Wywiad z Wiktorem Bukato, 1995

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 6 Styczeń 2011

Wiktor Bukato urodził się 25 lutego 1949 ro­ku w Warszawie, żonaty, ma syna i córkę. Z wykształce­nia jest lingwistą, w zakresie języków angielskiego i rosyjskiego. Z wy­kształcenia tłumacz. Przez niemal dziesięć lat pracował w Polskim Radiu, skąd wywaliła go weryfikacja wstanie wojennym. Potem wydawnictwa: Alfa, Phantom Press i Al­kazar. W dorobku tłumaczeniowym przede wszystkim opowiadania do różnych antologii i zbiorów, ale i powieść „Wojna skrzydlatych” Poula Andersona oraz pełen zbiór J.T. Mclntosha „Dziesiąte podejście”. Poza tym własnego wyboru antologia „Rakietowe dzieci”. Fan, w OKMFiSF prowadził dział wy­dawniczy, był też w SFANie. W la­tach 1990-1992 był przewodniczącym Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction. Poza „Śląkfami” został w 1987 roku na­grodzony „Karelem”, nagrodą World SF przyznawaną tłu­maczom. W tym samym roku otrzymał też nagrodę Big Heart Award, nagrodę „starej wiary” fandomu amery­kańskiego, przyznawaną tym, którzy pomagali w posze­rzaniu kontaktów międzyludzkich w fandomie świato­wym.

Wiktor, zacznijmy od samego początku. Jak zaczęła sie Twoja przygoda z fantastyką – chodzi mi o pierwsze lektury i działalność w pierwszej organizacji fanowskiej – Ogólnopolskim Klubie Miłośników Fantastyki i Science Fiction.

Moja przygoda z fantastyką zaczęła się kilkadziesiąt lat temu, gdy usłyszałem w radiu słuchowisko według po­wieści Borunia i Trepki „Proxima”. Momentalnie rozko­chany w SF, pognałem do księgarni, gdzie „Proxima”, o dziwo, była na ladzie. Potem kupiłem „Kosmicznych braci”, potem „Antyświat”, zacząłem czytać Lema i jakoś tak poleciało. Obcą fantastykę zacząłem odkrywać od se­rii Iskier oraz „Kroków w nieznane”; do „Rakietowych szlaków” i „W stronę czwartego wymiaru” dotarłem do­piero później, gdy na poważnie zacząłem kolekcjonować fantastykę. Stało się to możliwe dzięki giełdzie książek organizowanej w siedzibie OKMFiSF na Kickiego, przez którą trafiłem właśnie do Klubu. Andrzej Wójcik zapropo­nował mi pracę w sekcji wydawniczej, w wyniku czego wydałem kilkanaście numerów powielaczowego „Biulety­nu”. Zawsze jednak ciągnęło mnie do kontaktów zagra­nicznych – i to właśnie dzięki OKMFiSF wyjechałem na swój pierwszy wielki konwent zagraniczny – Worldcon w Brighton w 1979 roku. Nawiasem mówiąc nasze pojęcie o fandomie zagranicznym było wówczas dość słabe: są­dziliśmy, że w każdym kraju istnieje jakaś centralna orga­nizacja fanowska, z którą wystarczy nawiązać kontakt, aby mieć dostęp do wszystkiego, co się w danym kraju ukazuje, fanzinów, albumów, książek. Udział w konwen­tach miał się odbywać „po socjalistycznemu” czyli na za­sadzie wymiany delegacji. Nikt nie brał pod uwagę tego, że na Zachodzie fandom działa na zasadach rynkowych i wszystkie koszty muszą się zrównoważyć, a więc nikt nikomu niczego fundować nie jest w stanie. Dopiero po­tem powstała organizacja Fans Across the World – ale to już było osiem lat później, przy następnym Worldconie w Brighton, w 1987 roku. Tymczasem nadszedł rok 1980 i OKMFiSF się rozsypał.

Wielu działaczy OKMFiSF wylądowało za stolikami redaktorów fantastyki w rozmaitych wydawnictwach. Ty, razem z Markiem Nowowiejskim znalazłeś się w ALFIE. Przybliż nam kulisy tego wydarzenia.

