Pierwszy wywiad z Maciejem Parowskim, 1994

Autor: Wojtek Sedeńko, kategoria: wywiady, utworzono: 2 Styczeń 2011

MACIEJ PAROWSKI urodził się w 1946 roku w Warszawie, tu ukończył Wydział Elektryczny Politechniki Krytyk, publicysta, w roku 1981 redaktor naczelny tygodnika studenckiego „Politechnik”; jednocześnie współpra­cownik tygodnika „Razem”. Swoje felietony i opowiadania wydawał w „Kulturze”, „Ekranie”, „Polityce”. W1978 roku wydał zbiór szkiców filmowych „Bez dubbingu”.

Od początku, od 1982 roku, związany z miesięcznikiem „Fantastyka”, potem „Nowa Fantastyka”, gdzie jest kie­rownikiem działu literatury polskiej. Od 1992 roku awansował na redaktora naczelnego tego pisma, którą to funkcję objął po Lechu Jęczmyku.

W1970 roku debiutował opowiadaniem „Bunt robotów” w tygodniku „Na przełaj”. Laureat konkursu „Młodego Technika” w 1973 roku za opowiadanie „Poczucie pełni”. Jego teksty ukazały się w kilku antologiach. W1982 roku opublikował powieść „Twarzą ku ziemi”, a w 1985 roku zbiór opowiadań „Sposób na kobiety”.  Od tamtej pory, z racji wykonywanego zawodu, ale i z powołania, zajmuje się głównie propagowaniem polskiej fantastyki i próbami wydostania jej z literackiego getta. „Łowca talentów, u niego debiutowali Sapkowski, Żerdziński, Dukaj, Cyran, Sobota i wielu, wielu innych.

Redaktor kilku antologii polskiej SF, twórca kontrowersyjnego podziału naszych autorów na generacje pokoleniowe, adwersarz młodych i gniewnych literatów, którym matkuje i ojcuje jednocześnie, co przydało mu nie jednej bruzdy na czole.

Pierwsze pytanie będzie, bo musi być, banalne: skąd się wzięło w Tobie umiłowanie fantastyki. Co zaraziło bakcylem: lektura, film, osoba, a może wszys­tko na raz?

Do fantastyki przyszedłem z opóźnieniem. Na początku oczywiście był Verne, później Lem – to był początek studiów, 64-65 rok. Przed studiami też był Lem, oczywiście, był Mrożek. Mam to szczęście, że w 66 roku w Międzylesiu wszedłem do objazdowego bibliobusu i zobaczyłem na stelażu „Kryształowy sześcian Wenus”. Wziąłem go z radością i przeczytałem z zach­wytem. Próbowałem powtórzyć tę przygodę z francus­kimi „Wakacjami cyborga”, ale to już nie było to. Nie byłem fanem fantastyki, czytywałem różne rzeczy, sporo krytyki – byłem przecież inżynierem, który chciał zostać pisarzem. W zbiorze esejów Rogera Caillois „Es­tetyka i styl” przeczytałem wspaniały esej „Od baśni do science fiction”. Bardzo interesujący. Był tam też esej o powieści kryminalnej. Byłem wówczas namiętnym czy­telnikiem powieści kryminalnych, odkrywałem Chandlera. Ale czytałem też Conrada, po studiach zacząłem czytać Szekspira dla przyjemności, jednocześnie lubi­łem gatunki popularne, lubiłem kryminał, podchodzi­łem do fantastyki. Moje poszukiwania pewnych lektur, pewnych sensów w literaturze science fiction wzięły się z zainteresowania kulturą masową. Zresztą zdawało mi się, że jako inżynier powinienem po fantastykę sięgać. I tak się stało, że przeczytałem parę rzeczy z tego gatun­ku, przeczytałem trochę o tym gatunku i napisałem opowiadanie. To był short, który wysłałem na konkurs na opowiadanie science fiction „Młodego Technika”.

Natomiast dobrego kina fantastycznego w mojej młodości nie było. Pamiętam tylko wielkie wrażenie jakie zrobił na mnie i na moich rówieśnikach – to był koniec lat pięćdziesiątych – film „Zemsta kosmosu”, wyświetlany w sobotę w telewizji. To nami potrząsnęło. I jak spotkaliśmy się rano w kościele to po mszy nie rozmawialiśmy o niczym innym. Przerażeni i uniesieni. Ale takich przeżyć było niewiele. W latach 60-tych lep­szy był Hitchcock.

