Wywiad z Jarosławem Grzędowiczem, 1995

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 5 Styczeń 2011

JAROSŁAW JEREMIASZ GRZĘDOWICZ

urodzony 3 maja 1965 roku we Wrocławiu, żonaty, dwóch synów, studiował biologię i psychologię, debiutował w 1983 roku opo­wiadaniem „Azyl dla starych pilotów”, pub­likował w „Odgłosach”, „Nowej Fantastyce” i „Feniksie” oraz antologiach: „1984”, „Wiz­je alternatywne” i „Czarna msza”. Od 1990 roku pracuje w „Feniksie” jako redaktor działu prozy polskiej, a od 1994 roku również jako redaktor naczelny. Pracuje też przy re­dakcji i korekcie w rozmaitych wydawni­ctwach, pisuje artykuły i recenzje.

Jarku, Twoje nazwisko wypłynęło po raz, pierwszy przy okazji założenia grupy litera­ckiej TRUST. Miałeś wtedy 17 lat, mniej więcej tyle samo mieli inni jej założyciele: Ziemkiewicz, Piekara, Azembski. Jak do te­go doszło, jakie mieliście założenia programowe, cele?

Grupa TRUST powstała jakoś tak sama z siebie. Byliśmy po prostu grupą kumpli, któ­rzy pisali, a właściwie chcieli pisać fantastykę. Spotykaliśmy się w warszawskim „SFanie”, przynosiliśmy opowiadania i chcieliśmy sie uczyć pisać – to nas łączyło. Nigdy nie trakto­waliśmy siebie jako grupy literackiej serio. Na­zwa wzięta z sufitu. Manifesty? Założenia pro­gramowe? Nie rozśmieszaj mnie. Gdybyśmy wtedy zaczęli formułować manifesty, to zrobi­libyśmy z siebie durni. Cała ta oficjalna otoczka, to był wygłup i tyle. Chociaż, teraz potra-I ilbym sformułować coś w rodzaju założeń artystycznych, które, choć oficjalnie nie zostały nigdzie opublikowane, jakoś tam nas łączyły. Po pierwsze, jak już mówiłem, myśmy chcieli się uczyć pisać, a więc uważaliśmy pisanie za rzemiosło, a nie Boże posłannictwo. Nie mieliśmy zamiaru cierpieć za miliony, tylko opo­wiadać historie, które miały być oryginalne, dobrze skonstruowane, przyjemne w czytaniu i (Boże przebacz) mądre. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, żeby historia zawierała tzw, głębsze treści, ale one nie miały prawa zamącać czytelnikowi odbioru. Wychowaliśmy się wszyscy na czytaniu literatury popularnej, w tym fantastyki, kochaliśmy taką literaturę i chcieliśmy ja tworzyć; ani nam było w gło­wie odczuwać kompleksy wobec tzw. wielkiej sztuki. Myśmy chcieli być paperback writers. Dlatego organizowaliśmy wielogodzinne sesje warsztatowe. Analizowaliśmy poszczególne zdania i próbowaliśmy tworzyć reguły rządzą­ce dobrze napisaną historią. Upieraliśmy się przy tym, że literatura rozrywkowa może być mądra, jeżeli podejść do niej z sercem i talentem.

No i widzisz, doszliśmy do jakichś założeń artystycznych. Myślę, że i dzisiaj bym się pod nimi podpisał.

Znaleźliście przychylnego sponsora – łódz­ki tygodnik „Odgłosy” udostępnił Wam swoje łamy (rubryka „W kręgu fantastyki”). Mieliś­cie szansę debiutu, miejsce na toczenie spo­rów, krytykę. To było dużo czy mało?

Wtedy wydawało się mało – dwie szpalty, raz w miesiącu, w dodatku w lokalnej gazecie. Ale teraz myślę, że to było w sam raz – rze­czywiście mogliśmy tam debiutować i umożliwić debiut innym, którzy w przeciwnym wy­padku byliby skazani wyłącznie na „Fantasty­kę”. Jedne łamy i jedne kryteria doboru, to o wiele za mało. A na dokładkę, mieliśmy tam dziennikarskie przedszkole, w którym mogliś­my się czegoś nauczyć.

Zresztą, „Odgłosy” opublikowały wtedy sporo całkiem niezłych opowiadań – Ziemkiewicz, Azembski, Lipowski, Jaworski, Konieczniak, było tego trochę.