Sprawa naszej współpracy z ALFĄ sięga okresu tzw. reformy gospodarczej, mianowicie niejakiego profesora Krasińskiego. Obok idei „chrupiących bułeczek” wymyślił jeszcze, że przedsiębiorstwa państwowe powinny same zarabiać na swoje utrzymanie. I oto Wydawnictwa Normalizacyjne stanęły wobec perspektywy: albo zwinąć in­teres, czyli wydawanie norm przemysłowych, które nigdy nie były dochodowe, albo podjąć się innej działalności wydawniczej. A jeśli to drugie, to jakiej? Działalność wydawnicza była wówczas ściśle reglamentowana; Minister­stwo Kultury i Sztuki udzielało licencji na wydawanie po­szczególnych rodzajów literatury i znajdując się pod presją istniejących wydawnictw łaskawie zezwoliło na cztery gatunki: literaturę dziecięcą, popularnonaukową, poradni­ki domowe i właśnie fantastykę. Miało się to ukazywać pod znakiem ALFY. Ówczesny dyrektor wydawnictwa, Jerzy Wysokiński nawiązał kontakt z dwoma wówczas największymi klubami warszawskimi, „SFanem” i PSMF, które wydelegowały swoich przedstawicieli do Rady Pro­gramowej ALFY. Rada nie przetrwała długo, gdyż Marek Nowowiejski od razu podjął pracę w ALFIE jako redak­tor, ja kilka miesięcy później, a przedstawicieli PSMF wkrótce przestała interesować praca w Radzie, która nie chciała niewolniczo akceptować postulatów Stowarzysze­nia, czyli m.in. promowania polskich fantastów, obojętne, czy mieli coś dobrego, czy nie.

Jak powstawały serie w ALFIE, jak zdobywaliście teksty i prawa do nich, która z serii była domeną Twoją, a która Marka?

Z początku były dwie serie – „Biblioteka Fantastyki” i „Dawne Fantazje Naukowe” – oraz, niejako na uboczu, dwie antologie zamknięte – „Polska nowela fantastyczna” i „Droga do science fiction” (Jamesa Gunna), a także doroczna antologia najlepszych opowiadań sf pod redakcją Dona Wollheima. Prawa zdobywaliśmy poprzez znajo­mości, gdyż nie mieliśmy na nie pieniędzy. To znaczy prawdziwych pieniędzy – dolarów. W innych wydawni­ctwach praktyka była taka: po zakwalifikowaniu książki do tłumaczenia szło pisemko do Ministerstwa Kultury o przydział waluty na jej wydanie. Ministerstwo dawało lub nie, a jeśli dawało, to zawsze tyle samo – tysiąc zielo­nych, niezależnie od objętości książki. ALFIE Minister­stwo nic nie dawało, ponieważ było to wydawnictwo spo­za resortu kultury, a właściwy resort – Polski Komitet Normalizacji – jeśli już jakieś dewizy miał, to przecież nie na takie głupoty jak fantastyka. Tak więc gdyby nie moje osobiste znajomości, które nawiązałem podczas kon­wentów w Brighton, Leeds, Fanano i Zagrzebiu, nie było­by „Drogi do SF”, „Szpitala kosmicznego”, „Gateway”, „Łowcy śmierci”, „Dziesiątego podejścia”, „Pomnika”, „Siana”, „Krypty bestii”, „Spotkania z Meduzą”, „Wojny skrzydlatych”, a z nowszych „Ludzi z gwiazdy Pella” i „Władców samotności”. No i antologii Dona Wollheima. Wszystkie te prawa zostały zakupione przeze mnie za złotówki, do wydania w Polsce. Tylko fantaści mogli pójść na coś takiego, aby sprzedać swoją własność za pie­niądze, które należało podjąć za oceanem.

Te pieniądze miały określoną wartość: można było za nie kupić bilet lotniczy na LOT i opłacić pobyt w hotelu. Niewtajemniczonych uświadamiam, że normalnie obco­krajowiec mógł wówczas pójść w Polsce do waluciarza (jeśli się nie bał) i za złotówki z czarnorynkowej wymia­ny kupować wszystko – oprócz biletów na samolot i po­bytu w hotelu. Za te dwie usługi płaciło się pieniędzmi z „wymiany oficjalnej” czyli około trzykrotnie mniej ko­rzystnej niż nawet w PeKaO. Dowód posiadania w Polsce pieniędzy ze sprzedaży np. właśnie praw autorskich był przynajmniej w teorii równoważny z posiadaniem pienię­dzy z wymiany oficjalnej i dawał te same prawa w hote­lach i w LOCIE.

W praktyce zaś wyglądało to tak, że gdy przyjeżdża­łem z delikwentem do hotelu, wywiązywał się taki dia­log: JA: Dzień dobry, przywiozłem państwu gościa z za­granicy. RECEPCJA: Proszę kwit wymiany dewiz. JA: Ten gość nie musi – on ma w Polsce zarobione legalnie pienią­dze, złożone na specjalnym koncie („Z”), mają one te sa­me prawa co pieniądze z wymiany, a kwit z banku rów­noważny jest kwitowi wymiany. R: Ja o niczym nie wiem, mnie obowiązuje zarządzenie dyrektora (Orbisu, Groma­dy), że gość zagraniczny płaci tylko z wymiany. JA: Ale możliwość zapłaty z konta wynika z ustawy „Prawo dewizowe”, które jest aktem prawnym wyższego rzędu niż za­rządzenie dyrektora. R: To ja to sprawdzę.

Po sprawdzeniu wychodziło oczywiście na moje, nie­mniej starałem się z czasem lokować gości w hotelach, które mnie już znały.