Powtórne odkrycie fantastyki nastąpiło w latach sie­demdziesiątych, kiedy moi najwięksi przyjaciele: Mirek Kowalski i Marek Oramus, kazali mi przeczytać Dicka. Zgłupiałem wtedy przy „Ubiku”. Oni mi podsunęli fan­tastykę jako język, a ja marzyłem o powieści. Wtedy szybko przeczytałem parę ważnych książek z gatunku, min. Aldissa „Non stop”, Strugackich „Drugi najazd Marsjan” i coś jeszcze. I napisałem „Twarzą ku ziemi”. Fantastykę odkrywałem nie poprzez fascynację. Odkry­cie fantastyki było w większym stopniu odkryciem języka dla mnie, niż lektury. A następne odkrycie fan­tastyki, najbardziej znaczące w mojej biografii, to spot­kanie z fantastyką w miesięczniku „Fantastyka”, jako literaturą młodych ludzi, którzy zepchnęli z rynku Borunia, Trepkę, Snerga nawet, na pewno Hollanka, Fiałkowskiego. Ludzi młodszych ode mnie o kilkanaś­cie lat. Dowiedziałem się od nich, że fantastyka może być absolutnie współczesną, bardzo ważną literaturą, w której się ujawniają wszystkie nurty myśli Polaków, ważne rzeczy naukowe, polityczne i dużo emocji. Tb było wspaniałe odkrycie, które trwa do dziś. Jestem zachwycony tym, co piszą ludzie dwudziestoparoletni. To jest wspaniałe. Taki dar od losu dostałem (już drugi raz, bo przedtem ciekawe rzeczy widziałem w prasie studenckiej), że przebywam w miejscu, do którego spły­wają bardzo ważne rzeczy – zapisy snów, marzeń i koszmarów młodych ludzi w Polsce. Mógłbym powie­dzieć, że Bóg mi powierzył wyobraźnię młodych Pola­ków.! to jest wspaniałe. To moje najwspanialsze doś­wiadczenie fantastyki, ciekawsze od odkrycia „Kryszta­łowego sześcianu Wenus” i ciekawsze od odkrycia Lema.

Jak znalazłeś się w grupie ludzi, którzy założyli redakcję „Fantastyki”? Wydaje się bowiem, że był to zespół redakcyjny bardzo prorządowy. O Tobie tego powiedzieć nie można było, pisząc „Twarzą ku ziemi” awansowałeś do grona autorów sf politykujących, kon­testujących władzę. A „fantastyka” była jednym z nie­licznych pism powstałych w okresie stanu wojennego, w chwili gdy ludzie kultury, pióra, zawieszali wykony­wanie zawodu.

Toteż została mi powierzona działka najmniej pro­minentna wówczas, a ja do 86 roku nie wyjechałem z tego pisma za granicę i miałem poczucie drugorzędności. Jako były członek „Solidarności” i były elekcyjny naczelny „Politechnika” po pierwszej weryfikacji RSW zostałem zakwalifikowany negatywnie, a po drugiej zostałem zatrudniony w „Fantastyce” z zakazem pełnie­nia funkcji kierowniczych na dwa lata. Tu chcę powie­dzieć bardzo ważną rzecz. Był dużo bardziej ode mnie zasłużony dla ruchu fantastycznego człowiek – Marek Oramus, który długo działał, który był jeszcze bardziej antyrządowy niż ja, który już wtedy był aktywnym pisarzem – ludzie czytali jego opowiadania, takie jak „Drwale i dziewczyny”, „Witaj w domu”, niektórzy znali w maszynopisie „Sennych zwycięzców”. Marek był dla władz bardziej kontrowersyjny i nie mógł się w „Fantastyce” zatrudnić. Trwało tak do połowy lat osiemdziesiątych, ale zatrudnił się dopiero w dziewięć­dziesiątym. A ja byłem troszeczkę mniej kontrowersyj­ny, troszeczkę starszy, jakby spokojniejszy, mniej kan­ciasty i zostałem zaproszony przez zespół ludzi organi­zujących to pismo, ponieważ jakieś tam felietony wydałem, ponieważ byłem wyróżniony w tym konkur­sie z 73 roku, ponieważ już ukazała się moja powieść „Twarzą ku ziemi”. Byłem też zawodowym redaktorem – wiadomo było, że umiem zajmować się tekstami innych – to udowodniłem w „Politechniku” i trochę w „Razem”. Zostałem zaproszony do mało efektownego działu – ten dział nie był na pewno najważniejszy w piśmie. A zrobił się ważny, nie tylko w wyniku tego, że ja poważnie traktowałem robotę, bo się przyznam, że nie od razu ją traktowałem poważnie. Był stan wojen­ny, 82 rok, myślałem, że będę adjustował do druku głu­pie, unikowe opowiadania o robotach – tego się bałem. Ale okazało się, że nie, że pismo wyzwoliło w ludziach zupełnie nową energię, zupełnie inne autentyczne emo­cje. Oramusowi powiedziałem wtedy: Marek, w nor­malnej, wolnej Polsce tym powinieneś zajmować się ty. A on mi odpowiedział: Maciek nie przejmuj się, w nor­malnej, wolnej Polsce, nie byłbym kierownikiem działu polskiego, tylko byłbym naczelnym tego pisma i bym cię na kierownika działu prozy polskiej przyjmował. Marek był wtedy chyba największym autorytetem w gronie młodych twórców fantastyki, no więc ulżyło mi.

