Wywiad z Dorotą Malinowską, 1995

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 4 Styczeń 2011

„MOŻLIWOŚĆ CZYTANIA JEST JEDNĄ Z NAJWIĘKSZYCH PRZYJEMNOŚCI DANYCH CZŁOWIEKOWI”

rozmowa z Dorotą Malinowską

Dorota, opowiedz nam, jaka była Twoja droga do miesięcznika „Fantastyka”. Co robiłaś wcześniej i jak to się stało, że znalazłaś się w zespole redakcyjnym?

Była to droga dość zabawna. Ja nie byłam przez całe lata szczególną miłośniczką fantastyki, tzn. czytałam bardzo dużo różnych rzeczy, mnóstwo książek, ale nie wyróżniałam wśród nich fantastyki. Zwłaszcza w czasach, gdy nie umiałam jeszcze dobrze czytać po angielsku, a tylko w tym języku była to literatura dostępna – przekładów mieliśmy przecież bardzo mało. Oczywiście czytałam Lema, w innych autorach sf kochałam się raczej średnio.

W jakich bardziej?

Kochałam się przede wszystkim we Wnuku-Lipińskim. Jego książki były cudowne, mało ich napisał, trochę tego szkoda, ale cieszę się, że tak mu się ułożyło w życiu, że mógł wrócić do zawodu. W dawnych czasach było mu to trudno robić, a w tej chwili wiedzie mu się chyba znakomicie…

Ma swój cel w życiu i odszedł od pisania…

Tak, a ja nawet lubiłam jego opowiadania, które nie wszystkim przecież się podobały. Lubiłam jego styl, sposób, w jaki patrzy na życie i świat. No i Zajdel, ale to taki oczywisty typ. Sama nie poszukiwałam niczego. Natomiast zakochałam się w sci fi, gdy kupiłam pierwszy numer miesięcznika „Fantastyka”. I po prostu zakochałam się potwornie. Przeczytałam od deski do deski i stwierdziłam, że jest to jedyny typ literatu­ry, który chcę czytać i jest to w ogóle jedy­ne miejsce na świecie, w którym chcę praco­wać. Byłam wtedy po studiach na Politech­nice, na urlopie wychowawczym po urodze­niu pierwszego dziecka…

A jaką masz specjalność?

(śmiech) Oh, klimatyzacja i wentylacja…

Bardzo dobry zawód. Przewietrzyłaś ze­spół redakcyjny.

Tak, (śmiech), o tak. W każdym razie, w tej chwili to rozumiem, moje wykształce­nie ścisłe bardzo mi się przydaje. Zarówno w „NF”, jak i w prowadzeniu Działu Książ­ki u Prószyńskiego. To są liczby, liczby i jeszcze raz liczby, a ja się w tym nie gubię.

Natomiast nie jestem osobą, która potrafi się kochać tylko z oddali (uśmiech i tajemni­czy błysk w oku), w związku z czym uzna­łam, że zdam na studia dziennikarskie, żeby przyjść do pracy w „Fantastyce”. Wtedy też rzuciłam się na sf, czytałam jej mnós­two. Nie było szans, żeby nadrobić zaległoś­ci, ale sądzę, że teraz mam już dobre przy­gotowanie i pojęcie o tej literaturze. Później zaczęłam uczyć się do egzaminów i dosta­łam się. Po pierwszym roku jest praktyka w jakimś piśmie – przyszłam więc do „Fantastyki” zapytać się, czy mogą mnie tu przy­jąć. Redakcja się zgodziła, ale zgodę musiał jeszcze wyrazić szef wydawnictwa, a było to Krajowe Wydawnictwo Czasopism. Pra­wie godzinę musiałam przekonywać czło­wieka w KWCz, żeby zgodził się na tę pra­ktykę. On twierdził, że dziennikarz powinien zdobywać szlify w dzienniku. Ja się nie zgodziłam, twierdząc, że jeżeli nie da mi zgody, to ten rok studiów pójdzie na marne. No i udało się. Potem udało się jeszcze raz, bo w redakcji uznano, że praktyka 3-tygodniowa to za mało i przyjęto mnie na trzy miesiące.