W LOCIE natomiast trudność była inna. Otóż nie is­tniała fizycznie możliwość zakupienia biletu za złotówki przelewem z konta. Cena biletu była wyznaczona w USD, a kurs wahał się co tydzień. Procedura byłaby taka, że bank otrzymałby polecenie zapłaty za bilet LOT. Powsta­je pytanie – za ile? Bank pisze do LOTu z pytaniem jaka cena? LOT odpowiada. Bank wysyła forsę, ale LOT zwra­ca, bo jest już nowy tydzień i cena się nie zgadza. Kwota musiała być dokładnie wyliczona, bo LOT nie przewidy­wał zwrotów ani dopłat do przelewów.

W ten sposób autor wysyłał mi upoważnienie do pod­jęcia ze swego konta odpowiedniej ilości pieniędzy, ja szedłem do LOTu, ustalałem, ile w danym tygodniu bilet kosztuje, szedłem do banku po pieniądze, znowu do LO­Tu, płaciłem, po czym LOT wysyłał polecenie wystawie­nia biletu w swoim biurze w kraju delikwenta. Przepisy były głupie, ale to już wina systemu…

Czy można sie zatem dziwić, że normalny zagraniczny posiadacz konta „Z” nie miał szans załatwienia czegokol­wiek za swoje własne pieniądze? W ten właśnie sposób Wydawnictwo Literackie naraziło się Philipowi Dickowi, ponieważ wydawszy „Ubika” ograniczyło się do poinfor­mowania go, że ma tyle a tyle pieniążków w Polsce. Po­nieważ swego czasu Stanisław Lem poprosił Dicka o pra­wa do tej książki, sugerując, że za uzyskane pieniądze w Ameryce co prawda nie pożyje, ale w Polsce spędzi całkiem ładne wakacje. Jednak gdy Wydawnictwo Litera­ckie wymieniło tylko gołą sumę, nie mówiąc co można za nią kupić, wówczas Dick zapytał swój bank, ile on właści­wie zarobił. Bank odparł, że tyle, ile to jest warte na czar­nym rynku (bo skąd miał wiedzieć o szczególnych pra­wach konta „Z”?), z czego wynikło, że po wymianie starczyłoby akurat na to, by Dick przyleciał do Polski, wypił piwo na lotnisku i zaraz odleciał. Nic więc dziwnego, że się obraził i nie przyjechał. A że każdy był ambitny (Lem i Literackie) i nie wiadomo było, kto kogo ma przepra­szać, więc Dick ostatecznie do nas nie wpadł. Jak widać pozyskiwanie praw autorskich za złotówki miało swoje minusy i trzeba było mieć w wydawnictwie człowieka, który wszystkiego dopilnował. W praktyce sprowadzało się to do konwojowania delikwenta wśród kolejnych raf przepisów i łagodzenia szoku spowodowanego konfronta­cją z rzeczywistością socjalistyczną.

Skorzystały na tym niektóre konwenty, głównie SILCON, ale nie tylko. Odwiedzili je, wydając zarobione pie­niądze, James Gunn, Poul Anderson, James White, Frederik Pohl, Forrest Ackerman (agent Van Vogta) i Leslie Flood, agent wielu innych autorów. Pieniądze Lloyda Biggle’a wypłaciłem natomiast jego żonie, Polce z pochodze­nia, która corocznie odwiedza rodzinę w Białymstoku. Natomiast za Mcintosha przyjechała jego córka, zięć i troje dzieci, a więc nie płaciliśmy tak źle…

Wrócę na moment do serii w ALFIE. Początkowo wspólnie z Markiem redagowaliśmy Bibliotekę Fantastyki, a sam Marek, jako bardziej zainteresowany utworami kla­sycznymi – Dawne Fantazje Naukowe. On redagował „Pol­ską nowelę fantastyczną”, ja „Drogę do SF” i antologie nowości Wollheima. Potem, gdy rozpoczęła się odwilż, Marek podjął się redagowania serii „Z Tukanem”, gdzie miały się również ukazywać ambitne dzieła fantastyczne typu „Małej Apokalipsy” Konwickiego, ja natomiast pozo­stałem przy Bibliotece Fantastyki, niekiedy redagując coś poza serią, np. „Folwark zwierzęcy” Orwella, pierwsze wydanie oficjalne.