Pamiętam takie spotkanie z Tobą, wiosną 90 roku w Warszawie. Odniosłem wtedy wrażenie, że żałujesz swego zaangażowania w fantastykę – do 1989 roku była literaturą „zamiast”, miało się wrażenie, że robimy coś ważnego – a tu nagle stała się posterun­kiem peryferyjnym. Znajomi zaczęli naprawiać RP, wdali się w politykę (Wnuk, Jęczmyk, RAZ), Ty też chciałeś, ale znalazłeś się poza głównym nurtem – czu­łem wtedy żal w Twoim głosie. Jak to oceniasz z per­spektywy czterech lat?

Sformułowanie „chciałeś” nie jest właściwe. W 1990 miałem wrażenie, że coś się ważnego w Polsce dzieje, a ja w tym nie uczestniczę. I kolejno miałem, powiem szczerze, taki jakby mini żal do siebie, że nie jestem w „Gazecie Wyborczej”, że nie jestem w jakiejś partii politycznej, że nie uczestniczę w tej grze, że dzieją się wielkie rzeczy, a ja się bawię nie wiadomo w co. Pamiętam, że wtedy pisaliśmy do siebie listy z Cyra­nem. Ja mu odsyłałem partię opowiadań, która mi się wydawała nie taka (on jeszcze był przed „Siecią i mło­tem”). Pisałem do niego, że się zmieniła rzeczywistość, i że będzie się musiała zmienić literatura, bo w tej lite­raturze, która była dotychczas, nie ma klucza do odczy­tania tego nowego w czym uczestniczymy. I kiedy do kopii tego listu niedawno zajrzałem, znalazłem w nim diagnozę, ale nie było w nim tego co wiem teraz. Że fantastyka nie przestała być ważna – bo sny są zawsze ważne. I że się może ośmieszyć „Gazeta Wyborcza”, może się ośmieszyć Sejm, i że się może ośmieszyć Unia Demokratyczna, że się prawica może ośmieszyć. Nigdy się nie ośmiesza literatura. W 1990 myśmy się w „Fan­tastyce” zastanawiali, jak biznesmeni, którzy uzyskali pismo na własność i jak ludzie, którzy mają już, jakby nie było, po czterdziestce, co zrobić ze swoim życiem, co dalej? I mieliśmy taką dyskusję w maju 90 roku „Fantastyka na wirażu” – ja ją prowadziłem, ukazała się potem w numerze i jako posłowie do antologii „Co większe muchy”. I mieliśmy duże wątpliwości: co zrobi­my, czy skończyła się racja fantastyki zajdlowskiej, czy skończyła się racja fantastyki aluzyjnej, czy fantastyka była literaturą „zamiast”, a teraz jest wolność i stanie się niepotrzebna. Są to wątpliwości ludzi, którzy robią w pewnym fachu, przeżywają kryzys tożsamości, szukają swego miejsca w społeczeństwie. Otóż z perspektywy czterech lat ja się z tego śmieję, ale się tego nie wsty­dzę, bo to było prawdziwe, szczere. Cieszę się, że nie znalazłem się w żadnym obozie politycznym, cieszę się, że nie znalazłem się w „Gazecie Wyborczej”, i cie­szę się, że działam na niwie fantastyki. Chciałem tylko przypomnieć, że w tym czasie, po 90 roku, wybuchły takie nazwiska w fantastyce, jak Huberath, który pow­tórzył sukces „Wrócieeś Snoeeg, wiedziaam…” „Karą większą”, „Maiką Ivanną”, „Słonecznym miejscem lęgo­wym”. Że się w konkursie „Fantastyki” w 91 roku wyroił Żerdziński, że zaczął pisać zupełnie niezłe tek­sty Lewandowski, że Ziemkiewicz – mój wielki rywal i wróg, i przeciwnik (i z którejś tam strony kumpel), wydrukował również u mnie znakomite nowoczesne opowiadanie. Że, krótko mówiąc, cały ten czas działy się ważne rzeczy. Ja po prostu przeżyłem taką chwilę słabości, jak… nie, nie chcę się porównywać do nikogo. Ale oczywiście cieszę się, że zostałem tu gdzie jestem, ponieważ nadal odpowiadam za wyobraźnię Polaków. Zachowałem się jak kobieta, która wyjechała na wcza­sy, zobaczyła ładnego mężczyznę i się przez chwilę zastanawiała czy to dobrze, że jest mężatką. Ale spo­jrzała na swoje życie, na swoje dzieci, na swojego męża i powiedziała: daj sobie spokój, przecież to by była tylko sekunda.

Atakują Cię młodzi autorzy, że ich nie drukujesz, że dzielisz na pokoleniówki, że jesteś konserwa itd. Przyglądam się temu od lat z boku i jako trzeźwy umysł stawiam plusy i minusy. Gernsback i Campbell byli strasznymi konserwatystami, cięli teksty, ale to lata ich panowania zwiemy teraz „Złotym Wiekiem SF”. Chlastanie tekstów czasem jest przydatne, ale jak wiem od autorów – te cięcia dyskutujesz. Młodzież pisząca założyła swój periodyk, ale to u Ciebie wylę­gają się dobre pióra – Sapkowski, Huberath, Żerdziń­ski, Dukaj. Co byś powiedział ludziom próbującym swych sił jako autorzy SF?