Bardzo mi wtedy pomógł Jacek Rodek i Wiktor Malski, nieżyjący już ówczesny se­kretarz redakcji. Fantastyczny człowiek, o ogromnej dobroci, mądrości. Dużo się wtedy nauczyłam. No i miałam dużo szczęś­cia, bo w tym samym czasie przyszedł do redakcji Lech Jęczmyk i został szefem dzia­łu zagranicznego. Wpadłam pod jego skrzydła, co było bardzo przyjemne; nie wyobrażam sobie lepszego szefa, ponieważ dla mnie, przy mojej psychice, Leszek był szefem mniej wymagającym, tylko sterują­cym naszymi poczynaniami.

Po Jacku Rodku i Leszku Jęczmyku (oraz krótkim szefowaniu Darka Torunia) przejęłaś dział zagraniczny w redakcji, ne­wralgiczny punkt pisma. Czy przejęłaś po poprzednikach jakieś kontakty, czy wszys­tko musiałaś robić sama. Wiem, że wtedy wypłynęła sprawa praw autorskich.

W momencie, kiedy przyszłam do „Fan­tastyki”, wypłynęła dość nieprzyjemna sprawa dla tego pisma, mianowicie autorzy zagraniczni na forum publicznym zarzucili pismu, że nie płaci za prawa autorskie. Była to prawda, ale prawie wszystkie pisma w Polsce drukowały bez praw. U nas był to stały dział, więc to kłuło w oczy. Trzeba by­ło coś natychmiast zrobić i ja, jako osoba świeża, dostałam zlecenie – załatw prawa…

Czyli zaczęłaś od podstaw, nie szłaś utar­tymi ścieżkami.

Nie. Ale bardzo przydatne były kontakty prywatne Leszka Jęczmyka. Wtedy było to dosyć trudne, ale ciekawe. Polegało na pisaniu tysięcy listów, dochodzeniu kto, kiedy, gdzie i za ile.

To był okres znacznego pogorszenia ja­kości prezentowanych tekstów w dziale, brak było hitów, które wciąż prezentował Jacek Rodek.

Gdy pracowaliśmy z Leszkiem i Dar­kiem, czytaliśmy sf wszyscy i wszyscy wy­bieraliśmy opowiadania. To była komforto­wa sytuacja, trzy osoby w dziale, można by­ło bardzo dużo przeczytać. Natomiast póź­niej Leszek zajął się polityką, Darek założył własną firmę i nagle okazało się, że muszę sama dostarczyć wszystkie materiały. Poza tym, i uczył nas tego Leszek, nie szukaliśmy za bardzo hitów. Szukaliśmy czegoś intere­sującego, czasem dajemy opowiadanie słab­sze, ale które ma w sobie COŚ. I… plebiscyty często nam potwierdzają, że te opowiadania kogoś poruszyły. Nie są zbyt błyskotliwe, nie zdobyły nagród, autorzy często nie są zbyt znani, ale to chyba ważne, że „NF” nie zasklepiła się na jednym kręgu autorów. Do­stajemy sporo listów…

No właśnie, jak dokonujesz teraz wybo­ru tekstów. Starasz się wstrzelić w gusta czytelników (te listy), czy liczysz bardziej na swojego nosa i wyczucie. A może agenci coś polecają, bądź sugerujesz się listami bestsellerów?

Agenci nic nie polecają. Nagrody tworzą listę tytułów, na które muszę zwrócić uwagę…

Nebule, Hugo? Czy trudno zdobyć te na­godzone teksty?

Nie. Nie ma różnicy. Zwracam też uwagę na nagrody „Locusa”, to ciekawa i ważna nagroda.