Grupa przestała istnieć, ale jeszcze dłu­go trzymaliście się razem. Ten wybuch ta­lentów w pierwszej połowie lat 80. spo­wodował niefortunne i kontrowersyjne dla Was zaszufladkowanie przez Maćka Parowskiego jako IV generacji polskich pisarzy science fiction. Jak potoczyły się losy Twoich TRUSTowych kolegów?

Grupa nie tyle przestała istnieć, ile się roz­rosła, bo doszli zupełnie nowi ludzie – Kres, Kołodziejczak, Zientalak, Bochiński, Szrejter, znaleźliśmy sobie nauczyciela z prawdziwego zdarzenia – Tadeusza Lewandowskiego, młodego asystenta z polonistyki, który robił nam regularne wykłady i kursy. Myślę, że sam czerpał z tego pewną przyjemność – studenci to zwierzęta funkcjonujące po linii najmniej­szego oporu, a tu miał bandę utalentowanych pasjonatów, którzy w dodatku spijali każde słowo z jego ust. Wtedy nazywaliśmy się Klu­bem Tfurcuf – też bez żadnych manifestów i statutów, i też ironicznie. Działaliśmy pod auspicjami rozmaitych domów kultury albo miłośników fantastyki, a takie organizacje po­trzebują rozmaitych nazw, sekcji i etykietek do swoich papierów. Nam to nie było ni cholery potrzebne.

A losy innych trustowców? No co, Piekara nadal pisze, a właściwie pisuje, wydał w końcu kilka książek, sporo opowiadań, w tej chwili pracuje w piśmie „Gambler”. Ziemkiewicz trochę pisze gdzieś na boku, dawno nic nie publikował, można go sobie czasem obejrzeć w telewizji, a to jako rzecznika prasowego UPR, a to jako recenzenta sensacyjnych po­wieści w programie „Nasza szkapa”. Azem­bski, o ile wiem, też jest dziennikarzem, chyba w BBC, Lipowski, „Sandokan” Jaworski – ci przepadli kompletnie, od lat ich nie widzia­łem, nie wiem co sie z nimi dzieje. A ci, któ­rzy dołączyli potem, jako Klub Tfurcuf – no, znasz ich przecież – Kołodziejczak pisze, wy­daje, gada w radio, robi program w lokalnej te­lewizji – spiritus movens. Zientalak jest moim wspólnikiem w „Fenixie”, też nieco pisze, maluczko, a zostanie polskim Barkerem. Pozo­stali, na czele z Kresem, są uznanymi autora­mi, choć, jak na razie tylko Kres został auto­rem zawodowym pełną gębą.

Debiutowałeś opowiadaniem „Azyl dla sta­rych pilotów”, a potem przyszedł czas na „Twierdzę Trzech Studni” – w opinii wielu fa­nów pierwsze polskie opowiadanie fantasy. Ten nurt był w kraju kompletnie nieznany, szukałeś czegoś nowego, goniłeś za światowymi tenden­cjami czy był to po prostu nakaz chwili?

Po pierwsze, nie miałem pojęcia, że od­krywam fantasy, a na trendach światowych znałem się, jak świnia na gwiazdach. I nie był to nakaz chwili, tylko prawidła pomysłu, który przyszedł mi do głowy. Zaczęło się od tego, że chciałem napisać scenę, w której niemal ca­ła populacja planety, a przynajmniej jej część zdolna do noszenia broni, wędruje jakimś za­kazanym pustkowiem, żeby schronić się w mu­rach ostatniej twierdzy. Przed kim? Oczywiś­cie przed ludźmi. Dawni wrogowie i sojuszni­cy, ramię przy ramieniu, zjednoczeni jednym, ludzkim zagrożeniem. Czy to nie słodkie?

A potem potrzebna mi była konfrontacja stechnicyzowanego świata ludzi ze światem tamtych, takim mrocznym, magicznym, bajko­wym. To miało być opowiadanie science fiction, tyle że trochę nietypowe. Po prostu za­wsze mnie nosiło na różne pogranicza, i lubię konfrontować technikę z magią. A jeżeli są jeszcze jacyś czytelnicy, którzy znają to opo­wiadanie, to przecież doskonale o tym wiedzą – tam były i obce planety, samochody i broń energetyczna, oprócz całej tej magii. Niemniej, jeżeli ktoś uważa, że napisałem pierwsze polskie opowiadanie fantasy, to jest mi miło i nie bronię się zbyt gorliwie.