Najpierw powiem o sobie jako redaktorze parę słów. Rzeczywiście z racji tego, że pracuję w tytule, o naj­większym nakładzie – jest to stanowisko najbardziej widoczne. Do „Fantastyki” przychodzi najwięcej maszynopisów (300-400 stron miesięcznie, z konkur­sów jeszcze więcej). Mogę powiedzieć tylko tyle, że do każdego z nich podchodzę uczciwie. Ja po prostu wybieram najlepsze opowiadania. Traktuję siebie jako faceta, do którego przychodzą ludzie i opowiadają mu swoje sny. I on mówi tak: ten jest interesujący, ten zna­czący, ten mi się kojarzy z tamtym snem – robię taki jakby almanach snów. Fantastyka montuje się podobnie jak sen, jest grą wyobraźni zwolnioną z rygorów rze­czywistości i częściowo logiki.

Mogę powiedzieć wszystkim ludziom, którzy chcą pisać tylko tyle: musicie być uczciwi wobec własnych wzruszeń, musicie być uczciwi wobec własnych uczuć wrogości i przyjaźni, musicie być uczciwi wobec włas­nej diagnozy rzeczywistości, musicie być uczciwi wobec własnych przeczuć, nie możecie ich zakłamywać. Literatura jest opowieścią, komunikatem. Zasta­nówcie się co was najbardziej boli, co was najbardziej drażni, co was najbardziej cieszy i piszcie o tym. Nie wymyślajcie opowiadań takich, jakie były, nie używaj­cie konwencji do powtórzenia konwencji. Ponieważ to co zrobił Sapkowski, to co zrobił Baraniecki, to co zro­bił Oramus płynęło z głębi ich osobowości, a nie z głębi konwencji. Jeśli stwierdzicie, że nie jesteście pisarzami, to się nie martwcie, ponieważ pozostaje wam jeszcze wspaniały los czytelników. Natomiast nade wszystko nie próbujcie wymyślić kanonu, nie próbujcie wymyślić reguł, albo warunków opowiadania. Niech się wam nie zdaje, że jest tak, że się wymyśli takie warunki, taki kanon, że się będzie pisało teksty w myśl tego kanonu (te teksty będą z założenia marne, poronne i jakby bez duszy), i że się uda wam zaszantażować redaktorów, żeby je drukowali Ponieważ tak się szczęśliwie składa, że redaktorzy są oceniani przez czytelników. I ja dla­tego mam pismo o najwyższym nakładzie ponieważ drukuję opowiadania, które są niezłe, a nie które są konwencjonalne, nie dlatego, że mieszczą się zgrabnie w tych przedziałkach, przegródkach Problem polega na tym, że my pracujemy dzisiaj z książkami krytycz­nymi, które charakteryzują fantastykę lat siedemdzie­siątych, sześćdziesiątych. O fantastyce lat osiemdziesią­tych ukazały się u nas właściwie tylko dwie książki: Oramusa i moja. A dzisiaj to jest naprawdę nowa fantas­tyka, nowa sytuacja, nowa emocjonalność. Żeby było śmieszniej mamy dziś emocjonalność lat dziewięćdzie­siątych, o których jeszcze książki nie napisano. Ja po prostu doradzam wszystkim młodym autorom uczciwe wpatrzenie się we własne obsesje i we własne marze­nia. A próba powielania gotowych form jest chybiona, ponieważ one wyrażały inny czas, prawdę innej naro­dowości i prawdę innej osobowości. Dlatego tak często się zdarza, że odrzucam opowiadanie trzydziestoparolatka i drukuję opowiadanie młodej studentki architek­tury z Łodzi. Albo młodego licealisty z Tarnowa. Bo on mówi coś ważnego dla siebie, pokłócił się z katechetą i wściekłość wybuchła mu w opowiadaniu.

Mówiąc krótko doradzam autorom pisanie z duszy, a nie z konwencji, nie naśladowanie gotowych opowia­dań.

Powiedz jak wykluwały się talenty typu Sapka, Dukają, Żerdzińskiego, Huberatha, Soboty. Jak się z nimi współpracuje?