Myślę, że każdy kto dokonuje wyboru, kieruje się kilkoma kryteriami równoczes­ne. Czasami trudno jednak dać opowiada­ne nagrodzone, świetnie recenzowane, a tobie się nie podobające. To znaczy, że coś w nim jest nie tak. Są teksty, które podobają się w Ameryce, a tutaj przechodzą bez echa – trzeba na to uważać. Trzeba kierować się rozsądkiem. Ciekawostką jest na przykład fakt, że bardziej podobają się nam opowia­dania amerykańskie niż angielskie. To już sprawdziłam na kilku tekstach, choć zdarza­ją się świetni autorzy z Anglii, taki Watson…

O tak, w krótkiej formie jest doskonały, ale powieść zwykłe kładzie…

Opowiadania też nie wszystkie ma dobre, ale ogólnie jest OK. Próbujemy też dawać teksty z innych obszarów językowych…

Chyba nie bardzo. Dlaczego nie ma fan­tastyki rosyjskiej, mam sygnały, że robi się tam ostatnio rzeczy świetne.

Proszę tłumaczy z innych niż angielski języków o recenzje i polecenie czegoś ciekawego, ale takich propozycji nie dostaję. Liczę się z opiniami innych. Wydrukowaliś­my ostatnio ostre opowiadanie czeskie i do­staliśmy po głowie od czytelników, że ero­tyczne, kogoś tam obraziło itd.

Ale „Szajbus” Neffa był znakomity, oni potrafią pisać.

Tak, to było świetne opowiadanie. Byłam teraz w Glasgow, spotkałam Jarka Olsę, ma mi przysłać wybór nowych opowiadań. Dał mi ilustracje jakiegoś grafika.

Poprzednio czeskie sprawy załatwiała Asia Czaplińska ze Szczecina…

Tak, ale ona zajęła się ostatnio telewizją i kontakt się urwał. A była to bardzo dobra tłumaczka. Teraz z czeskiego tłumaczy Ania Kamińska. Czyta i wybiera, choć właśnie przeczytała kilka zaległych numerów „Ikarie” i spodobał jej się tylko jeden tekst… An­drzeja Sapkowskiego. (śmiech)

Wkrótce damy opowiadanie węgierskie, nie tak dawno było francuskie. Myślę, że jak na to, co się dzieje na świecie, to mamy dość duży procent prozy nietypowej. Na więcej chyba bym się nie odważyła.

A jak się „NF” podoba na Zachodzie, z pewnością się chwaliłaś, pokazywałaś eg­zemplarze pisma.

Oj, bardzo. Mamy wręcz entuzjastyczne recenzje. Pokazywałam różne numery pisma i są zachwyceni. Nie ma co udawać skrom­nego. Ja nawet podejrzewam, że ukazanie się tam dwa lata temu nowego magazynu „SF Age” było spowodowane tym, że ktoś obejrzał „NF”. Nie na zasadzie ściągania, przecież uczymy się też patrząc na innych, ale na tej, że podobny magazyn może fun­kcjonować. I w tej chwili powstał inny, an­gielski tym razem magazyn, który ma taki jak my format, kolorowe wkładki z ilustra­cjami. Do tej pory magazyny SF miały ra­czej format zbliżony do książkowego i były czarno-białe.

Czyli podoba się pokazanie fantastyki w szerszym spektrum, kolorowa galeria, większy format…

Tak, tak. I wygląda na to, że Amerykanie i Anglicy zrobili choć raz coś po nas.

Co pokaże „NF” w najbliższym czasie?

Nie na wszystkie plany mam już prawa, więc nie chciałabym zdradzać, ale mogę po­wiedzieć trochę o powieściach. Będzie In­wazja Opopanaxów Johna Brosnana, no­wela Bradbury’ego i znakomita powieść Enemy Mine Barry’ego Longyeara. Z o-powiadań hitem będzie na pewno nowy tekst Bradbury’ego, będą opowiadania Kima Stanleya Robinsona. Będzie nowy Jonathan Carroll, będzie kilku nowych autorów.

Kiedy narodził się pomysł książek firmo­wanych przez „NF” w spółce z Prószyń­skim. I kto jest kim w tej spółce?

Ha, skomplikowane to pytanie, bardzo. Pomysł książek zrodził się w mojej głowie bardzo dawno temu, gdy w dziale zagranicznym pracowało nas troje i można było pokazać fantastyki więcej niż mieściły łamy magazynu. Zrobiłam wtedy antologię fan­tastyki kobiecej, napisanej przez kobiety. Nie wiem czy pamiętasz, bo to dzieje się bardzo szybko, ale jeszcze nie tak dawno li­teratura sf była typowo męska jeśli chodzi o autorstwo…

W tej chwili gros prestiżowych nagród zgarniają kobiety.