Za pracę w ALFIE otrzymałeś trzykrotnie „Śląkfę” dla wydawcy roku, ale po początkowych sukcesach Bib­lioteka fantastyki zaczęła tracić rozpęd…

Śląkfy otrzymałem w 1985,1986 i 1988, chyba więc nie było z tym rozpędem aż tak źle… To prawda, że po pier­wszych kilkunastu książkach w serii BF i DFN, wyda­nych stosunkowo szybko, późniejsze zaczęły ukazywać się wolniej. Ale porównaj ich rozmiary, np. „Wojnę skrzydlatych” z „Kryptą bestii”. Poza tym wydane przez ALFĘ zbiory autorskie Van Vogta, Mcintosha, Clarke’a – zostały przez Marka i mnie przygotowane po przeczyta­niu wielu opowiadań i wybraniu najlepszych. Np. mój zbiór opowiadań Mcintosha jest w ogóle pierwszym jego zbiorem na świecie. Ten autor kilkudziesięciu powieści i stu kilkudziesięciu opowiadań nie miał poprzednio zbio­ru autorskiego w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka, ani w Stanach, gdzie był bardzo popularny. Mnie udało się zebrać je wszystkie, w postaci odbitek ksero z magazy­nów. No a potem był krótki epizod pracy w BETA BOOKS, gdzie miało być sześć książek fantastycznych rocznie, ale o tym za chwilę.

Mniej więcej w tym samym czasie dałeś się poznać jako tłumacz i redaktor serii zeszytów SF w wydawni­ctwie ISKRY. Skąd ta praca na tylu frontach?

Moja współpraca z ISKRAMI miała miejsce przed pra­cą w ALFIE. To tylko opóźnienia w wydawaniu zeszytów spowodowały, że ukazywały się one równolegle. Jednak w ISKRACH nie mógłbym pracować na stałe: było to wy­dawnictwo w starym stylu, gdzie tytuł do druku zatwier­dzało się przez pół roku, negocjowało drugie pół, a wy­dawało po trzech latach. I dlatego wybrałem ALFĘ. Nato­miast tłumaczem można być dla wielu wydawnictw… –

Potem było przejście z ALFY do PHANTOM PRESSU. Wciąż niejasne są dla mnie powody Twojego odejścia z ALFY Marek Nowowiejski nie ukrywał swoich żali do Ciebie, po kątach chodziły plotki, że wraz z rzeczami osobistymi zabrałeś z ALFY, także opcje i jakieś prawa autorskie.

Jeśli ktoś twierdzi, że odchodząc z ALFY zabrałem ze sobą opcje i prawa do jakichkolwiek książek, to po prostu mija się z prawdą albo jest źle poinformowany. Nikt nie ma takiej możliwości – prawa autorskie są przypisane do danego wydawnictwa i na ich ewentualne przeniesienie musiałyby się zgodzić wszystkie zainteresowane strony – wydawnictwo poprzednie, nowe oraz dysponent praw.

Dotyczy to jednak praw, które wydawnictwo posiada. A żeby je posiadać, musi po pierwsze podpisać o nie umowę, po drugie zaś wpłacić przewidzianą umową za­liczkę. Otóż wówczas, gdy negocjowałem zakup praw au­torskich za złotówki, zaliczki stanowiły rzadkość, gdyż komplikacje z ich odprowadzeniem nie były tego warte. Natomiast od 1990 roku, gdy weszła w życie wewnętrzna wymienialność złotówki, wszystkie zakupy stały się z de­finicji umowami dewizowymi, gdyż każde honorarium można było wymienić i wysłać za granicę. Wówczas mu­sieliśmy zrezygnować z bezpośrednich zakupów praw u autorów, gdyż właściwie sprawami negocjowania i pod­pisywania umów oraz inkasowania honorariów zajmują się agenci literaccy. A ich umowy bez wyjątku przewidują wpłatę zaliczek – bez nich są nieważne.

I oto od roku 1990 ALFA, która miała już wówczas li­cencję na wszystkie gatunki literackie, podjęła starania o stworzenie własnego portfela umów autorskich, który byłby porównywalny z katalogiem praw nabytych przez czołowe wydawnictwa prywatne, jak AMBER czy GiG. Dzięki mojemu osobistemu zaangażowaniu ALFA zdobyła prawa do wydania takich twórców jak Sidney Sheldon, Jack Higgins czy Len Deighton, nie mówiąc już o pier­wszej (jeszcze przed Harlequinem) masowej serii romansu. Niestety, zaistniały wówczas (koniec 1991 roku) wyda­rzenia, które spowodowały w konsekwencji moje odejście z ALFY. Otóż dyrektor Wysokiński i ja, jako przewodniczący Rady Pracowniczej, podjęliśmy starania o prywaty­zację przedsiębiorstwa drogą wykupu przez załogę, czyli tzw. akcjonariatu pracowniczego. Spotkało się to z nie­chętnym przyjęciem przez Polski Komitet Normalizacji, który podyktował taka cenę, że załoga nie była w stanie jej spłacić. Odszedł dyrektor Wysokiński, a firma posta­wiona w stan likwidacji (etap w procesie prywatyzacji) do­stała się we władanie likwidatora, czyli głównej księgowej.