Najgrzeczniejszy z tego towarzystwa jest Żerdziński, najsympatyczniejszy, z zawodu jest lekarzem. Aż mnie czasem drażni, że się tak ze mną zgadza, chciałbym żeby mnie kiedyś opierdolił. Nąjpaskudniejszy, najbar­dziej pyskaty, najbardziej nieznośny, jest Sobota. Sap­kowski jest klasą dla siebie. Z Sapkowskim miałem fajną przygodę. Latem 1986 przyszedł do mnie Marek Zalejski, który czytał część konkursowej poczty. Wys­tarczyło, żeby on się wtedy w nim nie zakochał, a Sapkowski-pisarz urodziłby się później, albo nie urodził wcale. Powiedział do mnie: Maciuś, ja się zupełnie na tym nie znam, ale mnie się to podoba. I wręczył mi opowiadanie „Wiedźmin”. Ja to przeczytałem i powie­działem: Marek, możesz swobodnie zdać się na swój gust – opowiadanie jest znakomite, drukujemy je. Dałem opowiadanie do numeru grudniowego 86. Ale przyszli do mnie sekretarze redakcji i powiedzieli: Maciuś, coś tam się nie mieści, proza zagraniczna jest troszeczkę dłuższa, trzeba to polskie opowiadanie skró­cić o dziesięć stron. Zapytałem: ileż to roboty? Wziąłem maszynopis do domu. Wziąłem ołówek, przeczytałem opowiadanie pierwszy raz i wywaliłem 7-8 wierszy. To była scena, jak ktoś idzie do kowala. Nie było ostrego cięcia, tylko ludzie przemieszczali się, pokonywali dro­gę. Sapek nigdy tej sceny nie przywrócił. Pomyślałem: dobrze idzie, znajdę jeszcze kilkanaście takich miejsc i będzie „po ptokach”. Przeczytałem to opowiadanie drugi raz i nie znalazłem ani jednego wiersza do wyrzucenia. Przeczytałem jeszcze raz i znowu nic nie znalazłem. Przyszedłem do redakcji i powiedziałem, że nie będę więcej skracał tego opowiadania. „Jak to nie będziesz skracał? Musisz”. „Nic nie muszę, wy sobie skróćcie opowiadanie zagraniczne”. Zmieniono opo­wiadanie zagraniczne, Sapek poszedł w całości.

Z Huberathem to było tak. Wiosna 1987. Pamiętam, że miałem pracowitą niedzielę, czytałem plik maszyno­pisów przysłanych na konkurs, taki wysoki jak długość przedramienia, i cała niedziela była od rana do wie­czora do dupy, ponieważ wszystkie teksty były do niczego. I na dole tej kupki był Huberath, to się nazy­wało „Wrócieeś Snoeeg, wiedziaam…”. Ja to przeczyta­łem i poszedłem na pijaństwo i na oglądanie video do Rodka. Nie byłem tam w stanie o niczym innym mówić tylko o tym, że przeczytałem wspaniałe opo­wiadanie, a oni nie wiedzieli o czym ja mówię. Po czym było rozstrzyganie konkursu. Powiedziałem, że oczywiste jest, że pierwszy Huberath. Jeden z autorów młodego pokolenia, (nie powiem który), wziął to opo­wiadanie, przeczytał z dziesięć stron i powiedział tak: słuchajcie, ja w tym opowiadaniu nic nie widzę. „No, Maciuś tak się upierasz, że pierwsze, dlaczego pierwsze, nie tamto, nie to?” pytali. I wzięli je na weekend do Torunia na działkę. Kiedy wrócili po weekendzie, pod­szedł do mnie Toruń i szepnął: Maciuś w porządku, ale uważaj, bo oni się będą z tobą drażnić. I przychodzili do mnie po kolei, Dorota, Leszek, Jacek, ktoś jeszcze i mówili: daj spokój, nie wygłupiaj się, co ty widzisz w tym Huberacie!? Ale ja już byłem przez Torunia ostrzeżony i nie wpadałem w panikę.

Z Dukajem było tak, że kiedy przyszła „Złota Gale­ra”, zgłupiałem. Mnie się ona wydawała za dobra jak na licealistę. Zresztą nie wierzyłem, że on jest licealistą, myślałem, że ma więcej lat Po dwóch, trzech latach uwierzyłem w niego jako licealistę, bo przyjrzałem się jego tekstom i nie było w nich seksu, nie było w nich kobiety. Napisałem do niego list, żeby się przyznał z czego to ściągnął. A opowiadanie dałem do przeczyta­nia Andrzejowi Niewiadowskiemu, żeby powiedział, z czym mu się to kojarzy, bo mnie się wydaje znakomite, ale za dobre jak na gówniarza. I Niewiadowski powie­dział, że to chyba jest oryginalne i że jemu też się to podoba. Wtedy dałem je na łamy. Nawet do dzisiaj pamiętam, nie wiem czy to bezpiecznie mówić, miałem w ręku „Mniejsze zło” Sapkowskiego. To opowiadanie poczekało, puściliśmy Dukaja. Piętnastolatek z Tarnowa sprawia, że uznany już Sapkowski troszeczkę dłużej czeka. Cholera!

Żerdzińskiego odkrył z konkursu Piotrek Kosewski, który jest też lektorem ostatniego konkursu – on to czy­ta, punktuje. To co jest powyżej czterech punktów czy­tam jeszcze raz. Piotrek odkrył opowiadanie „Dzień na wyścigach”, które mi się bardzo spodobało. Z kolei ono zaczekało, bo Sapkowski szedł w numerze, i wtedy Żerdziński mi dosłał drugie opowiadanie „Nawrócić Avalon”, które uważam za znakomite. Poszły razem.