Tak, ale był też okres przejściowy, które­go my nie mieliśmy, nie zauważyliśmy. Dru­kowaliśmy od czasu do czasu jakąś autorkę – Tiptree, Nancy Kress czy Pat Cadigan, o której wielu wciąż myśli, że jest mężczyzną. Teraz Bujold. Ona będzie, tak myślę, tym dużym trafieniem. Jestem szczęśliwa, że udało się na nią trafić.  .

To wszystko wynika jednak z czytania; czytasz dużo, to i znajdujesz coś ciekawego, czy zwracasz uwagę na podziały gatunkowe w fantastyce, wolisz sf od fantasy, a odwrót?

Ja wolę hard sf, ale są książki z fantasy, które bardzo lubię. Nie rozgraniczam raczej gatunków. Sama lubię najbardziej fantastykę, jaką pisze Carroll. Ciekawa jest tu zwłaszcza Kraina Chichów. Tu, w redakcji, były bardzo podzielone w kwestii, czy ją drukować. Mój głos „za” padł przy stanie jeden na „nie”, a języczkiem u wagi był głos Jęczmyka, który wziął książkę do do­ przeczytania, a wrócił z gotowym tłumaczeniem Joli Kozak.

To jest książka wielka, nie da się ukryć…

Okazuje się, że i na takich książkach można się nie poznać.

Jakie masz plany wydawnicze w serii, mogę ci zdradzić, że seria powoli zaczyna ważana za elitarną.

Nie staram się drukować na raz stu tysięcy autorów, będziemy ich wprowadzać powoli. Trafieniem będzie na pewno McMasterBujold z serią „Barrayar”. Wyjdzie Kim Stanley Robinson z Czerwonym i Zielonym Marsem. W tłumaczeniu jest Connie Willis z wyśmienitym zbiorem Fire Watch, a Arek Nakoniecznik pracuje nad jej rewelacyjną powieścią, opasłą Doomsday Book. Te wszystkie książki zgarniały Hugo lub Nebule, bądź obie nagrody na raz. Będziemy kontynuować Carda, Piotrek Cholewa tłumaczy trzecią część Alvina Stwórcy, na Zachodzie pojawiła się już część czwarta. I mamy też Morressy’ego ze wspaniałym cyklem o czarnoksiężniku. No i zaczynamy serię antologii „Nebula”, będą to książki w stylu Wollheima, gdzie oprócz prozy znajdą się szkice krytyczne, teksty o fandomie, o stanie światowej fantastyki.

A polska fantastyka?

Z tym jest gorzej, tzn. mój problem pole­ga na tym, że ja mało czytam polskiej fan­tastyki…

W redakcji masz Maćka Parowskiego.

Tak, dał mi nawet dwie rzeczy do serii i nawet jedną planowałam wydać, ale autor, czy Maciek nie chcieli tak długo czekać i książka poszła w piśmie – mowa o Dukaju.

No i wypuściliście z rąk Sapkowskiego, który w pewnym momencie pisał tylko do „NF”.

To było za wcześnie, wtedy nie mieliśmy możliwości, niestety… Jak nie ma pieniędzy, to… (wzruszenie ramion). Wydaję też rzeczy z pogranicza w innych seriach u Prószyń­skiego, przykładem Kolonia kar­na.

Skąd taki a nie inny układ typograficz­ny. Wydawcy raczej nie zwracają uwagi na prośby kolekcjonerów, aby książki miały równe grzbiety, napisy w jedną stronę, itp.

Bardzo zwracam na to uwagę. Mieliśmy zmianę na grzbiecie, ale wynikało to z fak­tu, że chcieliśmy to uporządkować z innymi seriami wydawniczymi. A szata graficzna jest przecież bardzo jednolita, mamy różnych grafików, przeważnie polskich, co się chyba liczy, bo rysują do treści książki.