Przez kilka lat publikowałeś bardzo spo­radycznie. Właściwie piszesz bardzo mało. Skąd ten rytm, nie czujesz powołania, brak ci czasu, a może pomysłów?

Dobre pytanie. I gorzkie. Co do powołania, to mam go dość dla trzech przeciętnych litera­tów. Powiem ci w największym sekrecie i z pewnym zażenowaniem, że tak prywatnie, przede wszystkim czuję sie autorem, a potem dopiero czymkolwiek innym. Ja wiem, jak to brzmi z ust gościa, który opublikował może z 10 opowiadań przez ponad dziesięć lat, ale zanim się poprzewracacie ze śmiechu, wyjaśnię może o co mi chodzi.

To jest przede wszystkim kwestia stanu umysłu. Patrzę na świat jak autor i autorskimi kategoriami. Nawet jeżeli jestem wstrząśnięty, zrozpaczony, szczęśliwy czy przerażony, gdzieś tam w środku mnie, jakiś skaner prze­rabia to wszystko na słowa. Na okrągło. Wszystko co widzę, czuję i myślę, automatycz­nie zamienia się w strumyczek słów, który ciurka mi tam we łbie bez przerwy. Poza tym, to jest kwestia chęci. Wiem, że mógłbym być autorem powieści. Mam taki poważny zamiar i nie wyobrażam sobie wspanialszego zawodu, i większej satysfakcji niż opowiedzieć ludziom historię, która sprawi, że przez kilka godzin będą szczęśliwsi, odpoczną od własnego życia i problemów, a potem jeszcze sobie coś przemyślą albo nabiorą otuchy.

Co do pomysłów, to również mam ich do­syć, żeby zapełnić masę papieru. Zresztą, pomysły pojawiają się, jeżeli się nad nimi myśli. Pomysły to nie jest problem.

To jest błędne koło: żeby wziąć się na se­rio za pisanie, musiałbym rzucić wszystko i tylko pracować, a nie mogę sobie na to po­zwolić, bo mam obowiązki. Żona, dzieci… Trzeba coś jeść, płacić rachunki, podatki, zało­żyć coś na tyłek i tak dalej. Nie wolno mi ry­zykować w ten sposób – a co będzie, jeżeli ta moja pisanina nie chwyci? Albo jestem kiep­ski, albo na przykład trafię na marnego wy­dawcę, albo w ogóle nie będę mógł znaleźć porządnego wydawcy? Albo wszystko pędzie w porządku, tylko że zapłacą mi dziesięć mi­lionów starych złotych za powieść, nad którą siedziałem rok? Przecież ja za to nawet czyn­szu nie zapłacę. A jeść? To nie Ameryka, ko­chani. Jeszcze nie. Nie ma agentów, i nikt nie płaci zaliczek za konspekt.

No i brakuje mi czasu. Niestety muszę mieć do pisania spokój i pogodę ducha. Przez ukradzione przed snem dwie godziny, z łbem jak bania i dziesięcioma zaległymi fuchami na karku, to ja nic mądrego nie spłodzę. Tak w największym skrócie, jestem w sytuacji fa­ceta, który nie pobiegnie, póki się nie rozgrze­je, a na pewno się nie rozgrzeje, póki nie po­biegnie. Oczywiście na wszystko jest sposób, i ja ten sposób znajdę. Tyle, że na razie go szukam. Przenośny komputer, na przykład – to jest jedno z rozwiązań. Mając taki sprzęt mogę pracować dosłownie wszędzie i w każdej chwili. Kupiłem sobie coś takiego, rujnując się całkowicie i jestem pod wrażeniem – przez ty­dzień prawie nie wstawałem od niego i zrobi­łem więcej niż przez ostatnie pół roku. To jest sprzęt optymalny. Daje niewiarygodną łatwość w operowaniu słowem, nieograniczoną możliwość wprowadzenia zmian i poprawek, przyśpiesza pracę co najmniej kilka razy. Maszyna do pisania nawet się nie umywa – brzęczy, klekoce, absorbuje, przeszkadza, co chwila żą­da papieru, dodatkowej obsługi, a w efekcie dostajesz półprodukt i to w jednym egzempla­rzu. Niestety, kupiłem go tanio, w komisie i w dziewiątym dniu padła klawiatura. W tej chwili czekam na wyrok serwisu. Bardzo być może, że dałem sie nabić w butelkę. Ot, życie. Nieważne. Chodzi o to, że mam twardy za­miar pisać i będę pisać, muszę po prostu zna­leźć sposób, żeby wszystko pogodzić. Znajdę.