Każdy z tych autorów był przygodą, był jakby otwarciem okien na nową dziedzinę wyobraźni. Jak powiedziałem, Sobota jest najbardziej pyskaty. Najpierw przysłał mi shorty. Powiedziałem mu, że je biorę i ich nie wziąłem. Ale niech Sobota nie czuje się pokrzywdzony, bo ja kiedyś do „Na przełaj” napisałem serię opowiadań. Dostali opowiadanie A, powiedzieli, że biorą, ja z radości napisałem opowiadanie B, C i D, które się ukazały, a opowiadanie A się nie ukazało. Sobota miał ze mną podobną przygodę. Zresztą to mu się parę razy zdarzyło, że przysyłał mi opowiadanie lepsze, które wypychało jego poprzednie już prawie zaplanowane do druku. To jest przygoda Soboty ze mną i moja z nim. Pamiętam, że druk jakiegoś jego opowiadania przełożyłem o dwa miesiące, za co mnie strasznie opieprzył w liście. Wycofał tekst i zrywał wszystkie kontakty. Na co ja mu napisałem list, ale już nie miałem siły go wysłać. Przyjechałem z tym listem na Polcon do Białegostoku i powiedziałem, że nie roz­mawiamy, dopóki on nie przeczyta listu. Oczywiście nie przyznał mi całej racji, ale potem się już nie kłóciliśmy.

Każdy z tych ludzi jest dla mnie jakimś typem przyjaciela, jakimś typem nowego doświadczenia psy­chologicznego, estetycznego. Każdy z nich jest dla mnie modelem kolejnej figury polskiej fantazji. I to jest przewspaniałe, bo ja asystuję przy narodzinach mis­trzów, geniuszy. Ja kocham literaturę. Czytam dla przy­jemności Conrada, odkryłem go późno, dzięki ojcu. Czytałem Conrada już jako dwudziestoparolatek, jako trzydziestolatek miałem największą radość z Conrada, z „Jądra ciemności”, i ze „Smugi cienia”, i z „Tajnego agenta”, i z „Murzyna z załogi Narcyza”, laką gorzką radość mądrości. Mnie się w moim literackim porządku absolutnie nie kłóci to co najlepszego zrobił Żerdziński, Sapek, Dukaj, Sobota, Huberath, z tym co zrobił właś­nie Conrad. Czytałem sobie dla przyjemności Stendhala, Szekspira, przeczytałem „Otella” i „Króla Lira” po wszystkich szkołach, po wszystkich egzaminach. Prze­czytałem „Burzę”, która jest opowieścią stricte fantas­tyczną, prawie zajdlowską. Ci nasi chłopcy absolutnie nie są na żadnym niższym miejscu – to jest frajda. Mam pokreślone przez siebie maszynopisy facetów, których mogę postawić obok Conrada, Borgesa, Bułhakowa. Ta proza jest znakomita, jest radością mojej wczesnej sta­rości.

Czy był ktoś dobry, na kim nie poznałeś się od razu? A potem Ci to wytknięto.

Oczywiście. Zrobiłem parę błędów. Jednym z moich błędów – do dziś nie wiem czy to opowiadanie jest dobre czy nie, ale ono zostało uznane za dobre, dało tytuł antologii, więc się poddaję – było „Dira necessitas” Inglota. Miałem jakby uraz do hałaśliwości i paskudności space opery. Nie uwierzyłem w to, nie poznałem się. Ale natychmiast chcę powiedzieć, że jest znakomite opowiadanie „Kalgoro godzina 18.00” Baranieckiego i jeden z moich kumpli, bardzo dobrych znawców fantastyki, dobra głowa, dobre pióro, opierdalał mnie za to opowiadanie przez trzy czy cztery lata. Zanim się w końcu nie ukazał tom Baranieckiego i on w końcu to opowiadanie przeczytał, bo wcześniej przerywał po pięciu stronach. Przyszedł do mnie wtedy i powiedział, że jest dobre. Dlatego mnie się wydaje, że redaktor ma prawo do błędów, w przeciwieństwie do sapera. Tylko nie powinien się mylić częściej jak raz na – nie mówię sto maszynopisów, bo to jest skandal i bez sensu – lecz raz na sto dobrych tekstów.

Pomyliłem się jeszcze parę razy, ale jak się mylę to się raczej do tego przyznaję.

Myślisz jeszcze o tym żeby coś napisać? Prozą?

Szczerze mówiąc, to myślę sobie, że jestem chyba jedynym człowiekiem na świecie, który przeczytał wszystkie opowiadania polskie z miesięcznika „Nowa Fantastyka”. Jeśli uwzględnić te, które się dopiero uka­żą, bo są w produkcji – to na pewno jedynym. (To jak w tym dowcipie: Dlaczego pan pisze autobiografie? Bo w sprawie swojej biografii jestem autorytetem klasy światowej.)