Ceny waszych książek bardzo ostatnio wzrosły, kiedyś były bodaj najtańsze. A przecież drukujecie na słabym papierze, a Prószyński ma własne Zakłady Graficzne w Pile.

Te papiery dmuchane są stosowane od lat na Zachodzie i ich trwałość jest wystarcza­jąca. My jesteśmy przyzwyczajeni do strasznej rozpusty, socjalizm odzwyczaił nas od liczenia kosztów, a te są olbrzymie i ros­ną w zastraszającym tempie. I ma to odbicie w cenie. A z drukarń Prószyńskiego, nasta­wionych na druk w kolorze, powoli wycho­dzimy. Poza tym strasznie spadły nakłady, teraz wynoszą u mnie 5-7 tysięcy.

A Card?

16 tysięcy, to sukces.

Czemu wydawcy ukrywają nakłady?

Nie wiem, może ukrywają je przed tłu­maczami i autorami? (śmiech)

A sprawy dystrybucji?

Jestem o niej bardzo złego zdania. Na świecie nie ma takiego kraju, w którym by­łoby tyle hurtowni. W takiej Anglii jest ich ledwie parę. Nie ma informacji wydawni­czej. Na świecie bardzo promuje się książki przez akwizytorów i księgarnie wysyłkowe. I mam nadzieję, że taka będzie nasza przy­szłość. Bo przy obecnej dużej produkcji książek, a za taką jestem, podobnie jak za wolnym rynkiem, czytelnik musi mieć moż­liwość zdobycia informacji. Poza tym, i to jest najgroźniejsze, wydawca jest jedynym ogniwem w dystrybucji, który ponosi koszty wydania książki, ryzyko straty. Nie ma drugiego takiego kraju, mówimy oczywiście o krajach posiadających wolny rynek. Ryzyko wydania powinno być rozłożone po­między wydawcę, hurtownię i księgarzy. U nas hurtownik i księgarz takiego ryzyka nie ponosi, nie jest też zainteresowany w promocji książek. Wszystkich, bo oni naj­częściej przebierają w ofercie wydawców.

No, nie zgodzę się, księgarz ryzyko pono­si, on nie zwraca książek do hurtowni, jak czegoś nie sprzeda, to jest do tyłu.

Sytuacja jest jednak niezdrowa. I wydaje mi się, że jest zła także dla samych hurtówników i księgarzy. Nikomu na niczym nie zależy, to po prostu jest wygoda i lenistwo.

Jesteś także tłumaczką, Piotr Cholewa cię chwalił.

Na wakacje wyjeżdżałam do Anglii, zarobkowo, nie ukrywam. Poduczyłam się języka mówionego, potem wzięłam się ostro pracy. Zaliczyłam intensywny kurs języka – przez dwa lata chodziłam na kursy konwersacji z Amerykaninem mieszkającym w Polsce. I dużo czytałam. Tłumaczę mało, nie mam na to czasu; poza tym robię zwykle rzeczy spoza fantastyki.

Masz jakieś kontakty ze swoimi autorami, mówią, gdy pokazujesz im ich książki wydane w Polsce?

Kontakty są przesympatyczne. Carda spotka­łam w Rotterdamie, gdzie przyjechał na Worldcon. Podeszłam do niego z Piotrem Cholewą i Pauliną Braiter i mówię, że jestem jego wydawcą „in Poland”. A on, że to wspaniale, „in Holland”, (śmiech) jak to miło i tak dalej. A ja mu powtarzam, że „in Poland”. Dopiero wtedy się rozpromienił, i że cieszy się z faktu wydawania jego książek w kolejnych krajach.

Czy zdarza ci się, że autor chce kontrolować jakość tłumaczenia i formę wydania jej książki w Polsce? Znani są z tego choćby agenci i spadkobiercy L. Rona Hubbarda.