Osoba ta dopuściła do wielomiesięcznych zaległości w opłacaniu zaliczek za podpisane umowy. I wówczas współpracujący z nami agenci literaccy, zaniepokojeni lo­sem ALFY, zaczęli szukać innych wydawców dla zaoferowanych nam książek. Tak się jednocześnie złożyło, że nowo powstałe wydawnictwo PHANTOM PRESS, mając szerokie plany, chciało podpisać większą ilość umów, aby wypełnić plan wydawniczy na rok 1992. Weszło w kon­takt z jednym z agentów, który poinformował ich, że mo­że odstąpić portfel ALFY, ponieważ ALFA umowy podpi­sała, ale zaliczek nie płaciła. A z mocy prawa umowa bez spełnienia warunku wstępnego jest nieważna.

Podpisawszy zatem porozumienie zbiorcze z agentami o przejęciu umów ALFY (i zapłaciwszy za nie zaliczki) kierownictwo PHANTOM PRESSU zaproponowało mi dalszą opiekę nad tymi książkami w postaci stworzenia oddziału warszawskiego tego gdańskiego wydawnictwa. Była to dla mnie propozycja niemal nie do odrzucenia, było bowiem faktem, że chociaż umowy ALFY nie były ważne, gdyż ich nie opłacono, to jednak chcąc maksy­malnie przyśpieszyć wydanie objętych nimi tytułów za­mówiłem już ich tłumaczenia. Kontynuacja pracy nad ni­mi, choćby i w innym wydawnictwie, pozwoliła mi na za­chowanie twarzy wobec wielu osób, których praca mogła być inaczej stracona.

Tak jak stracona została moja praca nad stworzeniem BETA BOOKS, działem ALFY mającym wydawać maso­we książki kieszonkowe.

A zatem moje przejście do PHANTOM PRESSU odby­ło się możliwie bezboleśnie dla tłumaczy, natomiast, co muszę z przykrością powiedzieć, ówczesnej kierownictwo ALFY utrudniało, jak mogło, bezbolesne przekazanie prac tychże tłumaczy. Nie rozumiejąc, że praw do tych tytułów ALFA już nie ma, podejmowali próby dalszych negocjacji, wykłócania się z agentami itd. Po pewnym czasie jednak materiały te udało się odzyskać, za co wy­dawnictwo z Gdańska zapłaciło ALFIE zwrot poniesionych kosztów.

Obecnie stosunki pomiędzy pracownikami ALFY a mną są nie najgorsze, spotykamy się dość często, wy­mieniamy książki. Tak, że powodów do jakichś żali nie widzę, chyba że chodzi o żal za tym, co się utraciło z własnej winy. Ale na to już nic nie poradzę.

PHANTOM PRESS to trochę dziwna firma (od roku już nie istniejąca). Książki wydawała fatalnie pod wzglę­dem redaktorskim, anegdotyczne są już błędy w tłuma­czeniach, ale i tak przejdzie do historii, jako oficyna, która wydała całą „Dianę”, powieści Wolfe’a, Vinge. Opowiedz trochę o swojej krótkiej współpracy z tym wydaw­nictwem.

Co najdziwniejsze, ja z czołowymi dokonaniami tego wydawnictwa w dziedzinie fantastyki nie miałem nic wspólnego. Kiedy do nich przyszedłem, zastałem tam całkiem pokaźny katalog zakupionych praw wydawni­czych z SF&F; poza „Diuną” i powieściami Joan Vinge również tytuły Delany’ego, Harrisona czy Heinleina. Właściwie, jeśli chodzi o fantastykę, PHANTOM przejął po ALFIE niewiele, a jeszcze mniej faktycznie wydał  – zbiory Tenna (nie wszystkie), „Wydziedziczonych” Le Guin, może coś jeszcze. Otóż przez krótki czas w 1991 ro­ku pracował w PHANTOMie jeden z członków Gdańskie­go Klubu Fantastyki, który zaproponował wiele nowych tytułów, a wydawnictwo je kupiło. Poza tym nabyli wiele rzeczy bez sensu, np. cykl przygód Conrada Stargarda (polskiego podróżnika w czasie), który napisał niejaki Leo Frankowski – kompletna bzdura – albo też kupowali oddzielnie opowiadania, płacąc zaliczkę jak za powieść. Mnóstwo fantastyki przez nich kupionej do tej pory się nie ukazało.

Co się zaś tyczy poziomu tłumaczeń i redakcji… praco­wał tam personel ambitny i młody, co nie zawsze szło z umiejętnościami. Jedno natomiast potrafił – narazić się większości dobrych tłumaczy, czy to przez bezsensowną krytykę ich pracy, czy niesolidność w rozliczeniach. Wy­daje się, że swoja filię prowadziłem pod tym względem lepiej od centrali, może to było przyczyną jej rozwiąza­nia? Chodziło chyba jednak o coś poważniejszego, mia­nowicie w czerwcu 1992 roku rozpoczął się kryzys w PHANTOM PRESSIE spowodowany wstrzymaniem produkcji przez jedną z drukarń brytyjskich, której nie płacono. Poza tym okazało się, że PhP nie jest w stanie sprzedawać swojej produkcji rzędu 30 pozycji miesięcznie i powstają ogromne zapasy. A my, w Warszawie, zamiast dostarczać do Gdańska po kilka maszynopisów miesięcz­nie, dawaliśmy ich po 20-30, w cztery osoby! W sumie w kilka miesięcy zrobiliśmy pracę na dwa lata. To czy można się dziwić, że nas zamknęli.