Dla mnie to co wydarzyło się w polskiej fantastyce, czemu asystowałem, (mimo, że tego nie wykreowałem), jest bardzo ważne. Mam wrażenie, że mówienie kry­tyczne (w sensie, że to jest analiza, a nie przypieprza-nie) jest strasznie polskiej publiczności potrzebne. Oba­wiam się, że moje najbliższe pisanie będzie pisaniem o polskiej fantastyce. Swoją książkę „Czas fantastyki”, uważam za ważną. Nie tylko z próżności, ale dlatego że Tomasz Burek, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, napisał esej o najnowszej polskiej pro­zie korzystając z moich ustaleń. Kiedy mu dziękowa­łem, powiedział: no wie pan, pańska książka otworzyła mi oczy na nowe zjawisko, o którym nie miałem pojęcia. To znaczy, że jeśli ktoś z nas, czy to będzie Marek Oramus, czy to będę ja, czy to będzie Wojtek Sedeńko, czy to będzie Rafał Ziemkiewicz, czy Tadeusz Olszański, napisze tekst krytyczny, gdy ktoś weźmie pod lupę i rzetelnie opisze to co się dzieje w polskiej fantastyce, to robi ważną rzecz, bo mówi bardzo dużo o polskiej wyobraźni, o której krytycy głównego nurtu, jak to z kolei wykazała sonda przeprowadzona przez Konrada Lewandowskiego, niewiele wiedzą.

Ergo, pisząc krytykę nie czuję żebym marnował czas. To jest strasznie potrzebne. Krytyka jest przywile­jem, powinnością, losem wieku starczego, kiedy się już nie tworzy, ale ocenia, mierzy pewne zjawiska. I ja to robię. Książkę „Czas fantastyki” uważam za bardziej twórczą od „Twarzą ku ziemi”. Czasem myślę, że jest mądrzejsza od mojej powieści, że jest w niej większe natężenie ducha, że jest zbiorem intelektualnych wzlo­tów wyższej jakości. Być może moje powołanie to kry­tyka, a nie proza…

Ale gdzieś tam jest marzenie o skończeniu powieści, „Mildgor”, traktującej o waśniach narodowościowych w Szwajcarii. Kiedyś je wymyśliłem, jakby wyprorokowałem Jugosławię. Zacząłem, jest jakieś 80-100 stron, nie dokończyłem, dziesięć lat temu to zostawiłem. To jest marzenie. Teraz jakiś zawał, złamana noga, albo coś takiego – trzy miesiące wolnego i kończę powieść, psiakrew.

Jakie są Twoje typy (bez podlizywania się) polskich autorów sf, krytyków?

Autorów wymieniłem. Do tego grona przybył Piotr Górski, pierwszy polski katastrofista, ostatnio niez­nośny sukinsyn Lewandowski, który napisał dobre opo­wiadanie „Pacykarz”, ten nieszczęsny Lech, którego „Dżamis” został słusznie zmiażdżony, a „Hexy” jest sympatycznym opowiadaniem. Wyłonił się teraz Cyprjak, którego drukowałem opowiadanie „Katedra”,, teraz wydrukuję opowiadanie „Smok” – niezłe. Bardzo ostatnio zostałem zauroczony, zakochałem się w opo­wiadaniu „Tkacz iluzji” Ewy Białołęckiej. Dziewczyna, z którą darłem koty w fandomie, nie pamiętam o co poszło, teraz napisałem do niej entuzjastyczny list. Bab­ska, spokojna narracja, niby bez wzlotów, a głębia jak cholera, coś wspaniałego. Duża przyjemność, duża fraj­da, humanistyczna frajda. Baby piszą inaczej; ona się nie popisuje jak Sapek, nie staje na palcach jak Lewan­dowski, nie grepsuje jak Inglot. Pisze spokojną prozę o młodym głuchym czarowniku, który ma taką moc stwarzania czarów, że, jak to ona napisała w tym opo­wiadaniu: „Twój talent wyżarł ci uszy”. Coś wspania­łego – chłop takiego zdania nie wymyśli.

Z krytyków. Uważam, że Inglot robi postępy, mimo że go skarcili tu w Katowicach, myślę że on nieźle pisze, czasem ciut gorzej myśli. Ciekawi  są chłopcy od was z Olsztyna: Sobota z Obarskim, studiują na politologii, po nich się można różnych mądrych rzeczy spo­dziewać. Nie kładłbym krzyżyka na Parowskim, oczy­wiście. Oramus pisze jakąś nową książkę, chce ją zło­żyć. Ale obawiam się, że Oramus jest lepszy w tym, co robi dla „Fenixa”, (dla „Życia Warszawy”) w swoim felietonie, barwniejszy niż w tym co robi dla nas, gdzie się zamienia w organizatora i sam się jako autor za bar­dzo nie udziela. Ale stawia na młodych, inteligentnych, Krzysia Lipkę, Jacka Dukają. Oczywiście wielkim talentem krytycznym, krótkotrwałym, rozbłyskowym, był Sapkowski w eseju o pirogach”. Powiedział parę rzeczy ważnych, których innym nie chciało się powie­dzieć, albo się bali, bo byłby szybki koncentryczny odwet.

