Fantastyki”.

Trudno mi powiedzieć, jak mam się „wytłuma­czyć” z obecności dwóch Jabłońskich we mnie, z któ­rych jeden pisze Dublera, a drugi Ducha Czasu, zauważyć jednak muszę, iż jestem spod znaku Bliźniąt, i stąd chyba to wszystko – jestem rozdwojony psychicznie i nigdy nie wiem, czego chcę. Przyznam się, iż najpierw miała to być kolejna, schematyczna powieść SF, z sensacyjno-politycznym podtekstem, którego ślad pozostał w postaci tej „loterii dla bezro­botnych”, oraz – nie wiem czemu, bo gram jak noga – brydż. Wymyśliłem ten początek dygując narty doliną Jaworzynki na Halę Gąsienicową, gdyż nie było już miejscówek na Kasprowy. Kiedy napisałem jakieś 30 stron, nagle „zaczęło mnie ciągnąć” w innym kierunku – wyrzuciłem 25 początkowych stron i zaczą­łem  jeszcze raz, niemal od zera. Szczerze  też powiem, iż początkowo chciałem wydać Ducha… (którego tytułem był obecny podtytuł, czyli: „A w Piń­czowie dnieje…” bez szyldu SF; nie dlatego, bym miał hopla na punkcie wyrwania się z „getta SF”, tylko sądziłem, że w ten sposób powieść dotrze do więk­szej liczby czytelników, którzy by na jej lekturę zasługiwali, a którzy nie sięgnęliby po nią właśnie z po­wodu łączenia jej z „gettem”. Nie wyszło. Chwała Bałakirewowi, że ją wydał, i niech będzie przeklęty, że tak spaprał. Teraz szykuje się drugie podejście.

A sam pomysł? I sposób realizacji? Jest tu tech­nika Joyce’a, szaleństwo de Sade’a, ekologia, eroty­ka, tfu tfu, soft porno wręcz, podróż przez czas i przestrzeń, gdzie udanie wcielasz bohatera w krańcowo różne postacie historyczne, dziwny styl narracji, który mniej wyrobionego literacko czytelnika z miejsca odrzuci.

Znowu widzę, że częściowo wybiegłem Ci na spotkanie, odpowiadając z rozpędu na to pytanie. I znów odwołam się do swych lektur – jest tu, jak zauważasz Joyce, bo jego Ulisses rzucił mnie nie na kolana, ale sprowadził do parteru. Jest coś z Italo Calvino „Jeśli zimową porą podróżny”, bo chciałem się pobawić różnymi technikami narracji, charakterys­tycznymi dla rozmaitych kultur – stąd podróbki stylu powieści rosyjskiej i radzieckiej oraz japońskiej. Bar­dzo zresztą zawsze lubiłem literaturę japońską; rów­nie, co najlepsze dzieła iberoamerykańskie. W dużym stopniu w stworzeniu zasadniczych zrębów powieści pomógł mi miesięczny pobyt w Izraelu, zetknięcie się z tym nieprawdopodobnym tyglem trzech monoteis­tycznych religii współczesnego świata. Co do seksu, to zawsze byłem za i „Wiek markiza de Sade’a” nie jest mi obcy. I w końcu – naprawdę przejmuję się degradacją środowiska naturalnego w skali całej pla­nety. Nurkuję jak wiesz, i chciałbym zobaczyć na własne oczy żywą rafę koralową Morza Czerwonego albo – to raczej pobożne życzenie – Karaibów. (Na­wiasem mówiąc, rzeczywistość jest coraz bliższa moich rojeń – dowodem wielka płyta lodowa, dłu­gości 160 km, jaka niedawno oderwała się od Antarktydy, a która może sobą zakłócić przebieg Prądu Zato­kowego).

Nagle, wszystko to przekroczyło masę krytycz­ną, dając w efekcie Ducha Czasu. To niemodne dzisiaj, ale powiedziałbym, że zadziałało trzecie prawo dialektyki Marksa; to o ilości przechodzącej w jakość.

I co do ostatniego członu Twego pytania, odpo­wiem, iż pisząc Ducha miałem cały czas na względzie raczej wyrobionego literacko czytelnika.

Po Duchu spocząłeś chyba na laurach, napi­sałeś parę opowiadań, a na kolejną powieść, Elek­tryczne banany, trzeba było poczekać kilka lat. Tu też byłem jednym z pierwszych czytelników i orędowni­ków Twego dzieła. Podobał mi się styl, pofolgowanie wyobraźni i językowi, ale pomimo wyraźnie rynkowych, komercyjnych ukłonów, nie jest to powieść dla przeciętnego czytelnika. Tak w ogóle, jak doszło do napisania tych dwóch ostatnich powieści?

Elektryczne banany, które także miały wejść na listę 100 NF, zacząłem pisać nieco z poczucia rozgoryczenia nieudanymi próbami zaistnienia w filmie (stąd główny bohater jest scenarzystą-nieudacznikiem), oraz buzującym we mnie antyklerykalizmem, podsycanym przez bezpardonowe panoszenie Koś­cioła w życiu politycznym Polski. W związku z taką a nie inną sytuacją wydawniczą, Banany także przeleżały się kilka lat, co im wyszło może i na dobre w tym sensie, że Twoje uwagi, Wojtku, który miałeś być pierwszym ich wydawcą, podtrzymał Witek Chwiłkowski, zmuszając mnie do dopisania ok. 50 stron tekstu i poprawienia w ten sposób „puszczone­go”, jak to często ma u mnie miejsce, zakończenia. Jestem zadowolony z końcowego kształtu książki, poza interpunkcją, w której Witek zanadto poswawolił. Nie wiem, czy dobrze pojąłem, co rozumiesz przez „rynkowe, komercyjne ukłony”, ale jeżeli mamy to samo na myśli, to przyświecał mi inny zgoła zamiar – to była satyra na nasz raczkujący, siermiężny łóżeczkowy kapitalizm. Zgadzam się, iż nie jest to książka dla przeciętnego czytelnika – głównie dlatego tak sądzę, że nie sprzedaje się jakoś rewelacyjnie! A szkoda.