Kilka lat temu planowałeś powieść – hor­ror osadzony w realiach polskiej wsi…

Nie tylko planowałem, ale nawet zacząłem pisać – mam pewnie około 25% tekstu i po­mysł, który się na razie nie zdewaluował. Tam zresztą nawet nie chodzi o samą wieś, wydaje mi się idiotyczne, że nie mamy oryginalnego, polskiego horroru. Zwłaszcza przy takim zain­teresowaniu gatunkiem. Dlaczego Maine mia­łoby być lepszą scenerią niż Pomorze? Zresztą, horror to dla mnie w dużej mierze literatura psychologiczna, tyle że bliższa raczej psychopatologii, albo psychiatrii. Wolność ujawniła w naszej psychice zupełnie nowe obszary, tak­że te mroczne i przerażające, których nikt jeszcze nie pofatygował się zwiedzić. Ja prze­prowadzę taką wiwisekcję z przyjemnością. Poza tym, kiedy pracuje się nad literaturą gro­zy, bardzo ważne jest sportretowanie scenerii. Wydobycie na jaw jakiejś zgrozy nie wywoła żadnego efektu, jeżeli odbędzie sie w nieokreślonej, umownej przestrzeni. To, co się dzieje w książce, musi dotyczyć czytelnika osobiście, musi ujawniać jakieś wspólne lęki. Dlatego tło musi być sportretowane z fotograficznym, ostrym realizmem. Trzeba opisać to, co oknem, z prawdziwym życiem i prawdziwymi! ludźmi, mającymi realne problemy. To dodatkowe, wspaniałe wyzwanie, bo na dobrą sprawę nikt tego dotąd nie zrobił. Jedyny obraz współczesnej Polski, jakim dysponujemy po­chodzi głównie z filmu, a ten jest beznadziej­nie stereotypowy. Policjant to skorumpowany nieudacznik, adwokat to willa i ciemne intere­sy, chłop – Lepper, polityk – maniakalny fun­damentalista religijny. Jezu! Przecież to jest Polska według obsługi magla. Czy ci ludzie widzą świat wyłącznie przez pryzmat „Nie”? A jednocześnie, porozmawiaj sobie z ludźmi: zobacz ile potencjalnego horroru kryje się w tej zapiekłej złości, w nienawiści do wszys­tkiego i każdego, w tej potrzebie znalezienia zawsze kozła ofiarnego… Napiszę tę powieść. Napiszę ją, kiedy… patrz wyżej. Oprócz te­go mam jeszcze ze 40% innej powieści – SF, trochę cyberpunkowej, takiej w estetyce „Neuromancera” (uczciwszy proporcje), tyle że to­czącej się nie w jakiejś krainie Nigdy-Nigdy, ale w Polsce. To będzie pierwsza taka wizja naszej przyszłości, jeżeli uda mi się zrobić to tak, jak sobie wykombinowałem, mocna futu­rologicznie, mroczna, dziwna, ale bez żadnej tam Apokalipsy albo załatwiania doraźnej, po­litycznej wendetty. Za to z szerokimi panora­micznymi planami, mnóstwem efektów spe­cjalnych, z księżycowymi osiedlami, rzeczy­wistością wirtualną, rosyjskimi najemnikami ery elektronicznej i diabli wiedzą, czym jesz­cze. Sam się na to cieszę.

Oprócz tego mam jeszcze kilka rozgrzeba­nych opowiadań, rozmaitych horrorów, SF.

Życzę Ci realizacji tych planów. W 1990 roku przemieniłeś się w redaktora, alternatywnego wobec NF pisma – „Fenixa”. Jak doszło do jego założenia?