Pracowałeś cały czas nie tylko dla nich. Współpraco­wałeś z FENIX PUBLICATIONS, wydawnictwem ARAX, wreszcie założyłeś ALKAZAR. Jak do tego doszło?

W czasie pracy w ALFIE zgłosiło się do mnie kilka osób ze środowiska białostockiego, żebym pomógł im w nabyciu praw autorskich dla wydawnictwa ARAX (jes­tem chyba skazany na wydawnictwa, których nazwa za­czyna się na A). Zaproponowano mi nawet udział w spół­ce. Za zgodą dyrektora ALFY załatwiłem im kilka ksią­żek, jednak po wydaniu paru tytułów (w tym dostępnych bezpłatnie książek Kuttnera) ARAX przestał być wypłacalny i upadł. Nawet mnie o tym nie powiadomiono.

Moja współpraca z FENIX PUBLICATIONS miała zgoła inny charakter. Najpierw wykonałem dla nich opra­cowanie książki „Jesteśmy snem” Le Guin, którą i tak zresztą wydał PhP. Potem ALKAZAR wszedł z nimi w koprodukcję na kilka tytułów, ale o tym za chwilę. Tak więc trudno powiedzieć bym pracował dla kilku wydaw­nictw. To raczej owoce tej współpracy pojawiały się rów­nocześnie.

Tak samo moja działalność w ALKAZARZE – zaczyna się z momentem likwidacji oddziału PHANTOM PRES­SU. Pracownicy oddziału, wspólnie z właścicielami jednej z warszawskich hurtowni książek założyli spółkę ALKAZAR. Hurtownicy mieli zapewnić zbyt; niestety nie najle­piej im to wychodziło i wycofali się ze spółki w połowie 1993 roku.

Przyznam się, że pomysł z półokładkami „różowej se­rii” nie był najszczęśliwszy. Wybór pozycji do serii także budził zastrzeżenia czytelnika, czego dowodem niska sprzedawalność. Kto decydował i w jaki sposób dokony­waliście wyboru?

Półokładki wymyślono na Zachodzie, umożliwia to pokazanie całości ilustracji, bez przykrywania jej tytu­łem. Stwierdziliśmy jednak, że koszt wklejenia dodatko­wo jednego kartonu jest niewspółmiernie wysoki, stąd i późniejsza zmiana szaty. Jeśli na lepsze, to tylko się cie­szyć. Nie zgodzę się natomiast, że wybór był gorszy. Le Guin, Żelazny, Sheckley, Bradbury, Herbert – to są złe nazwiska? Co się zaś tyczy sprzedawalności – pewnie, że tytuły z 1993 roku sprzedawaliśmy dłużej, ale i nakłady były większe. Dicka sprzedaliśmy 12 tysięcy do cna, a obecnie sprzedaje się 4-5 tysięcy. Za dobór tytułów od­powiadam ja, niestety wydawca, szczególnie mniejszy, musi wydawać to, co „idzie”; nie może sobie pozwolić na lansowanie nowych nazwisk, choćby i znanych w środo­wisku, ale nie mogących się przebić przez mur hurtowni­ków.

Czemu nie wydaliście „Kronik Majipooru” Silverberga, wygasła opcja i teraz tę bestsellerową pozycję zapo­wiada Prószyński/Nowa Fantastyka.

Od razu sprostuję – ALKAZAR nigdy nie był posiada­czem praw do tej trylogii, a więc to nie nam te prawa wygasły. Otóż spółka FENIX PUBL. swego czasu zawarła kilka umów, min. na książki Le Guin, Farmera, Feista i wspomnianej trylogii. Nie potrafię powiedzieć, czy za­miarem tej spółki było wydawanie książek w koprodukcji, czyli układzie, w którym dwa wydawnictwa dzielą się kosztami a potem zyskiem, czy od początku chciała dzia­łać samotnie, lecz zabrakło środków… dość, że wydawni­ctwo to samo nie opublikowało żadnej książki. Najpierw była Le Guin z CIA BOOKS, potem druga z PhP, potem Farmer z ANTĄ, wreszcie współpraca z ALKAZAREM. Ten ostatni na początku potrzebował czegoś do wydania, FENIX oferował dwa gotowe maszynopisy i tak pod ko­niec roku 1992 ukazały się „Oko czapli” Le Guin i „Neuromancer” Gibsona. O dalszej współpracy na razie mowy nie było.