Druga połowa ostatniej dekady, to raczej słaby okres dla Jabłońskiego-pisarza. Oprócz Bananów publikujesz niewiele, właściwie zarzucasz pisarstwo dla tłumaczeń. Dajesz się szybko poznać jako niezły translator Carrolla, Zelazny’ego i Sheckleya, ostatnio poprawiłeś, tzn. dokonałeś przekładu od nowa, bar­dzo złe tłumaczenie Kontaktu Sagana. Jak ci idzie ta praca, znajdujesz w niej satysfakcję? I czy da się z niej wyżyć?

Powiedziałbym, że praca tłumacza nie­wdzięczną jest. Nie chciałbym się tu wdawać w nierozstrzygalne rozważania, czy jest ona twórcza, czy odtwórcza, powiem tylko, że wszystkie ewentualne laury obsypują zwykle autora, a tłumacz jest bity ze wszystkich stron – przez tegoż autora, redaktorów, korektorów, wydawców i recenzentów. Autor jest tutaj jeszcze najłaskawszy – w 99 przypadkach na 100 nie zna polskiego ani w ząb, więc nie może się do niczego przyczepić; za to zasadza się na tłumacza redaktor zbrojny w idiomy, slangowe wyrażenia, wie­dzę o sobie tylko wiadomych realiach oraz w… igno­rancję. Na przykład wspomniani przez ciebie Zelazny i Sheckley pozwolili sobie napisać, bodaj w pier­wszym tomie trylogii przygód demona Azziego Elbuba, iż – patrząc z Rzymu – Adriatyk leży na zacho­dzie! Poprawić? No, jasne. Bo jak nie, to krytyk cię zniszczy i wyśmieje. Z drugiej strony, piszesz poprawnie „hrabia Saint-Germain”, a korektorka zmienia ci to na „świętego Germana”!!! To jakby kto hrabiego Balsamo z balsamem do włosów pomylił! Kto za to obrywa? Tłumacz. Ponieważ nakłady książek spada­ją, wydawcy starają się wypchnąć na rynek maksy­malną liczbę tytułów na rok. Efekt? Redakcja tekstu w wydawnictwie właściwie nie istnieje. Z punktu widzenia wydawcy najlepiej by było, gdyby autor czy tłumacz dostarczali tekst, w którym nie trzeba by zmienić nawet przecinka. Książka szła by od razu na maszyny, a potem do hurtowni. Z niektórymi zresztą – tak się najwyraźniej dzieje.

Po wysłuchaniu tych wszystkich narzekań zdziwi Cię zapewne, gdy powiem, że czerpię z tego satysfakcję – głównie dla dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że angielski zawsze był moją nieodwzajem­nioną miłością, którą jednak zdobyłem „wytrwałością i pracą”, jak się to mówi. Co do finansowej strony zagadnienia, to mogę jedynie stwierdzić, iż trafnie zadałeś pytanie – przy moim tempie pracy da się wyżyć, To znaczy wyżyje jedna osoba. Ja.

Czy wznowienie Ducha Czasu będzie ozna­czało, że o Mirosławie Jabłońskim wkrótce znowu będzie głośno? Czy masz jakieś pisarskie piany, zamierzenia?

Jak na razie, to wznowienie Ducha czasu nie będzie miało żadnego innego znaczenia, jak to, że jest to wznowienie Ducha Czasu. Mogę mieć tylko nadzieję, że książka trafi do jeszcze kilkorga rozum­nych ludzi, gdyż przy obecnych nakładach trudno liczyć na tzw. „szerszy odbiór”. Nie wiem, czy to nie kryptoreklama, ale mam, oczywiście, nową, dobrą okładkę projektu mego kolegi, krakowskiego grafika Piotra Holineja, a sam tekst został przeze mnie ponownie przeczytany, co zaowocowało pewnymi kosmetycznymi zmianami – na lepsze. Książka powinna ukazać się w maju, w wydawnictwie Trickster.

Jak chodzi o plany czy zamierzenia literackie, to – niestety – ich nie mam. Z jednej strony tłumacze­nia zabierają mi tyle czasu, że na nic innego już go nie staje; z drugiej, ta robota – w sytuacji, gdy jakiś własny pomysł nie narzuca mi się zbyt nachalnie – daje mi poczucie uczestnictwa w szeroko pojętym działaniu „kulturotwórczym” -jak mawiali w wojsku. W związku z tym zastanawiam się, czy nie jestem kolejnym przykładem na to, iż po czterdziestce w wielu ludziach wypala się ciąg do fantastyki. Coś jest na rzeczy, bo o ile dawniej rozpoczynałem lekturę F’, NF i Fenixa od opowiadań oraz powieści, to potem odwróciłem kolejność, startując od publicystyki i życia fanów, a teraz części literackiej w ogóle już nie czytam, traktując oba miesięczniki jak pisma bran­żowe – chcę wiedzieć kto, co i kiedy.

Lubię kończyć 13 pytaniem. Tym razem jednak, to może Ty zechciałbyś powiedzieć coś czytelnikom SF’sa, klientom Solaris i w ogóle wymierającemu już gatunkowi moli książkowych?

Mole książkowe po prostu pozdrawiam – tak trzymać!

rozmawiał Wojtek Sedeńko

Olsztyn 1996

Zostaw komentarz