Już wspomniałem, że istniała ta, powiedz­my, grupa literacka, poza tym dostrzegaliśmy duży potencjał twórczy młodych ludzi, chcą­cych pisać. „Fantastyka” to jest dobre pismo, powiedzmy to sobie bez ogródek, ale jako je­dyne – absolutnie niewystarczające. Musi is­tnieć forum do wymiany poglądów, musi też być miejsce do publikacji dla kilkuset stron polskiej prozy, które powstają co roku. Wbrew pozorom, w Polsce dużo się pisze i czyta fan­tastyki, wygłasza się zróżnicowane poglądy, pojawiają sie nowe zjawiska. Jedno pismo tego nie obrobi, choćby i chciało. A nie chce. Oprócz tego mieliśmy różne poglądy na to, jak powinno się pokazywać fantastykę, mieliśmy też wizję pisma, wiedzieliśmy co chcemy w nim robić i bardzo chcieliśmy zacząć. Udało się znaleźć pierwszego wydawcę i poszło.

Ten „Fenix” to ma świetny do sytuacji ty­tuł – najdelikatniej mówiąc jest to bowiem pismo z ciągłymi kłopotami: wychodzi niere­gularnie, zmienia format, wydawców – opowiedz nam trochę o tych sprawach.

To nie jest pismo dla gospodyń domowych, tylko jednak magazyn literacki, więc kokosów się na nim nie zarobi. Z tego powodu jesteśmy permanentnie niedoinwestowani, i masę rze­czy musieliśmy (i nadal musimy) improwizo­wać, albo obchodzić najmniejszym możliwym kosztem, żeby nie wpędzać wydawcy w więk­sze kłopoty, niż jest to absolutnie konieczne. Weszliśmy na rynek absolutnie beż żadnej re­klamy i dotąd praktycznie nigdy jej nie mieliśmy. Zmiana formatu była raz, a obecny mały format ma swoje zalety. Ma też i wady. Poza tym „Fenix” to maleńki zespół, wszyscy robią wszystko i najczęściej latają jak kot z pęche­rzem. Oczywiście zdarzają się i błędy i proble­my natury obiektywnej. Ot, na przykład latem, przy tych upałach, padł serwis sieci i naprawa trwała tydzień. Efekt – miesiąc opóźnienia. I tak dalej. Wydrukowali nam numer 1(37) w dziesięciu rozmaitych kolorach, od bladego fioletu do amarantu, praktycznie każdy numer jest inny. Takie tam drobiazgi.

Wydawcy? Ten pierwszy, no cóż, miły chłopak, tylko trochę taki nie tego… Sto pomysłów na minutę, a wszystkie do kitu. Robił przedziwne interesy, obłędne, megalomańskie i szybko zrobił się niewypłacalny. Trzeba było szukać nowego, zanim ten zarżnie pismo do reszty. Udało się przekonać Prószyńskiego i tak zostało do dziś. Cóż, wydawanie magazy­nu literackiego w ramach wielkiego koncernu ma dobre i złe strony, ale nie oszukujmy się, potrzeby „Fenixa” nie są dla nich najważniej­sze i trudno się dziwić. W każdym razie nas wydają, chociaż nie muszą i chwała im za to. Mam nadzieję, że tak pozostanie, bo to dobry wydawca – i polski, a to też coś warte.

A nazwa, uważam, że jest krzepiąca – za­wiera dobrą wróżbę, bo mówi, że cokolwiek by się nie stało, powstaniemy, choćby i z po­piołów. Oczywiście, zwiastuje też kłopoty, ale te występują zawsze, pod każdą nazwą.

W „Fenixie” prowadziłeś od początku dział prozy polskiej – stając się w ten sposób, niejako z urzędu, adwersarzem Maćka Parowskiego (nawiasem mówiąc podobnie jak on awansowa­łeś potem na redaktora naczelnego). Jak zdoby­wasz teksty (nie rozpisujecie wszak konkursów literackich), jak współpracujesz z autorami, adiustujesz, nalegasz na zmiany?

Nie, nie rozpisujemy konkursów. To zna­czy, został rozpisany jeden, zupełnie obłędny. Na samym początku działalności, w pier­wszym czy drugim numerze. Wydawca (ten pierwszy) dorwał się do czwartej okładki i nawypisywał tam jakichś bredni: konkurs na fa­na (sic), wydawcę, reżysera i twórcę fantastyki, obiecał w najbliższych numerach jakieś porad­niki, cuda na kiju, nagrody (których nie miał). Jak to zobaczyłem, włosy stanęły mi dęba. Poleciałem do niego: – Co to znaczy? A ten na to: Ty mi powiedz, ty jesteś redaktorem, ja rzu­cam tylko pomysł! Wlokło się to za nami mie­siącami, nikt niczego nie przysłał, bo niby co mieliby przysłać, nikt nie wiedział o co cho­dzi, a my najmniej. I co im powiedzieć?