Po kilku miesiącach przedstawiciele FENIX PUBL. pojawili się znowu proponując wydanie „Kronik”, a jako pilota – zbioru trzech minipowieści Silverberga do wyda­nia w jednym tomie. Problem polegał na tym, że jajeczko było częściowo nieświeże – ważność umów właśnie upły­nęła. Udało się je przedłużyć jeszcze na rok 1993, ale i tak pozostawało mało czasu.

Harmonogram był taki, aby wydać ów tom we wrześ­niu („Autostrada w mrok”), a potem trylogię w X, XI, XII 1993 roku. Jednak, jak mówi prawo Murphy’ego, jeśli coś może nawalić, to nawali. I nawaliło.

Nawaliła tłumaczka tomu I. Zobowiązała się wykonać tłumaczenie do sierpnia, a ostatnie fragmenty tłumacze­nia dostałem pod koniec roku, gdy miałem już gotowy tom II i III zrobione przez innych tłumaczy. I wówczas sytuacja niejako wymknęła mi się z rąk.

Chodzi o to, że ja nie miałem podstaw do renegocja­cji umowy w celu jej przedłużenia. Partnerem agenta była spółka FENIX, nabywca praw. I moim zdaniem, w zaistniałej sytuacji obowiązkiem tej spółki było albo spowodować kolejne przedłużenie umowy albo w porę nas powiadomić, że utraciła prawa do książek, abyśmy nie ponosili dalszych kosztów. A tak zapłaciliśmy za skład, okładki, po to tylko, by się dowiedzieć, że może­my je wyrzucić. Dobrze, że wydawnictwo Prószyński i S-ka zgodziło się wykorzystać zamówione przez nas tłumaczenia.

Zwracam ci tu uwagę, że celowo nie podaję nazwisk, gdyż nie ma znaczenia, kto osobiście zawinił. Ja też mog­łem nie podpisywać umowy koprodukcyjnej i miałbym święty spokój. Trudno, stało się.

Jakie masz plany wydawnicze na najbliższy rok, czy ALKAZAR nadal będzie wydawał inne książki oprócz fantastyki, dajmy na to Hawkinga?

Nasze plany wydawnicze przewidują poszerzenie na­szych zainteresowań o inne gatunki, na razie nie powiem jakie. Będziemy kontynuować wydawanie fantastyki – Harrisona, Zelazny’ego, Simaka. Chcielibyśmy też wyda­wać książki podobne do Hawkinga czy Weinberga, nieste­ty ci autorzy nic więcej w dorobku (myślę o popularno­naukowym) nie mają. Może wydamy coś z paranauki – ty­pu Raymonda Moody’ego. Ale na razie wymaga wyjaśnienia sytuacja na rynku, bo zjawiska są niepokojące. Ce­na papieru wzrosła kilkakrotnie, w tym roku ma wzros­nąć jeszcze bardziej. Kogo będzie stać na książki?

Z naszej rozmowy wynika, że jesteś człowiekiem-orkiestrą: fanem, redaktorem, agentem, tłumaczem i wy­dawcą. Kim czujesz się najbardziej? A może coś przeo­czyłem?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Chciałbym być dobrym redaktorem i wydawcą, ale to się nie da. Od paru lat zaniedbałem tłumaczenia, po części dlatego, że czasu nie starcza, ale po części dlatego, że coraz mniej wydaje się tego, co najbardziej lubiłem tłumaczyć, a mia­nowicie opowiadań sf. No więc może tak: serce ciągnie do tłumaczeń, ale edytorstwa też nie chciałbym zanied­bać. Nie wiem, jak to będzie w przyszłości.

Twardo jeździsz na Eurocony i Worldcony. Może opo­wiedziałbyś kilka ciekawych rzeczy, anegdot o swoich spotkaniach z tuzami sf?

Najciekawsze było chyba spotkanie ze Strugackimi na Worldconie 1987 w Brighton. Był to w ogóle pierwszy wy­jazd braci za granicę, do tej pory nie dawano im paszpor­tów. Otóż na fali pierestrojki udało się Anglikom doprowadzić do ich przyjazdu do Brighton w charakterze gości honorowych. Nie wzięli pod uwagę tylko jednego – jak się z nimi porozumieć. Liczyli chyba na to, że Arkadij, który w swojej biografii podawał, że jest tłumaczem japońskiego i angielskiego, jakoś sobie poradzi i pomoże Borysowi.

Niestety to nie wypaliło. Arkadij może i potrafił tłu­maczyć z angielskiego, ale mowę pisaną, nie zaś wypo­wiedzi ustne, do tego jeszcze z dziesiątkiem możliwych i niemożliwych akcentów. Gdy więc już uwolniłem się od obowiązków wobec polskich fanów (kwaterunek w aka­demikach Politechniki Brighton) postanowiłem skorzystać z okazji i nawiązać znajomość ze słynnymi autorami. Ujrzałem dwóch starszych panów z obłędem w oczach i objawami wygłodzenia!