Tak, zdarza się, choć jak na razie, nie w fantastyce. Przy Hubbardzie chodzi pewnie o tę pseudonaukę, ale to temat na oddzielną rozmowę. Teraz jestem świeżo po rozmo­wach z Bujold, Willis, Silverbergiem. W tym ostatnim przypadku przeżyłam przyjemne rozczarowanie, bo słyszałam, że jest sztywny i wyniosły, uważający swoje książki za lepsze od książek kolegów po piórze. A to nieprawda. Okazał się panem niezwykle urokliwym, dowcipnym, miłym i sympatycznym, zainteresowanym wyda­waniem w Polsce. Mówiącym ciekawie o swojej twórczości, co nie o każdym moż­na powiedzieć.

Przykładem Varley…

Tak, wypunktowałeś nam to w „SFinksie”. Nie każdy dobry autor potrafi też cie­kawie mówić. Świetnie rozmawia się też z Resnickiem. Jest usłużny, zawsze odpo­wiada na listy. Spotkałam też Pratchetta…

Tak dowcipny, jakby wynikało z książek?

Nie-e… (stanowcze zaprzeczenie)

Angol?

Angol. I bardzo dbający o swój publiczny wizerunek. Morressy za to, to przemiły fa­cet, choć znam go tylko z listów. Opowiem ci anegdotę. Drukowaliśmy jego opowiada­nie w numerze, gdzie na okładce była twarz starszego mężczyzny, taka wkomponowana w drzewa, jakąś roślinność. W liście napisał mi, że żona powiedziała o tej twarzy, że to wykapany Morressy. Potem napisał nam o tym jeszcze jeden czytelnik. Taki zbieg okoliczności.

Dorota, nadszedł czas na podanie Twoje­go kanonu sf.

Wymienię autorów. Le Guin, Vonnegut, Carroll, Silverberg, Tolkien, Morressy, Card (ale tylko to, co sama wydaję). Jeszcze Dick, Pratchett, Tiptree, Wolfe i Zelazny. A tak w ogóle to wolę opowiadania od powieści. Tymczasem na Zachodzie obserwuję takie zjawisko, „trynd”, że autorzy młodzi zaczy­nają od razu pisać powieści, nigdy nie piszą opowiadań i uważają to za zaletę.

Jestem odmiennnego zdania…

Ja też, ale tak jest. Bujold na przykład nie pisze opowiadań, ale wzięło się to może stąd, że zaczęła pisać bardzo późno. A pisa­niem opowiadań zajmują się raczej ludzie młodzi, to taki ich przywilej. Chyba prawdą jest stwierdzenie, że powieści pisze się w wieku bardziej dojrzałym. Willis przestała ostatnio pisać opowiadania, bo wydawcy żądają od niej tylko powieści, co z powodu jej skrupulatnych przygotowań do napisania takowej, zabiera czas na pisanie krótkiej formy.

Na zakończenia czego byś sobie życzyła jako tłumacz, wydawca i… kobieta. Nieko­niecznie w takiej kolejności.

Jako kobieta… (uśmiech i rozmarzony wzrok wpatrzony w okno) nie powiem. Pra­ca zajmuje mi codziennie 15 godzin, okrop­nie mnie nakręca, ale na wiele spraw zwy­czajnie nie mam czasu. Ale ta praca to wspaniała zabawa. Jako tłumacz, to chyba nicze­go, jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę w książkach przebierać. Jako wydaw­ca chciałabym trafić ze swoimi książkami pod strzechy. Uważam, że przyjemność czy­tania jest jedną z największych przyjemnoś­ci danych człowiekowi i jak ktoś jest jej po­zbawiony, to jest to bardzo smutne.

Życzyłabym sobie też unormowania sy­tuacji wydawniczo-księgarskiej w sferze dystrybucji książki.

Masz może jakieś słówko dla czytelników?

Ja mam mnóstwo słówek. Uważam, że „SFinks” spadł nam z nieba, powinnam ci to powiedzieć w wywiadzie, że czytam Twoje pismo od deski do deski i jest to chyba jedy­ne pismo, które czytam tak dokładnie. Bar­dzo się liczę z Waszym zdaniem i czytam uważnie wszystkie opinie, pozytywne i ne­gatywne… Życzę ci, żeby „SFinks” stał się polskim „Locusem”.

Dziękuję ci za szczerą i wyczerpującą rozmowę.

Wojtek Sedeńko, Warszawa 1995

Zostaw komentarz