Zresztą nie jestem pewien, czy konkursy są takie dopingujące… Mam wrażenie, że lu­dzie, którzy chcą pisać i tak przysyłają opo­wiadania, bo najbardziej interesuje ich druk, a nie nagrody.

Niektóre opowiadania zamawiamy. Wy­tworzyła się kasta takich co najmniej półpro­fesjonalnych autorów, którzy trzymają już pe­wien poziom i wiadomo, czego się po nich na­leży spodziewać. Sam raczej nie przerabiam ludziom opowiadań, adiustuję – owszem. Nato­miast żądam przeróbek i sugeruję rozwiązania, zupełnie nie bacząc na to, że to sprzeczne z naszą tradycją literacką – staram się zacho­wywać jak parszywy amerykański wydawca, dla którego nie ma świętości. W rozsądnych granicach, rzecz jasna. Nie zdarzyło mi się zażądać happy endu, albo kazać coś przerabiać na serial.

„Fenix” miał początkowo charakter zo­rientowany na literaturę SF i fantasy, potem nastąpiła lekka reorientacja – często dominu­jący stał się horror i groza.

Nie orientowaliśmy się na nic celowo: te przewagi, a to fantasy, a to horroru, a to SF, to są fluktuacje, staramy sie trafiać w zapotrze­bowanie i dostarczać to, czego na rynku jest mało, albo co jest zupełnie nowe. Istnieją też pewne fale na rynku opowiadań. Mody wśród autorów. Oczywiście, lansujemy horror, bo nikt poza nami go nie drukuje, a są w tym kraju wielbiciele tego gatunku. Oczywiście, staramy się, w granicach rozsądku, zaspokoić wszystkie gusta.

A teksty zachodnie, kto je zdobywa? Zda­rzały się też opowiadania pisane specjalnie do „Fenixa”.

Krzysiek Sokołowski, trochę Darek Zientalak, zdarzają sie teksty przewidziane później do antologii, które zdobywamy dzięki uprzej­mości zachodniego wydawcy. „Specjalnie dla Fenixa?” Owszem, zdarzało się i cieszę się, że ktoś to zauważył – mam nadzieję, że będzie lak i w przyszłości. Za każdym razem były to prapremiery opowiadań i za każdym razem mieliśmy oficjalną zgodę autora na użycie tej formuły.

Dlaczego z pracy w „Fenixie” zrezygno­wał jego twórca – Rafał Ziemkiewicz?

Rafał… wiesz, on po prostu stracił serce do tej roboty. Przez kilka lat był sercem „Fenixa”, ale tu nie było spektakularnych sukcesów, trzeba się było o wszystko szarpać, a chwała niewielka. Pieniądze zresztą też. On lubi widzieć efekt. Duży, poważny efekt. No i ciągnę­ło go do polityki. To kwestia instynktu czy temperamentu. Mój temperament jest raczej lodowaty. Jestem tolerancyjny, to raz. Dopóki nie próbujesz mnie do czegoś zmuszać, uszczęśliwiać na siłę, to gadaj co chcesz, choć­by i bzdury. Z Bogiem. A Rafał musi przeko­nać do swojego widzenia świata, bo uważa, że jest jedyne. Mnie władza mierzi, a jego pocią­ga. Załatwianie spraw metodami politycznymi, to znaczy obmową, oskarżeniem i dorabia­niem gęby mdli nas obydwu, bo to w końcu porządny facet, ale on to środowisko znosi, bo uważa, że zyskuje w ten sposób wpływ na świat. Ja w taki wpływ nie wierzę. Dopóki jest dobrze, nie ingeruję. Kiedy jest źle, ale na­prawdę źle, idę do lasu i wysadzam pociągi. Dlatego on chciał być politykiem, a ja prędzej skoczyłbym z mostu. Mnie praca w „Fenixie” dostarcza nieludzkiej satysfakcji, a on się dusił. No i wybrał. Szkoda, ale co robić. To wolny człowiek.

Jakie macie plany na przyszłość, planuje­cie jakieś zmiany, szlagiery?