Co prawda, po obywatelach ZSRR nie należało się spodziewać znacznych zapasów twardej waluty, ale zasa­dy zapraszania gości zagranicznych przewidują, że organi­zatorzy pokrywają za nich wszelkie koszty zakwaterowania i wyżywienia. Co więc się stało?

Otóż dyrektor hotelu „Metropole” po prostu zgłupiał. W normalnym świecie, a nawet i w Polsce, gość hotelo­wy, za okazaniem karty pobytu w hotelu, a nawet tylko klucza do pokoju, ma prawo do skonsumowania posiłku w restauracji hotelowej nie płacąc od ręki, tylko po pod­pisaniu rachunku nazwiskiem i numerem pokoju spowo­dować doliczenie go do ogólnego rachunku za hotel – któ­ry zapłaciliby organizatorzy. Tymczasem stało się inaczej, dyrektor wymyślił sobie karty identyfikacyjne dla gości Worldconu, na których był numer pokoju, nazwisko gościa, wzór jego podpisu i podpis dyrektora hotelu. Od­cisków palców już nie wymagano.

Ponieważ nikt z organizatorów o tym nie wiedział, gości w te karty nie zaopatrzono i w momencie mojego spotkania z braćmi Strugackimi byli oni po 40-godzinnej przymusowej głodówce. Musiałem coś zrobić. Za kilka­dziesiąt minut miał się odbyć nasz wspólny występ na pa­nelu o fantastyce we wschodniej Europie (to był taki dy­żurny temat), a tu groziło zasłabnięcie prelegentów. Wskazałem im najpierw Green Room, miejsce gdzie uczestnicy paneli mogą zaspokoić chwilowe pragnienie. Strugaccy, jako ludzie sowieccy, z pewnością cenili sobie ten aspekt konsumpcji, ale wcześniejszy przymusowy post wymagał szczątkowej choć zakąski. A jedzenia w Green Roomie się nie podaje. Idąc na panel wpadłem więc do jednego z barów, gdzie odbywała się akurat konferencja prasowa i stały tace z kanapkami i po prostu wyniosłem jedną z nich, zabierając na panel. Potem trzeba było wi­dzieć minę nic nie rozumiejącego gospodarza spotkania, usiłującego wydobyć coś ze Strugackich, którzy mieli kło­poty z mówieniem z powodu zapchanych ust.

Tu się moja rola opiekuna nie skończyła, gdyż okazało się, że na całym siedmiotysięcznym Worldconie nie ma nikogo, kto mógłby tłumaczyć z rosyjskiego na angielski. Wychodziło mi to nieźle, ponieważ znam rosyjski tylko nieco gorzej od angielskiego, zostałem więc przybocznym tłumaczem gości z ZSRR, zbierając przy tym mniej lub bardziej zasłużone pochwały za sprawność tłumaczenia od zupełnie obcych mi osób.

Bracia Strugaccy, gdy już odżyli i otrzymali wzmian­kowane karty, postanowili mi się odwdzięczyć, biorąc mnie na swoje utrzymanie, co bardzo się przydało, bo z dewizami było wówczas krucho. Niemniej mogli za mnie podpisywać tylko w barze, więc do dzisiaj nie mogę patrzeć na sałatkę z tuńczyka.

Innym razem, gdy jedna z grup, bodaj z Poznania, przyszła robić z nimi wywiad, bracia Strugaccy kupili bu­telczynę (po cenach hotelowych) i koszyk orzeszków. I tak jakoś zleciało do końca.

Znacie się dobrze z Charlesem Brownem, wydawcą „Locusa”.  M oże powiesz o nim kilka słów?

Ma wielki dom w Kalifornii, który cały służy wydawa­niu „Locusa”. Są tam komputery, kartoteki, skanery i mnóstwo innych atrybutów edytorskich. Kilkanaście ra­zy zdobywał nagrodę HUGO, ale ostatnie dwa razy prze­grał z „Science Fiction Chronicie” z Nowego Jorku, mie­sięcznikiem o podobnym charakterze, ale może bardziej fanowskim.

Na koniec banalne pytanie o Twoje gusta czytelnicze, nie tylko sf i fantasy.

Poza fantastyką (a i w fantastyce również) najbardziej lubię czytać rzeczy wesołe. Od literatury ambitnej – typu Hellera czy Rotha – poprzez wesołe książki kryminalne („Święty”) i sensacyjne (np. „Droga do Omahy”) aż do fe­lietonów politycznych – tu najbardziej cenię zjadliwe pióra Stanisława Michalkiewicza i Andrzeja Zięby, Ziemkie­wicz jest już trochę dla mnie za poważny, choć ideowo bliski. Lubię czytać o zjawiskach nie wyjaśnionych (w ro­dzaju Chalesa Forta), nie lubię książek historycznych i psychologicznych. Chyba tyle…

Dziękuję za ciekawą rozmowę.

Rozmawiał Wojtek Sedeńko Warszawa 1995

Zostaw komentarz