Powiem myśl gorzką. Generalnie, i to jest już szkodliwe, krytyka fantastyki w Polsce jest za często krytyką pisarzy. Wiednie czy bezwiednie, czy półwiednie – półbezwiednie, piszący używają pióra kry­tycznego do rozprowadzania siebie i przycierania roż­ków konkurencji. Do wywoływania w niej niepewnoś­ci. Ta krytyka jest za często nietwórcza, małostkowa, czepialska, nie jest integracyjna, tylko negacyjna. Ona nie jest owocem sprawiedliwego oglądu gatunku, tylko jest krytyką jednostronnego, propagandowego lansowa­nia pewnych opcji, pewnych wizji gatunku, pewnych osób. I to mnie martwi, że nie dokonuje się ostatnio w krytyce fantastyki analiza tego co jest, badanie co może być, tylko krytyka używana jest jako narzędzie spiera­nia się z przeciwnikami, wywalczania miejsca dla jakichś tam własnych poetyk. Tego się boję, że ta kry­tyka stała się zależną od interesów, temperamentu, pewnych osobowych skłonności. Tak powstaje typ kry­tyki nieobiektywnej z założenia, subiektywnej, instru­mentalnej.

Podaj swój kanon pisarzy, książek, nie tylko sf. Takie książki kultowe. O film też możesz zahaczyć.

Film. Uwielbiam film „Nie oglądaj się teraz” Roega, to graniczy z fantastyką. Uwielbiam film z lat pięćdzie­siątych „Na progu tajemnicy”, czarno-biały, nowelowy film – to jest pogranicze fantastyki i horroru. Uwielbiam pierwszego „Aliena” do dziś. Uwielbiam też film „Ody­seja kosmiczna”, to oczywiste, i „Blade Runner”. Uwiel­biam „Żądło”, podobał mi się ostatnio Kieślowskiego „Czerwony”, podobała mi się „Ziemia obiecana” Wajdy. Podobał mi się Machulski i trochę mniej Szulkin. Uwiodła mnie „Nikita” Bessona, ta druga amerykań­ska wersja z Fondówną też jest świetna.

A proza to wiadomo: Dick, Borges, Lem, Szekspir, Strugaccy, no i ci moi najlepsi autorzy. Z eseistów stale i wciąż od nowa czytam do poduszki Malcolma Cowleya.

Masz jakieś hobby poza fantastyką?

Lubię fotografować, lubię kino, ale kino przestało być moim hobby, zaczęło być moim zajęciem. Bardzo lubię pływać latem, lubię wypływać wpław daleko w jezioro, w morze, i kombinować, rozmawiać sam ze sobą. Jako Koziorożec, nie nudzę się ze sobą tak strasz­nie jak inni. Ale mam coraz mniej hobby, a więcej zajęć. Jeszcze dziesięć lat temu, cholera, jak o czymś marzyłem przed zaśnięciem to były strony mojej prozy. A teraz jak o czymś marzę przed zaśnięciem to są kolumny mojego miesięcznika. Tak zostałem zredagizowany jakby, sprowadzony do marzeń redaktorskich.

Poza tym lubię dobre jedzenie, lubię dobre miękkie alkohole do jedzenia spożywane, lubię ryby… jeść.

Jak powiedziałem lubię dobre kino. W ogóle mam takie stałe marzenie: samochód stawiam na parkingu, żony i syna nie ma w domu, ja jestem wypływany i wybiegany na działce, włóczę się po mieście, wypijam piwo w barach, czytam książkę albo jakieś pismo nawet na ulicy na zebrach i idę do kina na jeden film, potem obejrzę drugi, ale patrzę na zegarek, że jeszcze zdążę do „Iluzjonu” na starego Langa „Metropolis”. To jest jakby mój ideał życia.

Jestem jeszcze scenarzystą komiksów. To jest zaję­cie, którego apogeum mam za sobą, ponieważ sukcesu Funky’ego Kovala chyba nie powtórzę. A dlaczego? Funky Koval był hitem – dlatego, że w nim jest wszys­tko to, co nas dręczyło i co nas cieszyło. Jak się dobrze zastanowić to w Funkym są i pierwsze wybory miss w 1982, i napad na ambasadę polską w Bernie, i delegali­zacja „Solidarności”, jest w Kovalu i Urban, i są nasi przyjaciele Marek Oramus i Lech Jęczmyk, i Wiktor Żwikiewicz, i my z Jackiem Rodkiem jesteśmy. To był taki dar czasu, że nas opresja polityczna rzuciła sobie w objęcia i zmusiła do tego, że mieliśmy jeden kod, jedno marzenie, jeden lęk, jednego wroga, Funky Koval powstawał na fali czegoś takiego. Nie modlę się o nową niewolę, ale pamiętam, że bywałem w tamtym brzyd­kim czasie chwilami bardzo szczęśliwy, kiedy mi się udało w scenariuszu złapać byka za rogi, Polchowi udało się to narysować, a cenzura nie próbowała tego skreślić, i wszyscy wiedzieli o co chodzi. Może teraz też coś takiego się zdarzy, komuś uda się wykorzystać intelektualne napięcie i złapać byka za rogi. Ale dogo­dzić wszystkim na raz… nie, to dziś niemożliwe.

Krótko mówiąc moja recepta na pisanie, ale też na redagowanie: nie wstydzić się siebie w twórczości, dać z siebie wszystko, użyć siebie w tej twórczości, bo za tym idzie jakaś prawda, jakaś emocja, jakaś więź.

Dzięki za rozmowę.

Warszawa 1994

Zostaw komentarz