Bez przerwy planujemy jakieś nowości i, jak dotąd, kipimy wprost od pomysłów. Problem w tym, że pismo nie jest z gumy, a my co rusz chcemy dodawać coś nowego. A to wiadomości z Internetu, a to o komiksie, a to o filmach, a to poradnik dla pisarzy, a to wy­wiady, a to felietony z pogranicza nauki, a to interakcyjną zabawę – ni to grę, ni to opowia­danie… Gdzie to wszystko zmieścić? Przecież nie możemy ograniczać objętości opowia­dań, bo to za nie ludzie płacą i dla nich kupują pismo.

Co uważasz za najmocniejsze punkty „Fenixa”, co Wam nie wychodzi i chcielibyście zmienić?

Kilku rzeczy nikt nam nie zabierze: poka­zaliśmy cyberpunk, pokazaliśmy splatter, nikt poza nami tego nie zrobił. Regularnie drukujemy Kresa i tylko dzięki nam może go czytać szersza widownia, bo ci jego wydawcy specja­lizują się w homeopatycznych nakładach, właściwie jest nie do kupienia. Nielogiczne, ale co zrobisz. Drukujemy prawie tysiąc stron polskiej prozy rocznie. Udowodniliśmy, że polscy autorzy nie muszą pisać zapchajdziur, że postawieni w jednej linii z najlepszymi Anglosasami wychodzą obronną ręką.

A co nam nie wychodzi? Przeróżne rzeczy. Przede wszystkim źle organizujemy techniczną stronę zagadnienia. W zeszłym roku zrobi­liśmy osiem numerów – skandal! Po drugie, chciałbym mieć i grzbiet i większy format – na przykład taki, jak kiedyś „Ameryka” albo „National Geografic”. Mniejszy niż NF, ale dostatecznie duży, żeby robić pełny kolor. Je­zu, ludzie! Ale cuda moglibyśmy wtedy poka­zywać! Holograficzną okładkę, większą obję­tość o jakieś sto procent… Niestety to mrzonki, takie pismo byłoby strasznie drogie.

Teraz z innej beczki, Jeremiasz to imię czy pseudonim?

Pseudonim, nikt nie nadaje dzieciom ta­kich imion. Ciągnie się za mną od liceum, ale go lubię. Mimo że jest bez sensu – jestem ra­czej optymistą.

Zakończmy rozmowę Twoimi typami lite­rackimi, w SF i nie tylko. Co najchętniej czy­tasz w wolnych chwilach?

Przede wszystkim nie bardzo wiem, co to są wolne chwile. Jeżeli coś sobie czytam, to najczęściej opowiadania do „Fenixa”, albo książki do „Bazaru”. Ale nie przesadzajmy, lubię klasyczną fantastykę naukową, ale taką serio i nie tracącą myszką. Mało jest takich rzeczy. Ostatnia naprawdę dobra SF, to mógł­by być „Neuromancer”. Książka, która posta­wiła mnie na baczność. Lubię też dobry horror i pogranicza – na przykład Carrolla, Kinga, czasami Mastertona, ale z zastrzeżeniami.

Bardzo sobie też cenię dobrą literaturę sensacyjną – na przykład Clifforda, Le Carre’a, Forsytha. Kiedy mam dobry okres czytam na­prawdę dużo, ale czasami są to rzeczy bardzo dziwne, takie, które są moim zdaniem po­trzebne autorowi. Jakieś podręczniki survival. katalogi rozmaitych sprzętów, rzeczy o broni, o badaniach kosmicznych, o wywiadzie, róż­ności. Próbka lektur z ostatnich tygodni: pod­ręcznik sztuki przetrwania, powieść współ­czesna („American Psycho”), Umberto Eco fe­lietony, SF: „Nowa rasa ludzka”, „Kolonia karna”, Dębski „Piekło Dobrej Magii” (ma­szynopis), Marta Tomaszewska „Ślad czarnej bogini” (maszynopis), Gibson „Światło wirtu­alne”, „Samochody terenowe świata” (katalog). Groch z kapustą. W moim przypadku nie da się oddzielić tego co robię zawodowo, od tego co robię dla przyjemności, wolnych chwil, od pracy, hobby i zarabiania na chleb. To wszys­tko jedno – moje życie.

Rozmawiał Wojtek Sedeńko Olsztyn 1995

Zostaw komentarz